Ta porąbana noc i porąbane sny! I porąbane życie! Dzień trzeci po rozstaniu…

Tak sobie dziś myślę… Ale tylko ten tekst mi pasuje do mojego obecnego stanu… Bo już dalej nie pasuje… Zasnęłam wczoraj nawet normalnie. W nocy natomiast mój mózg wyprodukował takie projekcje, jakich mogłam się spodziewać… Najpierw śniło mi się, że on wrócił, przyszedł do mojego domu, leżeliśmy na łóżku, oglądając telewizję i mówił mi o tym, że się zmieni, że będzie przy mnie, że jakoś to razem poukładamy… Obudziłam się, cała zdenerwowana i spocona, pomyślałam, szkoda, że to tylko sen i zasnęłam po raz drugi… Tym razem śniło mi się, już nad ranem, że byłam w jakimś macdonaldzie, nie wiem czemu akurat tam, gdyż od roku tam nie byłam, nie chodzę często do takich miejsc. A więc byłam w macu i pisałam mu wiadomość na whatsappie, że „popatrz jak nam było dobrze ze sobą na początku, spróbujmy to jakoś naprawić, ratować, uczucie przecież może da się jeszcze wzbudzić, przecież kiedyś byliśmy tacy zakochani w sobie… nie przekreślaj tego wszystkiego”.

Mój mózg stworzył taką projekcję, jaką mam wewnętrzną potrzebę. By wyjaśnić, by walczyć o tę relację, by go prosić, by wrócił. Racjonalnie wiem, że to nie ma najmniejszego sensu. Ale podświadomość wciąż do tego ciągnie…  Odzywają się schematy z dzieciństwa. To ja musiałam wszystkich ratować, to ja musiałam brać na siebie za wszystko odpowiedzialność, za decyzję innych też. Ja nie muszę tego ratować, tak samo jak oni nie musza podejmować innych decyzji, po prostu, taki jest świat.  Choć wczoraj na wieczór było mi smutno, chodziłam i popłakiwałam. Tęsknię czasem za czasem z nim, za jego mieszkaniem, w którym czułam się dobrze, za jego uściskiem, przytuleniem, całusem… Nawet za jego rodzicami, za siedzeniem z nimi na działce, za jego psami, ale to złudne… Przychodzi jeszcze tęsknota, przychodzi gorszy nastrój. Przychodzi pytanie dlaczego?

Jednak wczoraj pomyślałam sobie, że dalej tak być nie może! To wszystko mnie niszczy, nie umiejętność radzenia sobie ze stratą, rozpaczanie po niej, poczucie bycia gorszą, bezwartościową. Musze się zebrać w sobie i znaleźć przyczynę, a potem ją przepracować. Jutro spotkanie z terapeutką. Musze jej o wszystkim opowiedzieć. Nawet nie wiem jak ja jej to powiem. Wiem jedno, że chciałabym zawalczyć o swoją terapię, raz na dwa tygodnie to minimum! Albo najlepiej częściej.  I będę musiała to jakoś załatwić, nie wiem, będę prosić, powiem, jaka jest sytuacja, że się źle czuję.

I powiem Wam, że z jednej strony mi przykro, są takie chwile, że nie mogę się zmusić do funkcjonowania, szczególnie wieczorem, to wszystko wraca, a są takie chwile, że mam ochotę „trochę poszaleć”. Tzn. Mam ochotę kogoś poznać i poobserwować sobie, o nie, nie wchodzić już z całym sercem do jego życia, ale po prostu zająć się jakąś nową sytuacja, żeby nie myśleć w kółko o nim. Iść dalej, nie załamywać się. I tutaj się sobie dziwię, bo zawsze leżałam i płakałam w poduszkę z myślą, że nic dobrego mnie już w życiu nie spotka. Po Top Gunie tak miałam, a jednak nie… jednak choć na chwilę mnie spotkało coś takiego, że byłam szczęśliwa, więc może teraz też jeszcze spotka? Z drugiej strony wiem, że powinnam pobyć sama i zająć się sobą. Sama już nie wiem co by było dla mnie lepsze? Czy to chęć zagłuszenia bólu? Czy po prostu chęć życia dalej?

