Ballady i romanse. Idziemy tam, skąd już się nie wraca…

Spotkałam się z nim, jednak… Cały czas coś we mnie siedziało, jakiś żal, złość na niego, niepewność… byłam na stażu w szpitalu, kolejna dnie stażu leciały jakoś nawet szybko. Początek był marny… cała chodziłam, wzięłam leki uspokajające i chciało mi się spać. Na dodatek nie wytrzymałam i powiedziałam o części zdarzeń koleżance… która sprawę skwitowała tak, ze mam sobie dać z nim spokój, bo to toksyczna relacja. Wiem to… niestety. Teraz może żałuję, że jej powiedziałam. Ale po prostu bycie samemu z tym cieżarem nie było dla mnie łatwe. Czekałam tylko na przerwę… by wyjsć stamtąd, iść do pokoju i napisać do niego… Wszak już wcześniej zaczęliśmy normalnie ze sobą  rozmawiać… Nie wiem, dlaczego to zrobiłam, może po to, by upewnić się, jeszcze raz, że wszystko między nami zostało wyjaśnione? Nie wiem… Odpisał pytając jak mi mija dzień, więc zrobiłam zdjęcie i wysłałam mu… wahałam się, wysyłając to zdjęcie, może nie powinnam była w ogóle zaczynać tej rozmowy. Ale wysłałam mu  swoje zdjęcie. Na co on odpisał tylko „No, no, bo tam przyjadę”, więc napisałam w żartach, że to koniec świata, bo rzeczywiście szpital położony jest w strasznej dziurze, a on na to, że pojechałby na węch by mi rozerwać te rajstopy… gdyby ten tekst padł wcześniej, wtedy kiedy jeszcze nie wiedziałam o istnieniu tej drugiej strony, potraktowałabym go całkiem naturalnie, ale w tych okolicznościach? Jednak to wszystko zachwiało całym moim myśleniem o tej sprawie… Po co mi tak pisze? Jeśli stłumił emocje, to raczej nie ma o czym mówić,”TA” relacja między nami jest raczej zakończona i tak też myślałam…że teraz, nawet jeśli będziemy ze sobą rozmawiać, to ta relacja się bardzo zmieni, będziemy rozmawiać tylko o sprawach wykładów i spraw oficjalnych. A tu nagle takie coś, taki tekst?

Poszłam do pacjentów, nie powiedziałam o tym koleżance, popisaliśmy w międzyczasie do wieczora… Akurat skakał z samolotu, wiec było o czym pisać…

Piątek minął mi bez kontaktu z nim, ale byłam jakaś spokojniejsza… Nie wiem dlaczego? Może dlatego, ze mimo wszystko nie chciałam się od niego odciąć, choć racjonalnie wiem, że powinnam? W sobotę mieliśmy się zobaczyć…

W sobotę… przyszedł, przywitał się, pamiętam, że gdy podałam mu rękę, nawet na niego nie spojrzałam, chyba jeszcze targała mną złość na niego o to wszystko, chciałam być zimna i nieustępliwa… zaczęliśmy o czymś rozmawiać… Wcześniej jeszcze widziałam Pana ze skrzydłami, przeszedł obok mnie, ale udałam, że go nie zauważyłam… to wszystko chyba jet za trudne… pomyślałam tylko, ze jednak szkoda, że nie widział mnie z Top Gunem, może choć trochę byłoby mu żla, tak jak mnie jest żal, tych wszystkich dni?

Rozpocząły się zajęcia… widziałam, że ktoś doniego cały czas piszę, i, że jest to kobieta. Odpisywał, choć z opóźnieniem… „Jesteś żałosny”, pomyślałam. W międzyczasie zaczęliśmy rozmawiać o kłamstwie… że źle się czuje, ale psycholog raczej mu nie grozi w pracy, bo umie dobrze kłamać. Powiedziałąm, że tak,, tak, wiem, ze tak potrafi…, na co on odpowiedział „skąd?”. A ja odparłam „domyśl się skąd, masz zagwostkę”. W międzyczasie dostawałkolejne wiadomości. Potem musiałam wyjsć do toalety, bo czułam, że nie mogę na niego patrzeć… Wyszłąm wciąż myśląc, że to żałosne… Potem poszliśmy na spacer, na którym powiedział, że po tej rozmowie, którą odbyliśmy w niedziele, jak go ochrzaniłam, stał minutę z otwartymi ustami, nie wiedział co powiedzieć, ale ta rozmowa była konstruktywna dla niego. Na co ja odparłam, że takie było właśnie założenie, a co do tego, że pytał, skad wiem, że kłamie, to właśnie stąd. Potem poprosiłam go, by kuił mi picie, więc kupił i przyniósł… za swoje… Potem mieliśmy się rozdzielić, na pożegnanie mnie chciał przytulić, ale tylko jakoś mnie nieudolnie objął… i poszłam. Jakoś chyba cała ta złość na niego mi minęła, nie wiem, coś się chyba zmieniło. Okazało się, że jednak, że nie miałam tych zajęć i zadzwoniłam do niego, by mu powiedzieć, że wracam. Wróciłam, usiadłam  obok niego, bo zajął mi miejsce…

