Zwątpienie w relacje i „moje borderline…”

Od jakichś dwóch dni ogarnęło mnie jakieś zwątpienie w to wszystko. Mówiąc to wszystko mam na myśli całą tą relację z F. i jeszcze jedną osobę. Czuję, że w moim życiu się nie poukłada, a relacje są chwilowe… marzę o stałości i stabilizacji w relacjach…

Co do F. to niby jest dobrze w naszych rozmowach. Pisze niby, bo od pewnego czasu już nie jestem nim chyba taka zachwycona, mianowicie od tego, jak rozmawialiśmy o tym, jak zapatrujemy się na związki i napisał mi, że dziewczyna nie powinna wymagać od faceta by spędzał z nią cały czas, zabierał do SPA  i na wyjazdy bo przecież na to trzeba ciężko  i dużo zarobić, a kiedy się jest w pracy to nie można spędzać razem czasu tak dużo i dlaczego te dziewczyny mają o to pretensje? Trochę przypomniało mi to zachowanie Pana ze skrzydłami, który mówił mi,że przyjazdy do mnie kosztują go drogo i nie będzie przyjeżdżał częściej niż raz w miesiącu przez okres wakacyjny. Ponadto F. narzeka na pracę, ale kiedy mówię mu, aby ją zmienił, mówi tylko, że musi o tym pomyśleć. Ale nie widzę, by podjął jakieś działania do tego zmierzające. Chce się dostać do jednostki, tej samej co Top Gun, ale nie może zdać testów sprawnościowych. Chcę aby zaczął ćwiczyć, wtedy będzie mu może łatwiej, ale również nie wiem, czy podjął w tym jakieś kroki. Nie wiem, czy uda mi się go zmotywować. Sam mówi, że błądzi… Opowiadał mi kiedyś o swej relacji, którą miał. Na stałe nigdy nikogo nie miał, a  spędził dwa lata pisząc jedynie z jakąś dziewczyną, równie młodą, jak i on. Niestety boi się, że relacja z kobietą mu nie wyjdzie, bo ostatnio próbował i nic z tego nie wyszło…

Chyba nie pisałam tu o pewnym panu, którego poznałam w Internecie, na pewnym portalu… Od jakiegoś czasu sobie piszemy. On też ma depresje i został w ten sam sposób oszukany przez swoją byłą co ja przez Top Guna, dużo na ten temat rozmawialiśmy, o tym, jak się czujemy, o tym, jak to przeżywamy. Jednak do tej pory traktowałam go jako osobę do rozmowy, której nawet nie znam osobiście… Ponadto ciął się i pił, nie radząc sobie z tym rozstaniem.  Ostatnimi dniami jednak wysłał mi wiadomość, że może powinniśmy się sobą zainteresować i, że szuka kogoś do opieki nad sobą i osoby, którą również by chciał się opiekować. To było miłe, ale jednak przeszła mi przez głowę taka myśl, że nic z tego nie będzie. Nie zniosę jego depresji, nie będę potrafiła patrzeć na jego cierpienie, jak on ciągle ją kocha, on pewnie na moje też. Nie mam siły już nikogo ratować, sama potrzebuję opieki…

W związku z tym wszystkim poczułam jakiś bezsens… Jestem w kolejnych relacjach, z których nic nie wynika i nic nie wyniknie. Potrzebuje chyba stabilności w relacjach, aby do czegoś zmierzały, a nie zastanawiania się czy dąży to do czegoś sensownego.

Z Top Gunem się rozstałam na dobre, nie mamy ze sobą kontaktu. Cieszę się z tego, przynajmniej mnie już nie rani. Poranił mnie już wystarczająco… Dziś przejeżdżając przez miejsca, gdzie razem bywaliśmy, pomyślałam, że żałuję, że w ogóle go poznałam.. Czuję się tak odepchnięta, oddana… Oddana przez Top Guna do F. i zapomniana, ale może to lepsze? Chyba tak.

Czuję bezsens i ściskający ból, pustkę, która mnie wypełnia. Znów zaczynam się zastanawiać, czy mam cechy borderlie… Boję się, ale paniczny lęk przed odrzuceniem, depresja porzuceniowa i chęć zatrzymania na siłę osoby, którą kocham mi nawet pasuje do borderline…

F. przyjeżdża do mnie w sobotę, nie wiem co będzie, ale może miło spędzimy dzień mimo wszystko… Zapisałam się tez na lekcję francuskiego, bo zawsze mi się podobał ten język, jego akcent i wymowa, wydaje się taka wdzięczna.

fantasy-2506830_960_720

 

Reklamy

Cień wątpliwości…

Po dwóch dniach spędzonych całych z Top Gunem, mam jakiś cień wątpliwości. Niby jest dobrze, fajnie, tym bardziej, że udało mi się przełamać w nim zachowanie bardzo na dystans i odważył się wejść swoim ciałem w moją prywarną sferę. Więc się do mnie przybliża, potem oddala, zdejmuje ze mnie włosy, czy tylko szuka okazji by mnie gdzieś dotknąć, a to za rękę, a to za nogę itd. Byliśmy też dwa razy na kawie, by porozmawiać, co prawda, z jego kolegą, ale było na prawdę fajnie i wesoło. Jednak mimo wszystko nasuwa mi się jakiś cień watpliwości. Do czego to wszystko zmierza? Po co to wszystko? Jest fajnie, miło, sympatycznie, ale to są chwilę. Po za nimi, każdy z nas ma swoje odrębne życie, swoje sprawy, swoje załatwienia… Nie wiem, czy to ma sens? Może zbyt szybko oczekuję jakiejś decyzji, jakiegoś kroku od niego… jakiegoś działania, nie wiem…

Zastanawiam się nad nabytym schematem niestabilności relacji, czy to, że ktoś cegoś nie wypowie, to czy to oznacza, że tego nie ma lub, że się zaraz rozleci? Czy jakaś deklaracja czegoś jest mi potrzebna, żeby uwierzyć?  De facto , każda relacja się może rozlecieć, zawsze, więc.. po co to wszystko… Boję się, potrzebuje ciągle jakiegoś potwierdzenia… bo jeśli nie to co się stanie? I na co mi to wszystko?

Top Gunie, pewnie nie zdajesz sobie sprawy, co przeżywam, widać po mnie, że wszysto jest dobrze, ale w środku wciąż się zastanawiam, do czego to zmierza? Chciałabym być spokjna i poprostu puścić to wszystko swoim torem… zająć się i już nie myśleć…

ResizedImage600375-zwatpienie