Wiecie co wymyśliłam? Że chciałabym zgłębiać temat toksycznych związków, par i relacji oraz funkcjonowania DDA w relacjach i związkach. To ciekawe… i może pozwoli mi zrozumieć siebie? Tak sobie wczoraj myślałam, dzięki pewnej rozmowie, że to pewnie hormony… Wydzieliły się mu hormony szczęścia, a po jakimś czasie się ulotniły po prostu. I już nic do mnie nie czuł. Wczoraj, kiedy zasypiałam pomyślałam sobie, że koniec z planowaniem czegoś z kimś, koniec z zaufaniem, koniec z naiwnym wierzeniem w słowa… Mam plan wymazać sobie wszystkie plany i marzenia z nim z głowy, po dwóch miesiącach… Nie wiem po co ja w ogóle uwierzyłam w jego mowę, o domku w Bieszczadach, o rodzinie, o dzieciach? O tym, że będzie ze mną już na zawsze? To były tylko zwykłe hormony… Nie liczyło się to, jaka jestem, że będę mu wierna , a przecież tak bardzo bał się zdrady? Bez sensu to były słowa… Wymazuję z głowy wszystkie marzenia i plany,  w telefonie nazwałam go „Ten, który mnie olewał” , kasuję zdjęcia. Tylko wspomnienia zostają i jego twarz zniknąć nie może… Może kiedyś zniknie, razem z jego uśmiechem z mojej głowy…

Zabieram się za czytanie książki „Kobiety, które kochają za bardzo” to chyba o mnie…

f251623b271e8353deca42bdb798f65c

 

Dziewczyna żołnierza…

Czy marzenia mogą się spełnić? Wszystkie? Te najskrytsze?

Nigdy w to nie wierzyłam… nigdy, aż do teraz…

Za dużo jest myśli w mojej głowie, by je wszystkie teraz pozbierać, by je tutaj napisać… ale spróbuję choć część…

Mam chłopaka… jesteśmy parką  z panem Spadochroniarzem… 🙂 Kiedyś marzyłam sobie o tym, żeby spotkać takiego mężczyznę, żołnierza, męskiego w pracy, a w stosunku do mnie czułego romantyka… Kogoś takiego, jak Top Gun, ale dojrzałego emocjonalnie i odpowiedzialnego za swoje słowa i czyny…  Jednak wątpiłam w te marzenia. Ile młodych dziewczyn marzy o swoim ideale mężczyzny, a później życie weryfikuje i znajdują sobie zupełnie kogoś innego? Ile dziewczyn jest zakochanych w idolach medialnych, którzy nigdy nie będą dla nich dostępni? Tak samo i ja miałam z czułym żołnierzem… Mogłam sobie tylko wzdychać do mundurów widzianych na ulicach, jednak nigdy nie pomyślałabym, że spotka mnie coś takiego! Że oto pewnego dnia zostanę dziewczyną wymarzonego przez lata ideału mężczyzny…. że zostanę jego księżniczką i będę dla niego kimś ważnym… że będzie się mną opiekował i o mnie dbał… Że pokocham kogoś tak, jak kochałam Top Guna… że stanie się dla mnie całym światem….

Ale co w tym wszystkim jest najpiękniejsze… zapominam o Top Gunie! Tak naprawdę i szczerze! Nie brakuje mi już jego dotyku, jego twarzy, jego oczu, jego gestów, jego ciepłych słów… nie brakuje mi już bliskości, ciepła, bycia docenioną, bo wszystko to teraz mam… Wszystkie te potrzeby, które łudząco dawał mi i zaspakajał Top Gun mam już zaspokojone… Jestem wyprzytulana, wnoszona na rękach, wypieszczona i wycałowana… doceniona i mam  inteligentnego partnera do rozmowy o czym tylko nie zechce rozmawiać… Nie potrzebuje już Top Guna i jego obłudy, jego traktowania mnie jak trzecią w haremie… NIE POTRZEBUJĘ JUŻ NICZEGO OD TOP GUNA!

