Szukając zrozumienia…

Dziś będzie krótko i na temat. Nie mam jakoś weny pisać długiej notki. W piątek byłam na uczelni. Stoję przed drzwiami, patrzę, w moją stronę idzie Pan D. Ucieszyłam się, bo pomyślałam, że może zaproponuje byśmy gdzieś razem wyszli później i poszli porozmawiać, jakoś tak, cieszyłam się, że go widzę. Jednak nie, przyszedł, przywitał się, weszliśmy razem na salę. Potem ja wyszłam pierwsza, on został, szepnęłam mu tylko „pa”. Poszłam, siadłam na krzesłach i coś sprawdzałam w internecie, a po pewnym czasie patrzę, idzie D. Rozmawia przez telefon i wychodzi po schodach. Zawołałam go więc, a on nic. Drugi raz, też nic. Przeszedł koło mnie, usiadł na zewnętrznych schodach i rozmawia przez komórkę. Wyszłam więc z budynku i starałam się jakoś zwrócić jego uwagę, ale nic nie zadziałało, w końcu stanęłam tak, aby mnie widział, ale i to nie odrywał wzroku wpatrzonego gdzieś w dal. Pomachałam mu, wreszcie zauważył i mi odmachał, powiedział, że jest teraz cały czas zajęty i tyle. Więc odwróciłam się i poszłam. Tak skończyła się nasza znajomość. Żadne z nas już nic nie napisało. Zawsze to aj musiałam zaczynać rozmowę, teraz już nie będę. Nie zależy mu, udaje, że mnie nie zna, więc niech tak pozostanie.

Ostatnio też pisałam sobie przez jakiś czas z pewnym mężczyzną z pewnego forum, bardzo chciał mnie poznać, chciał zobaczyć, czy do siebie pasujemy, wysłał mi zdjęcia i w pewnym momencie odmówiłam mu związku. Facet jest wkręcony w kolejne dziwne relacje z przyjaciółką, a ja nie zniosę kolejnych kobiet wokół jakiegoś kolesia, po prostu nie, to za bardzo boli. Znowu ażebym mogła być skrzywdzona i odrzucona na rzecz innej kobiety? Nie, podziękuję…

Znowu poszło o kobietę tak w zasadzie. Wypisywał do mnie wiadomości opisujące ją, raz, ze jest dla niego niedobra, bo on ją kocha a ona jego nie, drugim razem, że jednak jest dobra bo to jego serdeczna przyjaciółka i był z nią w Chorwacji bo ona pojechała tam dla jakiegoś faceta a on za nią. Ona teraz kocha tego Chorwata a on cierpi… Znowu inna kobieta, znowu która go nie kocha i on cierpi… Jakbym widziała lustrzane odbicie mojej historii…tyle, że jego nie kocham. Więc mu powiedziałam, albo kończysz z nią i się możemy poznać, albo nie. A on na to, że że jej nie zostawi. Dlatego powiedziałam mu wyraźnie nie. A on nadal mówił, żebyśmy się poznali…

Potem wyszło, że ma osobowość schizotypową, na dodatek wierzy w reinkarnację, pisać też niestety nie potrafi, robi byki, i nie za bardzo rozumie kontekst wypowiedzi wiadomości, które do niego pisałam. No więc szczerze… na co mi taki koleś? Znowu przyjaciółki i udręka, że mnie z nią zdradzi, albo nie rozumie co do niego mówię… Dlatego się odcięłam.

Powiedziałam sobie, że nie będę ani piątym kołem u wozu, niechcianym i odrzucanym, ani rzeczą, od której się ludzie muszą oganiać, jak od natrętnej muchy. Jeśli ktoś nie chce to nie, on też ma się starać. Nie będę nikogo usprawiedliwiać, bo potem cierpię tylko..

Czuję, że moje myśli znów uciekają w stronę depresji… wiem, że one są chorobowe, ale jednak są. Kto czytał moją historię relacji z Top Gunem wie, przez co przeszłam i, że teraz zaczynam od nowa wszystko… Dziś właśnie znów miałam przed oczami jego kłamstwa, jego odrzucenie względem mnie i aż łza mi spłynęła po policzku…to jeszcze czasem wraca i za bardzo boli…

Wydaje mi się, że nigdy nie będę szczęśliwa, że ludzie mnie nie chcą, odrzucają na każdym kroku, że jeżeli już spotkam kogoś innego, to on i tak mnie odrzuci. Czuję się tak, jakbym była dziewczyną gorszej kategorii. A przecież radzę sobie w życiu, studiuję 2 kierunki, mam wiele pasji, jestem inteligentna, wiele osób mówi, że ładna, mam zasoby, jak mówi mi terapeutka, a mimo to moje poczucie własnej wartości leci w dół. Zastanawiam się, co robię nie tak? Czy ja przyciągam dziwnych, niepoukładanych ludzi, czy po prostu mam szczęście na takich trafiać…

Jedynym dobrym wydarzeniem jest to, że załatwiłam sobie notatki z filologii polskiej! Będę mogła się w domu na spokojnie uczyć i spełniać swoją pasję do pisania i literatury. Na studia przy tylu kierunkach już nie wystarczy mi czasu ale na zerknięcie na notatki na pewno, a zawsze chciałam się rozwijać w tym kierunku.

