Wieczorny smutek w innym domu

Jestem teraz w domu u Pana ze skrzydłami i choć wiem, że on nie wie  o tym, iż posiadam ten blog, przebiegło mnie dziwne uczucie, gdy piszę te słowa, a kiedy on śpi w pokoju obok przed pracą. czuję się sama, choć nie samotna, to sama. Dom jest duży i o tej porze już ciemny, przyznać muszę, że w niektóre jego zakamarki wolę o tej porze i później już nie zaglądać. Jak co noc, zostanę sama spać, aż do rana, kiedy on się nie zjawi.  Czekam na tą chwilę, czekam z utęsknieniem, bo jakoś całkowicie łatwiej zasypia mi się przy jego boku niż samej.

Dni mijają powolnie, choć zarazem bardzo szybko. Powolnie dlatego, że mało w dniu robimy, szybko dlatego, że wstajemy późno. Ostatnia noc była spokojna, lecz ta przed nią koszmarna. Padał deszcz i nie mogłam spać, dodatkowo po domu słychać było różne odgłosy, próbowałam racjonalizacji, w końcu się  udało, zasnęłam, budziłam się chyba dwa razy, wyczekując godziny powrotu Pana ze skrzydłami. Mamy tu dużo obowiązków,  jest sporo zwierząt, którymi trzeba się zająć, no i zajęcie się domem, czas biegnie… Dla nas samych zostaje go mało, jedyne od czego tu odpoczywam, to hałasy domu i znajome mi krzyki.

Jednak… kiedy przychodzi taka pora jak ta, momentalnie smutnieje. Nie wiem, czym jest to spowodowane, ale jest mi smutno. Może pogodą, bo nieustannie na zewnątrz jest ciemno i pada deszcz? Kiedy byłam w domu, inaczej wyobrażałam sobie ten wyjazd… jawił mi się jako przyjemne spędzenie czasu od domowych, znanych mi obyczajów, jawił mi się jako czas spędzony z nim… Jednak chyba nie do końca tak jest… Pragnę słońca, u siebie miałam go tyle, tutaj nie mam go ani promienia. Smutnieje, nie robię tego, co zakładałam, że będę tutaj robić, nie ma na to czasu ani siły.  Jedyne co tu poznałam w sobie to to, że szanuję swoje pomysły, bo są dobre… Mieliśmy iść na spacer, dzisiaj…. jutro… mija już trzeci dzień. Pogoda na zewnątrz wciąż jest barowa i nieprzychylna.

Miejsca w tym domu przypominają mi miejsca dawnego dzieciństwa, kiedy mieszkałam jeszcze w innym miejscu, przypominają mi chwile smutku i zadumy stamtąd, w sumie, chyba zawsze odbierałam tak porę ściemnienia się dnia w niepogodne, deszczowe czy też zimowe dni. Mam poczucie końca, bardzo silne… wydaje mi się, iż świat taki pozostanie, że już nie wyjdzie słońce i nie zdarzy się nic pozytywnego. Przecież mamy już wrzesień… za chwilę znów rozpocznie się rok akademicki. Ostatnio zaszyłam się jakoś w sobie… Nie wiem, czy to miejsce wydaje mi się takie specyficzne, czy po prostu ten czas mnie przytłacza… I choć lęki zniknęły, towarzyszy mi poczucie końca miłych chwil, nie lubię tego uczucia, bardzo nie lubię… Cóż, po części to prawda, spędzamy z Panem ze skrzydłami pewnie ostatnie w tym roku dłuższe chwile razem, później znowu przyjdą zjazdy, zimowe marzniecie pod uczelnią i nauka do sesji.

Kiedyś, kiedy nie mogłam zasnąć, przypomniała mi się w myślach tamta zima… a w zasadzie jesień. Chłód, wiatr, liście strącane z drzew, nowa szkoła, ludzie i my… poznający się nawzajem… To mimo wszystko był piękny czas, choć pamiętam, że wtedy chodziłam bardziej smutna. Przejrzałam ostatnio wpisy jakie tu zamieszczałam z tamtego okresu,  nie było żadnej wzmianki o…Panu ze skrzydłami. Nie chciałam o nim pisać? Bardziej chyba nie potrafiłam… pamiętam jak wstrzymywałam się dość długo z wpisem o tej postaci. Chyba nie chciałam dopuścić do siebie wewnętrznego głosu, że ktoś może mnie pokochać.

