Powiedziałam mu u mojej relacji z Top Gunem!

Tak, wiem. Miałam tego nie robić. Miałam nie mówić F o mojej relacji z Top Gunem i o wszystkim co się między nami wydarzyło, aby nie poczuł się jak plaster czy lekarstwo na niego, by nie poczuł się jak zastępstwo. Jednak jeden dzień sprawił, że wiele się odmieniło…

W poprzednim tygodniu umówiłam się z F., że do mnie przyjedzie w sobotę. Choć nie cieszyłam się specjalnie na tę okazję bo biorąc pod uwagę to wszystko o czym tu pisałam we wcześniejszej notce F. W pewnym sensie mnie zasmucił. Narzekaniem na pracę i tym, że nie chce udać się na studia. Jednak zgodziłam się, aby przyjechał. Przywiózł mi podkowę na szczęście. Widziałam, że nie był już tak spięty… Przegadaliśmy cały dzień. Okazał się mimo wszystko mądrym, inteligentnym człowiekiem, a na dodatek wierzącym tak jak ja. Byliśmy na mszy w kościele razem. Pierwszy raz byłam w kościele z kolegą. Zawsze chodzę z kimś z rodziny. Taka miła odmiana. Napisał mi, że również było tak fajnie, że nie może uwierzyć… Powiedziałam mu prawdę o oszuście. W tym dniu się nie bałam, pomyślałam sobie, że niech się dzieje co chce… postawiłam wszystko na jedną kartę… Nie wytrzymałam jak zaczął wychwalać Top Guna i mówić, że on nie chce nikogo skrzywdzić. Kiedy powiedziałam mu, że mnie przez rok oszukiwał, że czuję się oszukana i zmanipulowana był z szoku. Widziałam po jego twarzy, że mi nie dowierzał. Zawsze to był kochany wujek, taki dobry dla wszystkich a tu nagle spadła na niego moja wersja… Jednak jedno mi się spodobało bardzo. Nie stanął murem za nim. Powiedział, że ja mam prawo w takiej sytuacji czuć się oszukana i zmanipulowana… I wierzy, że czuje się źle. Tego na przykład sam Top Gun w ogóle nie widział. Według niego „jak ja mogłam czuć się źle?” Przecież nic się nie stało! – to była jego odpowiedź na wszystko, na każdą moja skargę na próby rozmowy o tym co mi zrobił, jak dał nadzieję a potem odrzucił, oszukał. Kiedy to powiedział, poczułam ulgę. Choć nie wiedziałam jeszcze po której stronie on stanie, to jednak poczułam się zrozumiana. Poczułam, że mogłam się tak czuć, że ta reakcja nie była przesadzona jak próbował mi pokazać Top Gun…. W końcu powiedział mi to ktoś kto zna całą sytuację! Dowiedziałam się też, że Top Gun mówił mu, jaka jestem fajna i jak dobrze nam się rozmawia razem. Nie wiem, po co mu to mówił…

Wieczorem porozmawialiśmy sobie o wrażeniach, jak nam się razem spędzało czas. Obydwoje byliśmy bardzo zadowoleni, ucieszyły nas takie małe gesty, a najfajniejsze było to, że poszliśmy na spacer i siedzieliśmy na ławce, słuchając muzyki i śpiewając sobie znane piosenki, okazało się, że słuchamy takiej samej muzyki! Była to ta sama ławeczka, na której dowiedziałam się o kochance Top Guna, którą tak bardzo kocha. Odczarowałam chyba ten park i tą ławeczkę z F. Bo przez tę rozmowę z Top Gunem wydawał mi się nie przyjaznym miejscem, tam w końcu dowiedziałam się prawdy o jego życiu i relacjach. Zauważyliśmy też oboje, że zgadzamy się w różnych aspektach życia i to nas obu cieszy bo jak mi napisał F. ” w tym kontekście może przeciwieństwa się przyciągają, ale podobieństwa mogą więcej”. To go też cieszy, że się tak rozumiemy, mnie też, bardzo. Z resztą, można było to troszkę przewidzieć, bo z Top Gunem również się rozumieliśmy a to przecież jego najbliższa rodzina. On nie wie, bo tego nie doświadczył. Nie miał nigdy dziewczyny na poważnie, jedynie przez dwa lata pisał z jakąś i chciał z nią być, ale nie dograli się.  Byli zupełnie inni. Powiedział mi, że doświadczył wojny poglądowej ale tylko pisząc, natomiast ja mu powiedziałam, że dlatego lepiej mieć podobne poglądy bo wtedy nie trzeba się przekonywać albo zmuszać kogoś do jakichś poglądów i dwie osoby mogą być szczęśliwe a nie tylko jedna,  bo zgadzają się z sobą w najważniejszych wyznawanych wartościach i celach. Ponadto F. okazał się naprawdę mądrym, oczytanym i kulturalnym facetem.