Zajęcia były nudne… Zaczęliśmy się śmiać, coś rysować, porysowałam mu długopisem rękę. Jakoś tam atmosfera się rozluźniła, zaczął patrzeć mi w oczy i się przybliżać, to było dziwne, bo nadal nie wiedziałam jak mam się zachowywać, przecież wszystko miało być już skończone… A potem stało się coś, czego zupełnie nie przewiduwałam i się nie spodziewałam… Miałam na soobie spódniczkę, taką nie zbyt długą, włożoną po to, by mu pokazać, że mimo wszystko o siebie dnam i ładnie się ubieram, a nie będę zdychać bo on robi jakieś akcje… wiem, że mogłam się spodziewać wszystkiego, ale nie tego co potem zaszło… Przybliżył się niebezpiecznie do mnie i pod tą spódnicą zaczął mnie głaskać, gładzić, dotykać…. Protestowałam, ale jakby nie wiele w tej dziedzinie mogłam zdziałać, bo nic nie działało… Potem już nie protestowałam i to chyba w tym wszystkim jest najgorsze… I tak przez cały czas, aż do skończenia zajęć… Przemizialiśmy się do końca zajęć. Siedziałam momentami napięta jak struna i zastanawiałam się, co ja mam robić, co my robimy, w ogóle, co się dzieje… Potem tylko zapytał, czy mi miło, czy śmiesznie, to było pytanie na poważnie, można to było wyczuć w głosie… Rysowałam coś w zeszycie… ale powiedziałam, że i miło, i śmiesznie, zresztą zgodnie z prawdą…

Kiedy skończyły się zajęcia, powiedział, że mnie odprowadzi na inne zajęcia, więc szliśmy, bez słowa… w pewnym momencie zapytał, jak mi się podobały zajęcia… odpowiedziałam, że się zastanowię… Odparł, że dobrze i czeka na wiadomość… Tego dnia już się nie widzieliśmy, choć chciał mnie zawieźć do domu, chciał nawet zaczekać godzine na mnie, choć to dziwne, bo nigdy nie czekał… ale nie chciałam, jak to by wyglądało, wszystkim w rodzinie poza jedną osobą powiedziałam, że zerwałam z nim wszelkie stosunki, z resztą tak, jak zrobić powinnam…. Siedziałam na tych zajęciach i miałam strasznego kaca morlanego, „powinnam go olać, powinnam to zostawiać, nie powinno tak się to skończyć, powinnam go odsunąć, nie wiem, zbić, zrobić cokolwiek by do tego nie doszło…” W głowie miałam tylko takie myśli… Wiedziałam, że z drugiej strony, zawsze przecież mogę zerwać znajomośc, nie odezwać się i już, ale to chyba nie ten czas… Na wieczór napisał mi, że siedzi sam w mieszkaniu z petem, bo jak wcześniej pisałam, zaczął palić po tym wszystkim, potem napisał jeszcze dobranoc, śpij dobrze i zdrobnienie mojego imienia, to też było dziwne, bo nigdy tego nie robił, nigdy przedtem tak się do mnie nie zwrócił ani raz…

