Czuję wolność! Zaczęło się coś dziać…

Muszę Wam napisać, że coś się w moim życiu dzieje, tylko jeszcze jakby… nie wiem co. Ale czuję, że coś powoli, małymi kroczkami zaczyna się zmieniać, isć do przodu. Może to ja sama? Zmieniłam się, oj tak. Od czasu zakończenia relacji z Panem ze Skrzydłami jakoś inaczej podchodzę do ralcji, jakoś tak… bardziej na luzie, choć myślę podobnie i może wtedy nawet wychodzi lepiej? Czuję, że mogę sobie dać więcej luzu, więcej radości, jakoś pogodniej spojrzeć na życie… Jakoś się podnieść i isć dalej, w końcu od jutra Nowy Rok 🙂 Jestem jakoś o wiele spokojniejsza niż byłam przedtem, wrzuciłam na luz i chcę zrobić wiele rzeczy, ale już nie dla innych, a dla samej siebie. Nigdy się mną nie przejmowałam, teraz chcę wreszcie zająć się sobą, swoimi potrzebami. Na reszcie poczułam wolność, wolność, od schematów, wolność or tego wszystkiego, co sama sobie wpajałam przez długie lata, to takie nieziemnskie uczucie! Mogę realizować swoje pasje, rozwijać się, przestałam siebie ciągle oceniać, zadręczać się tym, co pomyślą inne osoby…

Czas od Świat mija mi na ciągłych rozmowach z Top Gunem. Stara się, widać to po nim, jakoś tak naturalnie ta relacja ewoluowała do miana czegoś na kształt dobrej znajomości. Kiedyś zapytałam go, czy mogę mu coś szczerze powiedzieć. Na co on odparł -Przecież wiesz, że możesz. Tak mi to dało do przemyślenia taką kwestię otwartości. Mało jest osób w moim życiu, do których mogę coś powiedzieć tak otwarcie. To dla mnie nawet dziwne, bo z żadnym facetem nie mogłam sobie porozmawiać o tym, jakie mamy społeczeństwo, plany na przyszłosć, nawet o tym, czy chcemy mieć rodzinę, jakie mamy podejście do życia. Tylko jeden temat pozostaje jeszcze w sferze milczenia, oczywiście temat naszej relacji… Wczoraj odczułam, że bardzo chciałby mnie zaprosić na spacer po lesie, który rośnie koło jego mieszkania, jedak później przez zbieg wypadków i sytuację, która go spotkała, temat ucichł.

Czuję, że po tych Świętach i po tych rozmowach coś się przełamało w tej znajomości, jakby „wskoczyła” na wyższy szczebel, jest jakoś tak bardziej otwarcie i radośnie, nie rozmawiamy już w większej mierze o szkole i sprawach z nia związanych, ale też o całkiem prywatnych sprawach. Z jednej strony mnie to cieszy, z drugiej, nie chcę sobie robić nadzieii, bo potem będę tylko czuła żal i rozczarowanie, ale postanowiłam, że resztę zostawię czasowi… w końcu człowieka nie można poznać od razu, potrzeba na to czasu i różnych sytaucji.

girl-1219339_960_720

Świąteczne rozmowy i o dalszych podchodach słów kilka.

W Święta zawsze każdy ma trochę więcej czasu. Przynajmniej wśród tych, którzy święta spędzają w gronie rodziny. I tak, czasem przy świątecznych rozmowach można się czegoś dowiedzieć, tównież o tyh, o których nie słyszy się na co dzień bo albo nie chce się o nich słyszeć, albo dawno gdzieś ślad po nich zaginął. I tak było tym razem.Podczas pogawędek przy świątecznym obiedzie, dowiedziałam się co nieco o dalszych losach M., Małej, a także Pana Blond 🙂 Choć jakoś nie chciałam o nich zbyt dużo wiedzieć, szczególnie o M.

