Nie wiem ile wytrzymam jeszcze szantażu emocjonalnego….

Doszłam wreszcie do tego, dlaczego nie czuję się na siłach, aby poszukać kogoś innego, aby wyjść i poznawać ludzi. Ja po prostu wciąż jestem psychicznie osadzona w jego rzeczywistości, w tym związku, tak, jakbym nie wiem, dalej w nim była, albo czekała, że wróci? Podczas gdy on ma mnie gdzieś i nawet o mnie nie myśli… Czuję się dziwnie, za bardzo się do niego przywiązałam, a przecież jestem wolna i już nic mnie nie trzyma, mam tylko wspomnienia, których mi już nikt nie zabierze i które ze mną będą już zawsze. Choć wolałabym, aby ich nie było. Nie wiem, dlaczego tak jest. Ale daje sobie czas, na rozpoczęcie wszystkiego na nowo, kiedy okres żałoby już minie…. Na razie za bardzo jestem wplątana w tamtą sytuację, by być wśród ludzi…

Minął tydzień, dokładnie wczoraj minął tydzień jak mnie zostawił. Czu jest mi lżej? Sama nie wiem. Z jednej strony do tej pory pojawiają się myśli, że straciłam coś najlepszego, co w życiu mogło mnie spotkać. I stąd chyba moja cała ta żałoba i spadek nastroju, bo po prostu relacja z nim jawiła mi się jako ta piękna, cudowna, w której bym się spełniała jako kobieta… Wczoraj wieczorem uświadomiłam sobie, że to, jak on mnie traktował, jak zaczął mnie na koniec traktować z czasem by sprawiło, że sama zechciałabym odejść. To nie mogło się po prostu udać. Nie mogło. Zero telefonów, zero kontaktu z jego strony, zero zainteresowania, zero widoków na spotkanie, bo przecież ma tysiąc innych, ważniejszych rzeczy na głowie, nawet gdy był tu na miejscu to nie mógł się ze mną spotkać. A ja czekałam w domu jak pies przy budzie… Bez sensu… Te odzywki, ze ja mu robię jazdy, że zepsułam mu dzień… Tak jakbym ja wszystkiemu była winna, obwinianie mnie o wszystko i w ogóle nie zważanie na moje chęci czy potrzebę pobycia z nim sama na sam. Nie, on takiej potrzeby nie miał i męczyło go to, że musi ze mną przebywać. No bo jak można przebywać w domu, tylko razem? To nie spełniało jego oczekiwań… Trzeba było zapraszać kolegów, bawić się, pić. No a siedzenie że mną i oglądanie filmów czy przytulanie to takie nudne zajęcie….. Eh…

Dlatego doszłam do wniosku, że nie byłabym szczęśliwa z nim. Teraz boję się tylko tego, że już nie spotkam kogoś tak fajnego jak jego z początków… I tak ładnego i tak zaradnego…. Bo tego nie można mu odmówić… Eh… Boję się, że  teraz będę porównywać i, że z tego porównywania ominę kogoś kto naprawdę będzie wartościowy…

W domu dziś awantura. Usłyszałam słowa, które bardzo mnie zabolały. Dlaczego? Dlatego, że powiedziałam, że kiedy skończę studia to się wyprowadzę… Nie wiem na co ja liczyłam? Na akceptację tego pomysłu? Skądże… Ja mam przecież śledzić tutaj cale życie i opiekować się rodzina kiedy będzie stara i niedołężna…. Taki mam cel i plan na życie według nich. Wyprowadzić się nie można. No chyba, że z mężem…. ale dopiero po ślubie. Bo przed ślubem ani mowy o tym! Sama też nie mogę się wyprowadzić bo zrobię z domu tragedię jak będę mieszkać sama…. Eh… Dochodzę do wniosku, że ja tak naprawdę to mam problem nie z facetami, ale największy ja mam problem z rodziną. Rodziną, w której muszę być za wszystko wdzięczna, w której jestem szntazowana emocjonalnie, rodzina, w której nigdy nie rozmawiało się o uczuciach. A wszystkie moje plany i marzenia wybiegające poza dom rodzinny były skutecznie gaszone. Do tego jeszcze alkoholizm matki…. I śmierć ojca.

Czuje bardzo duży ból psychiczny. Wczoraj nawet myślałam, że lepiej by było gdyby mnie nie było…. Przedwczoraj przed burza wyszłam na dwór z telefonem i myślałam, że może by we mnie grzmotnęło, wtedy miałabym spokój. Może naprawdę byłoby lepiej, gdyby mnie nie było. Takiej niewdziecznej wnuczki, która po prostu chce mieć swoje życie…. Dziś już nawet nie myślę o tym skurwysynu… Co mi zrobił. Po prostu nie wiem jak będę dalej żyć, nawet sama. To już nie jest walka o szczęśliwe życie, to jest walka o przeżycie…. Tu, gdzie jestem. W tym miejscu gdzie jestem i żyje… Na razie nie chce nikogo… Nie chcę też z tego względu, że wiem, że moja rodzina na razie nikogo nie zaakceptuje. Będę go musiała ukrywać, bo powiedzieli, że nie bed już gościć żadnych głupich chłopaków, którzy na to nie zasługują…  Więc nie chce…. Mam już dosyć. Dziś jak na mnie wszyscy jednogłośnym tonem wsiedli, że jestem taka i taka i taka to już nie miałam siły mieć swojego zdania, popłakałam się, musialabym wyjść z domu i nigdy do niego nie wrócić… A nie mam zwyczajnie dokąd iść…. Nie mam skąd mieć dachu nad głową. Tylko tu mogę mieszkać póki co… Ale na ich zasadach… Nie mam już siły…. Moze dlatego też tak bardzo chce mieć chłopaka by iść do niego i wyrwać się stąd… Po prostu. By już nie musieć walczyć o każdy dzień…

Terapeutka mi mówi, że powinnam walczyć o siebie. A ja słyszę teksty, że oni sobie coś zrobią i ja nie wiem. Czy jedno i drugie przy ataku histerii nie jest w stanie naprawdę targnąć się na swoje życie. Bo przecież odeszłam, bo przecież jestem wyrodna, niewdzięczna osobom, która umie tylko wbijać nóż w plecy… Nie mam już siły. Dziś powiedziałam babci, że może lepiej jakby mnie matka usunęła kiedy była ze mną w ciąży… Moze tak by było lepiej dla wszystkich. Oni nie musieliby grozić mi, że się zabija. Ja nie musialabym cierpieć przez facetów i zamknięcie w domu i oczekiwanie wdzięcznosci z mojej strony….

