Wszyscy Święci balują w niebie, złoty sypie się kurz…

„…a ja włóczę się znów bez Ciebie.
I do piekła mam tuż…
Świat się tylko już ze mną kręci,
gwiazdy płoną jak stal.
Skasowałaś mnie z swej pamięci,
aż mi siebie jest żal…”

Wczorajszy dzień przyniósł mi chyba to, na co czekałam od dnia ostatniego zamieszczenia tutaj wpisu „Dziwny czas…”Poszłam wczoraj na cmentarz, co prawda pogoda nie sprzyjała wcale, bo padał ulewny deszcz i wiało niemiłosiernie. Wśród tych zalanych wodą uliczek, rozmokłej ziemi, pozrzucanych z grobów kwiatów i dogasających lampek, które rzucały na groby różne odcienia czerwieni, żółci, niebieskości i zieleni, poczułam coś, czego nie czułam już dawno. Ogarnął mnie jakiś wgląd w siebie. Może to miejsce ma takie działanie, albo wyznaczniki kulturowe, bo przecież będąc na cmentarzu wypada się zatrzymać, jednak wczoraj poczułam to bardziej dogłębnie. Jakoś tak zawsze jest tak, że na Wszystkich Świętych, w ten jeden dzień, kiedy pochylam się nad grobami, widzę ten stos kolorowych światełek na grobach i figurki aniołów z kamienia, oprócz myśli o bliskich zmarłych, nachodzi mnie jeszcze inna myśl. Mianowicie w tym całym wyciszeniu czuję dziwną atmosferę, jakby coś pomiędzy życiem, a śmiercią…  Jest tylko cisza, nie ta określana jako zatrzymanie się, zadumanie, ale ta powodująca, że nagle wartości się odwracają, a człowiek przez chwile przyjmuje inną postawę wobec życia, celów do których dąży, marzeń, które ma. Przelatuje mi przez głowę obraz mojego życia, marnego, krótkiego i zdaję sobie sprawę, że w tej jednej chwili, kiedy stoję tu i patrzę w dal, na odległe groby, toczy się życie. To ono właśnie jest tą jedną chwilą. Że w tej jednej chwili właśnie mogę wszystko, a zarazem nic. Potem przypominają mi się podobne stany, których doświadczyłam w innych miejscach. Kiedy się wzruszałam, lub kiedy zachwyciłam tak zwyczajnie jakimś widokiem, być może dla wielu zwykłym, nic nie znaczącym widokiem. Istnienie zdaje się być zarazem tak bardzo kruche i tak bardzo doświadczalne…

Wczoraj, gdy tak patrzyłam na rozmoknięty cmentarz, na ludzi gnających gdzieś w strumieniach deszczu, to wszystko było tak bardzo na pograniczu czegoś nieznanego, co dało się było tak wyraźnie odczuć. Biologicznie rzecz ujmując, osobniki homo sapiens troszczą się o nagrobki innych osobników homo sapiens, których od dawna już zjadają robaki… Szczerze powiedziawszy, to najbardziej mnie przeraża i dołuje w tym całym obrządku. Ludzie często o tym nie myślą, ale mnie jakoś ciężko się żyje z myślą, że mojego ojca zjadły robaki… że jego ciało zgniło, że został może tylko „ładny” grób. Biologia jest nieubłagana, czas również…

Z tej wczorajszej zadumy, z tych stanów zatrzymania wyrwało mnie wczoraj samo życie, konieczny do zrobienia projekt na studia, ludzie. Kolejna taka chwila nadeszła dopiero wieczorem, kiedy pomyślałam o utworze „Bal wszystkich Świętych” Budki Suflera. Piosenka stara i wszystkim dobrze znana. Jednak w muzyce na każdy dzień znajdzie się coś 200152dobrego. Przypomniała mi się chwila, kiedy słuchałam tej piosenki z żalem i prawdziwą samotnością w sercu. Wtedy słowa te miały inny wydźwięk. Co prawda, tekst jak dla mnie nadal aktualny i wszystko się zgadza. Przywołała stare czasy, jeśli mogę powiedzieć tak o latach w swoim życiu. Z nich zostały mi tylko wspomnienia zawarte w piosenkach, ich przeżywaniu i doświadczaniu, parę tekstów, parę zamysłów. Wszystko się pozmieniało, życie się zmienia. Wiem, ze od jakichś paru dobrych lat jest w moim życiu inaczej, ja się zmieniłam… Inaczej nawet spędzam dni, a może już nie pamiętam, jak spędzałam tamte? Przypomina mi się inny tekst.

„jeszcze mi tylko spacer pozostał,
wąską aleją, przez zielony las…”

Zaczęłam jakoś inaczej żyć, inaczej odczuwać świat, może wyrosłam? Pan ze skrzydłami mówi mi, że dużo we mnie dziecka, choć i dużo dojrzałości. To właśnie nasz paradoks… oboje tacy jesteśmy. Tylko, szczerze mówiąc, brakuje mi tamtego przeżywania, tamtego doświadczania świata, teraz są to tylko chwile, na które czekam czasami całymi miesiącami. Żeby móc się zachwycić, tak po prostu, niepretensjonalnie.