Nazajutrz znowu mieliśmy razem mieć zajęcia, rano napisał mi, że się spóźni, żeby zająć mu miejsce, na co ja odparłam, że idę na inne zajęcia i rano mnie nie będzie, będę dopiero później. Więc odparł, że dobrze, zajmie miejsce w ostatniej ławce… To już było znaczące… nie wiedziałam czego się spodziewać, ale wiedziałam, co się szykuję… ale jakoś opadły mnie te wszystkie myśli, w głowie miałąm tylko jedną, choć nie tak bardzo przebijajacą się przez inne myśl „Co ja robię?”. Poszłam na inne zajęcia, po jakimś czasie z nich wyszłam i poszłam do niego… usiadłam koło niego, mogłam gdzie indziej, ale to byłoby dziwne…Widziałam, ze znów piszę z jakąś kobietą. Nie wiem, czy to ona, cały czas się zastanawiam… Poszedł po picie, przyniósł mi, ale nie takie jak chciałam, więc zapytał się, czy przyjmę w ogóle inne picie, a jak się zgodziłam, dopiero mi je podsunął… to też było dziwne… A potem, oczywiście, zaczął mnie znów głaskać, trzymać za rękę, gładzić, choć już inaczej, bo miałam spodnie. Powiedział, że „nie mam spódnicy dziś”… więc zaczął po dole brzucha, na którym mam łaskotki, więc powiedziałam mu, żeby nie tam, bo zacznę się śmiać… też trochę próbowałam protestować, ale potem już spasowałam. Miałam założoną nogę na nogę, na co on nie przypadkowo a specjalnie chciał mi je rozdzielić swoją ręką przesuwając do góry, dobrze, że zdążyłam je ścisnąć na pewnej wysokości jego ręki… spojrzałam się na niego wielkimi oczami, on na mnie i  na szczęście ją wysunął… Potem się znów zapytał, czy „miło chociaż?”. A potem siedział, trzymając mnie za rękę całe zajęcia i głaskajac po niej…

Potem, gdy już wyszliśmy z zajęć, powiedział, że pewnie miło mi było, bo głos mi się zmienił raz jak protestowałam… Powiedziałam, że nie wiem… A potem wziął moją rękę i wsunął mi pod swoją koszulę, żebym poczuła jakie miękkie ma ciało na klacie… Później mieliśmy już zajęcia osobno, ja miałam akurat o wykład o nietykalności cielesnej… więc mu napisałam, że dobrze, bo dużo się dowiem, jakie mam prawa w takim przypadku! Tak, dla żartu… Na co on odparł, że pewnie tak, ale nie wie, czy to moja nietykalność cielesna, kiedy usta zaczynają mi drgać…

Potem już nie mieliśmy razem zajeć, aż do wieczora… Widzielismy się tylko na przerwach, wtedy już z nikim nie pisał… Wieczorem napisaliśmy egzamin, znowu chciał mnie odwieźć, ale podziękowałam… Uznałam, że to chyba jeszcze nie ten czas, by jeździć razem, czy odwozić mnie… z resztą, nie wytłumaczyłabym tego rodzinie… Na pożegnanie mnie przytulił. Wieczorem jeszcze popisaliśmy, napisał już, nie jak kiedyś, że to wygłupy, a że przyda mi się trochę czułości…

Mam mętlik w głowie, nie wiem co o tym wszystkim myśleć…a najgorsze jest to, że nawet nie umiałam go odepchnąć od siebie, jakoś inaczej się zachować… Nie chodzę już cała, nie wymioyuję, jak przedtem, ale znowu mam kaca moralnego… To wszystko jeszcze kojarzy mi się z wiosną wokół, kiedy wszystko rozkwita…. Boję się, jak to wszystko się skończy lub jak może się skończyć…

„Spakowałaś swoje grzechy, powiedziałaś, że chcesz iść.
Patrzyłem jak dłonią wycierałaś swoje łzy.
A może tylko… zasłonić chciałaś twarz.
W strzępach swego mózgu, składałaś złe myśli.
Patrzyłem jak walczysz, ból Ci twarz wykrzywił.
A może tylko próbowałaś się uśmiechnąć.
Pójdziemy tam, skąd już się nie wraca.
Pójdziemy tam, skąd już się nie wraca.
Czy chcesz, powiedz mi…”

 

Ktoś kiedyś mi powiedział, że coś się kończy, coś się zaczyna… Niezwykła przygoda czy zmiana na dłużej?