Dzisiejszy dzień znów wydaje mi się jakiś smutny i przygnębiający, czyżby znów wróciła depresja? Czuje się tak, jakby mnie nie było w życiu…

fashion-2309519_960_720

 

 

Randka…

Ten tydzień był szalony. W głowie kołatało mi tyle różnych myśli, że nie sposób ich zliczyć. Ostatni post był  o tym, że poznałam pewnego pana D. I od tej pory cała ta depresja związana z Top Gunem minęła. Jakoś się uspokoiłam, uporządkowałam swoje myśli, nie, nie leczę się wcale innym facetem, jestem sama. Po prostu zrozumiałam, że na jednym świat się nie kończy i, że mogę być jeszcze kiedyś dostrzeżona i akceptowana, mogę fajnie spędzać czas, mogę o nim nie myśleć, mogę nie mieć flash backów, mogę iść dalej…

Przez ten tydzień próbowałam się skontaktować jakoś z panem D. Jednak odpowiedział tylko na jedną wiadomość i dalej zamilkł. Pomyślałam sobie, no cóż, trudno, jego strata. Jednak wczoraj o dziwo sam się odezwał i tak,  jak to wykazywał tydzień temu, chciał się spotkać. Więc umówiliśmy się na spotkanie. Przed spotkaniem jeszcze musiałam podjechać na uczelnię, załatwić dwie sprawy i choć miałam mieć cały dobry dzień, spotkałam na uczelni Top Guna… Najpierw mnie nie zauważył, potem zauważył, potem chciał pocałować, więc się odsunęłam, poczułam tylko jego oddech na moich ustach, a potem powiedział, że ma coś dla mnie i wyciągnął z plecaka witaminy. Mało myśląc wzięłam je, choć teraz myślę, że do niczego mi one nie są potrzebne, ale dla świętego spokoju… Potem powiedziałam mu, że muszę już iść, chciał iść ze mną, ale przecież nie zabiorę go na randkę z D. ,odsalutowałam i poszłam swoją droga z uśmiechem na ustach. Jednak poczułam, że pod tym uśmiechem coś było. Coś we mnie, jakiś smutek… smutek, że mimo wszystko go straciłam? Nie wiem, nie chcę myśleć już w kategoriach „o, jaki fajny facet”… Przez ten tydzień poukładałam sobie wiele rzeczy w głowie, między innymi to, że mi nie zależy, że nie muszę mieć z nim kontaktu, wręcz zaczęło mnie to denerwować, że do mnie pisze. Stwierdziłam, ze mam swoje życie i nie muszę z nim być złączona non stop. Odzyskałam przez ten czas swoją indywidualność. A dziś, dziś poczułam jakiś smutek, choć wiem, że on nigdy chyba nie widział we mnie kobiety, tylko koleżankę, a ja mam już dość po tylu miesiącach bycia koleżanką.

Potem zaraz poszłam na spotkanie z D. Przyszedł, choć wątpiłam w to, czy przyjdzie. Poszliśmy na kawę i coś zjeść. Nawet przyjemnie się rozmawiało. Poczułam jakąś taką świeżość w tym wszystkim, jakaś nowa osoba… choć nie weszliśmy na tematy bardzo osobiste, jak poprzednio to było po prostu miło się spotkać i porozmawiać. Potem szedł na basen, a ja wracałam do domu. Na pożegnanie go przytuliłam, sam się zapytał, czy go przytulę…

Powiedział, że się odezwie. Sama jeszcze nie wiem, co o nim sądzić. Może jest za wcześnie na jakieś osądy? Ale miło mi w jego towarzystwie.

Z drugiej strony wydarzyła się też rzecz bardzo dziwna. Odnowiłam stare kontakty i znalazłam też tam niejakiego pana A, który podczas jeszcze mojej depresji, dzwonił do mnie i pytał się mnie, jak się czuję i się o mnie troszczył. Jemu opowiedziałam o całej tej sytuacji z Top Gunem, o tym, co mi zrobił…o tym, że mam depresje, że bardzo źle się czuję. W pewnym momencie zaczęłam traktować go jak brata, bo był ze mną, wspierał mnie ostatnio, rozmawiał. Z tym, że ja myślałam, ze on również myśli o mnie jako o koleżance i niczego więcej nie oczekiwałam. Bo i teraz przyjęłam taką postawę, że niczego nie oczekuję. Traktuję ich jako kolegów, ale nie wierzę od razu, że coś z tego będzie… Nie robię sobie żadnych nadziei, bo nie chcę się już więcej rozczarowywać. Muszę też dać sobie czas dla siebie. Ostatnio, na samym końcu mojej depresji, bardzo chciałam, by Top Gun wiedział, jak ja cierpię, jak bardzo mnie zranił, jak nie mogę przeżyć kolejnego dnia bez bólu psychicznego, ale potem sobie pomyślałam, że on i tak tego nie zrozumie. Może w tym jest trochę mojej winy, bo gdybym zerwała od razu kontakt to może coś by do niego dotarło. Teraz jest już na to za późno. On mnie nie będzie w tym wspierał, nie będzie rozmawiał, on to ma gdzieś. Kiedy zaczęłam mu coś mówić…. Powiedział mi tylko, że jestem silna, że dam sobie radę i tyle. Zrezygnowałam z mówienia mu o tym. On nie wie co mi zrobił i nie zdaje sobie nawet z tego sprawy, przeszedł nad tym do porządku dziennego, to dlaczego ja nie mogę? Niech sobie żyje w tej swojej nieświadomości… słodkiej. I niech nadal pomaga ubogim i bezdomnym, tylko jedną osobę, która na to na prawdę nie zasługuje, bo przy nim była i jest, i która na prawdę go kochała odrzuca cały czas… Nie rozumiem tego, ale jak czegoś nie rozumiem to trzeba to zostawić…

Zastanawiałam się też ostatnio nad tym, co się ze mną działo przez ten czas od kwietnia… Doszłam do wniosku, że przeżyłam epizod depresyjny, kolejny już i bardzo ciężki. I wyszłam z niego. Jestem z siebie dumna. Nie czuję już takiego bólu psychicznego.