Od jakiegoś czasu też czuję w sobie coś, czego dawno nie doświadczałam, potrzebę zmian, potrzebę pójścia w innym kierunku, potrzebę spróbowania innej realizacji siebie, celów, spróbowania inaczej. Czy mi się uda? Mam nadzieję…

„W niebie dzisiaj wszyscy, wszyscy Święci, mają bal…
W niebie dzisiaj wszyscy, wszyscy Świeci mają bal…”

Czuję jakiś niedosyt tym wpisem, może nie to chciałam oddać, a może lepiej tego specyficznego odczucia nie potrafię…

Reklamy

Monotonia- nauczyliśmy się ze sobą nie-być, nauczyliśmy się kochać na odległość…

Fragmenty…

***

„Jestem teraz u Pana ze skrzydłami i powoli czuję, że dopada nas monotonia dnia codziennego. Pranie, sprzątanie, opieka nad zwierzętami, mają bowiem dwa psy, koty i kury. Jego rodzice pojechali na wakacje na dwa tygodnie, a my właśnie rozpoczynamy drugi tydzień pomieszkiwania u niego. Na co dzień więc nie mam zbyt wiele czasu dla siebie samej, bo oprócz obowiązków chcemy też spędzić czas razem. Choć na chwile wyrwałam się z domu, lecz tutaj też dopadają mnie różne smutne myśli, bowiem jest on inny od tego, którego ciągle znałam. Kocha mnie, ale jednak na swoim terenie jest inny, w tej całej monotonni brakuje mi tej czułości którą od niego dostawałam, tego uśmiechu na powitanie, przytulenia. Coś się zmieniło i nie wiem nawet co, chyba pochłonęła nas monotonia życia tutaj, na wsi i zajęcia dnia codziennego. Choć on nigdy zbyt romantyczny nie był, bo to nie romantyk, a raczej chłodny racjonalista, umiał jeszcze nie tak dawno wykrzesać z siebie nutkę opiekuńczości i romantyzmu, a teraz tylko gonitwa za obowiązkami, brakuje mi tego… I mam nadzieję, że się zmieni w najbliższym czasie. Na wakacjach było bardzo miło, spędziliśmy świetny czas, nasza obecność nam wystarczała w zupełności, teraz jest jakoś inaczej… Dopada mnie gdzieś w głowie jakiś kryzys…. „Czy ja będę się potrafiła z nim porozumieć, gdy zamieszkamy razem?” Przyglądam się i rozmawiamy… tyle zrobić mogę.”

***

Nauczyliśmy się kochać na odległość, nauczyliśmy się ze sobą nie-być… Teraz, kiedy go nie ma wydaje się łagodniejszy niż podczas tych wszystkich dni…

Wracam?…

monotonia

O ludziach zajętych…

Świat dzisiaj funkcjonuje w zawrotnym tempie. Ciągłe zajęcia, szkoła, praca, na rodzinę nie ma czasu, z niektórymi ludźmi pozostają tylko jakieś przelotnie wymienione zdania. Ludzie są generalnie zajęci… listbardzo zajęci. Otóż wczoraj, późnym wieczorem otrzymałam wiadomość. List, którego się w ogóle nie spodziewałam od osoby, która nie odzywała się przez dość spory czas, więc uznałam tę relację za zawieszoną w próżni i nie czekałam na odzew. W wiadomości tej było napisane, iż osoba ta bardzo by chciała się ze mną spotkać, jednak do tej pory nie miała czasu, ażeby napisać. W dalszej części listu przeczytałam, iż nadal nie ma czasu, bo w tygodniu jest bardzo zajęta, a w weekendy oprócz pracy spędza czas z ludźmi, używając, a bardziej obrazowo rzecz ujmując (nad)używając pewnej substancji i na prawdę, nie miała czasu na spotkanie, choć bardzo chce. Nie wie też, co z tym zrobić, bo bardzo chciałaby porozmawiać, no ale nie wie jak to ugryźć, bo czasu tak mało. Do tego dołączone były jeszcze uściski. 

W pierwszym momencie doznałam lekkiego zdziwienia, a potem zaczęłam się śmiać. Ja też nie wiem, co odpowiedzieć…

Wszyscy dzisiaj są tak bardzo zajęci, tak bardzo zagonieni… I tak mocno osadzeni w swoich sprawach, że nie mają czasu na NIC. M. taki zajęty, jak sam mi powiedział „swoimi sprawami”, że znaku życia przez rok dać nie mógł. Swoją drogą, kurde, co to za sprawy… aż chciałabym wiedzieć, bo ciekawa jestem, jaka sprawa zajmuje aż cały rok! O N. to już nie wspomnę, taki zagoniony ten mój znajomy, że strach się nawet zapytać co robi. Nie ma czasu napisać czegokolwiek, bo tu praca, tu szkoła, mnóstwo obowiązków, nie ma szansy znaleźć czasu…. 