Nie wiem ile jeszcze wytrzymam…. Pewnie potrzebne będą kolejne leki przeciwdepresyjne…. Zostają mi tylko zwierzęta…

856cbd323b16232e73bf7057b4c83211

Rozstanie. Pozwól mi odejść…

Ostatnio pisałam tu o awanturze, sprzeczce czy nie wiem jeszcze czym, co stała się między mną a Żołnierzem. Od tego czasu było jakoś dziwnie.Ani raz nie napisał, że mnie kocha, ani raz nie powiedział dobranoc, dzień dobry. Zawsze to ja wyciągałam rękę na zgodę… ja się starałam, ja pisałam. To była jakaś parodia. Z mojej strony szło 15 wiadomości a dzień, a od niego jedna, góra dwie… Ostatnimi czasy wróciłam nawet do muzyki, której słuchałam rok temu po rozstaniu i porzuceniu przez Top Guna. Teraz dopiero rozumiem dlaczego. W tej obecnej relacji też czułam się osamotniona i opuszczona. W dzień, kiedy Żołnierz mnie zostawił, mówiłam do babci, że po co mi taki chłopak? Po co mi relacja w której nie mam z nim kontaktu? której de facto nie ma…

Na wieczór zadzwonił, oczywiście po telefonie i wiadomości ode mnie bo sam nie miał chęci się kontaktować. Powiedział mi, że nie ma sensu tego dalej ciągnąć, my się w ogóle nie widzimy, co jest faktem bo nie przyjechał do mnie przez ostatnie 2,5 tygodnia ani raz. Chce to zakończyć. Zapytałam więc czemu. Odpowiedział, że nie pasujemy do siebie, za bardzo się różnimy. Zapytałam czy mnie kocha, na to odpowiedział, że wszystko w nim wygasło, był mną zafascynowany, ale już wygasło… Znakiem tego to nie była w ogóle miłość, tylko chwilowa fascynacja. Rozpłakałam się, bo wciąż go kochałam, zaczęłam przekonywać, że go kocham, że chcę z nim być. Na to on mi znowu, że nie pasujemy do siebie, bo on o 22.00 chce dopiero wychodzić z domu, a ja o tej porze chcę iść spać. Siedzę tylko w domu i nigdzie nie wychodzę, tylko w niezbędnych sprawach, nie ma o czym ze mną rozmawiać, bo nie mam co opowiadać… Prawda jest taka, że siedzę w domu bo jest zagrożenie, na śląsku większe niż w  innych częściach kraju, a chcę chronić siebie i rodzinę. A nie mam co opowiadać? Chętnie bym mu poopowiadała o tym, ze wydaję książkę, o tym koherencji, o Macciavellim, o tym np. dlaczego ktoś odda głos w głosowaniu, a ktoś nie, od czego to zależy i na tysiąc jeszcze innych filozoficznych tematów, ale on nie chciał tego słuchać… Jego to nie interesowało. No i rozstaliśmy się… Mimo moich tłumaczeń, ze kiedy minie koronawirus, to będziemy wszędzie razem jeździć i spędzać czas… Ważniejsi zawsze byli koledzy i posiadówy z nimi. Powiedział mi, że ten związek nie spełnia jego oczekiwań, bo ja nie biegam z nim od kolegi do kolegi, bo wolę czytać książkę.  Kiedyś miał do mnie przyjechać, wieczorem, nie przyjechał, bo siedział z kolegami w garażu. Albo koledzy o 3 w nocy do niego przychodzili, kiedy ja chciałam spać i mieć go tylko dla siebie. Miałam z nim przeprowadzić na ten temat rozmowę, czekałam, aż przyjedzie i porozmawiamy, ale już nie zdążyłam, bo mnie zostawił. W ogóle, mówił to takim głosem,ze go nie poznałam, to nie był mój chłopak, ten, którego kochałam. Wrzeszczał ma mnie, że to koniec, nie słuchał co ja mówię.. było mi przykro.

Teraz, czuję się źle i czuć będę, wiadomo. Pocieszam się tym, że to rozwojowe… Ale nie wymiotuję, nie mam dreszczy, śpię w miarę normalnie, nie mam objawów somatycznych… Jest mi ciężko. Kolejny raz zostałam odrzucona za to, jaka jestem. Staram się jednak za to nie winić. Wydaje mi się, że w tej relacji zrobiłam na prawdę wszystko, żeby było dobrze. Byłam uważna na siebie i swoje emocje, na niego. Może za bardzo się starałam? Mam bowiem w sobie coś takiego, że jak jest źle, to czuję, że muszę to ratować, natychmiast, zrezygnować z swoich potrzeb i postawić kogoś potrzeby nad swoimi. To pewnie źle…

Wczoraj po pewnej rozmowie telefonicznej, zaczęłam sobie to wszystko  urealniać. Że to nie była żadna miłość, tylko chwilowa fascynacja mną, która minęła. Z poprzednią dziewczyną zrobił tak samo. Po 4 miesiącach, wyrzucił ją w jednej chwili z domu, tyle, że ona razem z nim zamieszkała. To dziwne, ze już drugi raz robi to samo zemną. Nie interesował się mną już od dłuższego czasu, wszystko było na siłę, cały kontakt i rozmowy. Kiedy to ja oczywiście dzwoniłam, bo chciałam to ratować, żeby było jak dawniej. Typ takiego don juana, który chce złapać króliczka, a jak złapie króliczka to on już go nie interesuje. Najbardziej jednak dla mnie to widoczne, kiedy pojechał w góry i zapomniał telefonu. To śmieszne! Wiedział, że ma ze mną kontakt tylko przez telefon, gdyby mu zależało na mnie to by się wrócił i go zabrał, żeby mieć ze mną kontakt. A potem jeszcze zniknął na 3 dni bez odzewu. Ja tego człowieka nie znałam, nie wiedziałam, gdzie on jest, z kim i co robi…. Nigdy w sumie… Jeszcze oskarżał mnie, ze robię mu „jazdy” , bo zwróciłam mu uwagę, że nie dawał znaku życia przez cały dzień i jestem zła. Miałam prawo być zła, bo oznaczało, że ma mnie w dupie. Ale to nie są żadne jazdy…. Potem zniknął, kiedy ja chciałam to wyjaśniać… Nie miał potrzeby wyjaśnienia tego, rozmowy ze mną…. Najlepiej się zabrać i zamilknąć. Tak nie robi dojrzały facet, któremu zależy na kobiecie i na dobrych relacjach z nią. Kochający facet, kiedy się z nią pokłóci, to cierpi, dąży sam do tego, aby było między nimi dobrze, po prostu, bo ją kocha…. Ja tak robiłam, bo go kochałam… Kochałam go, ale teraz wiem, że kochałam iluzję o nim,  bo on gadał to co ja chciałam usłyszeć, a w rzeczywistości taki nie był. Nabrał mnie, moją całą rodzinę na piękne słowa o wielkiej miłości, a ja w to uwierzyłam i się zaangażowałam całą sobą, bo pragnę miłości , akceptacji i związku bardziej tym bardziej, że jestem DDA i mam deficyt miłości i akceptacji.

