Wyjaśnianie. Trwanie w maraźmie… Beznadziejna sytuacja.

Przeżyłam te kilka dni, z bólem, z tętnem powyżej normy, prawie bez jedzenia, bo jeść nie mogłam wcale… Miałam tego nie robić, miałam juz tu nie pisać, ale postanowiłam pisać, lecz nie tak jak do tej pory, a od czasu do czasu, wtedy gdy zdarzy się coś na prawdę wartego zaisania i upamiętnienia tu. Tak tez chyba się stało. Jestem po niedzielnej rozmowie z Top Gunem… niby wyjaśniliśmy sobie co nie co. Ja powiedziałam o tym, jak się poczułam, on mnie przepraszał, za to, ze mnie zawiódł. Powiedziałam mu też, że dla mnie ważna jest szczerość i tego samego oczekuję w relacji, jakiejkolwiek. Powiedział, ze to nie było specjalnie, że to chwila słabości z jeg strony, nie chciał mnie skrzywdzić…

Po czym nastąpiło coś niespodziewanego, bo napisał mi szczerze, że w rozmowach ze mną nie chciał, zebym myślała, że mnie podrywa, bo nie dał by mi tego, na co zasługuję i starał mi się jak umiał pomóc, bo takie jednostki jak ja są przyszłością tej ojczyzny. Chwilowo trochę podkochiwał się we mnie, ale to co działo się dookoła, stłumiło te emocje… Generalnie wariactwo totalne… Byłam wtedy jeszcze zła na niego i nie powiedziałam tego, co chciałabym mu powiedzieć w takiej sytuacji. Powiedziałam, że nie wiem co mógłby mi dać, jeśli chce dobrze, to ju dużo…

Te jego słowa jakoś brzmią mi w uszach do dziś… a ja myślałam, że on na serio się w jakiś sposób zauroczył… Przynajmniej tak się zachowywał.

Nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Po tej rozmowie wróciliśmy do normalnych stosunków, przegadaliśmy całą te sytuację z jego byłą. Jeszcze w rozmowie powiedział mi, ze nie ma czego ratować. Potem zaś, powiedział, że to bardzo skomplikowane, by mógł to zostawić definitywnie za soba, tak to rozumiem… Powiedział, że zaczął palić, też żyje w ciągłym napięciu i rozchwianiu emocjonalnym, śpi po kilka godzin dziennie, widzę, ze cała ta sprawa bardzo go przejmuje i jest mi przykro, że jakaś dziewczyna rujnuje mu życie, a on na to pozwala. Napisałam mu, że nie może dać się komuś zniszczyć. Odpowiedział, ze będzie sie starał… Na dodatek jeszcze ja w tym wszystkim… nie wiem już kim tu jestem… Teraz cały czas do mnie pisze. Nie wiem czemu. Jesli już sprawa ze mną jest zakończona, to czemu do mnie cały czas piszę? To wszystko mnie bardzo boli, miało być tak fajnie… miałam mieć choć kogoć, z kim mogłabym porozmawiać, a teraz już nie wiem nawet kim dla siebie jesteśmy… mimo to, rozmawiamy po całych dniach.

Czuję, że moje życie się zawaliło. Tak doszczętnie, że nie mam już do czego wracać… Szkoła stała się tylo obowiaązkiem na razie, nie pasją… relacje… których nie ma, lub jak już są, to tak pokręcone, że tylko sprawiają ból… Czuję się nie wartościowa, zagubiona, jakbym na nic już nie miała wpływu, jakby życie toczyło się poza mną, obok mnie… a ja tylko biernie w tym trwam. Wczoraj po przemyśleniu tego wszystkiego, doszłam do wniosku, że wrócę na terapię, tę, którą rzuciłam dwa lata temu. Nie wiem, moze to jest jakieś wyjście.Może ktoś mi wytłumaczy, ze muszę zająć się wreszcie sobą, a nie chcieć ratować cały świat o sobie zapominając? Chcę się jakoś rayować, nie wiem czy dobrze robię… czy to przyniesie jakiekowiek skutki, ale może choć spróbuję…

 

Zabezpieczony: Permanentny smutek duszy

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Mikołajkowy wpis blogowy!