A apropo Top Guna… Powiedziałam Spadochroniarzowi o nim… Za namową pewnej Dobrej Duszy, jednak było to dla mnie bardzo ciężkie… Powiedziałam o tym, że go kochałam, a on mnie tylko wykorzystywał, zabawił się mną i porzucił…  Przeprowadziliśmy szczerą rozmowę, on powiedział mi o swoim związku, ja jemu o swoich, o znajomościach, o napotkanych dziewczynach i chłopakach… Zrobiło się tak miło… Na koniec powiedział, żebym nie płakała, bo on nie da mi powodu do płaczu i to ostatnie, czego by chciał, żebym przez niego musiała płakać… Nie chce mnie ranić, okłamywać, oszukiwać, nie chce mnie sprawdzać, kontrować, ufa mi  w pełni… A gdyby w pracy ktoś do niego przyszedł i opowiadał mu jakieś głupoty to poradzi sobie z nim, ale mu nie uwierzy, nie będzie słuchał plotek na mój temat… Nie pozwoli, żeby jakiś świr zniszczył to co mamy teraz. Zrobiło mi się lżej na sercu… Poczułam ulgę, taką prawdziwą, że jestem naprawdę bezpieczna w tej relacji, że on mnie ochroni… mogę być szczera, mogę być sobą, mogę wszystko powiedzieć co mnie trapi…  ja też nie pozwolę zniszczyć Top Gunowi mojego szczęścia… Tak długo na to czekałam w cierpieniu i ciemnościach…

Czuję się tak dobrze, jak czułam się na początku przy Top Gunie, to jest niesamowite, nawet niebo jest bardziej błękitne, a trawa bardziej zielona… Chyba się zakochałam… On też. Mówił mi, że nigdy do nikogo nie czuł czegoś takiego… Miał dziewczynę jedną,ale to nie było to, nie był w niej naprawdę zakochany…  A teraz sam siebie nie poznaje, bo coś go naprawdę zakuło w sercu… I mówi, że mnie nie wypuści z rąk…

No i nie patrzy na kobiety żołnierzy jako na potencjalne partnerki… Co jest plusem według mnie, bo go do nich nie ciągnie…:)

Problemem są tylko jego wyjazdy na poligony czy ćwiczenia, no bo będę sama wtedy… I będę się martwić i będzie mi się tęsknić za nim… no ale cóż, taki już los dziewczyny żołnierza… sama tego chciałam…

spotkanie-zolnierz-z-jego-dziewczyna-400-193485

 

 

Lęk przed odrzuceniem…

Rano byłam zadowolona, gdzieś w południe dopadł mnie lęk przed odrzuceniem… Dziś rano, gdy się obudziłam, spojrzałam na telefon, by wyłączyć budzik. Widniała tam wiadomość od koleżanki z jednostki. „Mam dobrą wiadomość. To jego numer telefonu….”. Po czym dziewięć cyfr…Tak, wysłała mi numer do żołnierza, który mi się spodobał i z którym rozmawiałam. Nawet mnie to ucieszyło. Nie wiem czemu, ale lubię takie podchody… Byłam zadowolona. Jednak w ciągu dnia pod wpływem różnych bodźców, zdałam sobie sprawę, z tego co się wydarzyło w moim życiu ostatnio. Przecież zostałam odtracona. I to dla innych kobiet. Przypomniał mi się ten stan, w którym byłam, to, jak czułam się gorsza, jak czułam się jak śmieć, którego się zostawia by iść do lepszej… Jak zabawka, która po zabawie się wyrzuca w kąt. I przyszło mi na myśl, że w kolejnych relacjach też tak może być.

Od razu, jak tylko go zobaczyłam pomyślalam, że to się nie uda. Nie ma szans. To jest w końcu moje życie. Życie dziewczyny, która jest sama i będzie sama. Raczej nie wierzę już w to, że kiedykolwiek uda mi się z kimś stworzyć jakiś dłuższy związek. Jeśli w ogóle będzie, bo w to też wątpię, to będzie to na chwilę… Kiedy pierwszy raz rozmawialiśmy powiedział mi, że rozstał się w grudniu z dziewczyna i nikogo teraz nie szuka. Jak będzie miało przyjść to samo przyjdzie. A mnie przebiegla w głowie taka myśl „No to właśnie może przyszło i stoi prze Tobą.” Ale to było głupie… Wiem. Bo nic z tego nie będzie. Ale przynajmniej może z nim miło porozmawiam. Warto, dla kilku miłych chwil…

Napisałbym do niego… Boję się jednak. Boję odrzucenia, że znów będę ta gorsza, że znów mnie odrzuci, że nie będzie chciał rozmawiać nawet, że mu się nie spodobam jako interlokutorka, albo stwierdzi, że nie jego poziom… Albo jeszcze coś innego będzie nie tak. I wszystko pójdzie na marne, starania o numer i w ogóle. Z drugiej strony jak nie spróbuję to się nie przekonam. A przecież raz już rozmawialiśmy i nie wydawał się być wrogo do mnie nastawiony. Wręcz się uśmiechał… Mimo to jednak po tym, co przeszłam z Top Gunem czuję jakiś lęk, być może dlatego też, że jest tak samo wojskowym?

