„Niewierna”

Ona, szczęśliwa żona i dobra matka, on- młody, zdawałoby się głodny przygód, a może zamknięty w swoim świecie, jakim jest zasłane książkami mieszkanie na ostatnim piętrze pewnej dzielnicy? I jeszcze ktoś…

Ostatnimi dniami czegoś poszukiwałam, jakiegoś bodźca, który by wzbudził tę iskrę natchnienia, mocy, czegokolwiek, bym mogła odnaleźć sens w dniu dzisiejszym. Leniwie więc przeglądałam, co mogłabym obejrzeć środowym popołudniem. Tak, przypadkiem, natchnęłam się na zwiastun jednego ze starych, w tych latach już filmów „Niewiernej” w reżyserii Adriana Lyne. Obejrzałam… niby dramat, niby erotyk, w sumie erotyki było tam niewiele lecz film zaciekawiał zupełnie czymś innym. Ciemne klatki, ponure ujęcia, zbliżenia… Całą przestrzeń wydała mi się tak dobrze skądś znana. Ponure uliczki jednej z amerykańskich dzielnic, domek na  przedmieściach równie w amerykańskim stylu, zakurzone mieszkanie. To wszystko wzbudziło moje zainteresowanie fabułą i choć mogła by się wydawać zgoła banalna, to jest w tym filmie coś, co na mnie osobiście działa jak magnes, jeśli chodzi o kino- zdawało by się autentyczność ról. Nie bez powodu, Diane Lane została mianowana do Oscara za odtwórczynię głównej roli. Klimat tego filmu, jego „ponurość” i zdawałoby się małostkowość oraz bohaterowie przepełnieni przeróżnymi emocjami zdawali się zachęcać na tyle, aby zobaczyć cały film…

Jest poranek, główna bohaterka, Connie, wyprawia synka do szkoły, a męża do pracy, co prawda tego ranka na zewnątrz okropnie wieje, ale mimo to, kobieta decyduje się pojechać po rzeczy na jedną ze swoich aukcji charytatywnych. Kiedy wraca z rzeczami upada i rani się w kolano, jednak wstaje i chwile potem, gdy chce złapać taksówkę, wpada na pewnego mężczyznę. Jest nim Paul Martel, tutejszy akwizytor książek. Ponieważ wichura nie daje za wygraną, żadna taksówka się nie zatrzymuje, a Connie ma obdarte kolano, nowy znajomy zaprasza ją do swego mieszkania, by przemyła ranę. Kobieta ma obawy, jednak po chwili godzi się i idzie do mieszkania akwizytora. Mieszkanie jest nieco inne, niż mogłaby sobie je wyobrażać. W centralnej jego części stoją półki, a na nich stosy książek, jest też parę dużych figur, worek treningowy, parę otwartych, ułożonych na stole książek… W zasadzie mieszkanie należy do jednego z francuskich rzeźbiarzy, a jego lokator twierdzi, że cieszy się, iż ma gdzie podziać się z książkami. Connie udaje się do łazienki i przemywa ranę, potem dzwoni do domu domu i oznajmia, że spóźniła się na pociąg. W tym momencie mężczyzna obserwuje ją uważnie. Podczas tego spotkania Connie dostaje od mężczyzny jedną z książek. Główna bohaterka nie chce jednak zabawiać długo i wychodzi by zdążyć na pociąg. W domu opowiada mężowi  o całym zajściu, jak upadła i, że pomógł jej jakiś miły mężczyzna. Początkwo bohaterka nie przywiązuje to tego zdarzenia wagi i zdaje się żyć tak, jak przed nim, choć chce podziękować swojemu wybawcy i za namową męża, wysłać mu butelkę wina.  Któregoś dnia, znajduje w ofiarowanej przez niego książce numer telefonu. Myśli więc, że to dobra okazja, by zadzwonić i podziękować. Dzwoni więc z… telefonu znajdującego się na dworcu kolejowym. Początkowo mężczyzna nie odbiera, potem jednak zaprasza ją do siebie na kawę… Cały czas zachowując się tak, jakby potrafił przewidzieć to, że zadzwoni…

Chwilę rozmawiają, Paul pokazuje kobiecie książkę napisaną alfabetem Braila, lecz mówi, że powinniśmy inaczej wymawiać jego imię. Connie nie wypija kawy przygotowanej dla niej wcześniej, wychodzi czym prędzej z mieszkania. Wahania narastają, kobieta nie wie, po co tam poszła i dlaczego coś ciągnie ją do tamtego mieszkania… Kolejna wizyta Connie u Paula, zdarza się niby przypadkiem, przynosi mu ciastka i w zasadzie chyba sama zdaje się nie wiedzieć, po co przyszła, twierdzi, że była w okolicy i… pomyślała, że zajrzy. Między Paulem a Connie nawiązuje się coraz to bliższa relacja pożądania i namiętności i choć kobieta wyraźnie tego nie chce, po raz pierwszy zdradza wtedy męża, idąc z młodszym akwizytorem do łóżka.

Choć mężatka ma ogromne wyrzuty sumienia, co z resztą ukazuje postać Connie, targana jak wiatr emocjami, które w niej są, pomiędzy nią a Paulem nawiązuje się specyficzny r-0,500-n-865226gVdcrodzaj relacji, przepełniony namiętnością, ale i… obsesją. Zdawało by się, iż Connie nie ma wyraźnych powodów by zdradzać męża. Jest on kierownikiem firmy, dobrze zarabia, dba o nią i o ich synka, który kończy właśnie dziewięć lat. Jednak kobieta pragnie czegoś jeszcze niż stabilne życie u boku statecznego mężczyzny. Być może młodszy, zagubiony, artystyczny „rozbitek” daje jej to, czego nie dostawała przez lata od męża, ryzyko, dobrą zabawę i dziką namiętność. I choć Connie uważa to za szaleństwo, brnie w ten romans dalej i dalej… pozwalając by młody mężczyzna stał się jej obsesją. Ich spotkania pełne są podniecanie i namiętności, choć tak naprawdę, Connie niewiele wie o młodym akwizytorze książek.

