Lustro weneckie i zachody słońca…

Wczoraj rano czułam ogromne napięcie. W zasadzie do teraz je czuje, choć zdaje się być lżejsze. Znów przynudzam o sobie, tak… Wczoraj pojawiła się decyzja, próbuję to jakoś wszystko poukładać. Zamieścić w swojej głowie, choć czasem mam całkowicie dość. Czuję, że nie zdążę, czuję, że nie zdążę totalnie z niczym. Tyle rzeczy się wokół mnie dzieje. To ciężkie. Nie nadążam, gubię się już w tym wszystkim… Znowu dopada mnie ten dziwny czas, iż z jednej strony czuję, że coś się koło mnie dzieje, z drugiej zaś jestem jakby odsunięta od tego. Jakbym oglądała to wszystko przez jakąś szybę. Jakbym była za lustrem weneckim… Raz ogarnia mnie smutek, za chwilę potrafię się cieszyć.

Przyjechał Pan ze skrzydłami. Przynajmniej przy nim mogę zapomnieć o tym, co mnie gnębi gdzieś w środku, nie daje spokoju. Z jednej strony czuję wielką radość, która momentami mnie przepełnia, z drugiej zaś obawę. Te uczucia i odczucia mieszają się tak gwałtownie, że nie sposób je jakoś okiełznać…

Czuję, że tylko definitywne nadejście wiosny byłoby w stanie teraz poprawić mi humor na dłużej. Otoczenie, w którym  czułabym się bezpiecznie, te drzewa, krzewy, las, pachnący tyloma zapachami, słońce świecące znów tyloma barwami, te piękne zachody. Upajam się teraz, w tym dziwnym okresie roku każdym promykiem słońca. Wczoraj, choć zaświeciło na chwilę, czułam zachwyt. Taki sam zachwyt, jak każdego dnia lata, kiedy jest piękny, słoneczny dzień, a niebo pod jego koniec mieni się milionami kolorów. Tego uczucia mi brakuje, zachwytu… Zima to czas, w którym nie potrafię tego poczuć. Choć jest ładna i miejscami zadziwia, na przykład w górach, kiedy wyjdzie się na wysoki szczyt zimą, to jednak nie potrafi mnie tak zachwycić… W lato, patrząc na zachód słońca nad moją krainą, czuję pełną patetyczność życia i ludzkiego istnienia. Kiedy wprost z nieba wpadają do moich oczu różnorakie kolory, a cienie wydłużają się na tak zielonej trawie, by za chwilę zniknąć. Potem, słońce, choć już zachodzi, rzuca jeszcze ostatnie swoje promienie na rosnące w pobliżu drzewa, które w tym momencie zdają się mienić tysiącami odmień zieleni, od zieleni tak zielonej, ze przypomina żółć aż po ciemną zieleń, w miejscach, gdzie promienie słońca nie mogą już dotrzeć…

Potem, kiedy już słońce opuści zielone, najwyższe liście brzóz, zapada… cisza… Niepowtarzalna cisza… Takiej ciszy nie da się drugi raz powtórzyć w zimie, ani nawet w mieście. Ona jest po prostu niepowtarzalna, jedyna w swoim rodzaju. Z daleka szczeka jakiś pies, większość roślin wtedy zamiera, najczęściej cichnie wiatr. Nie ma już wtedy nikogo na dworze… rzadko kiedy więc słychać jakieś ruchy. Jestem sama i mimo, że zdaję sobie z tego sprawę, jakoś nie zaczynam się bać, wręcz jestem jeszcze przesiąknięta zachwytem…Robi się coraz ciemniej i bardziej cicho, w końcu świat zmienia się, jakby powleczony był szarą osłoną… wtedy włącza się lampa stojąca nieopodal. To znak, że za chwilę mój świat zaśnie i otuli się ciemną nocą…

To wszystko dzieje się w przeciągu czasem kilku minut, czasem dłużej, jeżeli dłuższy jest dzień… Tak, czy inaczej, nie zapomnę tych chwil już chyba nigdy…

OLYMPUS DIGITAL CAMERATęsknię za nimi…

Rano wyszykowałam Pana ze skrzydłami, potem zjadłam pączka od „teściowej” i myślę, jakby ułożyć parę zdań. Poznajdywałam stare zdjęcia, przekopując sterty folderów za tym jednym , które widzicie powyżej. To cień świerka rosnącego przy moim domu…  Teraz pewnie będę myślała, co zrobić z tymi wszystkimi zdjęciami, bo jest ich… masa… chyba więcej niż dziesięć tysięcy…

 

Reklamy