Wszystko się wali…

Dziś właśnie obudziłam się z takim przeświadczeniem. Przez ten czas, który mnie tutaj nie było zmagałam się z nawracającymi, uciążliwymi myślami, które na szczęście udało mi się pokonać. Zadowolona więc szłam na kolejną porcje czasu spędzonego z Top Gunem, ale on… zadziwił mnie… Zawsze wydawało mi się, że gdy się kogoś lubi, to czy dzień jest gorszy, czy lepszy, jakoś wszystko staje się łatwiejsze i przyjemniejsze, cóż, może tylko mnie się tak wydawało… Może to tylko ja tak odczuwam, a inni, cóż, odczuwają inaczej? Przez całe dwa dni był jakiś dziwny, jakby nie on, zwazywszyna to, ze wcześniej przez cztery dni pisaliśmy ze sobą, nagle, okazał się jakby nieobecny. Nie wykazał moją obecnością żadnego zainteresowania, za to zaczął mi coś coś przebąkiwać o jakichś koleżankach. Okazało się, że jednak na paradzie, na której był zobaczaył jakąś koleżankę i po prostu musiał mi ją pokazać, później zoaczyłam, że że pisze do niego raz na jakiś czas jakaś kobieta, wysyłając mu różne zdjęcia zwierzaków, które mi też pokzywał, ale kiedy zapytałam skąd je ma odpowiedział tylko, że dostał. Więc coś ukrywa i jest tajemniczy, nie chce powiedzieć wprost. A na koniec dowiedziałam się, że jeszcze jakąś inną koleżankę odwoził ostatnio do domu z pracy…I wszystko to brzmiałoby normalnie, z tym, że nigdy wcześniej nie wspominał o żadnych kobietach, które miałyby się koło niego kręcić. Nie wiem, czy robi to aby wzbudzić moją ewentualną zazdrość. Był jakiś nieswój, ani mnie nie zaczepiał, ani nie próbował rozmawiać, a przynajmniej rozmowy podtrzymać. Siedział tylko i w milczeniu wpatrywał się w telefon, albo udawał, że śpi. To było dziwne. Zero energii, choć do tej pory znałam go jao bardzo energcznego człowieka.

Sama nie wiem, co o tym myśleć. Czyżby to wszystko, co mi mówił okazało się nagle nieprawdą? A moze coś się stało? Powiedział tylko, że ma zjazd nastroju, choć kilka dni wcześniej, gdy ja się źle czułam, zapytał się o to, jak się czuję następnego dnia. Nie rozumiem jego niektórych zachowań. Z jednej strony się stara czasem, a z drufgiej czasem tratkuje mnie tak, jakby mnie w ogóle nie było. Czy to wszystko, co mi mówił na początku, że jestem najlepszym co go tutaj spotkało, nie ma już racji bytu? A moze ja sobie po prostu za dużo wyobrażałam? Może on chciał być tylko miły i według niego tak wyglądają koleżeńsko- przyjacielskie relacje? Tylko, powiedzmy sobie szczerze, kto dziś wierzy w przyjaźń damsko-męską? A jeśli nawet wierzyłby, to ja chyba nie za bardzo się do tego nadaję… Gdybym szukała kolegi, nie rozmawiałabym z nim o niektórych poważnych sprawach, planach, poglądach, spojrzeniu na życie… On chyba też, dlaczego miałby mi mówić o dzieciach, ojcostwie i martwić się o mnie… Chyba, że tak traktuje wszystkie koleżanki… tego nie wiem. Czasami już się w tym wszystkim gubię, czasami chciałabym uciec, wycofać się i zostawić to wszystko. Nie znamy się tez od wczoraj i może potrzebny by był jakiś konkterniejszy ruch… ale ja nie mam na tyle sił, by go chyba zrobić. Próbuję dawać mu jakieś małe znaki… ale nie po tym wszytskim z Panem ze skrzydłami, kiedy tłumaczyłam, prosiła, błagałam, żeby się zmienił, a on mnie tylko wyśmiewał i gardził mną. Jedno tyko Top Gun zrobił…Powiedział w końcu, ze możemy isć na spacer, jak będzie ładna pogoda i będzie miał wolne. Powiedziałam tylko dobrze. Byłam na niego jakaś zła… widzi mnie raz na jakiś czas i tak się zachowuję, i mówi mi o koleżance , którą odwoził do domu przed chwilą, a potem proponuje spacer… Może nie miał złych intencji, nie wiem, być moze to ja się dopaturuję ich w działaniach wszystkich. A jak skończył się tan cały czas? Jadąc z nim obiecywałam sobie, że się do niego nie odezwę już dziś. Oczywiście skończyło się tak, że przepisaliśmy resztę dnia, napisał mi, żebym sobie zrobiła badania, bo się martwi, że źle się czuję… A czułam się nieswojeo przez jego zachowanie, choć nie mogłam mu tego powiedzieć, przecież nie mam prawa mieć do niego preynsji, że żyje tak czy tak, robi to, czy coś innego…