Mąż Connie, Edward podejrzewa, że coś się dzieje z jego żoną, gdyż zaczęła bardziej dbale dobierać ubrania i kłamać. Prosi więc o pomoc zaufanego znajomego, by ten, śledził jego żonę. Gdy do rąk Edwarda trafiają zdjęcia Connie i Paula, wraz z adresem jego mieszkania, gdzie spotykają się potajemnie w dnie, gdy Edward wychodzi do pracy, wie już, że się nie mylił. Postanawia pójść do kochanka żony, sam chyba nie wie w jakim celu. Kiedy stoi na ulicy, patrząc w okna mieszkania, nie ma odwagi, właściwie nie wie, po co tu przyszedł. Gdy odwraca się, Connie wybiega w pośpiechu z klatki po kolejnym zbliżeniu z kochankiem. Przez drzwi w kamienicy wychodzi jednak staruszek, wpuszczając Edwarda do środka. Ten idzie pod drzwi mieszkania Paula, kiedy zostaje przez niego wpuszczony, choć z dużym zdziwieniem i podejrzeniami, chwilę rozmawiają,a Mąż kobiety dziwi się, że rozmawiali o nim. Jednak gdy Edward zauważa w sypialni jeszcze nie pościelone łóżko, gdzie jego żona i Paul się kochali, zaczyna czuć się fatalnie… Emocje zaczynają przybierać na sile. Kiedy jednak widzi ozdóbkę  szklaną, którą podarował żonie w mieszkaniu Paula, a ten oznajmia mu, iż dostał ją od Connie, w mężczyźnie coś pęka. Jest mu niedobrze, ma zawroty głowy, duszności. W przypływie złości, rozbija szklaną ozdóbkę na głowie Paula, tak nieszczęśliwie, iż ten zaczyna krwawić i pada martwy na ziemię…

Edward jest spanikowany, nie wie co ma robić, w przypływie zdrowego rozsądku jednak szybko zaciera ślady, w tym samym czasie wysłuchując nagrania od Connie, która dzwoni na telefon Paula, mówiąc, że muszą skończyć z tym romansem, gdyż nie potrafi dłużej tak żyć, oszukując wszystkich i krzywdząc rodzinę. Mężczyzna na drugi dzień w nocy, wywozi ciało kochanka, zawinięte w dywan na śmietnisko…

Kiedy ciało zostaje przypadkowo odnalezione, a Connie dowiaduje się o tym, iż Paul Martel nie żyje, choć początkowo, przy mężu nie daje po sobie poznać emocji, później Edward zauważa jak szlocha…. Czy daje to odczuć widzowi, iż poza namiętnością jaka łączyła tych dwojga było coś jeszcze? Gdy Connie zauważa ozdóbkę z powrotem we własnym domu, tę, którą przecież podarowała kochankowi, zaczyna podejrzewać swojego męża. W trakcie kłótni z nią, Edward przyznaje się , iż zabił Paula. Małżeństwo stara się jednak normalnie żyć, tak by ich synek niczego nie podejrzewał. Connie pali zdjęcia zrobione jej i Paula przez śledzącego ją mężczyznę, które znajduje w kurtce męża… Myśląc o tym, iż lepiej byłoby gdyby nigdy nie weszła do mieszkania akwizytora. Connie chce wyjechać, zmienić nazwisko, zacząć wszystko od nowa, małżeństwo postanawia spróbować jeszcze raz. I choć, sądzę, że niektórzy oglądając tę część filmu, odczuliby niesmak, iż Edward zdecydował się pozostać z żoną po zdradzie, spekuluję, iż nagranie jakie usłyszał będąc w mieszkaniu kochanka, go przekonało. Oglądając kolejne sceny relacji pomiędzy małżeństwem, coraz bardziej utwierdzałam się we wniosku, iż sytuacja ta pomogła na nowo odkryć kobiecie miłość męża i znaczenie rodziny, kiedy patrzyła na męża pomagającemu grać na pianinie synkowi i czytała odnalezioną kartkę z napisem „mojej żonie, najpiękniejszej ozdobie każdego dnia”. 

Czy byłoby lepiej? Czy mogło nie dojść do tragedii? Kiedy po całym już filmie i rozwoju wydarzeń, ukazuje się scena z kobietą, która szlochając, wkłada podpalone zdjęcia do kominka, zastanawiam się, czy rzeczywiście, jej relacja z Paulem była tylko przelotnym romansem, naznaczonym namiętnością. A może było w niej coś głębszego, czego kobieta nie chce pokazać przed mężem, by go już nie ranić? Autor nie wyjaśnia tej kwestii. Pomiędzy romansem pełnym pożądania pozostają przecież sceny opieki nad synkiem i zaangażowania w życie rodzinne, ciągle niezmiennego. Film pozostawia wiele pytań, bez odpowiedzi, wiele emocji, bez wyjaśniania ich powstania i jest dla mnie jakby filmem bez zakończenia… Choć prozaiczny widz, zobaczy w nim historię małżeństwa, gdzie żona pozostając niewierną mężowi, zdradza go z przypadkowo poznanym mężczyzną, można w nim doszukać się czegoś jeszcze… Ta małostkowość, rola drobiazgów w tym filmie, sposób rozmów bohaterów oraz liczne dźwięki muzyczne tworzące swoisty nastrój oraz oddające zarazem sam dramatyzm i charakter filmu zbierają się na pewną otoczkę fabuły, która to otoczka wskazuje właśnie na pewien drugi wymiar i inne znaczenie przedstawianych wydarzeń. Silne emocje odgrywane przez aktorów również podkreślają charakter fabuły i wnikliwość filmu. Tak na prawdę, mnie żal było Paula Martela i tego, że jedna głównych postaci odchodzi. Choć można odebrać go w tym filmie jako niewyżytego, chcącego zaspokoić swoje potrzeby erotyczne, faceta, zdradzającego jak się później okazuje żonę, z którą był w separacji, to jednak ekscentryczność jaką posiadał z równie dużą wrażliwością na sztukę, czyni z niego postać ciekawą i niejednoznaczną.