Szkoda… tylko, że przy codziennych treningach, pracy i pasji, jadąc przez pół Polski, po trzech występach w zbroi i pełnym oporządzeniu na prawie 30-stopniowym upale można znaleźć czas… 

 

 

Cowboy, oh, cowboy…

O TYM, „JAK ZŁAMAĆ” KOWBOJA, CZYLI WPIS SPECJALNIE DLA LENKI! 🙂

Kowboj jak wiadomo z różnych źródeł, najczęściej pracuje na ranchu, zaganiając bydło, pracuje też z końmi, często dzikimi ogierami, „łamiąc” je różnymi sposobami, czyli najprościej mówiąc, zmuszając do tego, aby były spokojne, pozwoliły się osiodłać i zajeździć człowiekowi, służąc mu potem przez wiele lat przy zaganianiu bydła. Kowboj też bierze udział w różnych pojedynkach, najczęściej rewolwerowców lub też, będąc kowbojskim bandytą przemierza puste prerie szukając okazji do zgrabienia jakiegoś banku czy czegoś w tym rodzaju. * Wszystkie te wymienione czynności wskazują na to, iż kowboj sam z siebie musi wykazywać się niecodzienną odwagą, siłą fizyczną, zwinnością, konkretyzmem, sprytem, a nawet być surowy, ostry, silny, nieustraszony w walce, niezłomny i niezawodny. Takiego trudno zaskoczyć, trudno zdominować. A problem z tym mają nawet najwięksi przeciwnicy Dzikiego Zachodu. Bowiem jego jedynym prawdziwym przyjacielem jest koń i rewolwer, który stale nosi przy sobie i wyciąga przy każdej możliwej okazji, aby popisać się swymi umiejętnościami posługiwania się nim.

Otóż, w tym roku, tak, jak Wam wspominałam wcześniej, miałam przyjemność, a może i tę ODWAGĘ, aby poznać takiego kowboja! Nieustraszony, nieugięty, (oczywiście, jego przyjacielem był koń i rewolwer, nie licząc przyjaciół z grupy kowbojskiej, bo wiadomo, jak to na Dzikim Zachodzie bywa…) a do tego tak miły i życzliwy, że aż nie sposób tego opisać. Kowboj, a do tego gwiazda polskiego jeździectwa.

Zapoznałam się z nim właściwie przez przypadek. Zawsze, gdy widziałam jakiś interesujących ludzi, ciągnęło mnie do nich. Aby się z nimi zapoznać, aby porozmawiać na interesujący mnie temat, na temat zainteresowań, które właśnie prezentowali. Tak, jak na wieczorkach poetyckich zawsze trafiałam na rozmowy z tymi poetami, których to był wieczorek, tak, jak na koncertach zawsze trafiałam prywatnie na głównych wokalistów, do których inni ludzie krzyczeli spod sceny, w tym Maćka Balcara, tak wtedy również trafiłam do rozmowy z gwiazdami Dzikiego Zachodu. I właściwie przez przypadek trafiłam na… niego. Kowboja… Właściwie kaskaderka konnego, który w sumie woli jeździć, jako Kozak, ale nie będę wnikać w szczegóły, bo ma być zabawnie i przyjemnie 🙂 Porozmawialiśmy chwilę na łączce, na której pasł konia. Ja w ogóle dumna, zadowolona i przeszczęśliwa, że gwiazda ze mną w ogóle rozmawiać chce! O koniach, o pokazach, o diecie dla koni, o cenach takich rumaków, o tym, jak przygotowuje konia do pokazu, skąd u niego taka pasja, jak zaczynał, o tym, że ja mam swojego konia. Więcej nie zdążyłam mu powiedzieć, bo już musiał iść do swojej drużyny, kąpać konie po pokazach. Wróciłam do domu późno, siedzę w swoim pokoju z Małą. I się ciesze i mówię, jak bardzo podobały mi się pokazy i, że rozmawiałam z gwiazdą jeździectwa (Jeszcze nie wiedziałam, co czeka mnie następnego dnia.. 🙂 . I w pewnym momencie myślę sobie, kurcze, fajny chłopak! Rozgarnięty, bardzo miły, inteligentny, grzeczny, uprzejmy, a przecież nie stary jeszcze, może coś koło dwudziestu kilku lat, tylko wygląda poważniej, bo wiadomo, jak to przy koniach, po za tym w stroju kowboja. Kurde, człowiek to jednak od radości zgłupieje! Nie widzi najlepszych rzeczy… Nic o nim nie wiedziałam, ale bardzo spodobało mi się jego zachowanie i postawa względem innych ludzi i pasji do koni. Na prawdę, świetny kowboj i mądry 🙂 Nie chciałam „startować”, jako do faceta, wydał mi się po prostu bardzo wartościowy, jako człowiek. Pomyślałam, że miło by było poznać go jako znajomego, czy kolegę 🙂 Tylko trochę niezręcznie się czułam… ja i rozmowa z gwiazdą kaskaderki konnej? Z człowiekiem, który być może gra w zachodnich produkcjach? Jednak ponieważ nigdy nie miałam większych problemów przy pierwszym kontakcie z ludźmi, postanowiłam, że gdy jutro nadarzy się okazja, spróbuję o czymś jeszcze porozmawiać 🙂 Dodatkowo moim marzeniem było wsiąść na takiego konia kaskaderskiego, ale gdzie tam mnie wsadzą na konia za 30 tysięcy… Mogę pomarzyć.