M. podobno rzucił szkołę, zaraz po osiemnastce i poszedł do pracy, na taśmę w jakiejś firmie produkcyjnej, robiącej części do samochodów. Zarabia po trzy tysiące i jak narazie go to cieszy. Chce się wyprowadzić od ojca.- Byłam w szoku muszę przyznać, nie dlatego, że okazał się tak samodzielny, ale, że postąpił tak bezmyślnie. Przecież on nie ma nikogo, a jeśli zdobyłby choć jakiś zawód, mógłby się już na dobre usamodzielnić. Próbowali go podobno przekonywać, ale nic nie mogą zrobić, gdyż nie ma argumentu. Fakty są takie, że wiele magistrów jest bezrobotnych, więc… tak lepiej… Nie ma argumentu. Nie wiem, czy on nie widzi, że nie ma osoby, która mogłaby mu pomóc za kilka lat? Mąż mamy pewnie by chciał, ale co on zrobi, skoro jest tak daleko? M. jest tam skazany na siebie samego, tylko. I choć kiedyś mnie wkurzył, to jednak nie życzę mu źle, ale jeśli dalej będzie tak postępował i nie myślał co będzie za kilka, kilkanaście lat to nie wiem, jak skończy się jego historia. Do tego te pieniądze, pewnie odbije mu szajba, jak to takiemu młodemu chłopakowi, skoro nie myśli o przyszłości, to jest to możliwe.

Pan Blond, który był jedną z dwóch rozrywek podczas pamiętnych wakacji, gdzie spotkałam Łapacza Krokodyli i całą wesołą trupę, i z którym całkiem fajnie się gadało podobno ostatnio przybył na jakieś spotkanie w większym gronie. Jakoś żyje, był taki jaki jest, ma dziewczynę, jakąś brunetkę.

Mała kończy szkołę i chcę iść na dietetykę albo na hotelarstwo. Hotelarstwo by jeszcze uszło, choć język trzeba znać, ale dietetyka? Zdziwiło mnie to. Ta jest mnóstwo biologii, chemii, matematyki. A skoro nie zna tabliczki mnożenia to może być kiepsko. Mama mówi, że nawet fajna z niej dziewuszka, jakoś tam próbuje sobie radzić. A to pójdzie na łyżwy, a to kupiła sobie lampkę do robienia paznokci to coś tam próbuje dłubać. Świat się jakoś kręci, choć każdy jakby poszedł w swoją stronę. Cóż, może dziwie się przyznawać, ale ja nawet się cieszę, że wyszło jak wyszło. Bo jakoś niespecjalnie czułam się w tamtym  całym towarzystwie. Żal mi chyb atylko relacji z M. Jakiś sentyment do niego mam, a może bardziej do tego fajnego czasu, jaki z nim spędziłam, do tych ciepłych i słonecznych wakacji. Wiem, że już nigdy prawdopodobnie go nie zobaczę, ze się zmienił i, że tematego M. już nigdy nie będzie, gdzieś zniknął, ale jednak w mojej pamięci, gdzieś głęboko jakoś został taki, jak był wtedy. Choć to dzieciak i teraz wiem to na pewno.

Top Gun cały czas próbuję się jakoś do mnie dopchać. Ostatnimi dniami, jakoś to całe nasze pisanie i rozmowy zamieniły się w jawne podchody. Nie wiem, jak będziemy się czuli, gdy się znowu spotkamy, bo po tych tekstach jakie teraz do siebie wysyłamy, to może być dość dziwna sytuacja, tak się spotkać. Ale dałam sobie czas i możliwość na trochę luzu, nie zawsze muszę być pod kontrolą, mogę śmiać się i bawić. To takie dziwne, napisać jest dużo łatwiej niż powiedzieć, tak prosto w oczy… z emocjami na twarzy. Wczoraj, kiedy mi pisał coś na dobranoc, wypalił jeszcze, niby, w żartach, żebym „spróbowała z nim zamieszkać”… Na co ja napisałam, że muszę isć już spać i rozmowa się jakoś urwała samoistnie. Dziś pewnie znowu napiszę. Ciekawa jestem jak się ona potoczy dalej…

 