***

Wczoraj odbyłam też rozmowę z panem A. To była dziwna rozmowa. Wiem, że się o mnie stara, ale nic z tego nie będzie. Pan A. po raz pierwszy przez pół godziny przekonywał mnie wraz z kolegą, że marihuana jest dobra i powinnam zacząć ją palić, a już na pewno nie uważać ją za narkotyk… I mówi mi to facet 24 lata, który chciał być ojcem dla dziecka swojej poprzedniej dziewczyny z innego związku… A jego kolega też mnie chciał przekonywać, jednak co drugie słowo zaczynało się na k, już nie mogłam tego słuchać… I tak sobie pomyślałam o różnicach w potrzebach kobiet i mężczyzn w tym wieku. Oczywiście nie wszystkich, mam nadzieję, choć takowych nie wiedzę na chwilę obecną, ale jednak… Kobieta by chciała, żeby ktoś był, żeby przy niej trwał, czuwał, żeby ją wspierał, żeby potrafił dać z siebie coś dla tego związku, żeby był oddany, żeby można z nim było porozmawiać, żeby rozumiał, żeby chciał tego samego… A mężczyźni czasem zachowują się jak duże dzieci, które wiecznie chciałyby się tylko bawić, czasem nie zważając na konsekwencje…  Na koniec padło jeszcze takie zdanie, że się różnimy, ale to musi się zmienić… Na co tylko odpowiedziałam, że ja się  nie będę dla nikogo zmieniać i swoich poglądów również nie.

Potem posmutniałam tylko, bo pojawiła się myśl, że szkoda, że nie wyszło z Top Gunem. Jesteśmy czasem jak dwie krople wody. Spojrzymy na siebie i już wiemy o co chodzi. Ale może tak musi być?

Z tego wszystkiego wysunął mi się taki wniosek, że lepiej być samemu, niż ładować się w kolejne dziwne relacje… A tymczasem czekam na wiadomość od D.

dress-864107_960_720

Coś się zmieniło, jest spokojniej!

To dziwne, ale wybory coś między nami zmieniły. To był w ogóle jakiś dziwny dzień. Nie rozmawialiśmy ze sobą dwa dni wcześniej. Byłam w tym czasie w szpitalu, zawsze kiedy tam byłam, pisaliśmy, rozmawialiśmy, to wszystko mi się przypominało. To miejsce, przypominało mi rozmowy z nim, te szczerze rozmowy i śmiechy, żarty, dowcipy. W dniu wyborów napisałam do niego, wysłałam mu buźkę i znak zapytania. Odpisał takim tekstem, że wyszło, że nie potrafimy ze sobą nie rozmawiać dłużej niż dwa dni… że za sobą tęsknimy… Ten dzień był dla mnie dobry, jakby pierwszy raz poczułam, że ta sytuacja się stabilizuje i choć może nigdy nie będziemy razem, nie musimy być to jednak jest między nami coś bardzo dziwnego, może to po prostu zwykła przyjaźń i poznanie siebie?

Przyglądam się sobie też, jak zachowuje się po lekach. W zeszły piątek miałam fazę „Nienawidzę go! Ale może nie odchodzić ode mnie, jednak cieszę się, że się od niego uwolniłam, denerwuje mnie. Dość tej żałoby, nie mogę tak żyć. Trzeba iść dalej. Może jeszcze spotkam kogoś wrażliwego i dobrego.” Z piątku na sobotę noc była bardzo ciężka. Znowu miałam flash backi, całą noc nie mogłam spać, rozmyślałam o tym, co było oraz o tym, jakim jest palantem, że nie widzi tego, że jestem dla niego taka dobra. Później pojechałam do szpitala do pacjentów. Ten dzień był ciężki i smutny, choć godziny jakoś się nie dłużyły i nie czułam takiego zmęczenia.  W sobotę nie odzezwałam się do niego ani słowem. W nocy spałam w miarę dobrze.

A tu wstawiam jedną piosenkę, która bardzo dobrze oddaje mój stan z piątku:

 

Jednak w niedzielę nastapił  jakiś przełom, może to wszystko już mnie tak nie rusza? Choć flash backi nadal mam ze spotkania z nim, z wiadomości od niego, z rozmów… Jednak poczułam, że coś się zmieniło we mnie, nie reaguję już na pisanie z nim czy rozmowę tak emocjonalnie. Nie zastanawiam się już, czy powinnam to robić. Nie telepie mnie już na samą myśl odpisania mu. Może to dla mnie lepsze? Przegadaliśmy w sumie w niedzielę cały dzień, o zwyczajnych tematach…

Ciężko mi uporać się z potrzebami, które w sobie mam. Mam w sobie potrzebę, a dokłądniej potrzebę bliskości, a ona prowadzi mnie do złego, choć sama w sobie zła nie jest. Wiem to, ale i tak ją mam. Regulujemy sobie soba nawzajem emocje. Jemu, kiedy jest źle, dzwoni do mnie i jest lepiej, a mnie kiedy jest źle pogadam czy popiszę z nim i też jest lepiej. To jak branie narkotyków, to takie uczucie, jakby można było naćpać się drugim człowiekiem.

Od tych wyborów zrobiło się jakoś spokojniej. Nie wiem, czy to akceptowanie sytuacji, ale powiedziałam sobie, że poczekam co czas pokażę, pewnego dnia po prostu, albo z nim będę albo nie.  Parę dni temu jeszcze tak bardzo bałam się tej myśli, że on odejdzie do innej. W sumie, nadal się jej trochę boje, ale jeżeli tak zrobi, będzie kompletnym dupkiem i palantem, a poza tym, ja przetrwam, jakoś… Na razie jestem wolna i zamierzam to też jakoś wykorzystać. Przypomniała mi sie pewna historia, o której tutaj jeszcze nie pisałam. Jakiś czas temu, a dokładniej wtedy, kiedy rozstawałam się z Muzykiem i poznałam Top Guna, poznałam też pewnego chłopaka, Ł. Pisał do mnie bardzo długie listy, pełne takiego wrażliwego spojrzenia na świat. Ja wtedy mu w pewnym momencie nie odpisałam i kontakt się urwał. Pomyślałam sobie, że może warto te znajomość jakoś odnowić? Napisałam do niego pierwsza, odezwał się po dwóch dniach, z informacją, że odpisze mi coś wiecej jak przeżyję, bo również przeżywa zawód miłosny i jest mu bardzo ciężko… Cóż, chyba nie pozostaje mi nic innego jak również danie mu czasu…

Oprócz niego jest jeszcze inna osoba, z którą wiem, że nic nie będzie, ale przynajmniej mogę z nim pogadać. Ma o dziwo na imię tak samo jak Top Gun i jest raczej stabilny choć zagubiony, ma niskie poczucie własnej wartości. Ale stara się mnie wspierać w tym wszystkim, choć w taki prosty sposób.