Żyję! To chyba najlepsze słowo, jakim mogłam określić swój stan podczas wyjazdu i po nim. Wcale nie z przyczyny całkowitego zagubienia… Dziwne, prawda? Wróciłam już parę dni temu, jednak jakoś odruchowo odkładałam pisanie na blogu. Mechanizm oporu, no cóż, w końcu pragnę napisać tu o paru baaardzo ważnych dla mnie rzeczach. Ten wpis jest dla mnie trudny, dlatego proszę o wyrozumiałość z Waszej strony, ale czytając komentarze i patrząc na Wasze sylwetki wierzę, że jej nie zabraknie. Na wstępie napiszę tylko, że ten wyjazd przynajmniej na chwilę obecną całkowicie zmienił moje życie i mnie…

Zapewne jesteście ciekawi jak wyglądał ciąg dalszy relacji z M. Przed wyjazdem dużo było we mnie lęku, obaw, że jeśli nie poskłada się ta relacja znowu zostanę sama, odrzucona, odtrącona, że nic nie będzie miało sensu. Na początku rozwiązywania całej, rocznej zagadki muszę przyznać, że wielu rzeczy się spodziewałam, ale nie spodziewałam się tego, co przeżyłam. Wiedziałam, że może być mu trudno, ciężko, że może nie umieć poskładać naszej relacji, rozmowy, słów i emocji, ale nie sądziłam, że cała sprawa będzie miała taki przebieg. Kiedy tam zmierzałam rano dnia pierwszego, zanim jeszcze go zobaczyłam czułam, że coś się we mnie gotuje. Kumulacja tęsknoty, niepewności, nowości… Przecież nie widziałam go tak dłużej ponad rok. Pierwsze spotkanie, jak to będzie, przytuli, pocałuje…? Kiedy już go zobaczyłam jakoś to wszystko opadło. Przyszedł, przytulił, było dobrze… Wstąpiła we mnie wiara w to, że może to wszystko poskładamy. jechałam tam z nadzieją, jednak po tym pięknym początku M. nie odezwał się do mnie ani słowa. Przez cały pierwszy dzień. Wiedziałam, że być może jest mu trudno, ale z moich obserwacji wynikało też, że świetnie się bawi w towarzystwie swojego wujka. Próbowałam nawiązać jakąś rozmowę wychodząc do niego przed sklep, kiedy reszta towarzystwa zajęta była zakupami, a on z synem koleżanki jego wujka stał na zewnątrz, ale on tylko wzruszył ramionami i „uciekł” do rodzinki… Zostałam sama z tym chłopakiem, nie będę przecież lecieć za gówniarzem. I chcąc nie chcąc nawiązała się dyskusja z panem Blond, któremu też nie wypadało mnie tam zostawić. O nauce, studiach, ludziach, psychologii… Po kilku minutach gadania „od słowa, do słowa” wywiązała się taka świetna rozmowa, że nie mogli nas z niej wyrwać, kiedy chcieli jechać w inne miejsce. Bowiem pan Blond był drugim kierowcą. Chłopak okazał się tak świetny, wesoły i chętny do rozmowy, że żałowałam, iż nas tylko odwozi, a nie zostaje na wakacje… Ale ta część jeszcze znajdzie swój dalszy ciąg.

Wracając do M. przeżyłam całkowity szok. Pan M. nie odezwał się do mnie ani słowem podczas całego wyjazdu! Dwa razy próbowałam nawiązać jeszcze rozmowę, która była durną rozmową…

– Co się z Tobą dzieje?
-Nic.
– Jak to nic? Nie odzywasz się, nie piszesz, nie ma z Tobą kontaktu.
Cisza, po czym -Zajęty swoimi sprawami.
– Aha. Czyli masz to wszystko w dupie!?
-Nie no, nie przesadzaj.
-Wiesz, w mim rozumowaniu, jak się kogoś lubi czy zna to można mieć mnóstwo swoich spraw, ale skontaktować się można, no chyba, że według Ciebie mam złe pojęcie relacji przyjaźni czy…
Po czym wstał i znowu odszedł, co odebrałam trochę jako odpowiedź „Nie truj już”.

Wiecie co, spodziewałabym się wszystkiego, ale tak chamskiego i lekceważącego zachowania od gówniarza, bo tak to trzeba nazwać, nie spodziewałabym się! Za tyle mojego zainteresowania…

Po tych kilku zdaniach rzuconych lekceważącym tonem i po obserwacjach, jak zachowuje się w stosunku do swojego dziadka, który zafundował mu wakacje, zabrał go, przywiózł, rodziny, zrozumiałam, że jemu nie zależy ani na mnie, ani na rodzinie. Dla niego liczy się teraz tylko dobra zabawa. Nie odpisywał, bo ma nas głęboko gdzieś. Nie mogłam placzace-oko.gifzrozumieć natomiast jakim cudem chłopak nad wyraz dojrzały, inteligentny i subtelny mógł się tak diametralnie zmienić…  Druga próba rozmowy też była niewypałem i zakończyła się takim samym zlekceważeniem, bo po moim zwróceniu uwagi na jego zachowanie się obraził… No tak, cała rodzina udaje, że nie widzi problemu, wszyscy go głaskają, a jedna księżniczka się odważyła postawić i powiedzieć prawdę. Jak to możliwe? Wielkiemu zawodnikowi pierwszej Ligi!