Z drugiej strony sobie myślę, że nie radzę sobie z odrzuceniem… I związek z nim był udowodnieniem sobie i Top Gunowi, że mogę mieć żołnierza. Żołnierza, który będzie mnie kochał, żołnierza jeszcze lepszego niż Top Gun, bo to w końcu żołnierz mnie porzucił. To była pewna forma zemsty na nim i udowodnienia sobie, że tak może być. Pewnie dlatego mój były już Żołnierz stał się dla mnie ideałem faceta… którego tak pokochałam…Jednak nie był taki, za jakiego go miałam….Nie kochał mnie naprawdę…. Kolejny raz jestem porzucona , wczoraj czułam się jak bezdomny zbity pies… Dziś już jest lepiej. Chciałabym uwierzyć w to, ze mam zasoby, że poradzę sobie. Bardzo boję się nadejścia epizodu depresyjnego. Wszak kolejny raz życie mi się zawaliło… Wszystko o czym marzyłam, co sobie zakładałam, poszło w dupę. Wszystkie plany…. O domu, o dziecku z nim. Bardzo chciałam mieć z nim dziecko… Teraz nie wiem, czy w ogóle kiedyś będę miała dziecko… Chciałam być po prostu szczęśliwa i byłam, bardzo szczęśliwa. Z nim.

Dziś przyszedł dzień tęsknoty za nim, ale za takim, którego poznałam, tego dobrego, czułego, zakochanego…. Chciałabym, by mnie kochał, ale wiem, ze to już nie możliwe. We mnie ostatnio też coś umarło. Brak kontaktu, brak czułości, brak rozmowy…. Odzywanie się do mnie od niechcenia albo z przymusu. Stracił w ogóle zainteresowanie mną i tym związkiem. Ta miłość we mnie też się w jakimś stopniu wypaliła, choć wierzyłam w to, że możemy ją odbudować. Ale nie chciał.

Nie było w tym człowieku tolerancji dla odmienności drugiej osoby, miałam robić to co on chciał, bo inaczej nie spełniałam jego oczekiwań. Związek jak dla mnie nie polega na spełnianiu oczekiwań tylko na wzajemnej akceptacji. Jego zachowanie było dal mnie takie gówniarskie czasami…. Naprawdę włożyłam w to sporo swojej pracy, pracy nad sobą i nad relacją z nim, nie chciałam tego popsuć przez swoje mechanizmy…. I chyba nie popsułam, tylko on miał jakąś dziwną swoją wizję an to wszystko. Dziwię się mu, bo priorytety życiowe mieliśmy takie same. Dzieci, dom, rodzina, miłość, my, ale jemu przeszkadzały szczególiki. Że np ja chcę spać o tej porze, a nie o tamtej. Chodzę spać wcześnie, bo jestem tak ustawiona lekami, żebym się wysypiała…. Dla mnie te szczególiki można było spokojnie pogodzić wzajemną akceptacją i zrozumieniem wzajemnych potrzeb.  Związek to też pójście na kompromisy… Ale nie, trzeba od razu wyrzucić do śmieci, skreślić, odejść… Nie rozumiem takiego podejścia! I chyba nigdy nie zrozumiem. O związek się walczy, bo się kocha tę drugą osobę, no chyba, że jej się nie kocha, i nigdy nie kochało, jak było chyba w tym przypadku.

Mam dosyć ludzi, mam dość związków. Moja emocjonalność kolejny raz jest zawiedziona i rozwalona. Nie rozumiem czynów i sposobu myślenia jego… Zachował się jak gówniarz, któremu na niczym nie zależy. Na mnie nie zależy…. Brak dojrzałego myślenia, brak chęci posłuchania mnie, brak zrozumienia…. I koledzy, wszechogarniający koledzy wszędzie, którzy są na pierwszym miejscu zawsze! Nie chciał poważnego związku raczej. Powiedziałam mu na koniec, mimo płaczu, że lepiej niech nie szuka dziewczyny, bo on nie ma czasu na dziewczynę, na kobietę. Kobieta wymaga zainteresowania, którego on nie potrafi dać, bo albo nie chce, albo ważniejsi są koledzy…

Czuję się teraz jakaś gorsza, jakbym nie zasługiwała na miłość. Do przepracowania to jest. Ale próbuję zmienić te myśli. Nie myśleć o sobie w kategoriach winna. Przecież ja nic złego nie zrobiłam, to, że jestem sobą? Mam potencjał, tylko dlaczego do cholery uzależniam swoją wartość od tego, czy mam partnera, czy nie? Przecież już mi się udało z tego zejść… Jak go poznawałam to powiedziałam sobie, spróbuję, ale to miała być próba, powiedziałam sobie, że jeśli będzie nie taki, niepasujący to go zostawię. Dlaczego znowu dałam się wkręcić? Znam swoje mechanizmy, a nie potrafię ich zmienić… Jest ciężko…. Bo dostrzegam swoje mechanizmy. To była porządna dwumiesięczna lekcja, bo zostawił mnie równo w dwa miesiące po rozpoczęciu związku. Taki prezent ha ha.

Jestem rozbita emocjonalnie i zastanawiam się nad swoją przyszłością, jak będzie? Czy jeszcze kogoś znajdę w swoim życiu? Kogoś kto mnie zrozumie i będzie chciał mnie pokochać tak naprawdę? Niby świat jest duży… W głębi serca gdzieś tam chcę jeszcze jego, ale takiego z początków. Może z czasem nie przejdzie? Mam nadzieję… Nie radzę sobie z odrzuceniem, to wiem na pewno. Wczoraj była faza szoku i płaczu, na wieczór wszystko sobie pourealniałam i doszłam do wniosków, które opisałam wyżej. Teraz? Teraz chciałabym się zająć sobą i swoją terapią, zająć się swoimi mechanizmami, poznać je i jakoś je skorygować, wiem, że to będzie długi proces, może starczy mi na niego sił? Staram się już nie karać, nie orać za to, co się stało. Nie rozmyślać nad tym w mój sposób, nie dogrzebywać się do krwi ostatniej. To kręcenie sobie śrubokrętem w ranie… Boli jeszcze bardziej. Na razie mi to wychodzi, skasowałam w telefonie wszystko co miałam, zdjęcia, wiadomości, wszystko co kojarzyło mi się z nim, muszę jeszcze zmienić zapis numeru telefonu. Powiedział mi że chcę zacząć wszystko na nowo, ja też muszę. Muszę się od tego odciąć. Na razie nie chcę nikogo, z jednej strony ciągnie mnie mój stary mechanizm, by od razu kogoś szukać, zapchać dziurę itp, z drugiej wiem, że nie jestem na to gotowa. Chcę pobyć sama ze sobą, a co będzie dalej? Nie wiem… Będę cierpieć, to pewne, nie spojrzę na świat kolorowo, ale daję sobie do tego prawo. Muszę to przeżyć. Smutno mi po prostu, z tego powodu, że nie jestem z nim w związku, że mnie już nie kocha, że ze mnie zrezygnował…

rozstanie

Wątpię, ale nie chcę się poddać!

Za sobą mam bardzo ciężkie chwile. Chciałam być szczera, chciałam mówić o swoich uczuciach, chyba przedobrzyłam. Nie potrafię znaleźć złotego środka, kiedy mówić o nich, a kiedy się zatrzymać… Cóż, sama nie wiem, chciałabym się rozwijać i robić postępy we wnikaniu we własne mechanizmy psychiki, jednak czasem wychodzi to na złe, nie umiem się jeszcze nimi posługiwać…

Pewnego dnia wstałam, jakby nigdy nic, cały dzień czekałam na znak życia od Żołnierza, ale jednak go nie dostałam, byłam poddenerwowana… Wieczorem zadzwoniłam, odebrał, powiedział, ze jest z kumplami w garażu i oddzwoni później. Zadzwonił później, byłam trochę zła, powiedziałam mu o tym, że koledzy są ważniejsi ode mnie, że nie nosi telefonu, że zostawił go w aucie, kiedy wie, że ze mną ma tylko kontakt telefoniczny.