Dziwnie się czuje z tym spokojem wobec tej sytuacji. Czyżby ta wyprowadzka jego utrzymanki dała mi jakąś złudną znowu nadzieję? Nie chcę tak myśleć… Z drugiej strony nie zakładam też snowu najgorszego, tylko nie wiem, czy to aby jest realne. Dla mnie zawsze najgorsze scenariusze były najbardziej realne i aby nie popaść w jakąś iluzję właśnie, trzymałam się ich. Ale może te trochę mniej ciemne też są możliwe i realne? Tego nie wiem. Chyba z tą myślą mi lepiej. Może być tak, lub inaczej. Wmawiam sobie, że cokolwiek się nie zadzieję, dam sobie radę. Czasami jeszcze przychodzi taka myśl, że przecież to jest już niemożliwe, żeby było dobrze, że on musi odejść… wcześniej czy później, ale nie wiem, co o tym sądzić. Z drugej strony boje się, że zaczynam się w to wszystko znowu wplątywać. Tym razem jednak widzę, że rodzina to akceptuje, bo widzi, że trzymam się lepiej, tylko nie wiem do czego to prowadzi. Jednak na razie nie chcę o tym myśleć, nie muszę przecież wszystkiego od razu wiedzieć. Wiem, że to jest bez przyszłości, ale czy wszystko musi mieć przyszłość?

digital-art-398342_960_720.png

Pie****lnąć tym wszystkim! Szczera rozmowa z terapeutką.

Wpis z 20.05.2019 r.

Dzisiejsza poranna rozmowa z nim spowodowała, że jestem cała roztrzęsiona, a musiałam z nim pogadać, bo załatwia mi praktyki. W sumie, nie wiem nawet dlaczego to robi. Chce mi pomóc?

Znowu jest gorzej. W tygodniu było lepiej, kiedy zajmowałam się swoimi sprawami, w weekend kiedy musiałam tam iść, oglądać tych ludzi, wśród których się poznaliśmy było mi ciężko. Jeszcze te pytania, gdzie on jest? Bo nie przyszedł na zajęcia i musiałam im tłumaczyć, że poleciał na ćwiczenie do Słowenii.

Nasz kontakt jakoś osłabł… dziś z nim rozmawiam, niby o neutralnych sprawach, czuję, że jest rozwalony w środku, smutny, przybity… Powiedziałam mu o tym, że się męczę. Od jakiś kilku dni, z w zasadzie od soboty chyba mam taki zamiar by powiedzieć mu, że mnie skrzywdził i, że przez niego się męczę. Powiedziałam tylko, że się męczę przez niego. Powiedział przepraszam, ale wie, że to nic nie zmieni. On też się męczy, już nie wiem w sumie przez co, chyba przez kochankę i to, że go zostawiła, ale co mnie to obchodzi?

Na początku, kiedy rozmawialiśmy miałam nadzieję na uratowanie tego, choć bolało, bardzo. Potem jakiś smutek, potem wyszłam na prostą, odcięłam, urwałam kontakt i było mi tak dobrze przez dwa dni, dziś znowu wszystko wraca. Dziś mam taką wielką ochotę pierdolnąć tym wszystkim i po prostu o nim zapomnieć. A wiem, że tak się nie da…

Na wieczór znowu on zaczął rozmowę. Chwilę popisaliśmy, było mi już jakoś lepiej, spokojniej. Uczę się nie reagować aż tak intensywnie na niego. Nie wychodzi mi to najlepiej… Ale mogę tak przecież nie reagować…

Znalazłam też jedną piosenkę, którą polubiłam:

Wpis z 21.05.2019r:

Rano pojechałam do terapeutki, nowej, bo u dotychczasowego terapeuty już terapii nie mogę odbywać. Myślałam, że będzie gorzej, ale nawet pozytywnie mnie zaskoczyła. Porozmawiałam z nią szczerze… chyba pierwszy raz wżyciu odbyłam taką szczerą rozmowę o tym, z terapeutką, że czuję się gorsza, że potrzebuję bliskości, że nawet jeśli relacja jest byle jaka to i tak jest we mnie ta potrzeba bliskości, bo lepsze to niż nic, o tym, że nie mogę określać swojej wartości przez bycie z kimś lub nie bycie, a to robię, że poczułam, że coś we mnie jest nie tak, że mam kołowrotek emocjonalny, raz chcę mu pomóc, raz mi go żal, a za chwilę mnie wkurwia i to tak intensywnie…

Nie powiedziała mi „zrób tak, czy tak”. Nie naciskała na urwanie kontaktu z nim na siłę, powiedziała mi o granicach, o zaopiekowaniu się sobą, o tym, że mogę sobie poeksperymentować, co mam z tym wszystkim zrobić, dała mi wolność. Tą wolność, na którą chyba czekałam, której od niej oczekiwałam, ale z drugiej strony zapytała czy ten plan, który ja mam w głowie jest realny? Nie wiem, tego nie wiem…