Dlaczego mam taki lęk przed czymś nieznanym? Taki lęk przed drugą osobą? Dlaczego wydaje mi się, że nowa osoba wiąże się z kolejnym skrzywdzeniem mnie? Może tłumacze to kryzysem wartości tych czasów. Żyjemy bowiem w nie łatwych czasach dla prawdy, empatii i lojalności…

Może jutro do niego napiszę? Niby przygotowałam sobie w głowie pewien tekst, ale nie wiem czy jest dobry, jak na żołnierza. Z drugiej strony mam takie przebłyski, że jak się ma rozpaść i nic nie wyjść to i tak nic nie wyjdzie z tego. Może lepiej by okazało się to, zanim sobie nawymyślam, nawkręcam się i zaangażuję? Pewnie tak, dlatego raczej nie mam czego się bać.

Tylko dlaczego czuję się tak, jak gdyby on czekał na mnie z już naładowaną bronią, skierowaną w moją stronę? Czekał, aby mnie zranić… Chciałabym to z kimś obgadać.

war-1447021_1280

Poczułam ulgę i spokój.

Od kiedy powiedziałam F. o mojej historii z Panem ze skrzydłami, o tym, jak mnie poniżał, krytykował (choć tego nie pisałam tutaj na blogu, bo było mi zwyczajnie wstyd pisać o takich rzeczach), a w końcu uderzył w twarz, było mi jakoś przykro i smutno. Wszak podobno o byłych się nie mówi, ale to samoistnie tak jakoś wyszło w rozmowie. Wiem, że chciał to wiedzieć, tylko nie wiedział, jak się o to zapytać, żeby mnie nie urazić. Cóż, stało się, powiedziałam mu, aby wiedział z czym musiałam się mierzyć i, że teraz niektóre moje myśli mogą być nieco nacechowane przez pryzmat tego, z czym się spotkałam w de facto pierwszym swoim dłuższym związku… Jednak kiedy mu to powiedziałam bardzo się bałam, że popatrzy na mnie przez to i ,że nie będzie mu już zależeć, że się ode mnie odwróci.

Natomiast tak się nie stało… Dalej mu zależy i nic między nami się nie zmieniło. Poczułam ulgę i spokój. Poczułam się zaakceptowana z moją historią. Co prawda, on raczej takiej nie miał, ale to może i dobrze, przynajmniej dla niego… Od wczoraj czuję się spokojna i zadowolona, jakoś minęły te myśli o całej historii Top Guna, choć zastanawiam się, czy aby tak miało być? Może gdybym poznała go w innym momencie życia, teraz byłabym z nim? A może nie?  I tak mnie odtrącił, napisał,że do siebie nie pasujemy, może  winnym momencie życia też by mnie odtrącił. Wczoraj zaczął jakąś rozmowę, którą natychmiast urwał, bo napisał, że idzie spać… Wiecznie mnie olewa i odtrąca… Nie chce mi się nawet z nim gadać. To nie ma sensu, te rozmowy z nim teraz… ale muszę wytrzymać jeszcze jakoś rok, póki nie rozstaniemy się na studiach…

A z F. Nie wiem co będzie, jednak na chwilę obecną cieszę się, że go poznałam, napisał mi wczoraj, że cieszy się, bo wreszcie może do kogoś pasować i to takie miłe uczucie do kogoś pasować…  Docenia każdy mój gest i miłe słowo. To ważne dla mnie. Są już jakieś plany na wrzesień, na wspólną wycieczkę i miły dzień, choć nie wiem czy kiedykolwiek razem będziemy, na razie niczego nie zakładam. Chcę żyć chwilą i tak mi dobrze, przynajmniej na razie. A życia… chyba nie da się przewidzieć…

water-1245677_960_720

Coś się zmieniło, jest spokojniej!