Film wzbudził we mnie emocje, a mało jest stosunkowo takich filmów, które je we mnie wzbudzają, być może dlatego, że jego fabuła wiąże się z jakąś stratą. A dodatkowo nastrój jaki w nim panuje, charakterystyczny dla pewnego rodzaju kina, bardziej chyba starszego niż nowszego, bardzo do mnie przemawia. Nie wiem, dlaczego polubiłam takie „ciemne” i wydawało by się utrzymane w ciągłym nastroju smutku filmy, ale takie własnie, potrafią we mnie wzbudzić emocje. A to, iż nie wszystkie zdawało by się „wątki emocjonalne” zostały rozwiane i dostatecznie, jak dla mnie, wytłumaczone, czyni ten film ciekawszym ale i bardziej tajemniczym zarazem. Po obejrzeniu ostatniej sceny poczułam jakiś niedosyt, tak, jakby ktoś urwał film w połowie jego historii… Ale czy ta historia mogła mieć inne zakończenie?

Reklamy

Tęsknota za chwilami wzruszenia, zachwytu i radości…

Wczorajszy dzień minął mi miło, nie wiem, przez co, ale podejrzewam, że przez moje nastawienie do życia, z przed wczoraj na wczoraj w nocy zrobiłam jedno postanowienie- muszę wyrwać się z pewnych schematów myślenia. Tak będzie mi łatwiej, rzeczywiście, jest. Próbuję siebie zaakceptować w tym wszystkim, co się dzieję. Jednak… nie wiem czy już dzisiaj byłabym w stanie tak bardzo akceptować świat jak miało to miejsce wczoraj. Zdarzyło się też coś dziwnego i niespodziewanego- w zwykłym dniu, niczym nie odznaczającym się pośród dni, które przeżywałam, potrafiłam znaleźć nutę radości, choć nic wesołego się nie wydarzyło… po prostu, potrafiłam się tak nastawić, rzadko tak potrafię.

Byłam na spacerze, w lesie… to jest to, co zawsze potrafi poprawić mi humor, albo, choć, gdy jest on już doszczętnie zepsuty czymś innym- uspokoić się. Ale wczoraj miało miejsce coś innego, coś ważniejszego… Prócz tego, że zrobiło się wczoraj na dworze przyjemnie, a temperatura niespodziewanie poszła w górę i nie padał deszcz (za czym tęskniłam od dawna) to podczas spaceru w moim lesie spotkałam dwa konie i dwie amazonki na nich, przechadzające się między zaroślami. Jakież to było uczucie… jakby móc tak pojechać w teren po moim lasku, który tak lubię… chciałam dowiedzieć się czegoś więcej na temat skąd one wzięły się na tak kamienistym terenie, ale dziewczyny nie były zbyt rozmowne, ściągnęły swe konie i pomaszerowały dalej… Chodziłam potem szukając śladów kopyt, aby dowiedzieć się skąd przybyły, ale nie znalazłam ich za wiele gdyż ziemia była już wyschnięta i nie było na niej błota.

Cóż… Pana ze skrzydłami jak na razie nie ma, nie było go… może to i lepiej, nie jestem pewna czy chcę się teraz z nim widzieć, z jednej strony tak, z drugiej… czuje, że potrzebuję teraz czasu tylko dla siebie, dla swoich myśli, swojej przestrzeni, swoich rozterek. I choć wiem, że to nic nie wyjaśnia- wolę tak, nie mam siły chyba na kolejne rozmowy. I choć zachowujemy się normalnie, to czuję, że wcześniej czy później temat podejścia wróci i będzie trzeba to razem przepracować, przejść, jakoś…

Ostatnio zaczęłam pisać więcej wierszy, leżą w szufladzie i się… marnują? Więc pomyślałam, czy nie wysłać ich na konkurs literacki, może uda się coś wygrać? Kto wie… choć nikłe są moje szanse, bo to konkurs ogólnopolski, ale warto spróbować.

Dzisiejszy dzień nie należy już do tak przyjemnych, znowu czuję to cholerne napięcie i jakiś stres zjadający mnie od środka, kawałek po kawałku… Jakbym stała w miejscu i nie mogła się ruszyć, jakbym patrzyła na chmury i nie mogła ich dotknąć… To smutne i przerażające dla mnie. Wczoraj wieczorem doszłam znów do wniosku, że poza moim ukochanym  samotna jestem bardzo… nie mam żadnej osoby, z którą mogłabym porozmawiać, wyjść czy popatrzeć w niebo…

1389752

Myślałam także o tym, że bardzo brakuje mi chwil, które potrafiłam przeżywać wcześniej, chwil zachwytu, chwil kiedy potrafiłam patrzeć w gwiazdy czy leżeć na trawie, kiedy umiałam słuchać w kółko jednej piosenki i być nią zachwycona… takich chwil bardzo mi brakuje, dlaczego przestałam je tak mocno odczuwać? Bo świat się zmienił, bo stał się bardziej materialny, ja się stałam? Dlaczego tak jest…? Nie rozumiem, a bardzo za tym tęsknię…