Nazajutrz miał iść w góry z kolegą. Poszli, znów cały dzień mojego czekania, znów brak znaku życia. Wkurzyłam się okropnie. Przez głowę przelatywały mi różne myśli, że mnie zdradza, że jeździ do innej, że mnie olewa, że mnie już nie chce, że ma mnie gdzieś, bo jest z kumplem w górach… Wieczorem zadzwonił 2 razy, nie odebrałam, nie chciałam kontaktu. Jeśli on mnie nie potrzebuję, ja jego też nie. Napisał mi, że nie miał telefonu, zapomniał z domu. Napisałam tylko, że jestem zła, że się nie odzywa i powinien choć dać jakiś znak życia, czekam, martwię się. Nie daje znaku życia, nie wiem co się z nim dzieje. Ale w ten dzień nic też do niego nie napisałam, taka byłam wkurzona. Napisał mi, że wice wersa i dobranoc, że robię mu jazdy za nic i nie ma zamiaru się tłumaczyć… Rano zadzwoniłam do niego, chciałam mu wytłumaczyć dlaczego tak pomyślałam, że do tej pory miałam niełatwe kontakty z mężczyznami, relacje w których byłam zdradzana i porzucana. Ale  tu nastąpiły dwa dni totalnej ciszy… Choć dzwoniłam, pisałam, nie wiedziałam gdzie jest, ani co się z nim dzieje… W głowie przelatywały mi najróżniejsze myśli. O tym, że mnie zostawił, że się pogniewał na dobre, że nie chce mnie znać, że w najlepsze bawi się z kumplami, a mnie olewa… Było mi bardzo ciężko… Znów miałam się zawieść, znów miałam zostać sama. Tak naprawdę nie rozumiałam co się stało, dlaczego on nie chce rozmawiać, jak zwykle to robiliśmy, gdy  były jakieś spory? Nic nie wiedziałam, w głowie krążyły mi najróżniejsze myśli, czułam się po części winna. Chodziłam z kąta w kąt, popłakiwałam, nie chciałam wierzyć, że go tracę… Moja bajka się wyczerpała, zostało tylko rozczarowanie i ból. W tych dniach zdałam sobie sprawę jak bardzo go kocham i jak bardzo go potrzebuję… Została mi znowu tylko muzyka i zamknięcie się w sobie, nie wiedziałam, czy to koniec relacji, czy on mnie zostawił, czy jeszcze go zobaczę, nie wiedziałam nic, a w głowie krążyły tylko najczarniejsze myśli. Pomyślałam wtedy, że gdy mnie zostawi, nie będę już nikogo szukać, widocznie nie nadaję się do związków, nie rozumiem już dzisiejszych relacji, nie potrafię czegoś budować…

f36b437ad88c9faa625562cb1218fb20

 

Nie wiem, który to był dzień, kiedy na wieczór po kolejnej już mojej wiadomości, w której napisałam, że jestem smutna, do mnie zadzwonił. Pogadaliśmy. O tym, że chodził po górach, o tym, że przez kilka dni rozłąki myślał co tam u mnie, nie wiedział co się ze mną dzieje, tęsknił. Był zdenerwowany i smutny, nie spotykał się z kolegami, nie bawił, tylko cierpiał, tak samo jak ja… Popłakałam się, nie wytrzymałam, poczułam się tak cholernie winna. Moje mechanizmy znowu spowodowały sprzeczkę i powód do cierpienia dla nas obojga. Niepotrzebnie naskoczyłam tak na niego… Chciałam to przegadać z terapeutką, ale terapii jak nie ma ,tak nie ma, znikąd pomocy… A w głowie tylko najczarniejsze scenariusze.

Ta cała sytuacja pokazała mi jak bardzo boję się odrzucenia, zdrady, kłamstwa i, że wydaje mi się, że zawszę będę zagrożona z jego strony. Wydaje mi się, że facet zawsze będzie mnie krzywdził. Nie potrafię zaufać, nie potrafię się zdystansować przez poprzednie relacje… powiedziałam mu to, że przez te toksyczne relacje mam jakieś myśli, że ktoś mnie będzie źle traktował, oszukiwał, manipulował. Nie mogę uwierzyć, że ktoś może być po prostu szczery. Do przepracowania, ale, terapii jak nie było tak nie ma, dlatego piszę tutaj…

Zrozumiałam, że naprawdę go kocham, zrozumiałam też, że gotowa jestem walczyć o druga osobę do jakiegoś momentu, bo gdy nie będę widzieć chęci z drugiej strony, odpuszczę. Jest mi bardzo ciężko nadal w sytuacji straty, czuję, jakby ktoś przypiął mi do duszy wielki, ciężki kamień, coś uwiera w środku… ale nie popadam już w skrajną depresję, staram się jakoś funkcjonować. Chciałabym wyrobić oparcie w sobie, takie, które pozwoliłoby mi przetrwać nawet najcięższe chwile.

Zauważyłam też, że jak wszystko się wali, to uciekam w swoje zajęcia. I tak powstało moje nowe miejsce, gdzie będę sobie pisać o rzeczach najróżniejszych. Bo ten blog jest zbyt prywatny.

Zapraszam!

https://bluesowadziewczyna.wordpress.com/

Prócz tego mam zamiar się podzielić z Wami też częścią siebie w innej części internetu, by może było lżej, nie wiem… Coś mnie pcha do zmian! Ale tutaj też będę pisać…

Ostatnie dni dużo mi uświadomiły, choć nie umiem sobie porazić z winą, jaka we mnie jest… Dziś zrodził się pomysł opisania tego wszystkiego w swojej autorskiej książce, może to i dobry pomysł? Jedno wiem na pewno, nie chcę się poddać… Nawet jeśli zostanę sama, tyle, że spotkałam osobę, na której bardzo mi zależy… Cóż, popełniłam błąd… Nie jest mi z tym łatwo, może za łatwo oceniam ludzi negatywnie?

 

Chcę zacząć nowe życie! Bez Top Guna i F.

Nadszedł chyba ten czas, kiedy muszę rozpocząć nowe życie. Bez Top Guna ani F. Relacja z nimi jest toksyczna na tyle, że nie wytrzymuje.

Wczoraj płakałam… Top Gun od jakiegoś tygodnia zneca się nade mną psychicznie. Bo inaczej chyba tego nazwać nie mogę… Biorąc pod uwagę to, jak się czuje… Najpierw pisał mi o tym, że nigdy nie będę tak dobrze zarabiać jak on w wojsku, później, że moje studia są nic nie warte… Ale to jeszcze jakoś znioslam.