Dziś Mikołaj, ludzie dają sobie prezenty. Też chciałam coś dostać na Mikołaja i sama komuś coś dać… Moja rodzina stwierdziła, że prezentów nie będzie. Nie ma już małych dzieci- koniec prezentów. A przecież prezenty są takie świetne! Nie, nie chodzi o same prezenty, ale o fakt dania i dostania prezentu. To jest takie najcudowniejszy moment. Sam fakt, że można coś komuś dać i dostać od niego coś, choćby symbolicznego. Dawanie i branie jest fajne, a tak rzadko robimy to na co dzień…

Przypomniały mi się mikołajki z zeszłych lat i te z lat, kiedy byłam dzieckiem, kiedy Christmas gift boxesumiałam je przeżywać, to było takie piękne. Rodzina też stwarzała w domu jakąś atmosferę świąt, czego teraz nikt już nie potrafi zrobić. Święta jakby skończyły się w moim życiu parę lat temu, właściwie to cztery. Przez te załamania nie wiedziałam, że są Święta, dla mnie były to zwykłe dni. Nie potrafiłam cieszyć się z prezentów, choćby największych, bo rzeczy materialne nic dla mnie nie znaczyły… dostawanie i dawanie również jakoś nie. Liczyło się dojście do siebie… Teraz, kiedy na nowo nauczyłam się cieszyć z drobnostek, doceniać je, to mi je zabrano… a sama nie miałam czasu ich przygotowywać.

Na dodatek znów wróciła tęsknota za księciem na koniu, choć wszystko układa się w całkiem inną stronę. Hm… pewnie kupił na dziś wór prezentów.. Przez to wszystko przypominają mi się relacje z przeszłości. Są nawet chwile, kiedy chce do M. Mieszanka myśli ciągle mi towarzyszy. Na dodatek chyba będę chciała zrezygnować z terapii, nic ona nie daje, a tylko marznę na przystankach, odczuwam silny opór,czuję, że tam nie pasuje i czuję, że nie są w stanie bardziej mi pomóc… Nie wiem, co z blogiem, nie wiem, co z moimi kontami w sieci… Co ja mam z tym wszystkim zrobić? Jak to zorganizować? Hm…

Zagubiona…

Stałam się zagubioną, choć właściwie patrząc obiektywnie nie miałam do tego powodów… 

„Z maila pisanego…” -7 listopada ’16.

Czasami mam takie wrażenie, jakbym żyła w letargu. Właśnie teraz takie mam chwile. Dlatego niczego nie pisałam, potrzebowałam chwili ciszy, jakiegoś odizolowania się od wszystkich i wszystkiego… To, co się dzieje w mojej głowie jest czasem dla mnie przerażające. 

Zmieniają się wokół mnie ludzie, ciągle ich przybywa… A co najważniejsze przybywa tych „prawdziwych ludzi”, z czego się cieszę… Moje życie się zmieniło… Jednak… Jakim kosztem? Zastanawiam się czasem, ile przyjdzie mi za to zapłacić…? 

 Wśród środowiska uczelnianego na początku byłam bardziej z boku, bo młodych mało, a jak już byli to pomysły mieli tak dziwne, iż nie sposób było ich zrozumieć. Teraz mam kolegów… przez przypadkową rozmowę, więc dziewczyny mnie nie cierpią,”cześć” nawet nie mówią.  Z tym, że… jeden się chyba we mnie zakochał… Jest mną zafascynowany, pisze ciągle, wszystko mu się podoba. A ja, no cóż… też mu odpowiadam, choć na początku było to z czystego interesu, żeby nie być samej w tej grupie. Jak z nim piszę przez sms, to widzę (jeśli to, co piszę jest prawdą), że chłopak jest inteligentny, możemy podyskutować na wszystkie tematy, zawsze mi chce pomóc… Akceptuje wszystko, łącznie z moimi dziwactwami. Ogólnie… opiekuje się mną jak tylko potrafi. Nieba by chciał przychylić. To jest miłe, sympatyczne… ale z drugiej strony podchodzę do tego z ogromnym dystansem. Tak samo było z M. i wyszło, jak wyszło… potem zostaje tylko cierpienie…:(

Nie wiem, czy ta pierwsza rozmowa była przypadkiem, czy nie, poznaliśmy się przez zainteresowania… taka zwykła, dobra rozmowa… Widziałam, że mnie słucha z zainteresowaniem. 

Rodzina się cieszy, bo coś niecoś powiedziałam, więc się cieszą, bo sobie „chłopaka” znalazłam, dobrego, jeździć chce, podwozić, pomagać… A to przecież nie tak w moim odczuciu… 

Ja sama nie potrafię nikomu zaufać, fakt też, że krótko go znam, bardzo krótko… i wiem, że fakt, iż dobrze się rozmawia, może być chwilowy… Z resztą, bardzo ciężko mnie do siebie przekonać po tym wszystkim… Dla mnie jest na razie dobrym kolegą… ale nie tylko chyba z powodu poprzedniego zranienia… 