Gdybym miała określić jego zachowanie w kilku słowach, bo rozciągać tego nie będę, gdyż już nie mam na to siły napisałabym, że rozpieprzył wyjazd nie tylko mnie, ale całej ekipie. Ekipie, o której pisać już tutaj w szczegółach nie będę, ale dla mnie to była zgraja…. Jeden chciał pierdzieć i podpalać to, dziewczyny chodziły i śpiewały ona lubi pomarańcze, wódka i piwo to na porządku dziennym, choć nie mogę powiedzieć, pijani nie byli. Jednak we mnie osobiście to wywołuje lęk, jak powiedzieli na terapii, uzasadniony. W tym też pił M., któremu ekipa oficjalnie kupowała trunki. Fajnie! Poczułam się oszukana, bo przecież zapewniał mnie, że nie pije. Do tego, kiedy już siedzieliśmy przy tym piwie, (ja przy kawie) skompromitował się zupełnie, kiedy zaczął gadać coś o prezerwatywach. ( Chciał się nastolatek pochwalić, że słyszał o czymś takim…) i zrobił z siebie totalnego mówiąc okropnie ci**la w moich oczach, kiedy chwalił się, ile to on nie może wypić i w ogóle to fajne miejsce tu jest, ale zarąbiście by było, jakby on tu przyjechał z dziewczyną i ze swoją ekipą, z kumplami.

-Co ku**wa? Z kim? Pal sześć z kumplami, wiadomo, że młode to się chcę wyrwać, ale z  dz…??? To po jaką cholerę mówił, że mnie kocha i w ogóle? Ja do tych słów konkretnych podeszłam z dystansem, wiadomo, jak to jest w takim młodym wieku, ale przyznam szczerze byłam w szoku. Jeszcze w maju dawał jakieś jednoznaczne znaki, a teraz…

Ale powiedzcie sami, jakim głąbem trzeba być, żeby siedzieć z osobą, z którą się kiedyś miało „dobry kontakt”, widzieć, że chce porozmawiać, wyjaśnić i gadać takie rzeczy. Ja nie wiem, czy ta laska istnieje, czy tylko tak powiedział, szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie to już teraz… Ale cały wyjazd był pełen takich akcji, nie poznawałam go. To nie był M., którego znałam.  Zrozumiałam, że tamtego chłopaka już nie ma… Wiele robił demonstracji, fochów, był obojętny na wszystkich i wszystko, poza wujkiem i jego koleżanką, którzy robili mu śniadanie do łóżka, co dla mnie było kosmosem. Przecież sam mógł sobie  robić śniadania. Nie chciał się z nami bawić, chodzić, oglądać, nic go nie cieszyło, nie interesowało. To było coś w rodzaju – „Po co w ogóle zabraliście mnie na wiochę?” Wszyscy byli źli, z nikim nie gadał praktycznie oprócz wujka, który jest na jego poziomie intelektualnym, przynajmniej dla mnie… Gadali więc o bąkach, karuzelach, autkach… Wtedy też rozumiałam, że to jeszcze dzieciak, tylko nie wiedziałam znowu, jak to możliwe, żeby przez rok się cofnął w rozwoju? Moja pasja do koni również „oberwała”, właściwie pojechaliśmy tam oglądać najlepszych jeźdźców Polski, ale dla niego to było nic nie warte. Nie warte odrobiny zainteresowania. Chęci, żeby zobaczyć coś innego, nowego też w nim nie było. Potrafił leżeć dupą do góry przez cały dzień, dosłownie, kiedy myśmy chodzili, zwiedzali, jeździli w tereny na koniach. Nie witał się ze mną, nie mówił dobranoc, nie mówił nic w zasadzie…  Foch na wszystko. Fajnie, że nie wie nic, co na tych wakacjach się działo… A działo się dla mnie bardzo dużo!