Lustro weneckie i zachody słońca…

Wczoraj rano czułam ogromne napięcie. W zasadzie do teraz je czuje, choć zdaje się być lżejsze. Znów przynudzam o sobie, tak… Wczoraj pojawiła się decyzja, próbuję to jakoś wszystko poukładać. Zamieścić w swojej głowie, choć czasem mam całkowicie dość. Czuję, że nie zdążę, czuję, że nie zdążę totalnie z niczym. Tyle rzeczy się wokół mnie dzieje. To ciężkie. Nie nadążam, gubię się już w tym wszystkim… Znowu dopada mnie ten dziwny czas, iż z jednej strony czuję, że coś się koło mnie dzieje, z drugiej zaś jestem jakby odsunięta od tego. Jakbym oglądała to wszystko przez jakąś szybę. Jakbym była za lustrem weneckim… Raz ogarnia mnie smutek, za chwilę potrafię się cieszyć.

Przyjechał Pan ze skrzydłami. Przynajmniej przy nim mogę zapomnieć o tym, co mnie gnębi gdzieś w środku, nie daje spokoju. Z jednej strony czuję wielką radość, która momentami mnie przepełnia, z drugiej zaś obawę. Te uczucia i odczucia mieszają się tak gwałtownie, że nie sposób je jakoś okiełznać…

Czuję, że tylko definitywne nadejście wiosny byłoby w stanie teraz poprawić mi humor na dłużej. Otoczenie, w którym  czułabym się bezpiecznie, te drzewa, krzewy, las, pachnący tyloma zapachami, słońce świecące znów tyloma barwami, te piękne zachody. Upajam się teraz, w tym dziwnym okresie roku każdym promykiem słońca. Wczoraj, choć zaświeciło na chwilę, czułam zachwyt. Taki sam zachwyt, jak każdego dnia lata, kiedy jest piękny, słoneczny dzień, a niebo pod jego koniec mieni się milionami kolorów. Tego uczucia mi brakuje, zachwytu… Zima to czas, w którym nie potrafię tego poczuć. Choć jest ładna i miejscami zadziwia, na przykład w górach, kiedy wyjdzie się na wysoki szczyt zimą, to jednak nie potrafi mnie tak zachwycić… W lato, patrząc na zachód słońca nad moją krainą, czuję pełną patetyczność życia i ludzkiego istnienia. Kiedy wprost z nieba wpadają do moich oczu różnorakie kolory, a cienie wydłużają się na tak zielonej trawie, by za chwilę zniknąć. Potem, słońce, choć już zachodzi, rzuca jeszcze ostatnie swoje promienie na rosnące w pobliżu drzewa, które w tym momencie zdają się mienić tysiącami odmień zieleni, od zieleni tak zielonej, ze przypomina żółć aż po ciemną zieleń, w miejscach, gdzie promienie słońca nie mogą już dotrzeć…

Potem, kiedy już słońce opuści zielone, najwyższe liście brzóz, zapada… cisza… Niepowtarzalna cisza… Takiej ciszy nie da się drugi raz powtórzyć w zimie, ani nawet w mieście. Ona jest po prostu niepowtarzalna, jedyna w swoim rodzaju. Z daleka szczeka jakiś pies, większość roślin wtedy zamiera, najczęściej cichnie wiatr. Nie ma już wtedy nikogo na dworze… rzadko kiedy więc słychać jakieś ruchy. Jestem sama i mimo, że zdaję sobie z tego sprawę, jakoś nie zaczynam się bać, wręcz jestem jeszcze przesiąknięta zachwytem…Robi się coraz ciemniej i bardziej cicho, w końcu świat zmienia się, jakby powleczony był szarą osłoną… wtedy włącza się lampa stojąca nieopodal. To znak, że za chwilę mój świat zaśnie i otuli się ciemną nocą…

To wszystko dzieje się w przeciągu czasem kilku minut, czasem dłużej, jeżeli dłuższy jest dzień… Tak, czy inaczej, nie zapomnę tych chwil już chyba nigdy…

OLYMPUS DIGITAL CAMERATęsknię za nimi…

Rano wyszykowałam Pana ze skrzydłami, potem zjadłam pączka od „teściowej” i myślę, jakby ułożyć parę zdań. Poznajdywałam stare zdjęcia, przekopując sterty folderów za tym jednym , które widzicie powyżej. To cień świerka rosnącego przy moim domu…  Teraz pewnie będę myślała, co zrobić z tymi wszystkimi zdjęciami, bo jest ich… masa… chyba więcej niż dziesięć tysięcy…

 

Ktoś kiedyś mi powiedział, że coś się kończy, coś się zaczyna… Niezwykła przygoda czy zmiana na dłużej?