I już po Świętach… trochę smutno…

Minęły mi Święta. To tylko dwa dni, kiedyś, jako dziecko były o wiele dłuższe. Później zastanawiałam się, dlaczego ludzi tek starają się, gdyż to tylko dwa dni, teraz… dni mijają mi tak szybko, że zanim się obejrzę, już gdzieś znikają. Dzień przed Wigilią i w Wigilię było mi jakoś smutno. Znalazłam też jedną piosenkę, która to podsycała, ten smutek. W Wigilię jak mało kiedy, chciało mi się zwyczjnie płakać. Zostałam sama w te Święta. Ludzie, nawet nie składali życzeń, jakoś tak, te święta wydały mi się minimalistyzne w tych działaniach. Zaledwie parę osób, które powiedziały mi coś miłego. Ale i dobrze, bo życzeń jakoś w tym roku słuchać nie mogłam. W Wigilię też zaczęło wszystko do mnie wracać…. Cała historia z Panem ze skrzydłami, jego słowa… puste chyba… Myślałam, że trzecie Święta spędzimy razem, z rodzinami, że nasze rodziny w końcu się poznają. Nie znały się, choć wiele razy zapraszałam jego rodzinę do mnie, ale on nawet nie przekazywał mojego zapraszenia…  że będzie jakoś tak rodzinnie, że będzie nas więcej w ten czas. Wiem o tym, że był ateistą i całe te święta go denerwowały. W sumie, co za dziwny człowiek… denerwowały go lampki świąteczne, to, że ktoś się cieszy, to, że ludzie mają choinkę… Założe się, że te święta przesiedział i przegrał w jakąś grę na komputerze. Zawsze tak było. Matka gotowała, a on grał. Wykazując swoje zniechęcenie i niezadowolenie z tego, że są święta. W sumie, mogłabym na palcach jednej ręki policzyć rzeczy, które w ogóle na tym świecie go interesowały… I tak jakoś zrobiło mi się smutno, samotnie.

Pod koniec dnia, już w zasadzie późnym wieczorem napisał do mnie Top Gun, wysłał mi życzenia… Zazwyczaj ludzie składają sobie życzenia w stylu zdrowych, wesołych itd, a takich życzeń, muzę przyznać, nawet bardzo obiektywnie nie dostałam od nikogo jeszcze. Takie zupełnie inne i zupełnie naturalne. Miłe to było.. no i tak od słowa do słowa, zorientowałam się, że on spędza Wigilię samotnie. Potem tak jakoś wyszło, że przegadaliśmy te całe święta prawie… O wszystkim, o planach, noworocznych postanowieniach, obserwacjach świata, a także poglądach, planach na przyszłość jakie ma każde z nas… Czasami śmiesznie i jak zwykle, z podtekstami, ale czasami też bardzo szczerze, aż smutno się robiło… Pisał o tym, że zastanwia się co to będzie za parę lat. Też z niego jest chyba samotnik, choć mnie to zdziwiło, bo wydaje się być dość przebojowy. Wydaje się też, że jest na serio mną w jakiś sposób zainteresowany…

Przynajmniej nie było mi tak smutno, a jeśli już było, to może nie było mi tak bardzo samotnie.

No cóż, święta minęły. Za chwilę Sylwester, który też spędzę w domu, zapewne oglądając sztrzelające pobliskie petardy…

Cóż, Ktomaszu, na razie taki rozwój wypadków, musi Ci wystarczyć 😉

 

O Nowym… i coś na Święta!

Wszyscy wkoło szykują się na Święta, wokół mnie pełno choinek , przystrojonych lampkami i uśmiechów na twarzach. Te święta są jakoś spokojniejsze, bez zabiegania o to, żeby ktoś był szczęśliwy, żeby ktoś mógł się cieszyć, kiedy i tak nie chciał tego robić. W te święta czuję, że odpoczne. Tak prawdziwie, wreszcie. Musiałam zrezygnować z jednego kierunku… moich wymarzonych studiów, dostać się na nie dostałam, ale dojazdy zabrałyby mi tyle czasu, że cóż. I tak mam jeszcze dwa, na których teraz chce się skupić. Szkoda mi tego, ale nie dałabym rady z dojazdem. Może kiedyś w życiu będę mieć jeszcze możliwość coś zrobić w tym kierunku.

Miało być o czymś nowym, a właściwie kimś nowym więc już piszę. Otóż, parę dni temu poznałam pewnego chłopaka, zupełnie przez przypadek i okazało się, że on jest z rodziny z problemami, podobnymi częściowo do moich. I choć na razie zamieniliśmy parę słów, ukazała mi się nieszczęśliwa postać, targana przez życie różnymi wirami. Obraca się on bowiem w towarzystwie muzyków, artystów, pisarzy, niestety, ale temu również towarzyszą narkotyki i dość frywolny sposób życia. (Sama nie wiem, czemu mnie do takich ludzi ciągnie…sztuka?). Jednak o dziwo, interesujemy się ta samą muzyką i tymi samymi czasami z przeszłości… A na dodatek ma na imię dokładnie tak samo jak Indianer… I powiem Wam tak szczerze, że zaciekawiła mnie ta postać, nie ze względu na to, że „wow, znów facet na mojej drodze, ciekawe co będzie?”, bo nie chcę mieć do czynienia z narkomanem, to częśto przepaść bez dna, a ratować już nikogo nie mam siły i nie muszę, ale tak zwyczajnie po ludzku, wydaje się mieć ciekawe zainteresowania (inne:))