Dużo też mówiła o złości, że ja chociaż powinnam być wkurzona i w ogóle w pierwszej chwili powiedzieć „odejdź z mojego życia, nie chcę Cię znać”, a ja nie umiem. Mam w sobie tę złość, ale jakąś bierno-agresywną lub skierowaną na siebie. Stąd wymioty i takie złe samopoczucie. Powiedziała też, że może lepiej, że stało się to teraz niż później, bo później byłoby mi jeszcze bardziej żal. I, że nic nie dzieje się przypadkiem, może tak miało być, żebym wreszcie zaopiekowała się sobą, popatrzyła na siebie, żebym była gotowa coś usłyszeć. Bo może wcześniej nie byłam na to gotowa, a teraz, po tych wydarzeniach tak. W każdym bądź razie, przyszłam tam, chciałam porozmawiać, powiedziała, że to znak, że mimo wszystko jakaś część mnie jest dla mnie ważna. Powiedziała, że jest we mnie ta złość, która być powinna tylko muszę sobie dać czas, by ją poprzeżywać. To normalne, że najpierw chciałam to wszystko ratować, potem jakoś się odcięłam, a teraz już sama nie wiem czego chcę. To proces, który się toczy i będę zmienna, ale mam do tego pełne prawo. Poza tym, tyle jest we mnie teraz emocji, smutku, żalu, po stracie, że w tej swojej „żałobie” mogę po prostu raz chcieć kontaktu, choć mi w tym źle, a raz go nie chcieć. Mogę raz odebrać telefon, uznać, że to nie jest dla mnie dobre, a potem jeszcze odebrać 3 razy, aż nie dojrzeję do tego, że to ten moment, by to zakończyć. Powiedziała, że przecież mogę o sobie decydować  tak, jak zechcę, nawet jeśli się trochę jeszcze pobiczuję… aż nie dojrzeję co z tym zrobić, aż nie poczuję, że to jest ten moment. Powiedziałam jej też, że wnerwia mnie już słuchanie jego wywodów na temat tamtych kobiet i nie zamierzam tego robić, owszem, mogę z nim pogadać o neutralnych rzeczach ale nie o nich. To mnie też rani i boli i nie będę sama siebie krzywdzić. Przyznała mi rację, przecież ja też byłam jedną z nich, wybranką (choć ja nie wiem czy tak było) i mam pełne prawo nie mieć ochoty na słuchanie o nich. Mówiła też, że to nie jest normalne, że wymiotuję, kiedy były dzwoni do mnie… Powiedziałam też szczerze, że nie wierzę, że spotka mnie już coś dobrego, że kogoś poznam, że czuję się tak, jakby wszystko się już skończyło… Powiedziała, że popracujemy nad tym moim czarnowidztwem. Ustaliłyśmy też cele na terapię: Zmiana przekonań o sobie, na takie, że jestem ważna i wartościowa nawet jak zostaję sama. Popracowanie nad tym, aby odciąć się od myślenia o jego kobietach, wzbudzenie w sobie trochę złości, popracowanie nad czarnowidztwem. Powiedziała, że to realne cele do terapii, więc mogę dać radę.

Czuję się jakoś lepiej, jestem spokojniejsza. Tak, jakby moje życie zaczynało zależeć ode mnie, a nie od innych osób, ich samopoczucia, decyzji, uwag, przemyśleń itd. Dowiedziałam się też, że są organizowane spotkania dla osób oczekujących na terapię pogłębioną, pierwsze jest 12 czerwca. Może się wybiorę? O dziwo jak kiedyś nie lubiłam tego ośrodka, tak teraz jakoś lepiej mi, gdy tam idę, coś się zmieniło, może przez te wydarzenia? Kiedyś uważałam, że muszę sama sobie dać ze wszystkim radę, że przecież sobie poradzę, że mam jakąś wiedzę i muszę na niej bazować, tylko chyba… zapomniałam o uczuciach, które są i żadna wiedza nie sprawi, że się nagle zmienią. Teraz nie wymagam od siebie nie wiadomo czego. Pierwszy raz w życiu chyba dopuściłam myśl do siebie, że tak, chcę aby ktoś mi pomógł,że nie zawszę muszę być silna i niezależna od pomocy innych, dobrze się czuje na tej terapii. Może to przyniesie jakieś skutki?

Wczoraj miałam taki dzień, że bardzo chciało mi się palić… choć nigdy nie paliłam, to bardzo dziwne uczucie. I tak samo, choć mówiłam sobie, że nigdy w życiu nie będę paliła, jakby mnie ktoś wczoraj poczęstował papierosem, jest szansa, żebym wzięła… Mimo wcześniejszych, bardzo mocnych postanowień. Coś się we mnie zmienia, czasem mam wrażenie, że upadam, ale może nie? Może to zwyczajna droga do dojrzewania do bycia z sobą? Kiedyś miałam w głowie stworzony idealny świat, teraz odkrywam, ze świat nie jest wcale taki idealny, a ten, który ja tworzę też idealny być nie musi…

Zaraz może odpowiem Top Gunowi na jedno pytanie, które wczoraj mi zadał…

Na dodatek, co gorsza, coś mnie pobiera, od dzisiejszego poranka źle się czuję. Mam nadzieję, że mi przejdzie i, że nie rozchoruje się na weekend.

tea-time-3240766_960_720

Przestać oczekiwać czegokolwiek… Tak łatwiej.