Cieszę się, że tak się to toczy, że on nie próbuje znów robić na siłę z tego przyjaźni i kumpeli ze mnie… i że dostrzega to, że się rozumiemy, bo z Top Gunem chyba tylko ja to dostrzegałam, że mimo wszystko się rozumieliśmy i potrafiliśmy rozmawiać. Z F. jest inaczej… On dostrzega małe gesty, potrafi się cieszyć z tego, ze mogliśmy siedzieć obok siebie w kościele na Mszy, że mogliśmy obserwować wiewiórki i, że się zgadzamy w paru wartościach.

„Uczę się ciebie na pamięć.
Niecierpliwymi palcami, 
Rozpaczliwie na pamięć .
Szeroko zamkniętymi oczami.
Czytam zachłannie od nowa 
całego zdanie po zdaniu.”

Reklamy

Coś się zmieniło, jest spokojniej!

To dziwne, ale wybory coś między nami zmieniły. To był w ogóle jakiś dziwny dzień. Nie rozmawialiśmy ze sobą dwa dni wcześniej. Byłam w tym czasie w szpitalu, zawsze kiedy tam byłam, pisaliśmy, rozmawialiśmy, to wszystko mi się przypominało. To miejsce, przypominało mi rozmowy z nim, te szczerze rozmowy i śmiechy, żarty, dowcipy. W dniu wyborów napisałam do niego, wysłałam mu buźkę i znak zapytania. Odpisał takim tekstem, że wyszło, że nie potrafimy ze sobą nie rozmawiać dłużej niż dwa dni… że za sobą tęsknimy… Ten dzień był dla mnie dobry, jakby pierwszy raz poczułam, że ta sytuacja się stabilizuje i choć może nigdy nie będziemy razem, nie musimy być to jednak jest między nami coś bardzo dziwnego, może to po prostu zwykła przyjaźń i poznanie siebie?

Przyglądam się sobie też, jak zachowuje się po lekach. W zeszły piątek miałam fazę „Nienawidzę go! Ale może nie odchodzić ode mnie, jednak cieszę się, że się od niego uwolniłam, denerwuje mnie. Dość tej żałoby, nie mogę tak żyć. Trzeba iść dalej. Może jeszcze spotkam kogoś wrażliwego i dobrego.” Z piątku na sobotę noc była bardzo ciężka. Znowu miałam flash backi, całą noc nie mogłam spać, rozmyślałam o tym, co było oraz o tym, jakim jest palantem, że nie widzi tego, że jestem dla niego taka dobra. Później pojechałam do szpitala do pacjentów. Ten dzień był ciężki i smutny, choć godziny jakoś się nie dłużyły i nie czułam takiego zmęczenia.  W sobotę nie odzezwałam się do niego ani słowem. W nocy spałam w miarę dobrze.

A tu wstawiam jedną piosenkę, która bardzo dobrze oddaje mój stan z piątku:

 

Jednak w niedzielę nastapił  jakiś przełom, może to wszystko już mnie tak nie rusza? Choć flash backi nadal mam ze spotkania z nim, z wiadomości od niego, z rozmów… Jednak poczułam, że coś się zmieniło we mnie, nie reaguję już na pisanie z nim czy rozmowę tak emocjonalnie. Nie zastanawiam się już, czy powinnam to robić. Nie telepie mnie już na samą myśl odpisania mu. Może to dla mnie lepsze? Przegadaliśmy w sumie w niedzielę cały dzień, o zwyczajnych tematach…

Ciężko mi uporać się z potrzebami, które w sobie mam. Mam w sobie potrzebę, a dokłądniej potrzebę bliskości, a ona prowadzi mnie do złego, choć sama w sobie zła nie jest. Wiem to, ale i tak ją mam. Regulujemy sobie soba nawzajem emocje. Jemu, kiedy jest źle, dzwoni do mnie i jest lepiej, a mnie kiedy jest źle pogadam czy popiszę z nim i też jest lepiej. To jak branie narkotyków, to takie uczucie, jakby można było naćpać się drugim człowiekiem.