Ale to, co wydarzyło się wczoraj rozłożył mnie całkowicie. Pojechałam bowiem na egzamin, miałam go pisać razem z Top Gunem. Podczas tego egzaminu Top Gun chciał mnie pocałować a kiedy się odsunełam, chwycił mnie mocno za szyję z tyłu i zaczął potrząsać. Mówiłam mu, że mnie to boli ale nie przedstawał, odpowiadając mi, że ma boleć, tak jakby robił to za kare, iż nie dałam się pocałować podczas egzaminu. Bolała mnie cała szyja i barki… Później mnie niby pomasował ale to nic nie dało. Chciał mnie odwieźć do akademika, ale nie chciałam.

Wieczorem napisał do mnie, czy dotarłam więc odpisałam, że tak. Napisałam mu też, że zrobił mi dziś krzywdę bo szyja boli mnie do tej pory, i aby tak więcej nie robił. Na to odpowiedział mi, że nie ogranełabym go w bliższej relacji, bo jestem zbyt tępa…

Zrobiło mi się bardzo przykro i smutno… Po policzkach poleciały łzy… Czyli co? Czyli jestem zbyt głupia aby go zrozumieć? Zbyt tępa aby z nim być? Choćby i tak nigdy do tego nie doszło, hipotetycznie może tak myśleć…  Nie ogarnęlabym go, jak to on twierdzi bo co? Bo wolę czuły dotyk niż szarpanie kogoś i sprawianie mu bólu? Jak można komuś tak powiedzieć z tego tylko powodu, że woli subtelny dotyk? Jest mi przykro, że tak uważa.

Popłakałam się… Nie wytrzymałam emocji. Dobrze, że wykłady skończyły się wcześniej. Poczułam się znowu jak śmieć. W przyplywie tego smutku, znalazłam jeszcze na tyle siły, by odpisać mu tylko, że nie musi się obawiać, bo nie mam ani chęci, ani zamiaru być z nim kiedykolwiek w bliższej relacji. On też by mnie nigdy nie ogarnął w bliższej relacji. Odpisał, zapewne. Odpowiedziałam tylko jeszcze tyle, że obserwując jego reakcje wiem, że na pewno by mnie nie ogarnął. Taka jest prawda. Bo on patrzy tylko na tyle a nie na to co ja przeżywam, jakie są moje myśli… Że jesteśmy z dwóch innych galaktyk. Potem wysłał mi obrazek szczura. Nie odpisałam już nic, nawet go nie otworzyłam… Siedziałam na łóżku i płakalam…

Kiedy to się skończy? On się nade mną zneca, poniża mnie i udowadnia mi, że jestem nic nie warta… Bawi się mną.

Z drugiej strony mi przykro, bo osoba, która kochałam kiedyś i do której tak bardzo chciałam pasować, stwierdza, że jednak nie pasujemy do siebie, a dokładniej, że to moja wina, że nie pasujemy… Ja z moją potrzeba dopasowania się do innych, mam ciężko to zaakceptować. To dla mnie trudne… Że do kogoś nie pasuje i ten ktoś jeszcze wskazuje, że to moja wina…

Przetrwałam jakoś noc, rano czułam się, jakby mnie ktoś pobił, rozbita całkowicie. Czuję się znowu odrzucona i ponizona przez niego. Nic nie warta… Dlaczego to wraca?

Byłam jak takie zwierzątko, które się bije, a od czasu do czasu glaska. I ono przychodzi z a każdym razem, wraca, w nadziei, że może tym razem zostanie poglaskane a nie zbite… Ale dość tego, koniec. Usuwam Top Guna ze swojego życia, F. Tak samo gdyż ma on bezpośrednie powiązania z Top Gunem. Zawsze będą rodziną i zawsze będą bardzo zżyci… Nie chcę się kontaktować, nie chce rozmów, nie chce niczego… Z F. tak samo. Moja rodzina płaczę, już nie wierzy mi, że mogę zerwać kontakt. Powiedzieli mi, że nie wiedzą, jak mi pomóc, już się poddają. Albo się z tej relacji wyrwę sama albo będę cierpieć…

Muszę się kontrolować… Bo wiem, że i on i ja na siebie lecimy…

Z drugiej strony, zmartwił mnie Żołnierz. Powiedział mi, że chce jechać na misję…. Złożył już wniosek na wyjazd do Afganistanu, ale mu odrzucili, jednak będzie próbował raz jeszcze. Przegadalismy cały dzień o tym… Odradzałam mu. Przecież może tam zginąć, to są konflikty zbrojne, a jeśli nie zginąć to zostać trwale ranny lub kaleką… Ale on się uparł. Mówi, że lepiej wyjechać teraz, jak się jest samemu, niż potem kiedy się ma rodzinę. Na dodatek śmiał się, że jeśli zginie to może dostanie pośmiertny awans… Tak jakby nie zależało mu na życiu… Nie wiem, co on chce tym sobie udowodnić, że jest prawdziwym żołnierzem w boju? Na froncie? A co jeśli mu przyjdzie strzelić do człowieka? Zrobiłby to? Z jego wrażliwością? Przegadaliśmy cały wieczór o naturze ludzkiej w konfliktach zbrojnych ale nie wiem, czy to coś da… Jeśli się uprze, że chce jechać do tego Afganistanu i dadzą mu zgodę, to nic nie zrobię… Martwi mnie też to…

Ale za to dowiedziałam się, że chciałby domek nad strumykiem i psa… No i jak zwykle, wysłał mi piosenkę o miłości… Tyle, że zaczyna mnie to zastanawiać też, czemu cały czas śpiewa o miłości? Czyżby kogoś kochał? Na przykład kogoś, z kim nie może być?

Nie chcialabym aby wyjeżdżał. Chciałabym aby został i pomógł mi się wyrwać z relacji z Top Gunem… Bo on może to zrobić. Jeśli byłby ktoś inny, myślę, że zapomniałabym stopniowo, a przynajmniej tak by mnie nie ciaglo do zapychania pustki Top Gunem bo nie byłoby już tej pustki, która próbuje zapchać….

„Puste słowa w mojej głowie wciąż, kocham Cię.

Ile jeszcze muszę cierpieć? Ile wylać łez?

Czy to kiedyś mogło udać się? Czy to miało jakiś sens?

Serca głos mówił mi co dnia, nie bój się…

A jednak, miłość może ranić.

Kiedy skrada się do Twoich ust!

Choć wiedziałam jak to skończy się.

Chciałam więcej.

Byłeś wszystkim, czego mogłam chcieć, ostatnim tchem. 

Teraz stojąc w obcym tłumie ludzi, jestem sama…

Chciałabym oddać wszystko to, co mam by z Tobą być!

A jednak, miłość może ranić! 

Kiedy skrada się do Twoich ust!

ZŁAMALES MI SERCE… ZŁAMALES MI SERCE…. ”

Łzy- miłość może ranić.

5bed524a001b0e484fa95a6f

 

 

 

Szaleństwo w moim życiu… Powrót Top Guna?