Dziś mam ochotę na podróż, na lato… jestem przewrotna, kiedy jest lato, chcę zimę, a kiedy nastaje zima, chcę lato… Ale dziś chcę gdzieś jechać, gdzieś w obce, piękne miejsca… Zrobiłam coś dla Top Guna nie wyszło mi zbytnio, ale i tak mu dam, myślę, że i tak mu się sposoba, bo to takie własnoręcznie zrobione.

A poza tym, chciałam Wam życzyć radosnych Świąt, okraszonych serdecznością i gronem najbliższych Wam osób. I czy obchodzicie, czy nie, niech ten czas przyniesie Wam spokój i wytchnienie od zabieganego życia, niech będzie momentem do zatrzymania się i pomyślenia o życiu, tak po prostu, bo warto. Niech ten czas przyniesie nam wszystkim upragnione myśli 🙂

urrktkqTURBXy80MDVhNzY0NjU2ZjIwYTQ4NTExNzc0ZGYxYzk5N2Q3OC5qcGVnk5UDAH_NETDNCauTBc0DFM0BvJUH2TIvcHVsc2Ntcy9NREFfLzE0MGIxY2ZlN2YwYWM1MmVkYzAxMGQ3MDk3OGU4NGJlLnBuZwDCAA

Bluesowa 🙂

Czy to…. miłość?

Nadszedł chyba czas na nadrabianie wpisów, których przez prawie połowę roku tu nie zamieszałam. W moim życiu się coś dzieje, coś intensywnego i bardzo barwnego… Ale co? No właśnie… Co?? Przez to wszystko zgubiłam rozpoznanie… Nie widzę już chyba granicy, nie umiem tego wszystkiego pojąc, jakoś zrozumieć, czyżby historia z Panem ze skrzydłami mnie zmieniła aż tak bardzo? Nie… nie chcę tego, a może jednak…

girl-843076_960_720

Pisałam tu zaledwie dwa dni temu, i przez ten czas tak dużo się zmieniło w moim świecie, choć tak bardzo się tego boję. Może za szybko, może nie tak? Miało być… może niepotrzebnie… Może… Miało być inaczej, miałam się wyciszyć, zapomnieć stopniowo o tym bólu, jaki zadał mi Pan ze skrzydłami, miałam zacząć żyć… sama dla siebie…Tak miało być łatwiej, przynajmniej na razie.

Wczoraj wieczorem wysłałam Muzykowi wiadomość… ot, nie specjalnie ubarwianą, życząc dobrej nocy, tak zwyczajnie… ale nie odpowiedział, to było dziwne, może był czymś zajety, więc położyłam się i zasnęłam. Ale kiedy dziś rano otworzyłam oczy, zobaczyłam tylko jedno nieodebrane połączenie i jedną wiadomość… To było dziwne, bo zazwyczaj odpisywał więcej, tym bardziej, jeśli chciał porozmawiać. Ze zdzwieniem więc otworzyłam…Treść pisana w nocy. A to, co zobaczyłam…. Treść zawierała tylko dwa słowa…

„Kocham Cię”… byłam w szoku…jakbym zastygła na chwilę w bezruchu. Nie wiem, co się dzieje, nie rozumiem tego, ale nie potrafię go odtrącić… Wtedy kiedy mi źle, wtedy wiem, że ptzynajmniej jest ktoś, kto mnie rozumie, tak ze wszystkim, ze wszystkimi moimi lękami, niepewnościami, obawami, emocjami i całym tym trudem życia. I coś przedziwnego ciągnie mnie w jego stronę… choć jest totalnie inny niż Pan ze skrzydłami, to po prostu jakby Indianer w innej skórze… taki, jakim go kochałam, jakim chciałam go mieć… jakim był zanim zniknął na dobre, kochanym i odczuwającym ten świat mocniej. Może ta cała moja opowieść o nim i mój trud i ból po tamtej historii nie poszedł na marne? Choć wiem, że to stąpanie po bardzo cienkim lodzie…

P.S. To jest mój 200 wpis na blogu 🙂

Szczególny dzień!