Żyję! To chyba najlepsze słowo, jakim mogłam określić swój stan podczas wyjazdu i po nim. Wcale nie z przyczyny całkowitego zagubienia… Dziwne, prawda? Wróciłam już parę dni temu, jednak jakoś odruchowo odkładałam pisanie na blogu. Mechanizm oporu, no cóż, w końcu pragnę napisać tu o paru baaardzo ważnych dla mnie rzeczach. Ten wpis jest dla mnie trudny, dlatego proszę o wyrozumiałość z Waszej strony, ale czytając komentarze i patrząc na Wasze sylwetki wierzę, że jej nie zabraknie. Na wstępie napiszę tylko, że ten wyjazd przynajmniej na chwilę obecną całkowicie zmienił moje życie i mnie…

Zapewne jesteście ciekawi jak wyglądał ciąg dalszy relacji z M. Przed wyjazdem dużo było we mnie lęku, obaw, że jeśli nie poskłada się ta relacja znowu zostanę sama, odrzucona, odtrącona, że nic nie będzie miało sensu. Na początku rozwiązywania całej, rocznej zagadki muszę przyznać, że wielu rzeczy się spodziewałam, ale nie spodziewałam się tego, co przeżyłam. Wiedziałam, że może być mu trudno, ciężko, że może nie umieć poskładać naszej relacji, rozmowy, słów i emocji, ale nie sądziłam, że cała sprawa będzie miała taki przebieg. Kiedy tam zmierzałam rano dnia pierwszego, zanim jeszcze go zobaczyłam czułam, że coś się we mnie gotuje. Kumulacja tęsknoty, niepewności, nowości… Przecież nie widziałam go tak dłużej ponad rok. Pierwsze spotkanie, jak to będzie, przytuli, pocałuje…? Kiedy już go zobaczyłam jakoś to wszystko opadło. Przyszedł, przytulił, było dobrze… Wstąpiła we mnie wiara w to, że może to wszystko poskładamy. jechałam tam z nadzieją, jednak po tym pięknym początku M. nie odezwał się do mnie ani słowa. Przez cały pierwszy dzień. Wiedziałam, że być może jest mu trudno, ale z moich obserwacji wynikało też, że świetnie się bawi w towarzystwie swojego wujka. Próbowałam nawiązać jakąś rozmowę wychodząc do niego przed sklep, kiedy reszta towarzystwa zajęta była zakupami, a on z synem koleżanki jego wujka stał na zewnątrz, ale on tylko wzruszył ramionami i „uciekł” do rodzinki… Zostałam sama z tym chłopakiem, nie będę przecież lecieć za gówniarzem. I chcąc nie chcąc nawiązała się dyskusja z panem Blond, któremu też nie wypadało mnie tam zostawić. O nauce, studiach, ludziach, psychologii… Po kilku minutach gadania „od słowa, do słowa” wywiązała się taka świetna rozmowa, że nie mogli nas z niej wyrwać, kiedy chcieli jechać w inne miejsce. Bowiem pan Blond był drugim kierowcą. Chłopak okazał się tak świetny, wesoły i chętny do rozmowy, że żałowałam, iż nas tylko odwozi, a nie zostaje na wakacje… Ale ta część jeszcze znajdzie swój dalszy ciąg.

Wracając do M. przeżyłam całkowity szok. Pan M. nie odezwał się do mnie ani słowem podczas całego wyjazdu! Dwa razy próbowałam nawiązać jeszcze rozmowę, która była durną rozmową…

– Co się z Tobą dzieje?
-Nic.
– Jak to nic? Nie odzywasz się, nie piszesz, nie ma z Tobą kontaktu.
Cisza, po czym -Zajęty swoimi sprawami.
– Aha. Czyli masz to wszystko w dupie!?
-Nie no, nie przesadzaj.
-Wiesz, w mim rozumowaniu, jak się kogoś lubi czy zna to można mieć mnóstwo swoich spraw, ale skontaktować się można, no chyba, że według Ciebie mam złe pojęcie relacji przyjaźni czy…
Po czym wstał i znowu odszedł, co odebrałam trochę jako odpowiedź „Nie truj już”.

Wiecie co, spodziewałabym się wszystkiego, ale tak chamskiego i lekceważącego zachowania od gówniarza, bo tak to trzeba nazwać, nie spodziewałabym się! Za tyle mojego zainteresowania…

Po tych kilku zdaniach rzuconych lekceważącym tonem i po obserwacjach, jak zachowuje się w stosunku do swojego dziadka, który zafundował mu wakacje, zabrał go, przywiózł, rodziny, zrozumiałam, że jemu nie zależy ani na mnie, ani na rodzinie. Dla niego liczy się teraz tylko dobra zabawa. Nie odpisywał, bo ma nas głęboko gdzieś. Nie mogłam placzace-oko.gifzrozumieć natomiast jakim cudem chłopak nad wyraz dojrzały, inteligentny i subtelny mógł się tak diametralnie zmienić…  Druga próba rozmowy też była niewypałem i zakończyła się takim samym zlekceważeniem, bo po moim zwróceniu uwagi na jego zachowanie się obraził… No tak, cała rodzina udaje, że nie widzi problemu, wszyscy go głaskają, a jedna księżniczka się odważyła postawić i powiedzieć prawdę. Jak to możliwe? Wielkiemu zawodnikowi pierwszej Ligi!

Gdybym miała określić jego zachowanie w kilku słowach, bo rozciągać tego nie będę, gdyż już nie mam na to siły napisałabym, że rozpieprzył wyjazd nie tylko mnie, ale całej ekipie. Ekipie, o której pisać już tutaj w szczegółach nie będę, ale dla mnie to była zgraja…. Jeden chciał pierdzieć i podpalać to, dziewczyny chodziły i śpiewały ona lubi pomarańcze, wódka i piwo to na porządku dziennym, choć nie mogę powiedzieć, pijani nie byli. Jednak we mnie osobiście to wywołuje lęk, jak powiedzieli na terapii, uzasadniony. W tym też pił M., któremu ekipa oficjalnie kupowała trunki. Fajnie! Poczułam się oszukana, bo przecież zapewniał mnie, że nie pije. Do tego, kiedy już siedzieliśmy przy tym piwie, (ja przy kawie) skompromitował się zupełnie, kiedy zaczął gadać coś o prezerwatywach. ( Chciał się nastolatek pochwalić, że słyszał o czymś takim…) i zrobił z siebie totalnego mówiąc okropnie ci**la w moich oczach, kiedy chwalił się, ile to on nie może wypić i w ogóle to fajne miejsce tu jest, ale zarąbiście by było, jakby on tu przyjechał z dziewczyną i ze swoją ekipą, z kumplami.