Cały czas się do mnie dobija…  Nie wiem dlaczego? Znalazł sobie powiernika? Mówi, że jestem dla niego bliską osobą… Wczoraj coś tam popisaliśmy. Przedwczoraj też. Dzisiaj jest cisza, na szczęście, ale pewnie się odezwie za jakiś czas… Facet jest niestabilny, z jenej strony mówi mi, że co by było, gdyby pojawiło się miejsce dla mnie, z drugiej, wczoraj powiedział mi, że myśli o kochance… To niech sobie myśli, w samotności. Nigdy nie wiem, co mu odbije. Czas się już chyba wyrwac z tego wszystkiego. Powoli przestaje myśleć, że jeste fajnym facetem, a zwykłym palantem, który nie wie, czego chce… a najlepiej to by chciał wszystkie mieć. Powiedziałam mu, że ta kochanka też jest nie fair, najprawdopodobniej go wykorzystała i tyle, trzeba to zostawić i iść dalej, a nie rozwalać sobie życie bo ciągle będzie miał takie sytuacje, gdzie będzie cierpiał, a on się jeszcze maże, że to za krótki czas, że ma ranę, która boli… W sumie, trochę to rozumiem, bo po Indianerze też byłam rozbita totalnie (Wpis: „Zdrada boli tak bardzo, ze nie można oddychać.” Sprzed lat.) Ale trzeba się w końcu zebrać i spojrzeć na tę sytuację racjonalnie. Może czas mu pomoże tak na to spojrzeć? Czy on na prawdę nie widzi, tego, co dla niego robie? Że mimo tego wszystkiego, co mi zrobił, zamiast wziać jak prawie każda inna laska, kopnąć kolesia w dupę, tak, żeby leciał daleko jeszcze mu próbuję pomóc w tej całej sytuacji, dlatego, że mi go po prostu żal, bo jest głupi. Daje się jednej wykorzystywać, a drugiej sobą pomiatać… Ale tak, jak pisałam wcześniej, daje temu wszystkiemu czas… tak mi chyba lepiej… a czy będzie tak, czy tak, mam nadzieję, tylko, że przeżyję…

Co do mnie, wczoraj miałam dzień, gdy przestałam czegokolwiek oczekiwać od życia. Od niego też. Ta myśl przyniosła mi spokój. Wiem, może i jest brutalna, ale muszę na razie przynajmniej swoje marzenia schować głęboko do szuflady i rozstać się z nimi, przynajmniej na jakiś czas. Wtedy się nie zawiodę. Może to zaprzeczanie, może robienie sobie wbrew, ale kiedy mnie tak bardzo rozwalają, to może lepiej ich nie przywoływać? Nie myśleć o tym, że kiedyś chciałam być szczęśliwa. Cóż, wpłw mam tylko na siebie, nie na innych, nie wejdę do ich mózgów… Może nie muszę mieć tego, czego pragnę? Może moje życie musi po prostu wyglądać inaczej? Bez bliskich osób, bez rodziny, z resztą, chyba nie mogło to skończyć się dobrze… niechciana przez matkę, oddana do dziadków, na całkowite odludzie, gdzie przez całe dnie nie da się uświadczyć czasem nawet żywej duszy? To jak miałam kogoś poznać? Może mnie po prostu takie życie jest nie pisane? Chciałam walczyć o swoje marzenia, nie wyszło… Z jednym się totalnie rozmijaliśmy, chcieliśmy zupełnie czegoś innego, a z drugim, kiedy chcemy tego samego to i tak nie może mi tego dać…

Zastanawiam się, czy jeszcze aby kogoś w swoim życiu poznam? Może tak, może nie… Takiego podobnego i chcącego tego samego, co ja. Szczerze, na dzień dzisiejszy wątpię… ludzie dziś nie pragną prawdziwych uczuć, wszystko jest jakieś na szybko i aby tylko było. Ludzie są dziwni… nie rozumiem ich w większości… z resztą, gdzie mam go poznać? Nie ma nawet chyba takiego miejsca… a przynajmniej ja tam nie bywam. Top Gun mi mówi, że ofiarowane dobro powraca, ale ja w to już chyba nie wierzę…

Uczucia mi się mieszają, raz bym chciała, a raz nazywam go zwykłym palantem, bo taka jest prawda… Mam kołowrotek emocjonalny, jak on w stosunku do niej. Jakie to wszystko jest popieprzone. On myśli o niej, czasem o mnie, ja myśle o nim. Chciałabym już nie myśleć, wymixować się z tego raz na zawsze. A najlepsze jest to, że i on i ja sobą nazwajem sobie regulujemy emocje jak nam źle…

A może mnie już tam nie ma? W sumie, jego słowa już na mnie tak nie działają… Trochę jeszcze mam w emocjach smutku, szczególnie jak mówi o niej, ale wiem, że tak, czy inaczej rcjonalnie będę mu musiała pozwolić odejsć i kiedyś się z tego ocknąć, wypisać, raz na zawsze… Przecież nie będę wiecznie jego terapeutą jak mu źle? Już nawet nie wiem, jaka jest relacja między nami, ale nie chcę o tym rozmawiać, nie mam na to siły. Raz mi wysyła całuski, raz rozmawia o niej, potem mnie przeprasza, a potem się śmieje… Tak bardzo chciałabym przestać już o tym myśleć i zacząć iść swoją drogą, gdziekolwiek ona prowadzi…