Od tych wyborów zrobiło się jakoś spokojniej. Nie wiem, czy to akceptowanie sytuacji, ale powiedziałam sobie, że poczekam co czas pokażę, pewnego dnia po prostu, albo z nim będę albo nie.  Parę dni temu jeszcze tak bardzo bałam się tej myśli, że on odejdzie do innej. W sumie, nadal się jej trochę boje, ale jeżeli tak zrobi, będzie kompletnym dupkiem i palantem, a poza tym, ja przetrwam, jakoś… Na razie jestem wolna i zamierzam to też jakoś wykorzystać. Przypomniała mi sie pewna historia, o której tutaj jeszcze nie pisałam. Jakiś czas temu, a dokładniej wtedy, kiedy rozstawałam się z Muzykiem i poznałam Top Guna, poznałam też pewnego chłopaka, Ł. Pisał do mnie bardzo długie listy, pełne takiego wrażliwego spojrzenia na świat. Ja wtedy mu w pewnym momencie nie odpisałam i kontakt się urwał. Pomyślałam sobie, że może warto te znajomość jakoś odnowić? Napisałam do niego pierwsza, odezwał się po dwóch dniach, z informacją, że odpisze mi coś wiecej jak przeżyję, bo również przeżywa zawód miłosny i jest mu bardzo ciężko… Cóż, chyba nie pozostaje mi nic innego jak również danie mu czasu…

Oprócz niego jest jeszcze inna osoba, z którą wiem, że nic nie będzie, ale przynajmniej mogę z nim pogadać. Ma o dziwo na imię tak samo jak Top Gun i jest raczej stabilny choć zagubiony, ma niskie poczucie własnej wartości. Ale stara się mnie wspierać w tym wszystkim, choć w taki prosty sposób.

Dziwnie się czuje z tym spokojem wobec tej sytuacji. Czyżby ta wyprowadzka jego utrzymanki dała mi jakąś złudną znowu nadzieję? Nie chcę tak myśleć… Z drugiej strony nie zakładam też snowu najgorszego, tylko nie wiem, czy to aby jest realne. Dla mnie zawsze najgorsze scenariusze były najbardziej realne i aby nie popaść w jakąś iluzję właśnie, trzymałam się ich. Ale może te trochę mniej ciemne też są możliwe i realne? Tego nie wiem. Chyba z tą myślą mi lepiej. Może być tak, lub inaczej. Wmawiam sobie, że cokolwiek się nie zadzieję, dam sobie radę. Czasami jeszcze przychodzi taka myśl, że przecież to jest już niemożliwe, żeby było dobrze, że on musi odejść… wcześniej czy później, ale nie wiem, co o tym sądzić. Z drugej strony boje się, że zaczynam się w to wszystko znowu wplątywać. Tym razem jednak widzę, że rodzina to akceptuje, bo widzi, że trzymam się lepiej, tylko nie wiem do czego to prowadzi. Jednak na razie nie chcę o tym myśleć, nie muszę przecież wszystkiego od razu wiedzieć. Wiem, że to jest bez przyszłości, ale czy wszystko musi mieć przyszłość?

digital-art-398342_960_720.png

Szczere rozmowy… wariactwa ciąg dalszy… ale czuję się wolna!