A ten drugi powód, chyba prawdziwy jest o wiele, wiele gorszy… 

Jest na świecie taka jedna osoba, przy której  czuje dobrze i czuję, że mogę być sobą… Nie wiem, czuję się po prostu szczęśliwa…. A najśmieszniejsze jest w tym wszystkim to, że on też nie pozostaje całkowicie obojętny na moje słowa, gesty… Choć to śmieszne, bo ciągle poznaje nowych ludzi, a takich kobietek ja ma na pęczki. To są gwiazdy, uwielbiane, dmucha się na nie i chucha, uwielbia… a fanki skaczą pod barierkami… Ja własnie nie zostałam fanką… może dlatego? 
Nie wiem, ale jeszcze bardziej dziwaczne i smutne jest to, że… to już dorosły facet, nawet bardzo dorosły facet… Wraz z tym wszystkim, co przeżył…

Nie wiem już, co mam o tym wszystkim myśleć. Nawet nie przeszkadza mi wiek, ale… to wszystko jest takie zwariowane… A nawet nie mogę nikomu powiedzieć, nie chcę…

Najgorsze to to, że za nim po prostu tęsknię… 

Podobno każda kobieta chciałaby mieć swego rycerza na koniu…  Mam, autentycznego w zbroi, na koniu i co? Więcej z tego smutku niż radości… choć też jest…  

Ciężko mi po prostu… On w pewnym sensie zmienił moje życie, w pewnym sensie na prawdę mnie uratował… 

Czasem jeszcze wracają myśli o M. Choć zostawiłam tę całą historię gdzieś daleko za sobą i nie czuję do niego już przywiązania, choć czasem tak chciałabym usłyszeć, co u niego, W dzień zaduszny widziałam Indianera, to dopiero trudne, choć też już nie czuję przywiązania. Wiem za to, że zniszczył wiele lat mojego życia, choć wiem też, że mu na to pozwoliłam… Jakoś sobie radzę z relacjami z przeszłości, nie rozwalają mnie już tak, jak kiedyś…

Przypomniała mi się teraz piosenka, którą kiedyś Mara wstawiła w komentarzu i choć, może nie mamy już lata, to podobnie się dzisiaj czuję… 

„Kiss me hard before you go,
Sum­mer­time sad­ness.
I just wan­ted you to know,
that baby you’re the best.

I got my red dress on toni­ght.
Dan­cin’ in the dark in the pale moon­li­ght.
Done my hair up real big, beauty queen style
high heels off, I’m feelin’ alive.”

Jak zdefiniować relacje i o progu odczuwania emocjonalnego…

Znów tkwię dziś w środku nie do końca poukładanych myśli, emocji i odczuć. Przepraszam, że tak tylko o sobie… Dobrze, że wiem już co i jak z tym, że w kółko o sobie. Niestety, w moim życiu znowu trwa wieczór, w którym  czuję, że muszę się gdzieś uzewnętrznić, bo wybuchnę! Teraz, zaraz, natychmiast…

Czasami ja po prostu nie wiem dokładnie co czuję.  Za dużo tego, za dużo myśli, stanów emocji. Kolejny trudny czas. Powtarzam sobie, że jutro będzie lepiej, ale i tak wiem, że nie będzie… I na tym właśnie polega moje „zakotwiczenie”, na każdą negatywną myśl mam racjonalny argument. Takie widzę fakty, rzeczywistość. To smutne, jakby patrzeć z boku, przerażające, jeśli się jest mną w takim stanie…

Chciałabym się jakoś uspokoić, poczuć lepiej, może docenić, samą siebie, bo wokoło pustka. Powiedzieć sobie, że jestem fajna, a to co robię jest dla mnie. To takie normalne, prawda? Dlaczego tego nie potrafię? Dlaczego innym przychodzi to tak łatwo? Czy to ma związek z przeszłością? Chciałabym wstać rano wiedząc, że mam cel, chciałabym jakoś zagospodarować swój dzień, czuć się samej sobie przydatna… Jak na razie niby odpoczywam. Snuję się z kąta w kąt, próbując zebrać myśli, próbując zacząć cokolwiek robić. Jednak czasami czuję, że jeśli nie poukładam czegoś w swojej głowie równo, jak na sklepowych półkach, coś złego się stanie… To chore! Muszę się nauczyć wreszcie odpuszczać, inaczej zwariuję…

Przez ten cały czas moje myśli wirują wokół mojego życia i… chłopaków. Nie, nie w sposób naturalny, jako zauroczenia. Próbuję jakoś poukładać w swoich myślach moje relacje, te dalsze, bliższe i inne… Chyba kiedyś napiszę o tym książkę. Od czasu niedawnej wizyty u M. stałam się jakoś niespokojna. Wróciło to wszystko co czułam, gdy wyjeżdżał, znowu czuję, że go tracę, a tak bardzo nie chcę. Próbuję jakoś zdefiniować naszą relację… nie potrafię! Nie wiem już na czym polega ta nasza, jakby nie było dziwna znajomość. Może nie chcę wiedzieć. Wiem tylko, że cholernie za nim tęsknię i mi go brakuje! Nie wiem, co będzie dalej z „nami”, boję się tego, że znowu go stracę. Za dużo już straciłam, za dużo… Ale, może postaram się nie panikować na zapas.