To dziwne, ale wybory coś między nami zmieniły. To był w ogóle jakiś dziwny dzień. Nie rozmawialiśmy ze sobą dwa dni wcześniej. Byłam w tym czasie w szpitalu, zawsze kiedy tam byłam, pisaliśmy, rozmawialiśmy, to wszystko mi się przypominało. To miejsce, przypominało mi rozmowy z nim, te szczerze rozmowy i śmiechy, żarty, dowcipy. W dniu wyborów napisałam do niego, wysłałam mu buźkę i znak zapytania. Odpisał takim tekstem, że wyszło, że nie potrafimy ze sobą nie rozmawiać dłużej niż dwa dni… że za sobą tęsknimy… Ten dzień był dla mnie dobry, jakby pierwszy raz poczułam, że ta sytuacja się stabilizuje i choć może nigdy nie będziemy razem, nie musimy być to jednak jest między nami coś bardzo dziwnego, może to po prostu zwykła przyjaźń i poznanie siebie?

Przyglądam się sobie też, jak zachowuje się po lekach. W zeszły piątek miałam fazę „Nienawidzę go! Ale może nie odchodzić ode mnie, jednak cieszę się, że się od niego uwolniłam, denerwuje mnie. Dość tej żałoby, nie mogę tak żyć. Trzeba iść dalej. Może jeszcze spotkam kogoś wrażliwego i dobrego.” Z piątku na sobotę noc była bardzo ciężka. Znowu miałam flash backi, całą noc nie mogłam spać, rozmyślałam o tym, co było oraz o tym, jakim jest palantem, że nie widzi tego, że jestem dla niego taka dobra. Później pojechałam do szpitala do pacjentów. Ten dzień był ciężki i smutny, choć godziny jakoś się nie dłużyły i nie czułam takiego zmęczenia.  W sobotę nie odzezwałam się do niego ani słowem. W nocy spałam w miarę dobrze.

A tu wstawiam jedną piosenkę, która bardzo dobrze oddaje mój stan z piątku:

 

Jednak w niedzielę nastapił  jakiś przełom, może to wszystko już mnie tak nie rusza? Choć flash backi nadal mam ze spotkania z nim, z wiadomości od niego, z rozmów… Jednak poczułam, że coś się zmieniło we mnie, nie reaguję już na pisanie z nim czy rozmowę tak emocjonalnie. Nie zastanawiam się już, czy powinnam to robić. Nie telepie mnie już na samą myśl odpisania mu. Może to dla mnie lepsze? Przegadaliśmy w sumie w niedzielę cały dzień, o zwyczajnych tematach…

Ciężko mi uporać się z potrzebami, które w sobie mam. Mam w sobie potrzebę, a dokłądniej potrzebę bliskości, a ona prowadzi mnie do złego, choć sama w sobie zła nie jest. Wiem to, ale i tak ją mam. Regulujemy sobie soba nawzajem emocje. Jemu, kiedy jest źle, dzwoni do mnie i jest lepiej, a mnie kiedy jest źle pogadam czy popiszę z nim i też jest lepiej. To jak branie narkotyków, to takie uczucie, jakby można było naćpać się drugim człowiekiem.

Od tych wyborów zrobiło się jakoś spokojniej. Nie wiem, czy to akceptowanie sytuacji, ale powiedziałam sobie, że poczekam co czas pokażę, pewnego dnia po prostu, albo z nim będę albo nie.  Parę dni temu jeszcze tak bardzo bałam się tej myśli, że on odejdzie do innej. W sumie, nadal się jej trochę boje, ale jeżeli tak zrobi, będzie kompletnym dupkiem i palantem, a poza tym, ja przetrwam, jakoś… Na razie jestem wolna i zamierzam to też jakoś wykorzystać. Przypomniała mi sie pewna historia, o której tutaj jeszcze nie pisałam. Jakiś czas temu, a dokładniej wtedy, kiedy rozstawałam się z Muzykiem i poznałam Top Guna, poznałam też pewnego chłopaka, Ł. Pisał do mnie bardzo długie listy, pełne takiego wrażliwego spojrzenia na świat. Ja wtedy mu w pewnym momencie nie odpisałam i kontakt się urwał. Pomyślałam sobie, że może warto te znajomość jakoś odnowić? Napisałam do niego pierwsza, odezwał się po dwóch dniach, z informacją, że odpisze mi coś wiecej jak przeżyję, bo również przeżywa zawód miłosny i jest mu bardzo ciężko… Cóż, chyba nie pozostaje mi nic innego jak również danie mu czasu…

Oprócz niego jest jeszcze inna osoba, z którą wiem, że nic nie będzie, ale przynajmniej mogę z nim pogadać. Ma o dziwo na imię tak samo jak Top Gun i jest raczej stabilny choć zagubiony, ma niskie poczucie własnej wartości. Ale stara się mnie wspierać w tym wszystkim, choć w taki prosty sposób.