Nazajutrz rano wstałam, idę na spacer, zajrzeć do kowboi. Mieli dać pokaz, ale ponieważ program imprezy się nieco sypał, to szykowali się dopiero. Patrzę, a kowboje z fajkami w ustach, wywijają w najlepsze do pieśni indiańskich 🙂 Jednak wśród nich nie było tego jednego kowboja. Pouśmiechałam się do nich, powiedziałam, że tańce idą im całkiem nieźle 🙂 Pośmialiśmy się chwilkę i poszliśmy na pokaz. Oni prezentowali baty, a ja ich nagrywałam. Po tym pokazie miała być parada wszystkich przebierańców. Podczas tego pokazu młody kowboj przyjechał na koniu wraz ze starszym i czekali, aby jechać, jako delegacja kowboi na paradzie. Odeszłam wiec od miejsca pokazu i poszłam zrobić im zdjęcie. Ustawiam się, aby dobrze skadrować, a kowboj się cieszy do mnie, a cieszy… Uśmiech jak nie wiem… 🙂 Zrobiłam zdjęcie, wróciłam na pokaz, ale ten zaraz się skończył, wiec znowu idę do „moich kowboi”, którzy czekają na paradę. Program się sypie, parada się przeciąga, a ten, jak mnie widzi, to się do mnie śmieje, no więc podchodzę do niego i pytam się, czy nie można by było na takim koniku do zdjęcia, tak proooszę… I robię takie oczy, jak kot ze Shreka. Jeszcze dobrze nie skończyłam słowa proszę, a kowboj był już na ziemi… Wsiadłam więc na jego konia, oczywiście ojczym z mamą szaleją, robią zdjęcia, filmiki, z każdej strony, jak się tylko da. Kowboj się na mnie patrzy… Ale ponieważ tłum ludzi, więc trzeba tego konia różnie ustawiać, zaczęłam go więc przestawiać… Potem ojczym chciał, żebym się przejechała kawałek. Kowboj nic nie mówi, wiec ruszyłam, jadę, jadę… A właściciel się zajął rozmową z kumplami, którzy właśnie przyszli z pokazu batów i w ogóle się nie czepia. Więc sobie jeżdżę 🙂 Potem widzę, jak młody kowboj tańczy, tzn. trudno nazwać to tańcem. Trzyma się za pasek i wywija rękami w górze, jakby lassem, to tego przeskakując z nogi na nogę tak w rozkroku. Fajnie to wyglądało 🙂 Zaczęłam się śmiać… Potem podjechał do mnie drugi kowboj, jego kolega, przytulił mnie, siedząc na drugim koniu, dał swojego kolta do zdjęcia 🙂 Rodzinka robi 333 ujęcia, ja się z koltem wygłupiam na koniu, a młody kowboj się cieszy i patrzy co jak robię 🙂 Potem znowu sobie ruszam, jadę, już w inną stronę i nagle słyszę takie głośne „prrr”! Pierwsza moja myśl- „Kurde, co jest, coś nie tak z tym koniem zrobiłam?” Odwracam głowę, a tam kowboj wariacik się trzyma za ogon mojego konia i jedzie za nim na butach… Jak ja się zaczęłam śmiać!!! 🙂 Potem się już towarzystwo uspokoiło, podjechałam do niego, siedzę wciąż na koniu, zaczęliśmy rozmawiać. Najdziwniejsze było to, że podczas całej mojej przejażdżki na koniu, ten młody kowboj niesamowicie się kręcił. To znaczy, przestępował z nogi na nogę, ciągle się rozglądał, nie, żeby spojrzeć na mnie i swojego konia tylko gdzieś w bok, albo patrzył w ziemię… Kiedy podjechałam do niego bliżej, to już w ogóle… Kręcenia się nie było końca. Kiedy zaczęliśmy rozmawiać, o koniach, no bo o tym jakby najłatwiej zacząć, widziałam takiego „luzaka”, wczoraj taki nie był. Gadamy, gadamy, myślę sobie-„za bardzo się wstydzi, trzeba coś wymyślić”,  w końcu schyliłam się, żeby pogłaskać konia po szyi i mówię, „a jest jakiś kontakt do Was?” i odruchowo się na niego spojrzałam, tak, powiedzmy dość z bliska, w oczy, bo jego twarz była trochę wyżej niż głowa konia i akurat w tym samym czasie on się tez spojrzał… Zapadła cisza, wzrok jego wbity całkowicie w ziemię… Nagle, może po dwóch sekundach podnosi głowę i wraz z zebraniem całej kowbojskiej odwagi, trochę dosadniej : „A co byś chciała?” I w tym momencie widzę, że widzi, że  go nazwijmy to „zaczepiam” 🙂 -” No, pogadać… o koniach, zapytać się o jakieś wskazówki, bo chciałabym się nauczyć jakiś elementów westernu, a też ze swoim koniem to tak ciężko, jak nie ma kto pokazać”-odpowiadam. -To do B.-odpowiada starszy kowboj, bo  młody jeszcze ciągle jest chyba w jakimś amoku i starszy widząc to , ratuje mu skórę. -Tak, tak, to do B.- przytakuje młodszy zdaje by się odruchowo, bo sam nie wie, co ma zrobić. B. to ich kumpel, inny kowboj. Myślę sobie, „Eh…. Nie mogłeś trochę opanować strachu?”