Minął prawie rok odkąd go poznałam, a ja wciąż mam go w pamięci jako kogoś nowego… Teraz kiedy widzę za oknem taką pogodę to kojarzy mi się właśnie z nim, z naszą pierwszą randką, może to i lepiej… bo choć jestem smutna to to właśnie przypomina mi o tym, że nawet w zimny, jesienny dzień może wydarzyć się coś pięknego. Z drugiej strony wiem też, że to już nigdy się nie powtórzy… i to też napawa mnie smutkiem.

Pada śnieg, a na drzewach kwitną kwiaty… Inny scenariusz i światło… dla Anonimowego

Pada śnieg, a na drzewach kwitną kwiaty… siedzę w swoim saloniku, bo na zewnątrz zrobiło się jakoś ciemno. Mija kolejny, spokojny wieczór. Spokojny? Myślę o blogu, tyle się już na nim wydarzyło, aż dziw bierze… na dworze robi się coraz większa zawierucha śnieżna, kiedy obok, rozwijają się piękne, wiosenne kwiaty o białych płatkach. Przyszła wiosna, ale jaka… szara, może tak szara jak wciąż moje dni…

Wyznaczam sobie kolejne cele, których nie umiem zrealizować… Coś mnie dręczy, choć ostatnio byłam spokojna, aż nad wyraz spokojna… Niczego nie musiałam.

Przedtem przyszły myśli, których nie chciałam, tak bardzo nie chciałam. Pierwszy raz pomyślałam, że mogłabym zostać sama, całkiem sama. Panie ze skrzydłami… to nie tak, że ja chcę Cię nie chcieć. Nie chcę Cię nie chcieć, po prostu czasem nie rozumiem sytuacji, czasem to wszystko wydaje mi się być zbyt dziwne, nie takie, jak zakładałam, nie tak bowiem wyobrażałam sobie swoją miłość. Życie pisze różne scenariusze, nie wszystkie muszą zgadzać się z moimi wyobrażeniami, wiem to. Czasem po prostu smutno mi, że jesteś… taki, a nie inny… Myślałam, że będziemy śpiewać piosenki, chodzić po dachach i łapać motyle. Tak raczej nie będzie…. Choć tak bardzo nie chcę zostać sama. Potrzebuję Cię…Tyle Cię już nie widziałam i tęsknię bardzo…

Święta minęły rodzinnie i energicznie. Pierwszy dzień świąt spędzony cały z rodziną. Mama nie rozumiała, że nie chcę już z nimi jechać na weekend, bo wolę zostać z Panem ze skrzydłami. Trochę dobrego jedzenia, jakaś odmiana, bo wokół ludzie. Potrzebuję ludzi, całe dnie spędzam teraz w samotności. To nie jest miłe. W drugi dzień świąt zrobiłam sobie intensywny dość trening jeździecki. Co prawda mojemu koniowi nie chciało się tak bardzo galopować, ale trening zaliczam do tych bardziej udanych. Potem spacer po moim lesie… zrobiłam kilka zdjęć rozwijających się  kwiatów i zbierających nektar pszczół.

swiece-kwiaty-43794

Łapaczu krokodyli… Nie wiem czemu, zawsze potrafisz poprawić mi humor. Nawet wtedy, kiedy nie mogę usnąć całą noc i trzęsie mnie z nerwów. Z resztą, cała ta zgraja jest świetna… Jedyni, którzy zawsze odpiszą i nie zawodzą… Jest mi dziwnie, ale cieszę się.