-Co ku**wa? Z kim? Pal sześć z kumplami, wiadomo, że młode to się chcę wyrwać, ale z  dz…??? To po jaką cholerę mówił, że mnie kocha i w ogóle? Ja do tych słów konkretnych podeszłam z dystansem, wiadomo, jak to jest w takim młodym wieku, ale przyznam szczerze byłam w szoku. Jeszcze w maju dawał jakieś jednoznaczne znaki, a teraz…

Ale powiedzcie sami, jakim głąbem trzeba być, żeby siedzieć z osobą, z którą się kiedyś miało „dobry kontakt”, widzieć, że chce porozmawiać, wyjaśnić i gadać takie rzeczy. Ja nie wiem, czy ta laska istnieje, czy tylko tak powiedział, szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie to już teraz… Ale cały wyjazd był pełen takich akcji, nie poznawałam go. To nie był M., którego znałam.  Zrozumiałam, że tamtego chłopaka już nie ma… Wiele robił demonstracji, fochów, był obojętny na wszystkich i wszystko, poza wujkiem i jego koleżanką, którzy robili mu śniadanie do łóżka, co dla mnie było kosmosem. Przecież sam mógł sobie  robić śniadania. Nie chciał się z nami bawić, chodzić, oglądać, nic go nie cieszyło, nie interesowało. To było coś w rodzaju – „Po co w ogóle zabraliście mnie na wiochę?” Wszyscy byli źli, z nikim nie gadał praktycznie oprócz wujka, który jest na jego poziomie intelektualnym, przynajmniej dla mnie… Gadali więc o bąkach, karuzelach, autkach… Wtedy też rozumiałam, że to jeszcze dzieciak, tylko nie wiedziałam znowu, jak to możliwe, żeby przez rok się cofnął w rozwoju? Moja pasja do koni również „oberwała”, właściwie pojechaliśmy tam oglądać najlepszych jeźdźców Polski, ale dla niego to było nic nie warte. Nie warte odrobiny zainteresowania. Chęci, żeby zobaczyć coś innego, nowego też w nim nie było. Potrafił leżeć dupą do góry przez cały dzień, dosłownie, kiedy myśmy chodzili, zwiedzali, jeździli w tereny na koniach. Nie witał się ze mną, nie mówił dobranoc, nie mówił nic w zasadzie…  Foch na wszystko. Fajnie, że nie wie nic, co na tych wakacjach się działo… A działo się dla mnie bardzo dużo!

Przez jego zachowanie w pierwszym momencie byłam w szoku, nie potrafiłam tego zrozumieć, czułam się odrzucona, pozostawiona sama sobie i widziałam, że ma mnie gdzieś, że w ogóle go nie obchodzę. Straciłam ostatnią nadzieję na w miarę bliską osobę, na kumpla, na przyjaciela, którym był kiedyś. Był też we mnie ogrom złości, kiedy widziałam takie zachowanie, ale wiedziałam, że przez swoją złość niczego mu nie wytłumaczę, to jeszcze dziecko. Przestałam tłumaczyć. Pamiętacie wpis o obojętności? To był dobry wpis. Przez pierwsze dni próbowałam zobojętnieć na jego zachowanie. A potem… potem wydarzyło się coś niesamowitego dla mnie…

Przyjechali kowboje! I w tym momencie stało się coś, o czym nigdy w życiu bym nie pomyślała! Właściwie to byli kaskaderzy konni, poprzebierani za kowboi. Jak wiecie mam w sobie dużo zamiłowania do Dzikiego Zachodu i tamtej kultury, koni, wolności i stepów. Czekałam więc na ich występy z niecierpliwością, chciałam choćby obejrzeć te cudne pokazy kaskaderki konnej najlepszych jeźdźców w tej dziedzinie w Polsce, a może nawet i w Europie. Chciałam choć mieć filmik, parę zdjęć… Wyszło trochę inaczej…

Zaprzyjaźniłam się z grupą najlepszych kaskaderów konnych w Polsce!! I poznałam tam człowieka, a właściwie to chłopaka, który zmienił całkowicie mój światopogląd! Myślę sobie, że on nie zdaje sobie z tego sprawy co zrobił, ale jestem mu bardzo wdzięczna! Gdyby nie on miałabym ciężkie wakacje…

Przy chłopakach całkowicie zapomniałam o wybrykach M. Oglądałam pokazy, jeździłam dyliżansem westernowym, dali mi swojego konia kaskaderskiego za 30 tysięcy do jazdy! Właściwie to właśnie ten  jeden mi dał…  a potem złapał się za ogon konia i jechał za mną 355c7568-fbf0-4328-a03e-f59588f2e006na butach. Cały czas śmialiśmy się i bawiliśmy! (W innym tego słowa znaczeniu niż piwo i impreza) Robiłam sobie z nimi zdjęcia, drugi dał mi swojego colta, podjechał na koniu, przytulił do zdjęcia, śmiał się. Potem tańczyli do Bonanzy, wygłupiali się ze mną… Najlepsi jeźdźcy Polski i najlepsi kaskaderzy! Którzy mogliby powiedzieć „odejdź małolato, robimy show i wyjeżdżamy”, bo to naprawdę są gwiazdy w tym środowisku jeździeckim. Oni mają tysiące, grają w filmach, jeżdżą za granicę… Rozmawialiśmy o koniach, o pokazach, samej kaskaderce konnej. Ludzie się gapili, co dziewczyna z kwiatem we włosach robi w grupie kowboi? Zdjęcia mi robili 🙂