I w taki to sposób filigramowa kobietka „złamała” kowboja i wschodzącą gwiazdę polskiego jeździectwa…

Ale też trochę dziwnie się poczułam, bo na pytanie o kontakt tak dość impulsywnie zareagował… Może coś nie tak jednak, myślę sobie. Oczywiście nie wiem, w jakich jest układach, ale przecież pogadać zawsze można, a jest to osoba na prawdę, tak otwarta do innych, że aż się zdziwiłam. Potem nagle przychodzi ojczym, trzeba iść, bo obiad jest już zamówiony. Podziękowałam mu serdecznie za konia i przejażdżkę, choć lekko zdziwiło mnie jego zachowanie, ale myślę sobie, trudno, obrazi się to się obrazi. Myślałam, że zostanę na tej paradzie… No ale cóż. Poszłam na obiad i musiałam oglądać, jak M. złamał parasol… Dziwna historia.

Do kowboi wróciłam dopiero na ostatni ich występ kaskaderski. Podchodzę do maneżu na którym były pokazy. Wjeżdżają, żeby rozgrzać konie. Pierwsze okrążenie jadą powoli. Ojczym krzyczy „brawo!!!”  Młody kowboj jedzie jako ostatni, tłum ludzi, a ja nagrywam wszystko na filmiku, a ten dostrzega mnie w tym tłumie, przejeżdża koło mnie i zaczyna się do mnie uśmiechać i cieszyć 🙂 Ja się zaczęłam do niego też śmiać, oczywiście nie nagrałam tego, bo ręce dałam na dół i sprzęt zarejestrował w tym momencie piasek… Na innych filmikach kręconych przez innych ludzi też tego nie widać. Na prawdę, widziałam, że się po prostu cieszył, jak mnie zobaczył.

Wyobraźcie sobie, że podczas drugiego występu tak się biedaczek chyba zestresował, że koń nie chciał mu galopować. Konie bowiem bardzo ST_HL_2004_379dobrze wyczuwają napięcie jeźdźca i jeżeli jeździec jest cały spięty, to konie potrafią robić różne rzeczy. Akurat wtedy nie chciał się słuchać. Potem się śmialiśmy z mamą i ojczymem, że rzuciłam urok na jego konia 🙂 Po ostatnim pokazie chciałam jeszcze do nich podejść, pogratulowałam im, ale nie udało się już pogadać, bo kumple dokoptowali mu jakąś dziewczynę, która nie umiała jeździć, a chciała się powozić, więc cały mokry i zmęczony wsadził ją na konia i prowadzał. Na prawdę był zmęczony… Z resztą, jak ktoś nie próbował, nie wie, ile wysiłku wymaga sama jazda, a co dopiero kaskaderka konna. Ale wtedy podeszła do niego koleżanka mojego ojczyma, która też ze swoim partnerem i z nami tam była na wakacjach no i chciała zdjęcie. A kowboj serio padnięty, idzie ze spuszczoną głową, nawet do tej dziewczyny mu się nie chce gadać, a ona coś tam nawija cały czas… Ale, jak zobaczył mojego ojczyma, no to błysk w oczach, postawa, uśmiech, do zdjęcia się trzeba uśmiechnąć. A potem znowu poszedł taki zmęczony, prowadząc konia i tą dziewczynę na nim…

Jego koń zapewne nie był zadowolony. Mając takiego kowboja za pana, który już z sam z siebie jest ciasteczkiem, musi jeździć za trzech… bo każda dziewczyna chce akurat na tym koniu się przejechać. Co prawda- ja nie mówiłam, że akurat na tym, sam mi zeskoczył hihi.  🙂 I takim to właśnie sposobem pokonałam kowboja z rewolwerem 🙂 Czasami to tak sobie myśle, jakby wyglądało życie u boku taiego dzielnego kowboja, na rancho… ze stadkiem koni i prerią…. Eh, pomarzyć można hihihi 🙂

*-Opisany przeze mnie typ kowboja nie do końca zgadza się z rzeczywistym, w rzeczywistości kowboje na terenach Zachodniej Ameryki zajmowali się wypasaniem bydła.

