Agat, Daniel i Sara- początki mojego zamiłowania…

A dzisiaj wieczorkiem będzie o moim zwierzaku!  🙂 Wiem, że może to infantylne i bardzo dziecinne, pisać w tym wieku o swoim pierwszym zwierzaku, ale wypisałam się już przynajmniej częściowo na temat swoich smutków i nie chcę tutaj pogłębiać dalej problemu, bo i komu chciało by się czytać kolejny raz, że ktoś na swój sposób cierpi… Takich tekstów powstaje niezliczona ilość na różnego typu blogach, forach, zdjęciach… Po za tym muszę w końcu zacząć myśleć o czymś innym, o czymś co jest teraz, w mojej rzeczywistości dzisiaj, o tym, co mnie otacza. Co prawda, czuję się fatalnie, psychicznie i fizycznie też, mam gorączkę z nie wiadomo jakiego powodu i wszystko mnie boli… co najmniej raz na dzień przeżywam załamanie, czuję, że nie mam siły dalej iść, że życie mnie przygniotło, ale to mija po jakiś  15-30 minutach i zaczynam zbierać siły, dlatego też dziś będzie o moim zwierzaku! ( Kurcze… ile ja już rodzajów załamań miałam… i najlepsze z tego wszystkiego to, że każde wygląda inaczej! 🙂 Może to i banalny temat, ale zapewne ten wpis pozostanie fajnym wspomnieniem i przypomni mi czasy dzieciństwa, a właściwie początku mojego życia…

Otóż, pierwszym zwierzakiem z jakim miałam kontakt w życiu był duży, czarny pies o imieniu Agat. Był to pies moich dziadków, u których się wychowywałam. Historia tego psa była smutna. Ktoś chciał go utopić, kiedy miał trzy lata. Wrzucił go do rzeki z kamieniem uwiązanym do szyi. Na szczęście pies był na tyle duży i silny, że nie poszedł od razu na dno. Za jakąś chwilę wyciągnęli go chłopcy, którzy akurat musieli być w pobliżu i zauważyć psa z Agatkamieniem u szyi… Zaprowadzili go więc do schroniska. Pamiętam, jak dziadkowie mi opowiadali, że kiedy pojechali oglądać psy, bo potrzebowali psa do budy, aby pilnował domu i ogrodu, ten właśnie podszedł do babci, położył łeb na kolana i się w nim „zakochała”… I tak trafił Agat do naszej rodziny. Na jej i nasze nieszczęście pies nie okazał się aż tak miły jak podczas pierwszego spotkania. Potrafił uciec i nie wracać przez kilka dni. Pamiętam, że jako dziecko bałam się o niego, gdy uciekał, a było to z dobrych pięć- siedem razy, nie cierpiał kotów i oczywiście bał się wody jak ognia. Nie można go było spokojnie wykąpać. Po za tym był to kochany pies, oddany, przyjacielski, posłuszny. Ot, typowy pies do budy, ale bardzo go lubiłam. Spędził z nami całe swe dalsze psie życie, kiedy miał 17 lat zachorował, podobnież ze starości. Weterynarz powiedział, że najlepiej będzie go uśpić, bo po podaniu witamin wzmocni się tylko na krótki czas… Tak więc uśpiliśmy go, z łzami w oczach. Wszystkie trzy wtedy płakałyśmy, ja, mama i babcia. Pamiętam jak tata z dziadkiem kopali dół, żeby go tam zakopać. Zakopali zaraz przy miejscu, gdzie teraz są padoki. Po psie Agacie miałam zadrapanie pod okiem, bo wskoczył na mnie z radości na mój widok, gdy byłam małym dzieckiem, jego dawną smycz, na której później chodziła moja… koza. Tak, koza… 🙂 i wspomnienie, kiedy przez przypadek wypuściłam go z ogrodu… wtedy znów przyszedł dopiero po kilku dniach… Przed Agatem był jeszcze Borys i Chaber, ale nie mogę ich pamiętać, gdyż wtedy moja mama miała kilka, może kilkanaście lat.  Do towarzystwa zaliczał się jeszcze duży kot, Daniel, którego pamiętam jak przez mgłę, ale wiem jak wyglądał…Nie mam z nim za dużo wspomnień, bo nie był to zwierzak towarzyski. Chodził swoimi drogami i nie trzymał się z rodziną.  Podobnież, że był życiowo nieporadny, któregoś dnia wyszedł z domu i już nie wrócił, więc chyba musiało mu się coś stał 😦

Trzecim, już moim zwierzakiem był kot, a właściwie kotka, która była kotem… Było to moje własne, pierwsze wymarzone zwierzątko! Miałam może pięć lat no i wymarzyło mi się zwierzątko… więc na dzień dziecka postanowili mi sprawić kota. pamiętam, jak ją taka pani o blond włosach przyniosła, taka mała kulka z niej była (z kotki, nie z pani ;-).od razu się schowała za lodówkę i nie chciała wyjść. Tata musiał ją wyciągać  zza tej lodówki 🙂 I wszystko było fajnie, kot był, dostał imię Sambor. I dalej byłoby fajnie, gdyby Sambor nie Digital Cameraokazał się być Sarką… To znaczy kotką, która po jakimś czasie bycia Samborem urodziła śliczne, małe kocięta. Pamiętam, że z pierwszego miotu mieliśmy Rzepka, kocurka ze śliniaczkiem. Niestety, Rzepkowi się coś stało bodajże jak miał rok, zginął, nawet nie wiem gdzie i kiedy. Miałam wtedy może z 7 lat… Drugim kotkiem był Groszek, był śliczny! Cały czarny i miał zielone oczy, które świeciły w ciemności. Niestety, zatruł się czymś, cierpiał kilka dni i kiedy pewnego dnia przyszłam ze szkoły, już był zakopany… 😦 Zdecydowaliśmy się wysterylizować naszą Sarkę, żeby już więcej ani ona nie cierpiała ani my, a w szczególności ja, bo zżywałam się z tymi małymi kociętami, bo to ja się nimi cały czas zajmowałam… Nawet jak teraz o tym myślę, to kurcze… jakie małe kotki są fajne!! Ach.. Nie do opisania 🙂 Z Sarką mam mnóstwo wspomnień, np. to jak „czekałyśmy” na przyjazd mojego największego jak dotąd zwierzaka, Jackiego i zamianę Nelsona… ale o tym chciałabym napisać w osobnej notce. Sarka wciąż żyję, ma się w miarę dobrze mimo kilku drobnych zachorowań jakie miała w swoim życiu. Ten kotek jest bardzo ze mną zżyty. Kiedy mnie nie ma w domu przez dwa dni potrafi wariować. Wskakuje na meble, miauczy, biega po całym domu. Taki, bardzo rodzinny i towarzyski kotek, z szalonymi pomysłami i werwą do zabawy, pomimo swego, podeszłego już wieku. Spędziłam z tym zwierzakiem całe swe dzieciństwo praktycznie i zapewne kiedyś będzie mi jej bardzo brakować… bo Sarka zawsze była, zawsze w moim domu. Zawsze przychodzi się przywitać, siedzi rano ze mną przy śniadaniu na ławie przy stole, włazi na kolana, śpi w nogach na mojej kołderce… Nawet był kiedyś taki czas, że przychodziła i patrzyła jak odrabiałam lekcje… Przywiązałam się do tego kotka…

Eh… to były czasy… 🙂

O reszcie zwierzaków napiszę niebawem… c d n.

Reklamy