Dziś ledwo zwlekłam się z łóżka, znowu naszły mnie te myśli, że wszystko co mi się wydawało, jest nieprawdą i nowu zostanę sama, jak zawszę. Te myśli wpędzają mnie wfiction-3503936_960_720 jakiś dół. I dziwi mnie to, bo po rozstaniu z Panem ze skrzydłami na prawdę zostałam sama, i jakoś tak tego nie czułam, nie odczuwałam, nie przeżywałam, a teraz? Przecież nie jesteśmy razem, ani nic z tych rzeczy, zwyczajnie się kumplujemy, jakby na to z boku popatrzeć, tylko, że dostałam od niego trachę dobroci, a to, już może być dla mnie zgubne. Chyba nie wiem do jest normalne w relacjach…W sumie, gdzie miałam się tego nauczyć? Do tego wszytskiego nachodzi mnie samotność i myśli, że może to źle, że rozstałam się z Panem ze skrzydłami? Bywały chwile tragiczne, kiedy płakałam przez niego, gdy nie mogłam podejmowac decyzji, gdy mnie wyśmiewał i czułam się jak śmieć, nawet tego bloga przestałam wtedy pisać, to też, nie mogliscie wiedzieć, co się ze mną wówczas działo. Bywały też chwile lepsze, wtedy kiedy oglądaliśmy fily, graliśmy w gry, albo po prostu obok siebie spaliśmy. Przynajmniej kogoś obok siebie miałam, teraz nie mam chyba nikogo, została mi pustka i wiele niedokończonych zdań, przemyśleń, chwil, które wiem, że już nigdy nie wrócą… Powoli zaczynam myśleć, że relacja z Top GUnem też do niczego mnie nie doprowadzi i to mni przygnębia. Z drugiej strony, kiedy się teraz już uspokoiłam, wiem, że takie pojedyńcze dni nie przesądzają o charakterze i całości naszej relacji, a przecież każdy żyje w jakimś społeczeńtwie, między jakimiś ludźmi.

Z dobrych wieści, kupiłam sobie kilka książek, które zamierzam czytać w wolnej chwili, tylko czytanie przynosi mi chwilę wytchnienia, więc może to jest jakiś sposób by rozładować to całe napięcie i wyciszyć emocje…

 

 

Reklamy

Przystanąć w pędzie…

Od weekendu czułam się jakoś źle… coś mi przeszkadza, nawet nie wiem do końca co to jest. Jestem zmęczona…  tyle nauki przede mną, nie mam nawet czas na wytchnienie, nauka, praca, nauka praca, nauka, praca i tak w kółko. Wieczorem padam zmęczona na łóżko. A jednak załapałam mimo to kontakt z sobą( przy takim trybie pracy czasem go tracę i wtedy też mi nie wygodnie), i coś uwiera. Dużo stresu, dużo zmęczenia i jakaś pustka. Top Gun stara się mnie pocieszyć jak umie, czasem zauważam, że już nawet to mi nie pomaga. Czasem już nawet relacja z nim nie daje tyle pozytywnych wrażeń, co kiedyś… nie dawała, przynajmniej przez weekend. Wczoraj jednak wszystko się jakoś zmieniło. Po tej pustce nastąpiło jakieś wyciszenie, może dlatego, ze już nie muszę iść do ludzi, których nie lubię? Przy których czuję się po prostu źle? Chyba nikt nie chce przebywać w takim miejscu. W weekend pójdę do innych, pewnie będzie lepiej…

Chcę odsunąć od siebie wszystkie myśli, które mi nie dają spokoju, które mnie usilnie gnębią,na tym traci się tylko życie, a nie o to w życiu chodzi, by tracić kolejne dni…Na razie, jakoś o dziwo mi się to udaje i nie zaprzątam sobie głowy niepotrzebnymi rzeczami, tak jakbym wreszcie nie dopuszczała swego perfekcjonizmu do głosu. Czuję się z tym jakoś lepiej, jakoś lżej mi z tym. Dość już mam wyrzucania swoich myśli na śmietnik… Dałam też sobie czas, nie wymagam od siebie nie wiadomo czego, to przynosi taki spokój…

plaza-morze-bialy-lato

Asertywność popłaca!