P.S. Wpis jest lekko ironiczny i pisany „z przymrużeniem oka”, co do zawodu pasterza bydła, bo kowboje w rzeczywistości byli pasterzami bydła. Jednak dziękuję temu chłopakowi bardzo, za to, że dał mi wiarę prawdziwą w ludzi i siłę, aby się nie poddać i iść dalej, walcząc o siebie, mimo, że wokół zawaliło się prawie wszystko w czym pokładałam nadzieję i nie miałam już w co wierzyć… 

Żyję jak wszyscy wielcy…

Czuję się przemęczona, a tu dopiero piętnasty kwiecień… Ostatnio czas mija mi na słuchaniu Lady Pan i Oddziału Zamkniętego… dzisiaj jednak wróciłam znów do Dżemu. Jednak Dżemowe kawałki są niezastąpione. Mogę ich słuchać, to chyba dobrze… Zaraz po tym, jak zobaczyłam Indianera z tamtą laską nie mogłam. Sama jeszcze nie wiem, co zrobię z Nietoperzem, powoli odkrywam jego świat i nie chcę go nigdzie etykietować, nawet, jeśli zrobił w swoim życiu parę rzeczy, których nie pochwalam. Przecież to samo robili wielcy artyści, ba, może nawet jeszcze gorsze rzeczy, a świat ich kocha… To chyba jest jeden z tych, z którym można godzinami siedzieć na peronie, w podartych ciuchach, pić piwo i gadać o… wartościach. Dzisiaj jest ten dzień, kiedy czuję, że chce mi się znów pisać teksty, a nie mam siły…

Żyję, jak wszyscy wielcy. Obserwuję, analizuję, myślę, wreszcie piszę, a potem „zdycham” przez kilka dni w łóżku… to są stany…

-nie piję

-nie palę

-nie ćpam….

 

Zmieniam się przy zapachu wiosny…

Wiele działo się od mojego poprzedniego wpisu, zarówno w mej głowie, jak i dokoła mnie. Mam teraz tysiące niepoukładanych i poukładanych myśli, które staram się uporządkować. Myślę, że czas już zacząć pisać, dzielić się tym, co przeżyłam i przemyślałam ostatnio z Wami, jednak ciągle coraz mniej czasu, a do napisania coraz więcej. Muszę się zabrać… Zmieniam się. Sytuacja o której pisałam poprzednio dużo mnie „nauczyła”, chyba z resztą każda sytuacja czegoś uczy, jeśli potrafimy wyciągać nowe wnioski. Moje życie toczy się teraz trochę inaczej, w zmożonym tempie, a więc mam mnóstwo pracy. Zmieniło się moje podejście do wielu spraw, można by rzec, że się pozbierałam i działam. Tak wygląda to na oko, w rzeczywistości jednak, owszem, działam, lecz w mojej głowie dzieją się różne rzeczy. Te pozytywne i te mniej dobre dla mojej psychiki… Jednak muszę przyznać, że mam satysfakcję z tego, iż potrafiłam się jakoś zmotywować, mimo tego, co jest we mnie na co dzień i emocji, które muszę skrupulatnie przeżywać… No właśnie…przeżywanie… o nim też dużo tutaj napisze, jednak innym razem.

Zmieniam się, widzę jak się zmieniam. Ostatni tydzień przyniósł dużo, ale jak napisałam do mojej Mamy, staje się kimś innym niż bywałam do tej pory… Ludzie twierdzą, że na zwykłe spotkania ze mną na przystanku będą dyktafony przynosić, a koleżanka pyta mnie kim tak naprawdę jestem, bo takiej osobowości jeszcze nie widziała… Podobnież potrafię całymi godzinami gadać o wartościach, ideach, założeniach, spostrzeżeniach, a potem uciąć dyskusję paroma słowami, takim porównaniem, że ciężko nawet go wymyślić wcześniej i wpasować w dany temat. Przyznaję, że coś w tym chyba musi być. Pisząc to nie mam zamiaru się chwalić, czy wywyższać, piszę to, co czuję i jakie informację odbieram od środowiska w danej chwili. Dodatkowo dziwnym zbiegiem okoliczności zauważyłam, gdy w wolnej chwili przeglądam Wasze blogi, bo przeglądam, tylko śladu nie zostawiam, bo czasu nie mam, że na Waszych blogach powstają podobne tematy, podobne refleksje, trafne przemyślenia. Bardzo mnie cieszy ten fakt, iż może moje teksty, choć czasami banalne i niedociągnięte budzą w Waszych głowach jakieś myśli, refleksje. To wartościowe. Obserwując taką zależność mam czasem cichutką nadzieję, że może miejsce to skłania Was do przemyśleń…… ale to tylko moja cichutka nadzieja. Im jestem starsza, tym staję się bardziej odmienna od świata, jego założeń, przekonań. Tylko, czym tak naprawdę jest świat? Tym, co widzimy? Kiedyś oglądałam film o męce Chrystusa. Takich ekranizacji fragmentów Biblii powstało mnóstwo, ale w tym własnie filmie, o którym napiszę tutaj zapewne niebawem padło takie stwierdzenie ” Moje królestwo nie jest z tego świata […]” Te słowa skłoniły mnie do przemyśleń… jakich, napiszę…

Ostatnimi czasy wracam do „starych” piosenek, z lat 70, 80… przypominają mi tak wiele rzeczy. Mnóstwo osób dziwi się, że słucham takiej muzyki, jednak ja uważam to za muzykę mojej młodości, choć urodziłam się dużo później. Jednak będąc bardzo młodą dziewczyną właśnie słuchałam tych hitów. Poznawało się wtedy kanon polskiej muzyki rockowej, rozrywkowej… takie klasyki, które każdy zna i śpiewa cicho pod nosem, udając jednak, że nie ma zdania na temat wartości o których mowa w piosence, żeby o nich nie rozmawiać… Każde pokolenie poznaje te piosenki na nowo, a przynajmniej powinno, bo to muzyka wartościowa. A jeśli potrafimy przeżywać i odbierać ją w sposób emocjonalny to naprawdę dużo daje dla nas samych… Ostatnio pisałam esej o książkach, ostatnio w ogóle bardzo dużo piszę. Podobno, że książki są wejściem do „innego świata”, że działają na ludzi bardzo różne, że stymulują inne, abstrakcyjne myślenie o świecie, to tak w skrócie, odszukajcie sobie, jeśli chcecie esej Jana Tomkowskiego o książkach. Wartościowy.  Napisałam o drzwiach percepcji, nie wiem co będzie z tą pracą… Zapewne napisze tu swoje zdanie na ten temat, sądzę, że warto.

20151027_152857

Z dniem dzisiejszym też uważam rozpoczęcie sezonu wiosennego na moim rancho! Dziś słońce zaświeciło pierwszy raz od wielu dni nad moją doliną. Poszłam więc, wypuściłam zwierzaki, parę nie-moich się „dopałentało”, a ja siadłam w moim ulubionym miejscu słuchając starych piosenek właśnie. odpoczywałam choć przez chwilę. Kocham to miejsce, uwielbiam wiosenne słońce, w ogóle uwielbiam słońce. Świat nabiera wtedy zupełnie innych barw, z biegiem czasu jednak wydaje mi się coraz częściej, że chmury też są potrzebne. Nadają wtedy mojemu miejscu inny wymiar, inny klimat, charakter… Kocham patrzeć na moją dolinę kiedy świeci takie wiosenne, radosne słońce. To miejsce jest takie piękne… To chyba jedyne miejsce, w którym czuję się dobrze mimo tego wszystkiego, co mnie smuci. I choć nie zawsze tak było, dziś czułam się dobrze, było mi lepiej. Przetrwałam zimę i jestem z tego dumna. Staram się tym cieszyć, bo bardzo tęskniłam do wiosennego klimatu, słońca za oknem i możliwości zachwycania się zachodami słońca. Choć letnie i wiosenne słońce dużo mi przypomina, wraca wtedy przeszłość, te barwy, takie same… O niektórych relacjach, ludziach i rzeczach nie da się zapomnieć, czy da się zdystansować? Na pewno, ja jeszcze nie wiem, co z tym zrobię. Na razie wiem, że przetrwałam murowaną zimę i dobrze mi z tym! W ferworze pracy miałam czas, żeby przemyśleć parę spraw, choć zasypiam z nimi w  głowie i budzę się z nimi w głowie. Choć teraz już przebudzenia są łatwiejsze, bo po paru sekundach od przebudzenia nie uświadamiam sobie na nowo, że coś jest nie tak…

A tutaj mały, uliczny obrazek, mnóstwo wspomnień i sentymentów, chodzi mi po głowie, więc niech się tu znajdzie, na pamiątkę 🙂

 

Kim Ty jesteś…? Metaforyczna podróż piątkowego wieczoru.

Pochłonęły mnie rozmyślania, jak chyba każdego wieczoru. Przypominają mi się ludzie, sytuacje, słowa…
Kiedyś, może dawno, a może nie, przypłynął mi do głowy pomysł by założyć blog. Miejsce poświęcone na moje myśli, sentencje, teraz może dojdą wreszcie prace, które zapisuje w moim notatniku. tak, raczej tak. Próbowałam „uzbierać” na drugi blog, jednak się nie uzbierało… Wierszy mnóstwo, nie mam jednak zwyczajnie sił i czasu. Myślę, że trudniej stworzyć miejsce, które prócz tego wszystkiego, co się w nim znajdzie będzie miało jakiś klimat. Konkretny, być może odsłaniający kawałek po kawałku kim jest jego autor…

Niedawno, kiedy po przeczytaniu fragmentu owej książki, (która pozwoliła mi inaczej spojrzeć na siebie) wreszcie zrozumiałam, po wielu latach, choć w małej części, co tak na prawdę we mnie jest, usłyszałam pytanie wraz ze stwierdzeniem „Kim Ty jesteś? Coraz częściej dochodzę do wniosku, że wciąż Cię nie znam…” Te słowa zabierają mi jakkolwiek możliwość dogłębniejszego przedstawienia się w tym miejscu, choć myślałam, że dużo o sobie wiem. Stoję, brutalnie wypchnięta na środek sceny teatru zwanego życiem i… brak mi słów. Choć to rzadko się zdarza, dziś nie wiem, co powiedzieć. Być może nikt jeszcze nie napisał dobrego scenariusza do mojej własnej sztuki życia i nie znam monologu…?Większość legła w gruzach, może już czas zacząć żyć inaczej? Nie wiem, co ze mną się stało, ale wreszcie zaczynam dostrzegać siebie, swoje motywacje, zaczynam rozumieć czemu jest tak a nie inaczej. I to nie za sprawą terapii, choć też na nią poszłam. Za sprawą paru słów z tego „innego świata”, ze świata ideologii innego życia.  Wiem, można to wyśmiać, nigdy nie byłam do końca „normalna”, jak mówią inni wokół mnie… Ironia wobec świata jest chyba największą bronią, tylko, czy jest mądra? Bo chcący stworzyć ironię można się przejechać…

W związku z tym, co napisałam powyżej zajdą się tutaj moje wiersze, aforyzmy, sentencje, może cytaty z książek… Wszystko, co przyjdzie mi na myśl, nie będę się ograniczać w żadnym stopniu. Sądzę, ze życie już wystarczająco nas ogranicza.  Kiedyś chciałam rozdzielać, dziś już nie wiem, chcę żyć…  Moje teksty jednak zawierają duży ładunek emocjonalny, są próbą wyjścia z…hm… burzy?  Chyba tak. Dlatego adres bloga musi się zmienić. Zmienić się, żebym pozostała anonimowa.  Bo chcę być anonimowa, wtedy i tylko wtedy będę się mogła tutaj doszczętnie wypisać. Choć i tak, po tym, co napisałam to już chyba…a… Więc tak myślałam, myślałam i wymyśliłam, chyba nawet trafne stwierdzenie… Już kiedyś o tym pisałam, mianowicie „Riders on the strom”. Zmieniam się, mój świat i moje myśli zaczęły gdzieś krążyć w ostatnim czasie, ale nadal czuję się jak zagubiona pośród burzy przez… życie.

Myślę, że nie potrzeba tutaj więcej słów. Jeździec pośród burzy to ja… i choć rzeczywiście, potrafię jeździć konno, gdyż konie od zawsze mnie fascynowały  swoją dzikością i łagodnością zarazem, to jednak  pomysł na nowy tytuł blogu wziął się z pewnej metafory. Kiedy o tym piszę jawi mi się przed oczami obraz kobiety, oddaląjącej się na swym rumaku, wokół której szaleje nieustanna burza, która nie chce ustąpić… Burza, zwana życiem…

Chcę pozbierać cząstkę siebie, chociaż blog ten chyba pozostanie moją tajemnicą. Nie wiem, czy to nie za dużo, niemniej jednak chcę. Od kiedy odkryłam coś, czego wiem, że nie da opisać się dostatecznie słowami, chcę spróbować. Moją odmienność, wrażliwość i postrzeganie świata. Myślę, ze są na tym świecie „rzeczy” nienazywalne, pozbawione jakiegokolwiek sensu, ładu czy harmonii, ale to one tworzą ten świat, nasz świat… Są zjawiska, których nie da się zobaczyć, można je tylko poczuć. Dlatego staram się je jakoś uporządkować w mej głowie pisząc to tu, to tam… Wiersze, jeśli można to nazwać poezją, choć to chyba próbki literackie, aforyzmy, sentencje, przemyślenia… Jest to mój sposób na radzenie sobie z burzą, która nie ustaje, podczas, gdy mój koń dalej stąpa wioząc mnie, gdzie? Nie wiem…

Ta piosenka jest psychodeliczna, za każdym razem, kiedy jej słucham, czuję coś innego, niepowtarzalnego, jeden i ostatni raz…