Wczoraj miałam paskudny dzień, kolejny z resztą, jakie przeżywam od tygodnia, gdzie myśli kołaczą mi sie po głowie, a rozum nie próbuje ich zabijać. Wyszłam na spacer, gdzie koło 15.00. Top Gun ciągle się do mnie dobija, choć staram się unikać rozmów z nim, albo ignorujac całkowicie albo odpowiadając tylko półsłówkami na jego wiadomosci, tak, jakbym w ogóle nie była zainteresowana. Zapytał jak sie czuję, więc odpowiedziałam, że źle. Na co on powiedział, że też źle się czuje, że jeżeli chce, to zadzwoni, by porozmawiać, może tak będzie nam przynajmniej łatwiej w tym wszystkim… Na początku nie chciałam się zgodzić, ale nalegał, w końcu zgodziłam się na któyką rozmowę wieczorem, ale tylko wtedy kiedy ja będe miała czas. Zadzwonił o 19.00. Najpierw rozmawialiśmy o tej całej sytuacji, o tym, jak się czujemy, że źle, znowu mnie przepraszał… o tym, że rok temu równo poznał osobę, dla której potem zwariował totalnie i sam widzi, że to było głupie. Powiedział, że może byłoby lepiej, gdyby w ogóle jej nie poznał, żałuje tego…  Później o jeszcze innych rzeczach. Łącznie spędziliśmy na telefonie 2 godziny… nawet nie wiem, keidy to zleciało. Następnego dnia miał wyjeżdżać na ćwiczenie do Słowenii, skoki ze spadochronem na pól miesiąca… Brzmiało to wszystko tak, jakby chciał zadzwonić się pożegnać… Powiedziałam, jak bardzo mnie zranił, jak to wygląda z mojej perspektywy, że wciągnął mnie bez mojej zgody w jakiś harmider, z którego nie miałam wyjścia, bo byłam nieświadoma tego wszystiego, nawet nie mogłam zdecydować. Przyznał mi rację. Potem jeszcze chwilę rozmawialiśmy o tej sytuacji z utrzymanką, też mu powiedziałam, że musi się jej pozbyć, bo to normalne nie jest, a to, że on chciałby żyć swoim życiem, to nie jest nic złego. W tej całej opowieści brakowało mi jego i tego, czego on chce. Tak jakby robił z siebie ofiarę przejmując się wszystkimi tylko nie sobą samym. A może rzeczywiście tak jest? Nie wiem, ale musi coś  z tym zrobić… Inaczej nigdy nie zmieni swojego życia. Wiem, ze to już jakby nie moja sprawa, ale tylę moge zrobić, powiedzieć mu zwyczajnie co myślę… Co do sytuacji z kochanką powiedziałam tylko tylę, by to zostawił, bo rozwala go to, a to też nie jest dobre. Z jednej strony rozumiem, że chciałby wiedzieć a czym stoi, z drugiej, nie widzę w tym najmniejszego sensu. Laska zwyczajnie go olewa i powienien sobie dać z nią spokój. On na to, ze widzi, że odwaliło mu w pewnym momencie na jej punkcie i nie chciałby przeżywać chyba tego po raz drugi, boi się tego. Potem gadaliśmy o jakiś mniej ważnych tematach, ale mimo wszystko rozmowa była miła i powiedział, że nie chcę jechać na to ćiwczenie, że ze mną mu dobrze, i nie chciał się rozłączać… bo ta rozmowa dała mu do myślenia, rozjaśniła pewne sprawy. Dziś napisał mi, że rozmowa była bardzo fajna, a ja jestem świetna i, że mamy niektóre podobne cechy charakteru, dlatego tak fajnie się rozmawia. Nie powiem rozmawiało się miło… Cieszę się tylko z jednego, pisząc te słowa czuję, pomimo wszystko, że nadzieje we mnie umarły… i zaczynam się powolutku od tego uwalniać psychicznie, nie wiem co będzie, ale wiem, że chcę być wolna…

Tak, oczywiście zapytał się mnie, co bym powiedziała, gdyby w jego sercu było miejsce na mnie, gdy rozprawi się z tą sytuacją, a właściwie sytuacjami i, że myśli, żebyśmy się dogadali w związku. Usłyszałam też, że teraz to wszystko zaczyna się zmieniać na moją korzysć, do tej pory myślał, że to kochanka jest tą właściwą, ale ona potraktowała go jak śmiecia, a ja przynajminiej potrafię z nim porozmawiać. Na koniec rozmowy dodał, że nikt przed tem nie wniósł w jego życie tyle, co ja i od nikogo tyle nie dostał. Nie wiem, jak to rozumieć… Wiem, tyle, że coś we mnie umarło, uspokoiłam się i nie wumagam ani od siebie ani od niego już niczego. Niech robi, co chce. Teraz to ja stałam się bardziej obojętna i zaczynam się z tym wszystkim godzić, a najbardziej z moja obojętnością wobec tej całej sytuacji. Nie mam gwarancji na to, że znowu mu coś nie odwali na punkcie tej kobiety. Nie mam gwarancji, ze zrobi coś z tą sytuacją, która jest teraz z jego utrzymanką. To on musi zadecydować, ale chyba czegokolwiek nie zrobi… będzie mi to już obojętne. Nie wiem, czy ma na sobie tyle siły, by to pozakańczać. Z resztą, nie ufam mu już, nie wierzę w jego słowa… nie biorę tego pod uwagę. Daje sobie za to czas. I mnie i jemu. Ja muszę skończyć studia, ułożyć sobie jakoś swoją syytuację, sama czy też z kimś, tego nie wiem, a on… choć widzę, że teraz piszę codziennie, chce ze mną mieć mocniejszy kontakt i może zaczyna coś dostrzegać, a przynajmniej to, co strałam mu się przekazać przez te pół roku,nie wiem, co dalej z nim będzie, jeżeli tego nie poukłada, nie będzie w moim życiu dla niego miejsca.