Przez jego zachowanie w pierwszym momencie byłam w szoku, nie potrafiłam tego zrozumieć, czułam się odrzucona, pozostawiona sama sobie i widziałam, że ma mnie gdzieś, że w ogóle go nie obchodzę. Straciłam ostatnią nadzieję na w miarę bliską osobę, na kumpla, na przyjaciela, którym był kiedyś. Był też we mnie ogrom złości, kiedy widziałam takie zachowanie, ale wiedziałam, że przez swoją złość niczego mu nie wytłumaczę, to jeszcze dziecko. Przestałam tłumaczyć. Pamiętacie wpis o obojętności? To był dobry wpis. Przez pierwsze dni próbowałam zobojętnieć na jego zachowanie. A potem… potem wydarzyło się coś niesamowitego dla mnie…

Przyjechali kowboje! I w tym momencie stało się coś, o czym nigdy w życiu bym nie pomyślała! Właściwie to byli kaskaderzy konni, poprzebierani za kowboi. Jak wiecie mam w sobie dużo zamiłowania do Dzikiego Zachodu i tamtej kultury, koni, wolności i stepów. Czekałam więc na ich występy z niecierpliwością, chciałam choćby obejrzeć te cudne pokazy kaskaderki konnej najlepszych jeźdźców w tej dziedzinie w Polsce, a może nawet i w Europie. Chciałam choć mieć filmik, parę zdjęć… Wyszło trochę inaczej…

Zaprzyjaźniłam się z grupą najlepszych kaskaderów konnych w Polsce!! I poznałam tam człowieka, a właściwie to chłopaka, który zmienił całkowicie mój światopogląd! Myślę sobie, że on nie zdaje sobie z tego sprawy co zrobił, ale jestem mu bardzo wdzięczna! Gdyby nie on miałabym ciężkie wakacje…

Przy chłopakach całkowicie zapomniałam o wybrykach M. Oglądałam pokazy, jeździłam dyliżansem westernowym, dali mi swojego konia kaskaderskiego za 30 tysięcy do jazdy! Właściwie to właśnie ten  jeden mi dał…  a potem złapał się za ogon konia i jechał za mną 355c7568-fbf0-4328-a03e-f59588f2e006na butach. Cały czas śmialiśmy się i bawiliśmy! (W innym tego słowa znaczeniu niż piwo i impreza) Robiłam sobie z nimi zdjęcia, drugi dał mi swojego colta, podjechał na koniu, przytulił do zdjęcia, śmiał się. Potem tańczyli do Bonanzy, wygłupiali się ze mną… Najlepsi jeźdźcy Polski i najlepsi kaskaderzy! Którzy mogliby powiedzieć „odejdź małolato, robimy show i wyjeżdżamy”, bo to naprawdę są gwiazdy w tym środowisku jeździeckim. Oni mają tysiące, grają w filmach, jeżdżą za granicę… Rozmawialiśmy o koniach, o pokazach, samej kaskaderce konnej. Ludzie się gapili, co dziewczyna z kwiatem we włosach robi w grupie kowboi? Zdjęcia mi robili 🙂

