Mam za sobą wspaniałą majówkę :)

Wpadam tu na chwilę, pomiędzy nauką, pisaniem, a słuchaniem kilku nowych piosenek, które udało mi się ostatnio poznać. Mam za sobą udany majowy weekend, w sumie, dla mnie to tam nie weekend, a dzień jak większość, ale cieszę się, że mogłam te dni spędzić z Panem ze skrzydłami. Pobyliśmy ze sobą, porozmawialiśmy, pośmialiśmy się… Naszykowaliśmy sobie dobrego jedzenia, pojechaliśmy na zakupy, ale nie to jest najważniejsze. Po tym czasie, który ze sobą spędziliśmy przekonałam się i zobaczyłam, że Pan ze skrzydłami to tak naprawdę o dziwo czuły i troskliwy facet… , że potrafi poważnie porozmawiać na prawie wszystkie tematy, że potrafi zrozumieć moje obawy i lęki… I choć obawiałam się, jak te niektóre informacje przyjmie, to jednak przyjął je  z wielkim spokojem i zachowuje tak, jak gdyby nic się nie stało. Wbrew mojej obawie odsunięcia się i odgrodzenia ode mnie, stał się jeszcze bardziej czuły i delikatny w stosunku do mnie…

Czasem mnie zadziwiasz Panie ze skrzydłami. Chyba pierwszy raz w swoim życiu ktoś obok Ciebie poczuł, że może się otworzyć i być sobą, porozmawiać o wszystkim i nie odczuć zażenowania, wstydu czy pogardy… To takie miłe uczucie… Móc się tak po prostu przytulić, tak bezpretensjonalnie i poczuć wreszcie, że wszystko jest w porządku, że na ten moment, mogę być spokojna. Życie się jakoś tam ustabilizowało…, wreszcie, że nie jestem sama na tym świecie…

milosc

Wiem, nie zastąpisz mi Indianera. Takich ludzi jak on nie da się tak po prostu zastąpić… Był egoistą jakich mało, ale miał pewną osobistą dyspozycję. Takie coś, co wyróżniało go w tłumie i powodowało, że stawał się  unikatowy. Sposób w jaki żył i to wszystko co robił było inne i nie do powtórzenia. Ludzie mówią mi, że podobno ja też tak mam… Cóż, wychowaliśmy się razem.

Nie mniej jednak cieszę się, że mam obecnie faceta, z którym mogę porozmawiać, przy którym nie muszę się obawiać i mogę się poczuć swobodnie. Ten weekend dał mi jakąś nadzieję. Zniknęły też u mnie stany tęsknoty, za tym co było. Teraz w mojej głowie pojawia się obraz również tego, że będzie dobrze i czeka mnie jeszcze parę fajnych, dobrych momentów…

Co do pisania drugiego blogu literackiego, mam pewien pomysł jak to wszystko uporządkować… co z tego wyjdzie, zobaczymy.

Miłego popołudnia.

Reklamy

Moje małe radości i mała wojna…

Dzisiaj taki miły dzień. Cały prawie z Panem ze skrzydłami. Brakowało mi już jego osoby… Rano dobre śniadanie, potem czekanie aż się rozpogodzi całkowicie, wszak miał być dziś ładny dzień, taki ciepły, prawdziwie wiosenny… I był, w pewnym momencie. W południe wybraliśmy się na dość długi spacer. Widzieliśmy dziś parę ciekawych rzeczy i osób. Łażenie po moim lasku jest przyjemne i uspokaja.  Lubię się tam cieszyć słońcem i wyczuwalną już wiosną. No i obecnością Pana ze skrzydłami…