Anonimowy… wpisem na swoim blogu uświadomiłeś mi jakże ważną, ba, najważniejszą rzecz- życie jest tak kruche, tak niewidoczne czasami dla innych, tak niepozorne… jak płomień świeczki lub skrzydła motyla unoszące się na wietrze… A ja przejmuje się takimi błahostkami. Za ten wpis Ci dziękuję. Może powinnam bardziej skupić się na tym, co istnieje poza moim pragnieniem idealności. Powinnam się wyciszyć… Choć potrafię być spokojna i nie odczuwać żadnego napięcia, a potrafię w ciągu jednego dnia czuć całe trzęsące się ciało, mięśnie, ból głowy… To chore. To tak bardzo przykre Anonimowy co piszesz, być może pomyślisz, że to dla kogoś obcego zupełnie nieistotne, ale zrobiło mi się autentycznie przykro i smutno.

Nie wiem, czy ten wieczór zaliczę do udanych… Potrzebuję światła… i posyłam je również do Ciebie Anonimowy…

światło

Szczęśliwy wieczór…

Dzisiaj jest taki szczęśliwy wieczór. Znowu czuję, że on przy mnie jest, że go mam. Być może to ułuda, marzenie… może nieracjonalny spokój… Czuję szczęście, pojecie kiedyś dla mnie nieosiągalne. Czuję, że spełniają się najskrytsze sny mojego dzieciństwa, realizuje się fascynacja wolnością, że życie przeobraża się w sen, o którym  śniłam cały czas, całe życie. To było niewyobrażalne dotąd… nadal nie jest wyobrażalne, magia z mojej głowy się spełnia. Ta wymyślona, wyimaginowana, dziecinna, ta, do której zawsze uciekałam, gdy było mi źle. Wiem, że to naiwne, ale chce to czuć… gdyż nie wierzę, że to się spełnia. 

Zapisuję to, bo wiem, że za chwilę to uczucie zniknie, że go nie będzie. Zostaną wątpliwości. Dziś ich nie mam i czuję się od nich wolna, całkowicie. To takie piękne. Za dużo wątpliwości wciąż, za dużo… Pamiętam pierwszą wiadomość, czułam to samo… Nie wiem co robię do końca, albo wiem… wchodzę w coś dziwnego… ale zgubiłam się w szczęściu. Czasami mam wrażenie, że jestem tylko kłębkiem irracjonalnych myśli i wrażeń, wymaginowanego świata w mojej głowie… w którym mi dobrze.

Kiedyś myślałam, że jeśli się zabiję, to nie przeżyję już niczego pięknego, co może mnie spotkać, choć nikle w to wierzyłam, a ta wiara gasła… To właśnie jedna z tych chwil dla których warto było żyć i cierpieć, nawet, jeśli jest dziwaczna, zwariowana, niedorzeczna i niepoprawna. Moje myśli się mieszają… Jak w jakimś wielkim kotle, ale… czuję, że żyję! 

Ktoś inny oddałby za to dziś dużo, może wszystko…  Ja mam wątpliwości, ale nie dziś… 

Puścili znów „Człowieka w ogniu”. Od tego filmu wszystko się zaczęło… Dzisiaj znów go oglądam, ale czy… to będzie już koniec?  

12 listopada ’16

Zamknęłam wszystkie stare rozdziały…

„Nie chcę wiele, tylko żebyś Ty, hej Joe, znów tu był! „

O wyjeździe, relacjach i emocjach…

Właśnie leżę sobie w dość luksusowym pokoju w pięknej miejscowości nad górską rzeką i piszę do Was te parę słów z telefonu… Stwierdziłam, że chcę na blogu napisać te kilka infotmacji i spraw… Ostatnio moje życie nabrało bardzo szybkiego tempa, nie miałam czasu na spokojne zapisanie myśli. Dzieje się wiele…

Spontaniczny wyjazd, na który zdecydowałam się szybko, lecz sporo czasu zajęło mi zorganizowsnie go. Jednak bardzo się cieszę, że się udało. Tu jest pięknie, polskie góry są zachwycające… mogłabym obsereować je bez końca…