gothic-2777564_960_720

Moje życie w jakimś stopniu się skończyło razem z nim… Wszystko legło w gruzach…

Nie wiem, co mam myśleć, nie wiem, co mam czuć. Czy ta historia powinna się skończyć już? Pewnie tak, nie wiem czy będę potrafiła… Przyjechał do mnie we wtorek, 30.04. Poszliśmy na spacer do lasu, tam zaczął mnie miziać, dobierać się do mnie, powiedział, że chciałby się ze mną kochać. Złożył mi pocałunek na ustach, tak słodkiego pocałunku jeszcze nigdy w życiu nie dostałam… Potem ja go pocałowałam. Żałuję, ale nie wiedziałam, że to wszystko jest tak pokićkane. Było mi miło z nim, choć do niczego konkretnrgo nie doszło, w sumie to o  mały włos… A potem, potem kiedy poszliśmy do parku zaczął opowiadać. O swojej utrzymance, z która mieszka 5 lat, o swojej kochance, którą bardzo kocha, z którą planował przyszłość. Dał mi przeczytać swoje wuznania do niej, swoje wiadomości, to było upokarzające. Dostałam cios. Opowiadał o tym, jak się kochali. Kolejny cios. Pogadaliśmy chwilę w aucie, o tym, że gdyby nie ona, to myśli, że jakoś byśmy się dogadali… Ja powiedziałam mu, ze nie wiem już kim dla niego jestem. W końcu zaczeło mnie trząść i zwymiotowałam przy jego samochodzie z tego stresu. A potem, kiedy pojechaliśmy do restauracji dalej mnie tulił i trzymał za rękę. Na koniec spacer, w tym samym miejscu, co ostatnio też za rękę. Na koniec rozmowa, gdzie postanowilismy, że zostaniemy przyjaciółmi, bo chciałam, by choć między nami była jasność. Ale teraz ja już nie wiem, czy tego chcę… Mam totalny mętlik w głowie.Powiedział, ze potrzebuje czasu, ja chyba też.

Są chwile, kiedy nie chciałam pozwolić mu odejść, ale kiedy napisałam mu w kolejnym dniu prawdę, o ty, że był dla mnie kims wiecej niz tylko kolegą, napisał, ze nie zauważał dygnałów, albo takich nie dawałam. Gdyby tak było, , to czułby się zobowiązany opowiedzieć mi o swoim życiu, a dopóki myślał, że jesteśmy tylko kolegami to nie chciał mnie w to wplątywać. Myślał, że jest tylko kolegą. To wszystko przekreśla, bo wychodzi na to, że on mnie nie kochał, nigdy… Coś tam pisał, że w grudniu pomyślał, że może to czego chce jest blisko, ale potem spotkał się z kochanką i wszystko w nim odżyło. Teraz podobno, kiedy zaczął się do mnie miziać, w lesie to ta myśl zaczęła kiełkować jak przebiśnieg przez zgliszcza na wiosnę… ale na drugi dzień napisał o tych sygnałach, co wszystko przekreśliło… bo ja się na prawdę otworzyłam i napisałam o tym, że chciałam, może nie otwarcie, i nie, że się w nim zakochałam, ale napisałam, ze miałam wtedy taką małą myśl jak on, a resztę zostawiłam czasowi… ale teraz to już nie ważne.

Wiem, że muszę pozwolić mu odejść, ale nie potrafię chyba, nie teraz… Nie wiem, co ja sobie wyobrażałam, przeciez on mnie nie kocha i nie kochał. Jak napisał, jego serce było gdzieś indziej. A czemu mnie dotykał, miział, głaskał, odwoził, pisał całe dnie? Chyba nie znajdę na to pyranie dobrej odpowiedzi…Napisałm, ze mimo wszystko dobrze było zrobić mi miło, ale ja wiem, że na tym niczego sie nie zbduje. On chciał som i rodzinę tylko z tamtą, swoją kochanką. On ją kocha i nie zmienię tego… Nawet nie wiem, czy chcę to zmieniać. Tylko dlaczego mi wcześniej o tym nie powiedział, na początku relacji? Najlepszym chyba jest się wycofać, tylko czuję się jak nikt, jakbym nie miała kompletnie dokąd pójść. Przeraża mnie rozstanie z nim definityne, przeraża mnie samotnosć, to, ze znowu jestem w punkcie wyjścia… mimo, że uwierzyłam, że marzenia o rodzinie mogą się spełnić. Powiedział, ze gdyy nie kochanka to pewnie teraz mówiłby tak o mnie, ze mógłby mi to wszystko dać, że życie jest popieprzone, że gdyby nie ona nigdy nie poznałby mnie, bo to ona go wysłała na studia… że mógłby mi dać rodzinę, dzieci, że myśli, że byśmy się dogadali, gdyby nie ona…

Wiem, że nie mam czego w nim szukać, wszystko upadło. Dziś mma dzień żalu, chyba do Boga, że to wszystko nie potoczyło się inaczej, że nie mógł być wolny, że nie możemy razem być. Tak, przyznaję, zakochałam się w nim, a on chyba nigdy mnie na prawdę nie kochał. To smutne, czuję zalegający smutek.

Od wczoraj jestem na lekach, zaczynam brać przeciwdepresyjne. Przede mną 3 egzaminy cieżkie, nie wiem jak dam radę, jak sobie poradzę. Boje się, boję się samotności.Nie wiem, czy mam do niego pisać, czy nie… Wczoraj nie czułam takiej potrzeby, ale wiem, ze muszę zająć się sobą, ale ale czy potrafię o tym wszystkim i o nim nie myśleć? Po pół roku myślenia? A on codziennie myślał o kochance… to też mi pokazał w wiadomości…To smutne, czuje się oszukana.

Jutro mam sie z nim widzieć, nie wiem co mam robić, ja się zachowywać.Powiedział mi jeszcze, że mogę zawsze na niego liczyć, że jestem fantastyczną osobą. Mówienie komplementów przeplata sie z odrzuceniem. Nie wiem, co mam o tym myśleć. A może jutro po prostu dokończyć mówić mu prawdę? I dlatego nie możemy się już kontaktować. Jutro się okaże, czy w ogóle przyjdzie do mnie. Czuje się taka samotna… Moze gdzies tam w świecie czeka na mnie mężczyzna, który będzie w stanie mnie kochać i czuć to tylko do mnie? Tak, zębym poczuła smak prawdziwej miłości? Tak, zęby wszystkie marzenia się ziściły, ale wiem, że ciężko takiego znaleźć, wejsć w taką relację, choć moze z Top Gunem było tylko tak ciężko. Mozę są osoby, które inaczej rozmawiają, inaczej załaywiają sprawy, bardziej otwarcie?