I wtedy właśnie, dzięki chłopakom zrozumiałam bardzo ważną kwestię, mianowicie, że ja też mogę być fajna, lubiana, mogę się dobrze bawić, moja pasja też może być czymś, może być moim sposobem na życie, a jeśli ktoś tego nie lubi czy nie chce, to jest jego problem. M. tak samo zlekceważył ich pokazy, styl życia, choć on nie zdaje sobie sprawy ile ci ludzie włożyli w to serca, wysiłku i, że poświecili temu swoje życie.  I choć wiem, ze im na M. nie zależało, tak jak mnie, to jednak… mieli się załamać? No nie… Raczej pójść w swoją stronę. I ja chyba z nimi zrobiłam to samo! Co dla mnie było kosmosem, przecież tak tęskniłam za M. Nagle jakoś potrafiłam się zdystansować i zostawić tę sprawę. Nie chcę nikogo poniżać, dyskwalifikować na początku, ale zobaczyłam, że ja nie muszę zabiegać o względy M., który tak naprawdę jest jeszcze dzieciakiem i szajba mu odbija na razie i tak naprawdę nic jeszcze w życiu nie osiągnął, mogę porozmawiać z człowiekiem, który ma tytuł mistrza w kaskaderce konnej. Mogę się z nim świetnie bawić… I może mnie polubić osoba na prawdę wartościowa, przynajmniej w sporcie. Ale sądzę, że jako ludzie też są wartościowymi osobami, chce im się ze wszystkimi porozmawiać, pokazać, wytłumaczyć, powygłupiać się. Choć mogliby unieść się pychą. M. mnie zlekceważył, a ja zamiast się zamknąć w pokoju i płakać poczułam, że mam grupę ( I to jaką!)  i cel, nie czułam się samotna, a moja pasja też może być sposobem na życie, radość, samorealizację… Na razie w tym nurcie tkwię i o dziwo nadal nie czuję się samotna, choć skończyła się ważna dla mnie relacja… Nie myślę jakoś o M., choć czasami wracają dobre wspomnienia. Nie potrafię zrozumieć, jak do tego doszło, ze tak bardzo się zmienił. Ale, jeśli czegoś nie zrozumiem, to po co się nad tym głowić i rozwalać emocjonalnie? Może kiedyś zrozumie swoje postępowanie, ale to już jakby jego sprawa. Zmieniłam sobie jakby „przynależność”  do pewnej grupy i dobrze mi z tym. Może tych ludzi już nigdy nie spotkam, może nigdy już nie zobaczę, ale i tak myślę, ze było warto spędzić z nimi tych kilka dni i zobaczyć życie z innej perspektywy. Ach, gdyby codziennie można przeżywać takie przygody byłoby wspaniale 🙂 Grupa wariatów, wspaniałych jeźdźców, zapaleńców i życzliwych, mądrych ludzi. W szczególności jakoś tak wyszło, znów przez przypadek, że najbardziej złapałam kontakt z jednym, najmłodszym i najładniejszym jako facet… Muszę przyznać, że specyficzna uroda w typie południowym, ale dziewczyny się kleiły, ale on jak nie chciał to się nie bawił. Super był po prostu! To właśnie z nim się najlepiej bawiłam i jeździłam na jego koniu, a on się cały czas do mnie śmiał i uśmiechał. Czy to na pokazie batów, czy na pokazach kaskaderskich 🙂 A w rozmowie momentami był taki lekko speszony, jak się na niego spojrzałam… Ha ha czułam się w jego towarzystwie tak dobrze i radośnie, jak mało kiedy! Przemiły i sympatyczny. I w wieku może 20 kilka lat… Bez smartfonów, fejsbooków, ciągłego kontaktu ze znajomymi… Chłopak, który potrafi w dzisiejszych czasach żyć swoim życiem, swoją pasją, swoimi celami… Właśnie w nim zobaczyłam, że są jeszcze tacy pozytywni wariaci, którzy potrafią żyć swoim życiem i nie patrzeć na modę, trendy, nie podpisywać się pod większość. Normalnego chłopaka w takim wieku zobaczysz dziś na ulicy z telefonem w ręce, jego widziałam na ulicy, na koniu, z coltem w ręce… To samo pokolenie… I powiem Wam, że dużo złapałam właśnie takiej siły do życia, realizowania siebie, tego swojego zakręcenia w tym, co kocham. Dzięki niemu znowu czuję, że mi się chcę! Że mam na coś wpływ i, że chce mi się być z ludźmi. Co jest fenomenem, bo przecież po kolejnym „odrzuceniu” powinnam się wyizolować. Jest właśnie totalnie na odwrót. Zostawiłam tą relację, czasem mi jej szkoda, ale wiem, że nie mam już do kogo tam wracać, bo mojego M. tam nie ma. Jestem wolna i sama, ale mam tysiąc pomysłów, planów, chce mi się wyjść do ludzi, chce mi się wstać, żeby dalej realizować swoją pasję. Próbuje przenieść tę pozytywną energię na moje życie, po części chyba mi się to udaje… 🙂

Tutaj filmik z pokazów. Oglądajcie do końca, na końcu lepsza część mojej ekipy. W zasadzie cała ta ekipa moja, bo chłopaki ale pod koniec moja moja ekipa, przyjezdna 😉 Może wyłapiecie, o którego kowboja mi chodzi 🙂 Obstawiajcie 🙂

Dziękuję Wam kochani za przeczytanie mojego przydługaśca 🙂 Postaram się w najbliższym czasie pogalopować po Waszych blogach i zostawić ślad 🙂