Po ostatnich rozmyślaniach, w tym także o M. i jego życiu, sytuacji i wiadomościach, jakie mu wysłałam stwierdziłam, że nie poukładam tego świata, relacji, ludzi według moich zasad, planów, chęci i światopoglądu. Nie da się tego zrobić. Niektóre rzeczy trzeba odpuścić, inaczej będę odczuwała frustrację. Nie chcę dać podporządkować swojego życia, ale ja zawsze inaczej wyobrażałam sobie relacje między ludźmi. Jednak widzę, że nie da się tak, jak miałam to w głowie poukładane i tak, jakbym chciała, a więc odpuszczam i po cichu godzę się na to, co niekiedy przynosi mi świat. Dlatego nie chcę na siłę definiować swojej relacji z M. czy innymi, po prostu, są jakie są i nie będę ludzi zmieniać na siłę, wymagać od nich, żeby chcieli tego, czy tamtego, zachowywali się „po mojemu”, bo i tak tego nie zrobią. Świat się zmienił, ludzie się zmienili, perspektywa świata również, odbiór… Świat XXI wieku to jednorazówka. Dlatego stwierdziłam, że nie będę dążyć na siłę do krystalizowania relacji, rozmów, podejścia…

A ja sama czuję się inna, odmienna od tego świata i tak bardzo często zastanawiam się dlaczego tak jest. Co prawda na spotkaniach z terapii mówią, że każdy jest inny i wyjątkowy. Zgodzę się z tym, że każdy ma inny zespół cech, kanwę osobowości, natomiast nie mogę zgodzić się z podejściem, że każdy jest wyjątkowy w wymiarze odczuwania. Jest pewien prób odczuwania emocjonalnego, którego pewne osoby nigdy nie miały i mieć nie będą… Taka smutna prawda. I chyba tylko dlatego czuję się inna. Ot, mam właśnie ten próg odczuwania emocjonalnego przekroczony, inny odbiór świata. Dla jednych zwykłe podanie ręki będzie tylko pożegnaniem, dla innych, w tym mnie symbolem relacji z daną osobą, ujęciem więzi łączącą te dwie jednostki. Co dziwne wydało się mnie na terapii, jako jednak „pacjentowi” wmawianie, że to, w co wierzę, co o sobie wiem jest złe… rozumiem, jest sposób „leczenia”, żeby zanegować wszystko, wyczyścić dysk i układać na nowo, wprowadzać i segregować jeszcze raz, ale wydaje mi się, że nie dla mnie to. Czy to, że czuję się inna, bo więcej czuję i inaczej odbieram to złe? Chyba raczej nie, a dodatkowo wiem, dlaczego tak się dzieje. A usłyszałam, że złe… Dopuszczam do siebie inne teorie, tylko, że wydają mi się one dziwne i nie mają dla mnie pokrycia…

Wiem, że nie wtłoczą mnie do machiny „wszystkich” dlatego ten rodzaj terapii chyba nie dla mnie… Ale o moim spojrzeniu na cały ten cykl innym razem, na razie się się uspokoić, bo się lekko poirytowałam.  Dobrej nocy wszystkim czytającym!

„Ukrywam się…”

Wszystko boli mnie,
każdy Twój ruch, spojrzenie…                                                                        k,NTgyMDM4NDcsNDk3ODMwNzM=,f,309570_las_big
Czasami czegoś chcę.
Czasem z bólu wiem, że żyję…
Gdybym uciec chciał
i tak znajdziesz mnie… dokładnie…
Tam, gdzie nie ma mnie…
Ukrywam się… przed Tobą…

A kiedy znajdziesz mnie,
skruszysz wszystkie moje myśli.
Znowu będę mógł tylko…
Pozbierać je z podłogi…

Układam się… na nowo…
Wśród tłumów drżę o jutrzejszy dzień…
Czasami tak miarowo…
Zabierasz mi to, co dajesz…
Nastała noc,
a dla mnie jest dzień… czekania…
Tam, gdzie nie ma mnie
ukrywam się… przed Tobą…

A kiedy znajdziesz mnie,
skruszysz wszystkie moje myśli.
Będę mógł tylko…
Pozbierać je z podłogi…