Tyle się dzieje i działo, a ja nawet nie zdążyłam tego wszystkiego opisać… Jakoś nie miałam do tego chęci. Robiłam badania w jednostce. Miałam nadzieję, że zobaczę na nich Żołnierza… Ale jednak tak się nie stało. A wszystko zaczęło się od… zaproponowania kawy… Tak, jakieś półtora tygodnia temu zdobyłam się na odwagę i zapytałam, czy by nie poszedł na kumpelskie spotkanie i na kawę ze mną. Powiedział, że bardzo chętnie pójdzie, jak bedzie miał czas wolny. Jednak do spotkania do tej chwili nie doszło.

W tamtym tygodniu Żołnierz zrobił coś dziwnego, jak na niego i bardzo wzruszającego. O 22.00 sam z siebie wysłał mi piosenkę, w której śpiewa:

„Ciemno, tak tu ciemno, dławi mnie własny lek, ciemno tak tu ciemno, nie zostało mi już  nic, kiedy nie wiem jak mam żyć, pomóż mi… bo słońca brak…

Nauczył się jej wtedy, kiedy nie mieliśmy kontaktu. Nie wiem, czy mam tą piosenkę odbierać soobiście czy po prostu podobaja mu się takie wykonania, lecz wysłał to do mnie noca, kiedy nie mógł spać.

Podczas badań, badałam też kolegów Żołnierza. I oczywiście wspomnieli o nim, sami z siebie. Podobno jak był na komisji lekarskiej to gdy wszedł do psychologa to siedział tam 20 minut, gdzie inni byli po 5 minut. A jak wyszedł to pani psycholog płakała… Historię życia jej opowiedział.. I teraz się inni śmieją z niego… Eh..  musi mieć niełatwo…  Ale to oznacza, że dogaduje się z psychologami i potrafi być otwarty… Ale oni się teraz wyraźnie z niego śmiali.

Później, w kolejnym dniu, rozmawiałam z koleżanką z jednostki, która dodała mi kolejnych informacji o Żołnierzu. Otóż, poszła plota, choć nie wiedziałam poczatkowo co o tym myśleć, że ma romans z panią z kantyny… bo często tam chodzi na kawe i żołnierze powiedzieli, że pewnie z nią też sypia. Powiedziała mi to koleżanka, do której też czaem przychodzi więc mogła się to dowiedzieć tylko od niego, ona raczej z chłopakami nie siedzi na kompanii, a skoro wie to od niego, to raczej malo prawdopodobne, aby to była prawda, skoro sam uważa to za plotę.

Drugą sprawa jest to, że pytał się tą koleżankę o mnie, dlaczego dala mój numer telefonu i mi jego numer? O co to chodziło w tym? Tak jakby podejrzewał, że coś innego się za tym kryje niż sprawa z badaniami tylko. Koleżanka powiedziałą, że to tylko o badania chodziło, ale myślę, że zaczyna podejrzewać podstęp. Powiedział jej też tylko, że rozmawia ze mną i nic więcej. A co najciekawsze, powiedziała mi, że opowiedział jej coś smutnego… ale sam z siebie. Dziwi mnie to, że mnie tego nie powiedział, ale może to świadczyć o tym, że nie chce być źle odebrany w moich oczach, ludzie bowiem nie lubią cieżarów… Otóż, ma brata.. Brat ten lubił skakać z mostów, an bungie i robić różne wyczynowe skoki, pewnego razu spadł, od tej pory jest kaleką. Niby umysłowo jest sprawny ale fizycznie już nie. To może powodować to, że Żołnierz jest taki przygaszony… Choć nie wiem do końca. Z tego, co pisał, sa chyba razem w mieszkaniu, bo zamawiał wtedy pizze dola siebie i dla brata, może on sie nim opiekuje? To jednak duży bagaż dla tak młodego człowieka, który chciałaby sobie (a przynajmniej tak mi się wydaje) ułożyć własne życie… Może dlatego jest taki przygaszony? Co zauważyła sama koleżanka, że on nie jest zbyt otwarty i cieżko do niego dotrzeć… Jednak jej powiedział o bracie… To mnie zastanawia…

Przedwczoraj znowu miałam smutny dzień, pomimo konwersacji z Żołnierzem dopadł mnie jakoś smutek i chciało mi się płakać… Gdy patrzę w swoją przyszłość, nie widzę nic tylko czarną dziurę, do tego jakiś ogromny żal do Top Guna… Zaczęłam nawet pisać pewne opowiadanie z nim, w roli głównej, gdzie trzymam go przywiązanego do krzesła w ciemnej piwnicy i wyrzucam z siebie cały żal związany z tym, do jakiego stanu mnie doprowdził, że odebrał mi nadzieję na normalne, lepsze życie, że mnie zostawił i porzucił. Jutro miałam go zobaczyć… Nie lubię tego dnia, kiedy wiem, że w jutrzejszym dniu mam się znim zobaczyć. Wtedy we mnie wzbierają emocje i pytam siebie, jak sobie poradzę… Przeżyłam ten dzień. Ale tyle emocji we mnie było, tyle smutku i chęci płaczu… Nazajutrz miałam apisać 2 egzaminy…

Top Gun przyszedł, przywitał się dopiero po pewnym czasie… Przyniósł mi odznakę z munduru… drugą już jaką dostałam od niego. I tak spędziliśmy prawie cały dzień razem…  Ten dzień okazał się najdziwniejszym dniem w moim dotychczasowym życiu…

Był 30 listopad, dokładnie pół roku, co do dnia odkąd dowiedziałam się o jego poteójnym życiu, o miłości do kochanki, o jego utrzymacne, dzień,w  którym wszystko się zawaliło… Wczoraj minęło równiusieńko pół roku…

I powiem Wam, iż przekonałam się, że nie można wierzyć w ani jedno słowo, które mówi Top Gun… Jego cała wielka, piękna i tak wzniosła miłość do jego kochanki, okazała się wczoraj… niczym… bo jakoś nie miał najmniejszych oporów, aby ją zdradzić… ze mną…

Nie wiem, co będzie dalej, boję się, znowu mamy kontakt, zaczęliśmy pisać. Przegadaliśmy też naszą relację, to dlaczego się nie odzywamy do siebie…

Można by rzec, że robię sobię krzywdę, ale najlepsze jest to, że oboje wiemy, że tam już nic nie ma, jest pustka. Tego, co było między nami już nie ma. Przynajmniej z mojej strony. Nie wróciła ani nadzieja ani ułuda, ze z tego coś będzie. Nie żyję już iluzją, już nic w tym nie widzę. Nie wiążę z nim żadnych nadzieii. Wszystko umarło. U niego tak samo. Mówił mi, że raczej zainwestuje pieniądze, które zbierał dla przyszłej rodziny w kupno mieszkania, któe potem da pod wynajem. Z czasem wolnym, który nota bene też trzymał dla rodziny, chyba też coś zrobi, w  postaci dodatkowej pracy na budowlance… Raczej przestajemy wierzyć w to, że nam się poukłada. I mnie i jemu… Więc, jak to stwierdził, co nam w tym smutnym życiu zostało? Wiemy, że nie „wrócimy” do siebie, to po prostu nie możliwe, wszystko umarło i jest pustka…  Jednak o dziwo wczoraj nie byłam smutna i przygnęnbiona tym, co się stało, wręcz przeciwnie, byłąm radosna, bo można też na to spojrzeć z tej perspektywy, że to takie moje małe zwycięstwo, bo gdyby tak naprawdę i dozgonnie kochał swoją kochankę, jak to twierdził i jego serce było tylko tam, to to uchroniłoby go przed tym, co się wczoraj stało… Nie podjąłby takich działań… A ja teraz boję się siebie, boję się, co będzie dalej…