Dziś jest dla mnie jakiś mój mały, szczególny dzień… Równo rok temu „poznaliśmy się” z Panem ze skrzydłami, właściwie to, zobaczyłam go po raz pierwszy na ekranie, a właściwie nawet nie jego, tylko jego imię i nazwisko. Nie będę tłumaczyć, po prostu- zobaczyłam. Odpisał mi coś, jakieś zdanie o regule logicznej. O dziwo, odpisał, bo nikomu wcześniej, ani później nie odpisywał. Oglądał moje zdjęcie…

Czuję, że na tym blogu przeoczyłam jakoś początek naszej znajomości. W zasadzie, nic tutaj nie wspominałam o naszych pierwszych spacerach po lesie, o rozmowach, o pierwszej kawie i o pierwszym buziaku, który był niekontrolowany i za który mój ukochany musiał się wstydzić przede mną. Miłe wspomnienia. Bardzo miłe, dla kogoś, kto przywiązuje wagę do posiadania takowej osoby „tylko dla siebie”. Muszę to nadrobić, zaległości na blogu w kwestii Pana ze skrzydłami.

Od ostatniego wpisu minęło trochę czasu, moje wątpliwości, cóż…poradziłam sobie z nimi. Pójście na studia, w ten cały zgiełk studentów i nauki dało mi nadzieję i choć czuję się zmęczona- poczułam się lepiej, zdecydowanie, poczułam, ze są ludzie, dla których są ważne również te tematy, które ważne są dla mnie i którzy to rozumieją. A nie od razu negują, więc poczułam swoją celowość i wzbił się we mnie jakiś zapał do pracy. Uznałam, że swoje potrzeby trzeba realizować. Poczułam się ważna, tak po prostu. Zwróciłam się też bardziej ku mojemu życiu i potrzebom. Czego wcześniej nie robiłam. Poczułam, że wraca do mnie moja wrażliwość, to wszystko- czego doświadczałam będąc młodszym człowiekiem, a czego mi bardzo brakowało w życiu od jakiś paru lat wstecz. Zajmując się jakimiś dziwnymi problemami, nie umiałam się skupić na życiu, a może „życie” wydało mi się po prostu za trudne, aby się na nim skupić, więc wolałam inną drogę? Nie wiem… W każdym razie dziś czuję się w miarę okej i cieszę się an kolejny zjazd na uczelni, choć ma on trwać 4 dni i być bardzo męczący… Pewnie uda mi się też zobaczyć z Panem ze skrzydłami. Bo od dwóch tygodni się nie widzieliśmy i bardzo mi go brakuje. Wczorajszego dnia też byłam na fajnym wydarzeniu kulturalnym, ale o tym już innym razem…

11987691_rozpromieniona-krolowa

Ludzie na studiach inni są…

Na kilka chwil wyłączyłam się z życia… Przez ten czas zrobiłam parę fajnych rzeczy, uspokoiłam się, choć być może tylko względnie, byłam na uczelni… Tak, można powiedzieć, że żyłam. Na zewnątrz. W środku już ciężej. Najpierw moją głową targały różne myśli, takie, że aby je przyćmić, musiałam usnąć, potem zaś nie miałam czasu myśleć o czymkolwiek poza pragnieniem snu i odpoczynku. Nie ma to jak mieć weekend w poniedziałek… 🙂 

Wyciszyłam się, nabrałam dystansu do sprawy, która sprawiała, że nie mogłam się uspokoić, dostałam też zapewnienie, że nie jestem odrzucona. To chyba ułatwiło całą sprawę w znacznym stopniu. Przeżyłam. Zawsze po wykładach czuję pustkę, taką pustkę z pytaniem „co dalej?”, bo przecież nie miałam czasu zaplanować nawet jednego dnia lub chociażby pomyśleć, co chciałabym robić przez czas „teoretycznie wolny”. 