Najpierw wszedł na drzewo, nazrywać bazi… Zrywacie już bazie? Wszakże świąt wielkanocnych jeszcze nie ma, ale bazie są takie ładne i miłe w dotyku… Lubię je, to taka jedna z oznak prawdziwie już nadchodzącej wiosny i choć mają zaraz przekwitnąć, to chciałam je mieć 🙂 Więc wariat mało myśląc wszedł na drzewo, a po chwili miałam dość duży bukiet bazi. Tak nietypowo dostać bukiet… bazi, ale zawsze bardzo miło 🙂 Choć to już nie pierwszy raz, kiedy Pan ze skrzydłami wchodzi na drzewo… Dostałam już jemiołę, taką rosnącą dość wysoko, z brzozy, (jemiołę trzeba policzyć razy dwa) oraz hubę (też razy dwa) taką ładną, dość dużą. Później, już idąc z całym bukietem bazi zobaczyliśmy cały szereg facetów niosących broń i ubranych w mundury, grających w pospolita grę przeprowadzaną na terenach pagórkowatych. Musze przyznać, że dziwnie się poczułam, widząc kogoś uzbrojonego w środku lasu. Wiedziałam, że grają w to już od lat na tych terenach, ale nigdy nie widziałam takiego zastępu „sztucznie uzbrojonych” facetów z bliska w środku lasu. Pan ze skrzydłami kiedyś w to również grał, więc przypomniały mu się nastoletnie lata i zaczął opowiadać… opowieści nie było końca 🙂 Przeszliśmy wiec drogą prawie cały las dookoła… Po drodze jeszcze spotkaliśmy motocyklistę, ale raczej w ogóle nas nie zauważył, tylko zjechał z pagórka i pojechał w inną stronę, robiąc niemały hałas. Kiedy byliśmy z drugiej strony lasu, usłyszeliśmy, jak dwie grupy się spotkały i zaczęły do siebie strzelać kulkami. A maxresdefaultPan ze skrzydłami dalej ciągnął swoje opowieści… W końcu rozmowa zeszła na to, dlaczego ludzie mają potrzebę zabawy w wojnę i chęci doświadczenia takiego przeżycia, aby się bronić, uciekać czy atakować. W końcu doszliśmy do drogi, gdzie można z niej szybko dojść do mojego domu, ale oczywiście poszliśmy w drugą stronę. I szliśmy, szliśmy, zaczęła się przed nami rozciągać otwarta przestrzeń… w końcu doszliśmy do jakiejś betonowej drogi, ciągnącej się w środku lasu i łąk. Stwierdziliśmy, że fajnie będzie nią przejść , no więc szliśmy tą betonową drogą, kompletnie nie widząc gdzie idziemy (miała być to droga powrotna, bo zmierzała ona w tą stronę, mniej więcej), jednak po jakimś czasie zaczęła odbijać całkowicie w inną stronę niż zamierzaliśmy iść. Zboczyliśmy więc z niej i znaleźliśmy się na jakiejś polnej ścieżce, która nie wiadomo było dokąd prowadzi. W oddali tylko widniały słupy, które wyznaczały pozostawanie w  dość bliskiej odległości od domu. Ale nagle ścieżka się skończyła i byliśmy w dolinie, gdzie naokoło nie było widać kompletnie nic poza górkami. Górki były bardzo strome, wyjeżdżone przez motory i można było podejrzewać, że nikt tędy nie chodzi. Jakoś udało nam się wyjść na górkę, choć z bukietem bazi i bardzo śliskimi butami nie było to łatwe. Potem moim oczom ukazał się już znajomy krajobraz. Więc ruszyliśmy w stronę domu, kiedy nagle znów zobaczyliśmy tych z bronią, idących jeden za drugim, w momencie gdy przeskakiwali z jakiegoś pagórka na drugi pagórek. Coś do siebie krzyczeli, co było dziwne, bo raczej nie powinni, bo w asg się nie krzyczy, tak, aby grupa, która ma przygotować zasadzkę nie wiedziała, gdzie znajdują się ich potencjalne „ofiary”, które mają złapać. Poobserwowaliśmy ich aż do momentu kiedy cała grupa znalazła się na innej górce. Tuż potem przyjechał motocyklista, wjechał na stromą górę i towarzystwa już nie widzieliśmy. Ruszyliśmy więc niespiesznym krokiem do domu. O dziwo za całym towarzystwem, które już skryło się za górą biegła sarna… co było dla nas dziwne, bo raczej zwierzęta uciekają od ryku motoru czy odgłosu strzelania kulkami. Tylko kruk leciał w stronę przeciwną. Szliśmy dalej, kiedy zauważyliśmy, że w naszą stronę idzie facet z chartem. Tego charta już raz widzieliśmy, będąc na spacerze kilka miesięcy temu w podobnej okolicy. Jednak nie zważywszy na drogę, w którą chciał skręcić facet, skręciliśmy z naszej ścieżki, tak, aby znaleźć się w pobliżu domu i ruszyliśmy już w celu powrotu. Jednak pogoda była ładna, ptaki śpiewały, a więc aż tak ogromnie się nam do domu nie spieszyło… Kiedy nagle wyrwał nas tylko głos faceta „do nogi, powiedziałem”, który wołał na psa patrzącego w naszą stronę i chcącego pewnie podejść by nas obwąchać. Facet… ewidentnie nas poznał, ale widok obejmującej się w środku lasu parki i trzymającej w rękach cały bukiet bazi dziewczyny wywarł na jego twarzy jedynie uśmiech, choć cały czas udawał, że patrzy na psa. Nasze miny były… też go poznaliśmy, niestety…..  🙂

Potem wróciliśmy do domu.

Kiedy wieczorem poszłam odprowadzić Pana ze skrzydłami do auta zaczęło okropnie padać, zdążyliśmy przejść tylko z domu do auta, kiedy już rozpadało się na dobre. Wcisnęłam się więc jakoś do samochodziku, przez drzwi kierowcy. Kierownica się zablokowała 🙂 I tak już byłam zmoknięta…

Teraz siedzę i słucham jak deszcz stuka o dach domu… Takie dni są fajne. Po prostu fajne, choć nic w nich nie ma szczególnego… A może uczę się cieszyć z małych drobnostek? Ciągle na nowo i na nowo, ale to ważne. Jutro zaczynam coś nowego, to moje postanowienie.

Dobrej nocy wszystkim czytającym tego bloga.