To niewiarygodne, aby wiara mogła dzielić
To niewiarygodne, aby rozkosz mogła spalić
I niewiarygodne, aby słowa mogły ranić
I niewiarygodne, aby miłość mogła zabić
refrain:
A jednak są łzy szczęścia, które spływają z oczu mych
I gładzą cicho moją twarz, kiedy w ramionach jestem Twych… „
Łzy-Łzy szczęścia.

kobieta_plportalpl

Szukając zrozumienia…

Dziś będzie krótko i na temat. Nie mam jakoś weny pisać długiej notki. W piątek byłam na uczelni. Stoję przed drzwiami, patrzę, w moją stronę idzie Pan D. Ucieszyłam się, bo pomyślałam, że może zaproponuje byśmy gdzieś razem wyszli później i poszli porozmawiać, jakoś tak, cieszyłam się, że go widzę. Jednak nie, przyszedł, przywitał się, weszliśmy razem na salę. Potem ja wyszłam pierwsza, on został, szepnęłam mu tylko „pa”. Poszłam, siadłam na krzesłach i coś sprawdzałam w internecie, a po pewnym czasie patrzę, idzie D. Rozmawia przez telefon i wychodzi po schodach. Zawołałam go więc, a on nic. Drugi raz, też nic. Przeszedł koło mnie, usiadł na zewnętrznych schodach i rozmawia przez komórkę. Wyszłam więc z budynku i starałam się jakoś zwrócić jego uwagę, ale nic nie zadziałało, w końcu stanęłam tak, aby mnie widział, ale i to nie odrywał wzroku wpatrzonego gdzieś w dal. Pomachałam mu, wreszcie zauważył i mi odmachał, powiedział, że jest teraz cały czas zajęty i tyle. Więc odwróciłam się i poszłam. Tak skończyła się nasza znajomość. Żadne z nas już nic nie napisało. Zawsze to aj musiałam zaczynać rozmowę, teraz już nie będę. Nie zależy mu, udaje, że mnie nie zna, więc niech tak pozostanie.

Ostatnio też pisałam sobie przez jakiś czas z pewnym mężczyzną z pewnego forum, bardzo chciał mnie poznać, chciał zobaczyć, czy do siebie pasujemy, wysłał mi zdjęcia i w pewnym momencie odmówiłam mu związku. Facet jest wkręcony w kolejne dziwne relacje z przyjaciółką, a ja nie zniosę kolejnych kobiet wokół jakiegoś kolesia, po prostu nie, to za bardzo boli. Znowu ażebym mogła być skrzywdzona i odrzucona na rzecz innej kobiety? Nie, podziękuję…

Znowu poszło o kobietę tak w zasadzie. Wypisywał do mnie wiadomości opisujące ją, raz, ze jest dla niego niedobra, bo on ją kocha a ona jego nie, drugim razem, że jednak jest dobra bo to jego serdeczna przyjaciółka i był z nią w Chorwacji bo ona pojechała tam dla jakiegoś faceta a on za nią. Ona teraz kocha tego Chorwata a on cierpi… Znowu inna kobieta, znowu która go nie kocha i on cierpi… Jakbym widziała lustrzane odbicie mojej historii…tyle, że jego nie kocham. Więc mu powiedziałam, albo kończysz z nią i się możemy poznać, albo nie. A on na to, że że jej nie zostawi. Dlatego powiedziałam mu wyraźnie nie. A on nadal mówił, żebyśmy się poznali…

Potem wyszło, że ma osobowość schizotypową, na dodatek wierzy w reinkarnację, pisać też niestety nie potrafi, robi byki, i nie za bardzo rozumie kontekst wypowiedzi wiadomości, które do niego pisałam. No więc szczerze… na co mi taki koleś? Znowu przyjaciółki i udręka, że mnie z nią zdradzi, albo nie rozumie co do niego mówię… Dlatego się odcięłam.

Powiedziałam sobie, że nie będę ani piątym kołem u wozu, niechcianym i odrzucanym, ani rzeczą, od której się ludzie muszą oganiać, jak od natrętnej muchy. Jeśli ktoś nie chce to nie, on też ma się starać. Nie będę nikogo usprawiedliwiać, bo potem cierpię tylko..

Czuję, że moje myśli znów uciekają w stronę depresji… wiem, że one są chorobowe, ale jednak są. Kto czytał moją historię relacji z Top Gunem wie, przez co przeszłam i, że teraz zaczynam od nowa wszystko… Dziś właśnie znów miałam przed oczami jego kłamstwa, jego odrzucenie względem mnie i aż łza mi spłynęła po policzku…to jeszcze czasem wraca i za bardzo boli…

Wydaje mi się, że nigdy nie będę szczęśliwa, że ludzie mnie nie chcą, odrzucają na każdym kroku, że jeżeli już spotkam kogoś innego, to on i tak mnie odrzuci. Czuję się tak, jakbym była dziewczyną gorszej kategorii. A przecież radzę sobie w życiu, studiuję 2 kierunki, mam wiele pasji, jestem inteligentna, wiele osób mówi, że ładna, mam zasoby, jak mówi mi terapeutka, a mimo to moje poczucie własnej wartości leci w dół. Zastanawiam się, co robię nie tak? Czy ja przyciągam dziwnych, niepoukładanych ludzi, czy po prostu mam szczęście na takich trafiać…

Jedynym dobrym wydarzeniem jest to, że załatwiłam sobie notatki z filologii polskiej! Będę mogła się w domu na spokojnie uczyć i spełniać swoją pasję do pisania i literatury. Na studia przy tylu kierunkach już nie wystarczy mi czasu ale na zerknięcie na notatki na pewno, a zawsze chciałam się rozwijać w tym kierunku.

