Kolejne, bardzo trudne rozmowy z nim…

Wczoraj się uspokoiłam i napisałam do niego o tym. Dziś się za to ganię, nie powinnam była chyba tego robić. Ale poczułam spokój, dziś już nie wymiotuję i się nie trzęsę… Odpisał. Popisaliśmy wieczorem. Wyjaśniliśmy sobie kilka spraw, tym razem to, co mówił miało sens… Zgodził się ze mną w paru kwestiach, że to zaszło za daleko. Potem napisał, że miło było w lesie, mimo wszystko i, że może zostanie to w mojej świadomości jako miłe wspomnienie. I, że „jeżeli móglbym Cię przytulić to zrobiłbym to znowu, Kłębuszku…” napisałam mu, że tulenie mogłoby się źle skończyć, a on na to, że „chyba powstrzymałby się przed tym (pójściem do łóżka) mimo wszystko. Chyba”. Z jednej strony to dobrze, z drugiej, sama nie wiem, znowu otrącenie? Ale nie dziwię mu się, przy takim kociokwiku, że by tego nie zrobił. Doszłam do wniosku, że musimy na siebie uważać, mocno, by rzeczywiście nie zrobić kroku za daleko i nie wylądować w łóżku albo w jakiejś bardzo dwuznacznej sytuacji… Co chyba sam widzi… mam nadzieje, że tym tekstem o tym, że tulenie mogłoby się źle skończyć dałam mu to do zrozumienia…

Nie wiem, czy ta jego chwiejność jest specjalna. Myślę, że on tego tak nie odbiera. Nie sądzę by robił to specjalnie, choć może jestem za dobra. Wszyscy już oczywiście te relacje skasowali, wszyscy poza mną… Doszłam do wniosku, że nie będę mówić już rodzinie co się dzieje.   I tak nie zrozunieją, a tylko się denerwują, może niepotrzebnie. Na mnie, na siebie. Nie zniosę już tego dłużej, potrzebuje teraz spokoju…

Boję się, że znowu zacznę na coś liczyć i brnąć w to z nadzieją, ale może trzeba zostawić to czasowi?  Wiem, że nie mam na co liczyć, a przynajmniej nie powinnam. Bo te piękne marzenia się nie wydarza, żeby on zostawił te laski i był tylko ze mną, choć i tak wszyscy byliby przeciwko temu, ale chyba ważne, abym ja była szczęśliwa, prawda? Najgorsze jest to, że nie mam po co rano wstać z łóżka. Nie mam takiej myśli, która by mnie trzymała. Została mi tylko nauka, ale może nie muszę o tej całej sprawie myśleć cały czas? Może też mogę się zająć czymś moim? Skupić na sobie?

***

Myśl późniejsza:

Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że facet, który gdyby chciał, mógłby mi dać to wszystko, o czym marzę, nie może mi tego dać…

Ale z drugiej strony, żal do siebie mogłabym mieć tylko wtedy, gdybym nie próbowała, to byłoby najgorsze. Próbowałam, nie wyszło, może, ale przynajmniej próbowałam… Nie mogę sobie niczego zarzucić, że nie chciałam spełniać swoich marzeń, próbowałam je spełnić…

Reklamy

Mają dwóch ojców, dwie matki, troje dziadków, a czują się niczyje… MÓJ APEL DO RODZICÓW!

Można mieć dwie mamy i dwóch tatusiów? Można! Do tego cztery ciotki, pięciu wujków, trzech dziadków i trzy babcie, sześć sióstr i dwóch braci… O kim mowa? O dzieciach z rozbitych rodzin, a dokładnie małżeństw. Taka rodzina się rozpada, matka idzie w swoją stronę, ojciec w swoją. Każde z nich zakłada swoją własną, drugą rodzinę, do której wchodzi nowy partner czy partnerka wraz ze swoimi dziećmi, siostrami itd. To straszne! Każde dziecko z poprzedniego małżeństwa obojga partnerów przeżywa szok. Lekki, umiarkowany lub duży. Niektóre sobie radzą, inne nie…