Co do studiów, muszę przyznać, że inaczej je sobie wyobrażałam… Większość z grupy to ludzie dorośli, a nawet starsi, więc choć staramy się wszyscy zachować kontakt koleżeński, jest to utrudnione ze względu na wiek i zupełnie inny sposób życia. Na pierwszym zjeździe, na którym byłam, było mi tam źle… Siedziałam i pytałam się,” co ja tu robię?” Nie mogę powiedzieć, żeby było fatalnie, niektórzy chcą się uczyć, jest dostęp na bieżąco do notatek, jest pomoc, jeśli ktoś czegoś nie rozumie. Ale kontakt z tymi ludźmi za pierwszym razem ograniczał się do miłego pytania, jak tam leci, czy wszystko wiesz z wykładu i kto, gdzie pracuje. Niby normalne, dobre… ( A może to ja za dużo wymagam?) Ja mam też inne porównanie z w sumie nowo poznaną drużyną sportową (jeździecką) i tam wszyscy rozmawiamy na równi, kiedy się pośmiejemy to jest fajnie, jakoś tak wszystko weselej. I ja właśnie tak podeszłam do grupy z uczelni. A to do tego zagadam, a to do tamtego, nawet, jeśli kogoś nie znam, czy jest innej narodowości. Natomiast moja grupa nie przejawia raczej takich chęci. Powstały grupy, czy pary i choć komunikujemy się ze sobą wszyscy życzliwie, to jednak wyodrębniają się grupy i to akurat normalne, bo raczej każda grupa tak funkcjonuje. Z drugiej jednak strony troszkę mnie to dziwi, bo wydawało mi się do tej pory, że ludzie dorośli będą potrafili stworzyć jeden zespół. No cóż, trudno jednocześnie wymagać od takich osób, żeby chcieli nawiązywać głębsze znajomości ze „smarkami”.  Bo chyba trochę za takich uważają te parę młodych osób, które się znalazły w tej grupie. 

Z racji tego, że kiedy zaczęły wyodrębniać się pary i grupki, ja zagadywałam do wszystkich, nie mając jakiejś jednej grupy, z którą bardzo przebywałam, w efekcie tego, jakoś zostałam na boku,nie zawierając „bliższego kontaktu” z nikim, a powierzchowny ze wszystkimi, dlatego wyklad-tablica-notatki-duzopierwszy zjazd wydał m się ciężki. Jedynymi osobami, z którymi przebywałam w miarę często i z którymi najczęściej rozmawiałam, były dziewczyny poznane na inauguracji, młode, tak samo jak i ja. I są one w miarę fajne, potrafię się z nimi dogadać w sprawach uczelni, ale po jakimś czasie zobaczyłam, że jednak nie nadajemy na tych samych falach. Mówią mi, że analizują pewne rzeczy, że mają predyspozycje do bycia terapeutkami, a potem śmieją się z rzeczy, która mnie nie wydaje się śmieszna i prawdę mówiąc, dla mnie jest to humor z zakresu gimnazjalisty… Nie oceniam takiego zachowania, ale wydaje mi się, że chyba mentalnie zostały one jeszcze w szkole średniej. 

Wizja spędzenia z nimi całych studiów trochę mnie zaniepokoiła i zasmuciła szczerze mówiąc. Lubię je, ale wiem, że się nie porozumiemy w sferze emocjonalnej nigdy. Miałam już takie znajome i się nie udało. Nie generalizuje, po prostu widać, że te osoby mnie nie rozumieją, czuć to w rozmowie. Potem „przykleiła się” do mnie czterdziestolatka, która jest bardzo zahukana i potrzebuje chyba kogoś, kto by ją prowadził. Akurat biorąc pod uwagę moje wcześniejsze doświadczenia, wiem, że się na to nie zgodzę. Za dużo siły i energii dałam komuś, kto to wykorzystał, potem odpłacając się fochem i oskarżając mnie o coś, czego nie zrobiłam. Każdy sam musi nauczyć dawać sobie radę, tym bardziej w takim wieku. Bardzo nie lubię „wiszenia” na innych. Inne osoby w ogóle nie wykazały inicjatywy rozmowy, po za może jedną, z mojej strony oczywiście, więc w rezultacie, przyglądając się na moją grupę tak smutno mi się zrobiło… Czy czeka mnie taki sam scenariusz jak w latach poprzednich? Rozmowa tylko z paroma osobami… 