I wtedy właśnie, dzięki chłopakom zrozumiałam bardzo ważną kwestię, mianowicie, że ja też mogę być fajna, lubiana, mogę się dobrze bawić, moja pasja też może być czymś, może być moim sposobem na życie, a jeśli ktoś tego nie lubi czy nie chce, to jest jego problem. M. tak samo zlekceważył ich pokazy, styl życia, choć on nie zdaje sobie sprawy ile ci ludzie włożyli w to serca, wysiłku i, że poświecili temu swoje życie.  I choć wiem, ze im na M. nie zależało, tak jak mnie, to jednak… mieli się załamać? No nie… Raczej pójść w swoją stronę. I ja chyba z nimi zrobiłam to samo! Co dla mnie było kosmosem, przecież tak tęskniłam za M. Nagle jakoś potrafiłam się zdystansować i zostawić tę sprawę. Nie chcę nikogo poniżać, dyskwalifikować na początku, ale zobaczyłam, że ja nie muszę zabiegać o względy M., który tak naprawdę jest jeszcze dzieciakiem i szajba mu odbija na razie i tak naprawdę nic jeszcze w życiu nie osiągnął, mogę porozmawiać z człowiekiem, który ma tytuł mistrza w kaskaderce konnej. Mogę się z nim świetnie bawić… I może mnie polubić osoba na prawdę wartościowa, przynajmniej w sporcie. Ale sądzę, że jako ludzie też są wartościowymi osobami, chce im się ze wszystkimi porozmawiać, pokazać, wytłumaczyć, powygłupiać się. Choć mogliby unieść się pychą. M. mnie zlekceważył, a ja zamiast się zamknąć w pokoju i płakać poczułam, że mam grupę ( I to jaką!)  i cel, nie czułam się samotna, a moja pasja też może być sposobem na życie, radość, samorealizację… Na razie w tym nurcie tkwię i o dziwo nadal nie czuję się samotna, choć skończyła się ważna dla mnie relacja… Nie myślę jakoś o M., choć czasami wracają dobre wspomnienia. Nie potrafię zrozumieć, jak do tego doszło, ze tak bardzo się zmienił. Ale, jeśli czegoś nie zrozumiem, to po co się nad tym głowić i rozwalać emocjonalnie? Może kiedyś zrozumie swoje postępowanie, ale to już jakby jego sprawa. Zmieniłam sobie jakby „przynależność”  do pewnej grupy i dobrze mi z tym. Może tych ludzi już nigdy nie spotkam, może nigdy już nie zobaczę, ale i tak myślę, ze było warto spędzić z nimi tych kilka dni i zobaczyć życie z innej perspektywy. Ach, gdyby codziennie można przeżywać takie przygody byłoby wspaniale 🙂 Grupa wariatów, wspaniałych jeźdźców, zapaleńców i życzliwych, mądrych ludzi. W szczególności jakoś tak wyszło, znów przez przypadek, że najbardziej złapałam kontakt z jednym, najmłodszym i najładniejszym jako facet… Muszę przyznać, że specyficzna uroda w typie południowym, ale dziewczyny się kleiły, ale on jak nie chciał to się nie bawił. Super był po prostu! To właśnie z nim się najlepiej bawiłam i jeździłam na jego koniu, a on się cały czas do mnie śmiał i uśmiechał. Czy to na pokazie batów, czy na pokazach kaskaderskich 🙂 A w rozmowie momentami był taki lekko speszony, jak się na niego spojrzałam… Ha ha czułam się w jego towarzystwie tak dobrze i radośnie, jak mało kiedy! Przemiły i sympatyczny. I w wieku może 20 kilka lat… Bez smartfonów, fejsbooków, ciągłego kontaktu ze znajomymi… Chłopak, który potrafi w dzisiejszych czasach żyć swoim życiem, swoją pasją, swoimi celami… Właśnie w nim zobaczyłam, że są jeszcze tacy pozytywni wariaci, którzy potrafią żyć swoim życiem i nie patrzeć na modę, trendy, nie podpisywać się pod większość. Normalnego chłopaka w takim wieku zobaczysz dziś na ulicy z telefonem w ręce, jego widziałam na ulicy, na koniu, z coltem w ręce… To samo pokolenie… I powiem Wam, że dużo złapałam właśnie takiej siły do życia, realizowania siebie, tego swojego zakręcenia w tym, co kocham. Dzięki niemu znowu czuję, że mi się chcę! Że mam na coś wpływ i, że chce mi się być z ludźmi. Co jest fenomenem, bo przecież po kolejnym „odrzuceniu” powinnam się wyizolować. Jest właśnie totalnie na odwrót. Zostawiłam tą relację, czasem mi jej szkoda, ale wiem, że nie mam już do kogo tam wracać, bo mojego M. tam nie ma. Jestem wolna i sama, ale mam tysiąc pomysłów, planów, chce mi się wyjść do ludzi, chce mi się wstać, żeby dalej realizować swoją pasję. Próbuje przenieść tę pozytywną energię na moje życie, po części chyba mi się to udaje… 🙂

Tutaj filmik z pokazów. Oglądajcie do końca, na końcu lepsza część mojej ekipy. W zasadzie cała ta ekipa moja, bo chłopaki ale pod koniec moja moja ekipa, przyjezdna 😉 Może wyłapiecie, o którego kowboja mi chodzi 🙂 Obstawiajcie 🙂

Dziękuję Wam kochani za przeczytanie mojego przydługaśca 🙂 Postaram się w najbliższym czasie pogalopować po Waszych blogach i zostawić ślad 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Skazana na bluesa…