Udało skontaktować mi się z kaskaderami, nowo poznanymi na plenerowej imprezie masowej… I tak właśnie ostatnie dnie upłynęły mi na… pisaniu z mistrzami Polski w kaskaderce jeździeckiej… Ich grupa okazała się tak miła, przyjazna i życzliwa, że zechcieli pomóc odszukać kontakt do kowboja, z którym się najbardziej zaznajomiłam. A do tego jeszcze potrafili pożartować… Jestem pełna podziwu dla tych ludzi… Gwiazdki, które grają w zachodnich produkcjach, ludzie, którzy są proszeni o wywiady, a widownia na ich występach szaleje, nie zbagatelizowali sprawy kogoś mogącego być dla nich zupełnie obojętnym. Co więcej… potrafili zrozumieć, że ktoś może mieć potrzebę podziękowania komuś, powiedzenia mu paru słów, tak po prostu i zwyczajnie… i, że to takie ludzkie…. Łezka mi się w oku zakręciła, wiecie…

Zaczęłam się do nich otwierać, pytając o… choć nie wiedziałam, czy mogę, przecież do w sumie nie bliscy mi ludzie, rozmawiałam z nimi w większości o pasji,nir o moich potrzebach, spostrzeżeniach czy obserwacjach. Nie wyśmiali tego, nie zbagatelizowali, wręcz odwrotnie…

Sam z siebie napisał do mnie też M… Nagle, nieoczekiwanie…Czego nie rozumiem. Odpisałam mu, po długim namyśle, ale nie dlatego, że chcę kontaktu, nie dlatego, że czuję taką potrzebę, nie czuję jej tak silnie. Wiem, że jego nie ma w moim życiu. Mnie nie ma w jego życiu… Odpisałam tak, aby przenieść tę relację na płaszczyznę czystej znajomości. I zrobiłam to tylko dlatego, że chyba sam tego chce…

Zdziwiłam się, że po wyjeździe ma jeszcze mój numer… Przecież ma kolegów, może kogoś, swoje życie, jak to stwierdził… Ja w sumie też, ale dlaczego ma numer? W jakiś sposób musi ” coś być na rzeczy”  ale nie chce wiedzieć co, nie się w to angażować. W sumie… nawet cieszę się, że ta relacja przeniosła się na czystą znajomość. I tak się nie dogadamy, a po co mamy sobie skakać do gardeł, gdy musimy od czasu do czasu funkcjonować koło siebie, choćby z grzeczności… Choć dużo we mnie jeszcze żalu…Może z czasem ucichnie… Uczę się nowych rzeczy, wychodząc ze schematów i to mnie cieszy samo w sobie.

Noce pełne wrażeń i przygód… nie takich, jak się spodziewałam, ale jednak…

Wieczór… taki spokojny. Przyznaję, że dziś miałam dość ciężki dzień. Jakoś tak dużo wspomnień wróciło, dodatkowo przez przypadek otworzyłam jedno zdjęcie, którego nie powinnam była otworzyć. Potem rozbolała mnie głowa… Przeszło dopiero na jeździe, która przebiegła lepiej niż chciałam. Ostatnio załapałam świetny kontakt z koniem i tworzymy zgrany duet 😉 Pogalopowaliśmy sobie dziś ładnie 🙂 Teraz siedzę 20160825_121701 (2)sobie w moim małym, przytulnym pokoiku, umyłam włosy, opiłowałam i pomalowałam pazurki, jakoś tak mam ochotę się uspokoić. Więc pomyślałam sobie, że zajrzę na blog, popiszę sobie o pierdołach i pierdółkach 🙂 I przypomniało mi się podczas mycia włosów, że nic Wam nie pisałam o Małej, a o niej równie można napisać coś ciekawego i śmiesznego, choć lekko smutnego zarazem…