Jadąc zastanawiałam się, co takiego jest we mnie, że nie potrafię znaleźć i zobaczyć odpowiedniej osoby, do jakiejś bliższej relacji, nie mówię tu o przyjaźni, ale o rozmowie o czymś konkretnym, nie powierzchownym, pomaganiu sobie, pójściu razem na przykład po kawę. Przecież a takich małych pierdół biorą się relacje, rozmowy, może nawet przyjaźnie, czy znajomości. Stwierdziłam jednak, na pierwszy rzut oka i wchodząc powoli w świat terminologii, że większość tych dziwactw leży chyba w procesach poznawczych i ich funkcjonowaniu, które jest inne u mnie niż u innych osób. To tak bardzo z grubsza, ale chyba coś w tym jest. Każdy jest inny, to fakt i każdy dla każdego może być dziwakiem. Jest jednak takie coś, co podpowiada nam wewnętrznie, po paru godzinach, czy dniach spędzonych z drugim człowiekiem, że albo od do nas pasuje i się dogadamy na różnych płaszczyznach, albo nie. Miałam tak z moją przyjaciółką Chomiczkową, myśmy jakoś intuicyjnie wiedziały, że się rozumiemy, choć ona jest inna niż ja…  W tej grupie nie znalazłam takiej osoby, choć zapewne Mama powiedziałaby mi, że to moja wina, bo i tak niczego nie wiem o nich. Prawda, mało o nich wiem, ale… jest takie coś jak intuicja, jeszcze nie wiem, na jakiej zasadzie to działa, może oczekiwań, może predyspozycji, ludzie się przecież też zmieniają, a nam wszystkim jest ciężko się zaklimatyzować. Być może okaże się, że osoba, która zrobiła na mnie takie wrażenie, za jakiś czas okażę się bardzo fajną.

Na razie było jak było i muszę przyznać, że było mi smutno z tego powodu. Została jeszcze jedna grupa , do której jakby ja pierwsza nie podchodziłam, bo jakoś niezręcznie mi było tak bezpośrednio, no… normy społeczne mówią, żeby się trochę hamować i choć jestem osobą „na wierzchu” otwartą, to jednak w środowisku akademickim nie chciałam sobie od razu wyrobić opinii, że startuję do wszystkich, bo takie plotki niestety w dużej mierze gdzieś tam idą. Mianowicie… chłopaki. Ale akurat się tak trafiło, że siedziałam sama, bo już wszyscy siedli w dwójkach czy grupach i jeden z konieczności siadł koło mnie… Po jakimś czasie na wykładzie zaczęła się dyskusja o… literaturze. Przegadaliśmy jakieś pół dnia, potem on poszedł do kolegi, a ja zostałam sama. Jednak ten jego kolega jakoś dziwnie zwrócił na mnie uwagę i pod koniec wykładów sam do mnie podszedł, ( nie wiem, czy coś mu powiedział, czy nie). Chłopak ma troszeczkę podobne pasje, jak ja. Jest miły, uprzejmy. Fajny z niego kolega. Dodatkowo jest w naszej grupie najlepszy z przedmiotów ścisłych, więc wcześniej moje koleżanki podchodziły do niego, żeby im wytłumaczył to, czy tamto zagadnienie, a myślę też , że przy okazji się pokazać… Sek w tym, że na tym koszmarnym przedmiocie ze mną siedział i wszystko tłumaczył…  Pierwszy natomiast jest niespełnionym artystą, który zawsze posiada w głowie chaos twórczy….  No cóż, ludzie się różnią…. Nie mniej jednak, nie wiem, jak to do końca działa, zazwyczaj w takich sytuacjach narastają jakieś napięcia. No i chyba tak też jest. Kiedy na ostatnim wykładzie siedziałam pomiędzy chłopakami, moje koleżanki z którymi wcześniej spędzałam trochę czasu nawet nie odpowiedziały cześć, kiedy im powiedziałam na odchodne… Eh… Dlaczego kobiety są takie, jeśli chodzi o facetów? Wiem, że nie wszystkie, ale… jednak chyba część jakiejś prawdy w tym stereotypie jest. To są młodzi ludzie, może dlatego też tak odbierają pewne sytuacje, tak, jakbym to ja „zostawiła je, dla kolegów”. Nie chciałam nikogo zostawiać, ale też, kiedy widzę, że nie znajdę takiego kontaktu, jaki bym chciała, to po co tam być?