Dziwnie się czuje z tym spokojem wobec tej sytuacji. Czyżby ta wyprowadzka jego utrzymanki dała mi jakąś złudną znowu nadzieję? Nie chcę tak myśleć… Z drugiej strony nie zakładam też snowu najgorszego, tylko nie wiem, czy to aby jest realne. Dla mnie zawsze najgorsze scenariusze były najbardziej realne i aby nie popaść w jakąś iluzję właśnie, trzymałam się ich. Ale może te trochę mniej ciemne też są możliwe i realne? Tego nie wiem. Chyba z tą myślą mi lepiej. Może być tak, lub inaczej. Wmawiam sobie, że cokolwiek się nie zadzieję, dam sobie radę. Czasami jeszcze przychodzi taka myśl, że przecież to jest już niemożliwe, żeby było dobrze, że on musi odejść… wcześniej czy później, ale nie wiem, co o tym sądzić. Z drugej strony boje się, że zaczynam się w to wszystko znowu wplątywać. Tym razem jednak widzę, że rodzina to akceptuje, bo widzi, że trzymam się lepiej, tylko nie wiem do czego to prowadzi. Jednak na razie nie chcę o tym myśleć, nie muszę przecież wszystkiego od razu wiedzieć. Wiem, że to jest bez przyszłości, ale czy wszystko musi mieć przyszłość?

digital-art-398342_960_720.png

Nauczyć się żyć w bałaganie….

Siedzę właśnie na uczelni, z tą samą grupą, z tymi samymi ludźmi, wśród których go poznałam. Mam w sobie jakiś smutek… Wczoraj wszystko mi się przypominało. Stanęło mi przed oczami to, jak się poznaliśmy, to jak rozmawialiśmy całymi dniami, to jak mnie miział, to jak siedzieliśmy na tylnym siedzeniu jego samochodu i mnie przytulał, w końcu to jak powiedział mi, że chciałby się ze mną kochać, że jest mu tak miło i, kiedy siedzieliśmy tacy wtuleni w siebie, że takie chwile mogłyby trwać wiecznie… Powiedziałam mu wtedy, że trzeba się cieszyć i celebrować, póki trwają… Potem jak chodziliśmy po parku, jak mówił mi o nich, jak mnie trzęsło… A on jak mnie tulił do siebie i trzymał w ramionach mimo wszystko…

Mam to wszystko ciągle w głowie, łzy napływają mi do oczu, kiedy przychodzą te obrazy…

Top Gun od wczoraj wysłał mi dwie wiadomości… Nie odpisałam.  Czuję, że nie mam na to siły…. Zastanawiam się, co on sobie pomyślał. Pewnie nic. Z drugiej strony, czy to ma jakiś sens i jakieś znaczenie, to, czy do niego odpiszę czy nie? Chyba nie… Nie wiem jak on to interpretuje, tę naszą relację teraz. Mężczyźni myślą inaczej… Przed chwilą wysłał mi kolejną wiadomość, z zapytaniem, czy żyję… Kiepskie to pytanie, ale z jakiegoś powodu do mnie pisze… Nie wiem, może dziś po zajęciach nazbieram w sobie tyle siły by mu odpisać… Myślę, że muszę po prostu nauczyć się żyć w tym całym bałaganie, inaczej nie dam rady normalnie funkcjonować,  albo zostawić to gdzieś tam daleko i wrócić do swojego życia, prawie mi się to już udało… Wiedziałam, że nigdy mnie nie kochał, ale tak cicho pomyślałam, po naszej ostatniej, bardzo szczerej rozmowie, kiedy powiedział mi, że wszystkie myśli przemawiają na razie na moją korzyść, że może dopiero teraz coś się zmieni… Ale nie, jak zwykle tylko ona pozostaje, choć… W sumie, jedno nie wyklucza drugiego… Nie wiem sama co o tym myśleć…