Dzisiejszy dzień znów wydaje mi się jakiś smutny i przygnębiający, czyżby znów wróciła depresja? Czuje się tak, jakby mnie nie było w życiu…

fashion-2309519_960_720

 

 

Randka…

Ten tydzień był szalony. W głowie kołatało mi tyle różnych myśli, że nie sposób ich zliczyć. Ostatni post był  o tym, że poznałam pewnego pana D. I od tej pory cała ta depresja związana z Top Gunem minęła. Jakoś się uspokoiłam, uporządkowałam swoje myśli, nie, nie leczę się wcale innym facetem, jestem sama. Po prostu zrozumiałam, że na jednym świat się nie kończy i, że mogę być jeszcze kiedyś dostrzeżona i akceptowana, mogę fajnie spędzać czas, mogę o nim nie myśleć, mogę nie mieć flash backów, mogę iść dalej…

Przez ten tydzień próbowałam się skontaktować jakoś z panem D. Jednak odpowiedział tylko na jedną wiadomość i dalej zamilkł. Pomyślałam sobie, no cóż, trudno, jego strata. Jednak wczoraj o dziwo sam się odezwał i tak,  jak to wykazywał tydzień temu, chciał się spotkać. Więc umówiliśmy się na spotkanie. Przed spotkaniem jeszcze musiałam podjechać na uczelnię, załatwić dwie sprawy i choć miałam mieć cały dobry dzień, spotkałam na uczelni Top Guna… Najpierw mnie nie zauważył, potem zauważył, potem chciał pocałować, więc się odsunęłam, poczułam tylko jego oddech na moich ustach, a potem powiedział, że ma coś dla mnie i wyciągnął z plecaka witaminy. Mało myśląc wzięłam je, choć teraz myślę, że do niczego mi one nie są potrzebne, ale dla świętego spokoju… Potem powiedziałam mu, że muszę już iść, chciał iść ze mną, ale przecież nie zabiorę go na randkę z D. ,odsalutowałam i poszłam swoją droga z uśmiechem na ustach. Jednak poczułam, że pod tym uśmiechem coś było. Coś we mnie, jakiś smutek… smutek, że mimo wszystko go straciłam? Nie wiem, nie chcę myśleć już w kategoriach „o, jaki fajny facet”… Przez ten tydzień poukładałam sobie wiele rzeczy w głowie, między innymi to, że mi nie zależy, że nie muszę mieć z nim kontaktu, wręcz zaczęło mnie to denerwować, że do mnie pisze. Stwierdziłam, ze mam swoje życie i nie muszę z nim być złączona non stop. Odzyskałam przez ten czas swoją indywidualność. A dziś, dziś poczułam jakiś smutek, choć wiem, że on nigdy chyba nie widział we mnie kobiety, tylko koleżankę, a ja mam już dość po tylu miesiącach bycia koleżanką.

Potem zaraz poszłam na spotkanie z D. Przyszedł, choć wątpiłam w to, czy przyjdzie. Poszliśmy na kawę i coś zjeść. Nawet przyjemnie się rozmawiało. Poczułam jakąś taką świeżość w tym wszystkim, jakaś nowa osoba… choć nie weszliśmy na tematy bardzo osobiste, jak poprzednio to było po prostu miło się spotkać i porozmawiać. Potem szedł na basen, a ja wracałam do domu. Na pożegnanie go przytuliłam, sam się zapytał, czy go przytulę…

Powiedział, że się odezwie. Sama jeszcze nie wiem, co o nim sądzić. Może jest za wcześnie na jakieś osądy? Ale miło mi w jego towarzystwie.

Z drugiej strony wydarzyła się też rzecz bardzo dziwna. Odnowiłam stare kontakty i znalazłam też tam niejakiego pana A, który podczas jeszcze mojej depresji, dzwonił do mnie i pytał się mnie, jak się czuję i się o mnie troszczył. Jemu opowiedziałam o całej tej sytuacji z Top Gunem, o tym, co mi zrobił…o tym, że mam depresje, że bardzo źle się czuję. W pewnym momencie zaczęłam traktować go jak brata, bo był ze mną, wspierał mnie ostatnio, rozmawiał. Z tym, że ja myślałam, ze on również myśli o mnie jako o koleżance i niczego więcej nie oczekiwałam. Bo i teraz przyjęłam taką postawę, że niczego nie oczekuję. Traktuję ich jako kolegów, ale nie wierzę od razu, że coś z tego będzie… Nie robię sobie żadnych nadziei, bo nie chcę się już więcej rozczarowywać. Muszę też dać sobie czas dla siebie. Ostatnio, na samym końcu mojej depresji, bardzo chciałam, by Top Gun wiedział, jak ja cierpię, jak bardzo mnie zranił, jak nie mogę przeżyć kolejnego dnia bez bólu psychicznego, ale potem sobie pomyślałam, że on i tak tego nie zrozumie. Może w tym jest trochę mojej winy, bo gdybym zerwała od razu kontakt to może coś by do niego dotarło. Teraz jest już na to za późno. On mnie nie będzie w tym wspierał, nie będzie rozmawiał, on to ma gdzieś. Kiedy zaczęłam mu coś mówić…. Powiedział mi tylko, że jestem silna, że dam sobie radę i tyle. Zrezygnowałam z mówienia mu o tym. On nie wie co mi zrobił i nie zdaje sobie nawet z tego sprawy, przeszedł nad tym do porządku dziennego, to dlaczego ja nie mogę? Niech sobie żyje w tej swojej nieświadomości… słodkiej. I niech nadal pomaga ubogim i bezdomnym, tylko jedną osobę, która na to na prawdę nie zasługuje, bo przy nim była i jest, i która na prawdę go kochała odrzuca cały czas… Nie rozumiem tego, ale jak czegoś nie rozumiem to trzeba to zostawić…

Zastanawiałam się też ostatnio nad tym, co się ze mną działo przez ten czas od kwietnia… Doszłam do wniosku, że przeżyłam epizod depresyjny, kolejny już i bardzo ciężki. I wyszłam z niego. Jestem z siebie dumna. Nie czuję już takiego bólu psychicznego.

***

Wczoraj odbyłam też rozmowę z panem A. To była dziwna rozmowa. Wiem, że się o mnie stara, ale nic z tego nie będzie. Pan A. po raz pierwszy przez pół godziny przekonywał mnie wraz z kolegą, że marihuana jest dobra i powinnam zacząć ją palić, a już na pewno nie uważać ją za narkotyk… I mówi mi to facet 24 lata, który chciał być ojcem dla dziecka swojej poprzedniej dziewczyny z innego związku… A jego kolega też mnie chciał przekonywać, jednak co drugie słowo zaczynało się na k, już nie mogłam tego słuchać… I tak sobie pomyślałam o różnicach w potrzebach kobiet i mężczyzn w tym wieku. Oczywiście nie wszystkich, mam nadzieję, choć takowych nie wiedzę na chwilę obecną, ale jednak… Kobieta by chciała, żeby ktoś był, żeby przy niej trwał, czuwał, żeby ją wspierał, żeby potrafił dać z siebie coś dla tego związku, żeby był oddany, żeby można z nim było porozmawiać, żeby rozumiał, żeby chciał tego samego… A mężczyźni czasem zachowują się jak duże dzieci, które wiecznie chciałyby się tylko bawić, czasem nie zważając na konsekwencje…  Na koniec padło jeszcze takie zdanie, że się różnimy, ale to musi się zmienić… Na co tylko odpowiedziałam, że ja się  nie będę dla nikogo zmieniać i swoich poglądów również nie.

Potem posmutniałam tylko, bo pojawiła się myśl, że szkoda, że nie wyszło z Top Gunem. Jesteśmy czasem jak dwie krople wody. Spojrzymy na siebie i już wiemy o co chodzi. Ale może tak musi być?

Z tego wszystkiego wysunął mi się taki wniosek, że lepiej być samemu, niż ładować się w kolejne dziwne relacje… A tymczasem czekam na wiadomość od D.

dress-864107_960_720