Cały czas mam w głowie to, co o niej mówił, w jakich superlatywach, o wyglądzie, że wyglądają praktycznie  tak samo… To boli, tak bardzo boli. Ja się emocjonalnie zangażowłam, a on? Chyba nie. Dlatego to nie ma przyszłości. Choć moze za chwilę zmieni zdanie, jest chwiejny. Boli mnie to wszystko, smuci i przeraża. Przykro mi, bo władowałam w to całe swoje emocje, całe zaangażowanie, myśli…

Byłam u swojego dawnego terapeuty, tam też mi powiedzieli, żey to zostawić. Mam coraz większy mętlik w głowie. Nie wiem, jak się jutro zachować. Czy mam w ogóle odpusywać, jak będzie pisał, czy nie? Jak się przy nim zachować?

Gdy ja podejmuję decyzję o zerwaniu to jakoś mi łatwiej, przemyśle to i jest dobrze, a;e gdy ktoś mnie odtrąca to nie radzę sobie… ze stratą, nie radzę. Choć i tak mi lżej,, gdy powiedział, żę nie zauważał sygnałów, bo zdaje sobie sprawę, że nie mogę liczyć na nic, chyba. To smutne, ale przynajmniej wiem, na czym stoję. Wiem, ze z drugiej strony moim marzeniem jest, by wrócił. ale muszę się od tego odciąć, tak po prostu. Chyba tak będzie lepiej. W emocjach mam co innego niż w racjonalnym myśleniu. Mam siebie za to nie winić, jak powiedział mi terapeuta. Tylko nie wiem, czym się kierować. Dzięki tej relacji już wiem przynajmniej, ze chcę i potrzebuję opiekuńczego faceta…

To, że będę się teraz denerwować  i tak niczego nie zmieni. Gdybym nie wiem ile razy wymiotowała i się trzęsła, a mam tak co rano… Nie wiem, jak mam dalej żyć…

 

 

Wyjaśnianie. Trwanie w maraźmie… Beznadziejna sytuacja.

Przeżyłam te kilka dni, z bólem, z tętnem powyżej normy, prawie bez jedzenia, bo jeść nie mogłam wcale… Miałam tego nie robić, miałam juz tu nie pisać, ale postanowiłam pisać, lecz nie tak jak do tej pory, a od czasu do czasu, wtedy gdy zdarzy się coś na prawdę wartego zaisania i upamiętnienia tu. Tak tez chyba się stało. Jestem po niedzielnej rozmowie z Top Gunem… niby wyjaśniliśmy sobie co nie co. Ja powiedziałam o tym, jak się poczułam, on mnie przepraszał, za to, ze mnie zawiódł. Powiedziałam mu też, że dla mnie ważna jest szczerość i tego samego oczekuję w relacji, jakiejkolwiek. Powiedział, ze to nie było specjalnie, że to chwila słabości z jeg strony, nie chciał mnie skrzywdzić…

Po czym nastąpiło coś niespodziewanego, bo napisał mi szczerze, że w rozmowach ze mną nie chciał, zebym myślała, że mnie podrywa, bo nie dał by mi tego, na co zasługuję i starał mi się jak umiał pomóc, bo takie jednostki jak ja są przyszłością tej ojczyzny. Chwilowo trochę podkochiwał się we mnie, ale to co działo się dookoła, stłumiło te emocje… Generalnie wariactwo totalne… Byłam wtedy jeszcze zła na niego i nie powiedziałam tego, co chciałabym mu powiedzieć w takiej sytuacji. Powiedziałam, że nie wiem co mógłby mi dać, jeśli chce dobrze, to ju dużo…

Te jego słowa jakoś brzmią mi w uszach do dziś… a ja myślałam, że on na serio się w jakiś sposób zauroczył… Przynajmniej tak się zachowywał.

Nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Po tej rozmowie wróciliśmy do normalnych stosunków, przegadaliśmy całą te sytuację z jego byłą. Jeszcze w rozmowie powiedział mi, ze nie ma czego ratować. Potem zaś, powiedział, że to bardzo skomplikowane, by mógł to zostawić definitywnie za soba, tak to rozumiem… Powiedział, że zaczął palić, też żyje w ciągłym napięciu i rozchwianiu emocjonalnym, śpi po kilka godzin dziennie, widzę, ze cała ta sprawa bardzo go przejmuje i jest mi przykro, że jakaś dziewczyna rujnuje mu życie, a on na to pozwala. Napisałam mu, że nie może dać się komuś zniszczyć. Odpowiedział, ze będzie sie starał… Na dodatek jeszcze ja w tym wszystkim… nie wiem już kim tu jestem… Teraz cały czas do mnie pisze. Nie wiem czemu. Jesli już sprawa ze mną jest zakończona, to czemu do mnie cały czas piszę? To wszystko mnie bardzo boli, miało być tak fajnie… miałam mieć choć kogoć, z kim mogłabym porozmawiać, a teraz już nie wiem nawet kim dla siebie jesteśmy… mimo to, rozmawiamy po całych dniach.

Czuję, że moje życie się zawaliło. Tak doszczętnie, że nie mam już do czego wracać… Szkoła stała się tylo obowiaązkiem na razie, nie pasją… relacje… których nie ma, lub jak już są, to tak pokręcone, że tylko sprawiają ból… Czuję się nie wartościowa, zagubiona, jakbym na nic już nie miała wpływu, jakby życie toczyło się poza mną, obok mnie… a ja tylko biernie w tym trwam. Wczoraj po przemyśleniu tego wszystkiego, doszłam do wniosku, że wrócę na terapię, tę, którą rzuciłam dwa lata temu. Nie wiem, moze to jest jakieś wyjście.Może ktoś mi wytłumaczy, ze muszę zająć się wreszcie sobą, a nie chcieć ratować cały świat o sobie zapominając? Chcę się jakoś rayować, nie wiem czy dobrze robię… czy to przyniesie jakiekowiek skutki, ale może choć spróbuję…