Przypominają mi się te wiadomości, które pisał do niej, które potem ja czytałam. Mam to wszystko przed oczami, jakby to było dziś… Teraz jest już po zajęciach, siedzę i płaczę w swoim pokoiku. Chyba przyszła pora by się wypłakać. Odpisałam mu, napisałam mu prawdę, jak to bardzo mnie boli. Odpisał mi, że jego również, że też to wszystko wyłazi i, że też go to boli… Ale myślę, że myślał o kochance… Ja cierpię przez niego a on cierpi dokładnie tak samo przez kochankę. No chyba, że myślał ogólnie o tej całej sytuacji, w którą się wpakował, łącznie ze mną…. Nie wiem. Jakie to wszystko popieprzone… Ale chyba czas już stanąć na nogi. Przecież na mnie mu nie zależy. Nigdy nie zależało z tego, co teraz mówi, tak wnioskuję… Czasem wysyła mi całuski, ale to już nie to. Do tej pory to byl mój czuły Top Gun, takiego jakiego go poznałam, a teraz? Kiedy mowię mu o swoich emocjach, które z resztą sam sprowokował, on mi mówi o swoich względem kochanki, nie myśląc, że to mnie jeszcze bardziej rani. Czasem go nie poznaję, kamień a nie człowiek… Tak, dla mnie to kamień… Czy on nna prawdę nie zdaje sobie sprawy z tego, dlaczego teraz tak cierpię? Że musiałam go kochać? Że gdybym go nie kochała to teraz bym tak nie cierpiała? Na prawdę tego nie widzi, że mi na nim zależało i że to dlatego teraz tak cierpię? Może to i lepiej, że ograniczyłam kontakt… Nie wiem, może minie rok, dwa, nie wiem ile on potrzebuje czasu, ale nie wiem czy będę wtedy jeszcze w stanie…

Zdecydowałam się, że powiem mamie o tym, co u mnie… Pyta od paru tygodni, nie mogąc się dowiedzieć… Bo i co jej miałam powiedzieć? 

A tutaj filmik, który wysłał mi kiedy po raz pierwszy rozmawialiśmy, jakiś sentyment do niego mam, mimo wszystko…

Dziwię się sobie… Wpis z poziękowaniem dla Mary Kot i Morfeusza!

Dziwię się sobię. Wydawało mi się, że po takim ciosie jaki dostałam będę leżeć i płakać pół roku, a tu, ku mojemu zaskoczeniu jakoś funkcjonuję, może to też za sprawą leków, ale nie jest ze mną najgorzej, tak jak przewidywałam. Umiem zająć się swoimi sprawami, umiem nie myśleć o tym, co było. W sumie, coraz częściej łapię się na tym, że myślę sobie, że nie mam do czego wracać, nie mam czego wspominać, bo to nie była miłość, po co więc do tego wracać? To trochę smutne, po pół roku nie mam do czego wracać, bo wszystkie wspomnienia z nim okazały się być niesłuszne, były po prostu moją pomyłką, ale ta myśl pozwala mi chyba iść przed siebie, nie oglądając się za siebie. Choć co noc mi się śni i wypisuje do mnie stale, nawet z Słowenii, czuje się jakaś spokojniejsza… Odizolowałam się też od tematu związków i miłości, ale to chyba normalne… i dobrze mi tak. Kiedyś myślałam, że jest idealny, teraz widzę, że taki idealny nie jest i to chyba też daje mi wolność…

Dziękuję też Mary Kot za to, że ze mną jest w tych trudnych chwilach i za piosenkę, którą mi wysłałać. Jest wbrew pozorom pozytywna i potrafiła postawić mnie choć trochę na nogi, spojrzeć na to wszystko w innym świetle… Jeśli to czytasz to wiedz, że jestem Ci wdzięczna. 🙂

Dziękuję również Morfeuszowi za owocne rozmowy, za zrozumienie, poświęcony czas, to dla mnie ważne.

Wstępnie dostałam się na praktyki do wydziału kryminalnego. Z jednej strony się ciesze, bo wyjdę do ludzi, będę miałą swoje własne życie i zajęcie, a może kogoś poznam? Z drugiej strony trochę się obawiam, bo choć ma być to praca biurowa, czy podołam zadaniom? A już najgorszej jak znowu ktoś mnie rozwali, a ja będę musiałą tam jechać, dlatego chyba już teraz nie dam sie rozwalać nikomu… nawet jemu i jego dziwacznemu życiu…

A teraz wstawiam piosenkę, którą dostałam właśnie od Mary, a która pomaga mi jakoś się pozbierać co dnia i działać: