Zabezpieczony: Rozpacz…

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Reklamy

Kochanie, poznaj moich rodziców…

Wróciłam po komunii siostry Pana ze Skrzydłami. Poznałam jego rodziców i muszę stwierdzić, że spotkanie to przebiegło poprawnie, choć nie wylewnie. Oboje nie są wylewnymi osobami, więc i rozmowy ograniczyły się do minimum. Porozmawialiśmy chwilę i jeszcze raz potem na komunii, na sali. Wbrew temu, co mówił mój ukochany, okazali się być mniej groźni i mniej zaczepliwi. Matka to dość prosta kobieta, mało kobieca i dość specyficzna osoba. Kiedy dałam siostrze Pana ze Skrzydłami książeczkę  do malowania z końmi, ponieważ też lubi te zwierzęta, rozległo się po domu zdziwienie Matki

-Łoo, jakie szkapy! Będziesz malować!

Potem zachęcała mnie do obejrzenia małego kucyka, który urodził się niedawno, ale Pan ze skrzydłami stwierdził, że widziałam przecież więcej koni niż ona i aby dała spokój, bo to nie jest dla mnie atrakcją. W gruncie rzeczy jednak chodziło o to, aby mógł ze mną pobyć sam na sam. Po tym stwierdziłam, jak się potem okazało, z resztą słusznie, że Mama mojego faceta jest prostą kobietą, żyjącą cały swój żywot na wsi, rozlataną i nieco roztargnioną, zajmującą się tylko małą siostrą pana ze skrzydłami, która jest chora na zespół Downa. Podobnież mama klnie jak szewc, ale ja tego nie odczułam, bo widocznie musiała się powstrzymywać w moim towarzystwie.

Ojciec natomiast zachowywał się w moim towarzystwie bardzo kulturalnie i grzecznie. Obserwując go dostrzegłam, że baaardzo zasadniczy z niego gość i choć Pan ze skrzydłami wiecznie się z nim kłóci, bo jak twierdzi człowiek ten nie potrafi być dobrym ojcem, a może nawet i w ogóle ojcem, to przy mnie zachował pozory i stworzył wrażenie bardzo kulturalnego człowieka.  Choć poglądowo jest jak dla mnie też dziwny. Wmawiał mi na przykład, że pan ze skrzydłami i tak do niczego w życiu nie dojdzie, nic nie zdobędzie. Człowiek ten żyje w głębokim podobnież przekonaniu, iż jeżeli ktoś jest ateistą to Bóg na łożu śmierci wyśle po niego samą śmierć, bo tak opisywał niegdyś umierający w jego rodzinie dziad, pradziad… a i za życia niczego nie osiągnie, bo wszystko dane jest przez Boga… Stara się też pana ze skrzydłami wychowywać tak zasadniczo, podczas gdy ten ma inne podejście i poglądy na świat. Ojciec natomiast twierdzi, że ten się przemądrza i, ze w niczym nie ma racji, a teorie naukowe, które nieraz porusza w rozmowach to hipokryzje i miała nadzieję, że kiedy pójdzie na studia wybiją mu te głupoty z głowy… nie wie on jednak, ze właściwie to pan ze skrzydłami na studiach znalazł potwierdzenie dla swoich niektórych poglądów…

Pamiętam, kiedyś siedzieliśmy w kawiarni gdzie zawsze udawałam się z Chomiczkowa, to była nasza pierwsza kawa, pierwsze spotkanie. Mówił mi wtedy o tym, że ojciec kiedyś powiedział mu, że go nienawidzi i, że nie jest już jego synem. Stwierdził, że są słowa takie, których po prostu nie powinno się nigdy mówić, nawet w emocjach. Natomiast na sali komunijnej to ojciec z uporem maniaka twierdził, że to to pan ze skrzydłami powiedział, iż nie jest ich synem. Na nieszczęście, choć siedziałam na honorowym miejscu, zaraz przy rodzicach małej, to pomiędzy jednym a drugim, co nie było zbyt komfortowe… bo oczywiście wywiązała się ostrzejsza wymiana zdań.