O tych trzech słowach napisano trzydzieści tysięcy słów. Zarówno utwór jak i film wyreżyserowany przez Jana Kidawę- Błońskiego są obrazem życia i twórczości śląskiej ikony muzyki bluesowo-rockowej, Ryszarda Riedla, ale co właściwie z tym wszystkim wspólnego mam ja? Normalna z pozoru dziewczyna. A no właśnie, że mam, choć nie wiem dlaczego. Może kiedyś w życiu się tego dowiem…

Wychowuję się w małym miasteczku na Śląsku, a do Chorzowa, skąd pochodził Rysiek mam rzut beretem. Wypadałoby więc pamiętać o artyście, który chodził po tej naszej ziemi, ale nie tylko to jest powodem  mojego zainteresowania postacią Ryszarda Riedla. Z muzyką Dżemu i twórczością Ryśka spotkałam się dopiero w czasach gimnazjum. Wcześniej słuchało się jakiś pojedynczych piosenek, ale one były trochę takie „wyrwane z kontekstu”. Jego piosenek bowiem trzeba przesłuchać kilka, a najlepiej wszystkie, wtedy 20_sP_bigwie się, o co chodzi. Można by powiedzieć, że dopiero wtedy tworzą taką jednolitą całość, nakreślając jednocześnie tego człowieka. Wszystko zaczęło się od obejrzenia filmu w szkole. Nie wiem, czy sama sięgnęłabym po ten film. Pewnie gdzieś w migawce, na reklamach znalazłabym go, bo puszczają co jakiś czas w TV, ale tak sama z siebie? Po obejrzeniu byłam trochę zdruzgotana, przeżywałam bowiem już wcześniej nałóg w mojej rodzinie, więc wszystko, co znalazło się w tym filmie kojarzyło mi się ze złem i cierpieniem. Ale stopniowo, i nie od razu, a po jakimś czasie, zaczęłam dostrzegać wyraźne analogie pomiędzy moim życiem, a tym właśnie filmem. I choć wiem, że to tylko luźna interpretacja życia idola ówczesnego pokolenia i pokoleń późniejszych poniekąd też, to jednak jakieś wątki biograficzne tam się znajdują, a choćby na przykład to, że był zafascynowany kulturą Indian czy Dzikiego Zachodu. Dziwnym zbiegiem okoliczności, historia lubi zataczać koła. I choć nie porównuję się absolutnie do Riedla, jego talentu wokalnego czy posiadania zespołu to jednak wychowuje się przecież praktycznie na tej samej ziemi, próbuję pisać swoje teksty, wiersze, które także najczęściej zahaczają o ból, cierpienie, nałóg, samotność oraz, co było w tamtym okresie mojego życia najlepsze, miałam przyjaciela, też długowłosego i wyglądającego teraz właściwie jak typowy hipis, a moje życie, w sumie przez niego kręciło się koło jego zespołu… Po rozpatrzeniu tych wszystkich aspektów przebiegła przez moją głowę myśl, „Kurde, to jest dziwne!” No i tutaj właśnie zaczęło się poszukiwanie. Poszukiwanie utworów, wsłuchiwanie się w teksty piosenek Ryśka. Szukanie elementów z jego biografii i ludzi z jego otoczenia. Nie wiem skąd dokładnie we mnie zrodziło się tak duże zainteresowanie tamtymi czasami, tym klimatem i życiem estradowym, a także prywatnym Dżemu i tym wszystkim co z nimi związane. Okazało się, że nie tylko podobają mi się teksty tych piosenek… Tak samo jak ja Riedel kochał prerię i to wszystko, co ją otaczało i z takim samym zapałem pragnął poczuć się wolnym.

Moje zamiłowanie do koni i Dzikiego Zachodu trwało już od najmłodszych lat. Iw trakcie mojego jakże krótkiego jeszcze życia udało mi się zrealizować marzenie o własnym koniu, choć także było ono okupione dużym wysiłkiem, trudnymi emocjami, stresem, ale udało się! Zupełnie nie potrafię wyjaśnić skąd we mnie te same fascynacje, to samo poczucie wolności, ten ukochany kontakt z przyrodą, a co za tym idzie wolnością. A piosenki Ryśka pomagały w najtrudniejszych chwilach, wtedy, kiedy zostawałam ze wszystkim sama, w ogromnej przepaści, a w głowie szumiało tysiące niepoukładanych myśli. Choć może to zabrzmi kolokwialnie, bo jestem wciąż młodą osobą, ale to była muzyka mojej młodości. To na niej budowałam swój światopogląd, dostrzegałam swoją wrażliwość i chyba wciąż buduję własne ja. W tym klimacie czuje się bardzo dobrze. W jego tekstach widzę moje wewnętrzne rozterki, problemy, sposób patrzenia na świat, pragnienia, ale także to samo wyobcowanie i autsajdera. Sama nie rozumiem dlaczego tak się dzieje, jestem człowiekiem dość wrażliwym i emocjonalnym, może dlatego dostrzegam podobne problemy wśród ludzi, a także w swoim własnym wnętrzu. Kiedyś usłyszałam stwierdzenie, że większość artystów było, jest i będzie autsajderami. Ciężko się z tym nie zgodzić, są to ludzie wrażliwsi. I chociaż ja się za jakąkolwiek artystkę nie uważam, jednak jakieś próbki literackie powstają, a to z kolei świadczy, że wrażliwość noszę w sobie codziennie. Być może z tego właśnie wynika moja odmienność. Mam nadzieję, że taka prawda o mnie Was nie odstraszy, moi drodzy, że będziecie czasem tu wpadać, za to nie przejmujcie się, gdy mnie nie będzie, po prostu czasem jestem skazaną na bluesa, znikam na dłużej, ale potem zazwyczaj wracam.