Pamiętacie, jak nas uczyli w szkołach, że trzeba być asertywnym? Trzeba też potrafić mówić „nie”, w słusznej dla siebie sprawie. I wszystko to jest prawdą, jak i zarówno ściśle wiąże się z dbaniem o swoje dobro, komfort fizyczny i psychiczny, jednak ostatni czas mojego życia pokazał mi, iż asertywność to nie tylko słowo, z zakresu tych,  których słyszeć nie lubimy. (Kto bowiem uwielbia sprzeciw? 😉

I znowu wrócić muszę do chyba już słynnego wpisu o obojętności, o którym tak często wspominałam w poprzednich notkach. Bowiem w tym wpisie nastąpiło coś, co poniekąd pozwoliło mi wyrwać się ze starych schematów działania. Zawsze kiedy dział się koło mnie konflikt, w który byłam bezpośrednio lub też pośrednio zamieszana, starałam się wyjaśniać, tłumaczyć, chciałam, aby osoba, która też bierze w tym udział Viele verschiedene Hände halten eine leere schwarze Tafelzrozumiała moje intencje, sposób myślenia, działania. Swego czasu bardzo mocno mi na tym zależało, więc wkładałam w to cały swój wysiłek i energię. Było we mnie też wewnętrzne przekonanie, że jeśli nie zostanę zrozumiana coś się zepsuje, coś utracę lub też coś się zakończy. Więc żyłam tak przez lata, w wewnętrznym przekonaniu, że muszę i chcę wyjaśniać coś ciągle ludziom dookoła mnie. W większości jednak uczynić się tego nie dało… Więc moje próby, starania i słowa spotykały się z murem.( Moja najbliższa rodzina ostatnio fixuje… No cóż, może to też wiek. Nie mam im tego za złe. ) Kiedy więc działania takie nie przynosiły rezultatu, czułam się niezrozumiana, samotna, opuszczona, czułam ewidentnie, że mam swój świat, który nie będzie zrozumiany i w pełni zaakceptowany…

Jednak, po kolejnej wymianie zdań z Mamą zrozumiałam, że zrozumiana nie będę i pojawiła się we mnie tak duża obojętność na to, jak zachowują się inni, że było to dla mnie doświadczeniem całkiem nowym, ale i bardziej przyjemnym niż obarczającym. O dziwo- nie czułam się winna, że to czuję. Jakkolwiek absurdalnie to nie zabrzmi. W zasadzie nie ma przecież emocji, które powinniśmy czuć, przez które powinniśmy się czuć winnymi… ale czasami takie poczucie winy towarzyszy niektórym emocjom. Nastała wtedy taka obojętność, iż nie miałam siły ani nie widziałam sensu tłumaczenia, wyjaśniania po raz kolejny, że widzę całą sprawę inaczej. Doszłam do wniosku, że każdy ma prawo do swojego zdania i niech tak zostanie.  Przestałam tłumaczyć, zabiegać o to, żeby mną a Mamą było dobrze. Zawsze to ja za wszystko przepraszałam, brałam podświadomie winę na siebie, żeby Mama nie czuła się źle. A tym razem po prostu tego w stosunku do niej nie zrobiłam. Nie zachowałam się jak dziecko, które było na tyle posłuszne, aby brać na siebie nie swoje winy i obciążenia. Po prostu… zamilkłam, myśląc sobie „Nie da się wytłumaczyć, nie będę tłumaczyć, bo to bez sensu.” O dziwo Mama sama, po raz pierwszy w życiu wyciągnęła pierwsza rękę do „zgody”, co było dla mnie całkiem nowym doświadczeniem.  Oczywiście, pogodzić się z nią pogodzę, w końcu to moja Mama, a i tak małe spięcia na przeciw tego, co jej wybaczyłam są niczym… ale chodzi mi tu o fakt samego zachowania.

Terapeuta był ze mnie dumny, w zasadzie wszyscy byli, a ja zobaczyłam, że nie muszę ciągle wszystkiego rozwiązywać, zabiegać, tłumaczyć… Jeśli się z tego zrezygnuje, życie na prawdę wyda się łatwiejsze, bo spada balast odpowiedzialności za myślenie wszystkich wokół.

Asertywność więc to nie tylko mówienie słowa „Nie” jasno i wyraźnie innym. To też powiedzenie słowa „nie” sobie, zrezygnowania z czegoś, ale w dobrym dla siebie interesie…

Poniżej wklejam pięć praw asertywności z forum.gazeta.pl, mogą się okazać przydatne 🙂

Pięć praw Fensterheima:

1. Masz prawo do robienia tego, co chcesz – dopóty, dopóki nie rani to kogoś innego.

2. Masz prawo do zachowania swojej godności poprzez asertywne zachowanie – nawet jeśli rani to kogoś innego – dopóty, dopóki Twoje intencje nie są agresywne, lecz asertywne.

3. masz prawo do przedstawiania innym swoich próśb – dopóty, dopóki uznajesz, że druga osoba ma prawo odmówić.

4. Istnieją takie sytuacje między ludźmi, w których prawa nie są oczywiste. Zawsze jednak masz prawo do przedyskutowania tej sprawy z drugą osobą i wyjaśnienia jej.

5. Masz prawo do korzystania ze swoich praw.

P.S. Do czwartego dodałabym jeszcze („Jeśli się da wyjaśnić, bo przedyskutować, a wyjaśnić, to dwa różne znaczenia”)