Jak mają nazywać nową żonę taty? Macochą? Kiedy wiedzą, że ich biologiczna mama żyje, kontaktuje się z nimi, jeśli mieszkają u ojca. Jak mają nazywać nowego męża matki? Ojczymem, drugim ojcem? Przecież dla nich to będzie zawsze obca osoba, którą mogą lubić, trochę więcej, mniej… w zależności od tego, jakie powstaną relację, między nowym rodzina_650partnerem a dziećmi. Zależy tez, czy dzieci są małe, czy też większe i chcą dochodzić prawdy… ale chyba zawsze chcą. Tak mi się wydaje. Przecież wiedzą, że matkę i ojca mają jednego. Ale jest tylu ludzi… za dużo, zdecydowanie za dużo. Co, jeśli do tego rozpada się małżeństwo dziadka czy babci i również układają swoje życie z kimś innym, a ten ciągnie ze sobą jeszcze na dodatek całą swoją rodzinę?  Eh… zwariować można! Dzieci przechodzą od jednych do drugich, to zaś do trzecich, ciężko przy tym tworząc normalne, ciepłe relacje ze swoimi biologicznymi rodzicami. Nierzadko stają się rozdrażnione, nie potrafią znaleźć swojego własnego miejsca w świecie, spokoju ducha, nie potrafią wytłumaczyć sobie tego, co dzieje się wokół. Większe za to uciekają od sytuacji, w której nie potrafią się często odnaleźć w próbę układania własnego życia i samodzielności, które najczęściej kończą się prywatną porażką, ujawniając cały mętlik, jaki powstał w ich głowie i odsunięcie od rodziny na rzecz próby budowania swojego życia, (co z resztą czują one same).

A zagmatwać się można i to nieźle. Bo jak mówić i jak postrzegać nowego męża jednej babci lub też drugiej? Albo nowego partnera matki, kiedy właściwy ojciec żyje z dala od byłej żony? Kim te wszystkie „dochodzące” do rodziny osoby są dla dzieci? Jedne akceptują to dobrze, drugie wcale i się buntują, jeszcze inne się odsuwają, nie potrafiąc poukładać tego w swej głowie. Reakcji jest mnóstwo! A co mają zrobić dzieci z tych „dochodzących rodzin”, gdy nagle się okazuje, że muszą być siostrą czy bratem dla kogoś… takim przyszywanym, nie do końca może chcianym…

A co jeśli zbierze się takich sytuacji w jednej rodzinie dużo? Każdy z byłych członków dawnej, dobrze działającej rodziny zakłada nową, wiąże się z kimś i ściąga multum nowych ludzi wokół…

Wiele z takich dzieci, a potem dorosłych już ludzi ma udziwniony i lekko wypatrzony obraz i pogląd na rodzinę i zasady jej funkcjonowania. Często dzieci czują się niczyje, podrzucane, przechodzą z rąk do rąk, pozostawione, rozdrażnione, i tak na prawdę, co jest chyba najstraszniejsze niekochane. Bo przecież rodzic już nie poświęca im tyle uwagi co kiedyś, bo może częściej wybiera partnera niż własne dziecko… Dlaczego? Nie wiedzą… Dzieci wobec takich wyborów pozostają tylko w świecie swoich domysłów. Mogą się łudzić, i usprawiedliwiać rodzica, że przecież je kocha, tylko, że teraz musi się zająć swoim nowym partnerem czy partnerką, albo… albo się zbuntować, gdy odczuwają lekkie, średnie lub mocne „odepchnięcie”. Oczywiście wszystko zależy od danej relacji, bo niekiedy zdarza się tak, że to właśnie nowa osoba wnosi do rodziny spokój i relacja rodzica z dzieckiem się poprawia. Dzieje się to jednak bardzo rzadko… niestety. A w miejscu, gdzie łączy się ze sobą wiele różnych „nowych” i „starych”, znanych dzieciom rodzin bardzo ciężko jest o prawdziwe zainteresowanie i poświecenie uwagi. A one? One czują, że ich świat, który znały i w którym czuły się bezpieczne się rozpadł, świat, w którym czuły, że mają grunt pod nogami znikł. One czują się po prostu niczyje…

Dlatego apeluję do wszystkich samotnych mam i ojców, którzy wychowują dzieci i nie ważne, czy jest to dziecko 3 letnie, 9 letnie czy 18 letnie. Zastanówcie się kilkakrotnie kim jest nowa osoba, czy będzie potrafiła w pełni zaakceptować Was i Wasze dziecko, zanim podejmiecie decyzję o tym, żeby zaprosić do swojego życia i domu kolejną połówkę swego życia. Nie zapraszacie jej bowiem tylko do swojego życia. Zapraszacie ją też bowiem do życia swojego dziecka!