Przybywając na miejsce, podczas wyjazdu, kobietki miały pięcioosobowy pokój, bowiem każda płeć była w osobnym pokoju, bo, jak to stwierdzili, mnie z M. trzeba rozdzielić… Co dla mnie było śmieszne, ale pomimo protestów i śmiechu z mojej strony, postanowili. Później się nawet cieszyłam, że miałam osobny pokój. Było więc kilka łóżek, trzy pojedyncze i jedna wersalka, wąska co prawda. Pomyślałam więc, że wąską wersalkę zajmę ja, wraz z Małą. Małą lepiej mi przesunąć, gdyby w nocy się wierciła, czy odsunąć na bok, a z obcą całkiem osobą nic nie zrobię… Pierwszej nocy w ogóle nie mogłam zasnąć, bo targały mną różne myśli i zastanawiałam się, jak i czy w ogóle podjąć rozmowę z M. , który sam z siebie takiej chęci nie wyraża. Mała wierciła się, kręciła, spała bardzo niespokojnie, coś mruczała, ale wciąż spała bardzo twardym snem. Kiedy już zasnęłam snem płytkim, prawie czuwając, a zostało 3 godziny do pobudki, bo rano miałam umówioną jazdę w teren, nagle wybudziło mnie coś bardzo dziwnego. Leżałam plecami do Małej, twarzą do ściany, tak, żeby nikt nie widział smutku. Nagle usłyszałam głośne „Kici, kici!” Po czym nie zdążyłam się odwrócić, kiedy Mała z całej siły przyłożyła mi dłonią w policzek! Zupełnie nieświadomie. Zabolało. Odwróciłam się, przełożyłam jej rękę. Śpi nadal. Dziewczyny się pobudziły po tekście „Kici, kici! na cały głos, ale każda udaje, że śpią dalej… Po jakichś paru sekundach Mała siada na łóżku i zaczyna szukać picia. Odwracam się więc, żeby zapytać, czego szuka i co jest, łapie ją delikatnie za rękę, a ona w tym momencie się budzi! I zaczyna się niesamowicie szarpać i krzyczeć! Na prawdę dobrze, b3a8327f001ce50e4e5647deze na co dzień pracuję z końmi i nie panikuję w takich przypadkach. Bo w końcu ile razy koń, którego prowadziłam dostał paniki strachu i się szarpał? 😉 Trzymam ją dalej za rękę mocno, mówię, żeby się uspokoiła, że nic się złego nie dzieje… W końcu nie spadła z łóżka i przestała krzyczeć… Napiła się i poszła spać. Leżę dalej, spać mi się już chce, za chwilę trzeba będzie wstać. Dziewczyny nadal udają, że śpią… Ja też już przysypiam, po raz drugi tej nocy i nagle, niespodziewanie, Mała na spaniu wyciąga ręce, maca mnie po twarzy i słyszę „To ty, to ty?”. Zaraz przestaje. Odwracam się znowu, patrzę co się dzieje… Mała śpi w najlepsze. Za chwilę przytula mnie mocno ręką, kładzie nogę na moje udo i znów śpi… Przesuwam ją, ale za minutę jest to samo… Po którymś razie daję spokój. Przytula mnie, jak misia i śpi. Moje ciało drętwieje, przy którymś razie czuję, że zaczynam zjeżdżać z łóżka w szparę pomiędzy łóżkiem i ścianą…

W drugą noc dostałam kolanem w żebra, w trzecią musiałam ją całą przekładać, bo przyszłam dosyć późno, około drugiej w nocy, a Mała już spała, oczywiście na całej wersalce, więc nie miałam gdzie spać. W kolejną noc nie miałam gdzie dać nóg, a innym razem włożyła mi swoją nogę między uda, więc musiałam wyjąć swoją nogę i znów ją przesuwać… Raz by była spadła z łóżka.

Tak właśnie spędziłam piękne noce wyjazdu, kiedy w dzień zasuwałam po osiem razy tam i z powrotem… od domu do atrakcji…. Mała ma jakieś lęki, myślę, że nerwicę też, najprawdopodobniej przez to, co się w działo w rodzinie… Przez co mówi przez sen, wstaje, robi coś, a potem w ogóle nie pamięta tego. Kiedy jej rano opowiadałam, patrzyła na mnie ze zdziwieniem i niedowierzaniem.

A miałam tak się wyspać na tej podwójnej wersalce…