Oprócz rodziców w domu, obok pokoju pana ze skrzydłami, który już dawno wyniósł się na dół od rodziców, mieszka jeszcze babcia, staruszka nie może chodzić, ledwo porusza się po mieszkaniu swoim i nie jest uciążliwa. Ma swoją kuchnię i pokoik. Niestety babcią nikt się nie zajmuje zbytnio. Całymi dniami siedzi i patrzy na trwam lub się modli. Mama nie schodzi za często na dół, jedynie raz na dzień wieczorem, zajrzeć co tam u babci, nie robi też śniadań, obiadów czy kolacji. W lodówce było tylko 6 knopersów, więc musieliśmy zamówić pizzę, aby mieć kolację. Są jeszcze dwa psy, 2 koty i kury… Jamniczek pana ze skrzydłami polubił mnie od razu choć twierdził (pan ze skrzydłami), że nie lubi obcych i nie toleruje nowych przybyszów w domu.

Cały dom jest stary i „niedokończony” w tym sensie, że nie ma tam takiego porządku, jaki ja lubię. Na środku holu leży mata- a to niech leży, po co ją chować. Tu gdzieś rozwalona podłoga, brakło paneli, to niech tak zostanie. W pokoju, gdzie mogłam rozłożyć swoje ubrania pachniało tylko starością i były krzesła, stare krzesła, z poprzedniego umeblowania holu na górze, których ojciec nie dał wyrzucić… Na stole jakiś materiał, czy to obrus…? Nie wiem, troszkę podobne to było… Ale w sumie to nie o tym chciałam…

To, jak zachowywał się Pan ze skrzydłami wprawiło mnie w niemały szok… Chłopak „skakał” koło mnie, jak koło jakiejś księżniczki. Miałam wszystko, to co chciałam i czego potrzebowałam nawet bez wychodzenia z pokoju. Rano robił mi śniadanko do łóżka i herbatę… choć nie wiem, skąd brał jedzenie… pewnie z kuchni babci…  Nigdy w życiu bowiem nie widziałam tak zachowującego się wobec mnie faceta, z resztą w mojej rodzinie model i role są zupełnie inne. Kiedy rozbolała mnie głowa, 15 minut przed komunią, kiedy wszyscy byli już przed kościołem, to podjechał ze mną do apteki i kupił mi tabletki, żeby nie musiała mnie boleć na komunii. Opiekował się mną jak mógł… Do tego wszystkiego, co zaobserwowałam… rodzina ma go za parobka i nie jest to tylko codzienność przy święcie, ale na co dzień… na komunii, na sali, musiał być za kelnera, roznosić jedzenie, podawać, zbierać, znosić, znów rozkładać, po komunii odwieźć sąsiadkę, rozpakować skrzynki, które zostały po komunii, opiekować się siostrą, babcią, która nie może chodzić. No i jeszcze mną, choć nie oczekiwałam tego… kiedy zapytałam go, czy często tak biega, stwierdził, przecież to normalne. Nie chciałam mu jednak powiedzieć, że rodzice się nim zwyczajnie w świecie wysługują i zwalają na niego obowiązki, które mógłby choć częściowo wykonywać ojciec…  Przecież chłopak jeszcze pracuje na 3 zmiany- nocka, rano i po południu i się uczy, eh… Szkoda mi go, ale wiem, ze tego nie zmienię. Kiedy już i tak był cały mokry i spocony a chciałam herbaty, która została na dole, bo musieliśmy iść na górę pilnować małej, to zszedł na dół i mi ją przyniósł, choć była 22.00 w nocy i oboje już ze zmęczenia półsiedząc leżeliśmy po prostu na sobie nawzajem, bo nie mieliśmy już siły na nic. A potem… potem jeszcze o 22.30 znosił z rodzicami skrzynki z jedzeniem, które zostało z komunii…

Nie rozumiem niektórych sytuacji mających miejsce u niego w domu, niemniej jednak fajnie było się obudzić rano w ramionach kochanego faceta i dostać całusy na powitanie, a potem śniadanie do łóżka. Wreszcie poczułam, że nie jestem samotna i sama, że ktoś przy mnie jest i komuś na mnie naprawdę zależy…

I choć komunia była naprawdę  czasami hardcore to  mimo wszystko zapomniałam o tym, co zaczęło gnębić mnie przed wyjazdem. A kiedy mnie odwoził i jechaliśmy z powrotem puścił mi taką jedną piosenkę… podejrzewam, że z tego nieciekawego czasu jego życia… po jej przesłuchaniu stwierdziłam, „ach, aleśmy się dobrali… ” Wiele więcej się wydarzyło, ale o tym… już wkrótce… A teraz zapraszam do posłuchania, mnie się spodobała…