Wrzuciłam na luz i czuję się lepiej. Daje temu wszystkiemu wolno płynąć. Moim proirytetem teraz są studia, a on, ma czas… Niczego nie zakładam, żadnych wizji nie mam, nie mam planów. Jeżeli nie zakończy, albo znów zwatiuje na punkcie kobiety, która go wykorzystała, to jego strata, a jeżeli będzie mu na mnie naprawdę zależeć i zakończy to wszystko, może się dogadmy, kiedyś, jeżeli jeszcze będę chciała, też dobrze. Przecież w życiu trzeba być szczęśliwym prawda? Jakkolwiek się to szczęście rozumie…

Na razie, czuję się bardziej wolna i lepiej mi…

sunset-3832187_960_720

Tańczące z wilkami: „Znowu w życiu mi nie wyszło…”

Wessało mnie na jakieś dwa miesiące… życie? Może i „życie”, jeśli pod tym słowem rozumieć emocje, słowa i patrzenie na swoją egzystancje, jak przez sen. Wsiąkłam na jakiś czas, na dobre. Nie było mnie tu. Byłam gdzie indziej, co nie oznacza, że mnie nie było. Chciałam poukładać parę spraw lecz, chyba ich układanie skończyło się nie tak, jak miało się skończyć. Cóż, idę dalej… mam nowe postanowienia i nowe zamysły. Na publikowanie tu – również. I choć ostatnio mam ochotę znowu wsiąknać, gdzieś się zaszyć i nie wychodzić do nikogo, to postanowiłam, że będę pisać. Chyba tego mi potrzeba, a jeśli pisać, to publikować tu również. Od jakiegoś czasu nie miałąm pomysłu na ten blog, teraz wszystko się rozjaśniło. Lubię tu wracać, mam tu już cząstkę swojego życia, choć w samym zamiarze ten blog wydawał się dużo „mniejszy”, niż wyszedł. Kiedy tu jestem, mogę doświadczyć rzeczywistych wspomnień, które we mnie wciaz gdzieś tam są. Ale po kolei…

„Znowu w życiu mi nie wyszło…                                                                                                          Uciec pragnę w wielki sen. (..)”

Te słowa przewinęły się ostatnio w rozmowie z Chomiczkową, kiedy widziałam ją po raz ostatni… jakieś dwa tygodnie temu. Potem znów znikła. Tak samo ją wessało, tyle, że ją na rok. Dlaczego? Może pewnego dnia się dowiecie. Od tej rozmowy te słowa kołaczą się mi po głowie, powodując rozmyślanie o minionym czasie.

Dziś… jest ten pierwszy dzień, gdy zdecydowałam się wstawić tu zapiski z jednego z najciemniejszych, a zarazem najpiękniejszych(?) czasów mojego życia. Kiedy wszystko wydawało się zarówno tak przerażające, jak i piękne, rak drastyczne, jak i cudowne i miałyśmy obydwie świadomość, że właśnie ważą się losy naszej przyszłości. A może nam już na tym nie zależało? Mnie tak, ale przyznać muszę, że nie miałam wtedy na tyle sił, by o to walczyć. Czasem próbowałam, choć było cieżko. Wydarzenia te rozgrywały się bezpośrdnio przed i w trakcie mojego początkowego pisania bloga, później zdarzały się jeszcze, lecz przybrały już inny obrót. Czasami tęsknię za tym czasem, to wszystko jest równie piękne, co bolesne. I równie zakorzenione co odpychane. Cóż, zaczynam pisac serię moich „opowiadań”, a może bardziej „opowieści” sprzed paru lat. Doszłam do wniosku, że może przyszedł czas na spisanie tego wszystkiego. Czy stałam się wtedy kimś innym? Nie… ale coś się we mnie bezpowrotnie zmieniło… Być może stałam się kobietą…

„Ławka”

Szkoła, miejsce znienawidzone przez tylu młodych. W środku wieczna tułaczka i walka o przetrwanie w gronie swoich i „nieswoich”. Na zewnątrz gównarzenia, tandeta i szara masa. Plująca, zaśmiecająca chodniki petami, rzucająca niewybredne przekleństwa, chcąca się wreszcie dobrze zabawić… Tak, miałam tam iść. Wejść, po raz kolejny, zobaczyć ich twarze i miny, zobaczyć to, jak bardzo są sfrustrowani, z jakim utęsknieniem czekają na piątkową imprezę. Miałam…

Siedziałam na ławce, może przez jakieś 15 minut. Ławka była mokra i zimna. Pod moimi nogami gromadziło się stado gołębi, na które patrzyłam, aby zająć sobie czas.
Ludzie mijali mnie, patrzyli, odchodzili, to znów ich wzrok przebiegał po mojej kurtce. Było wtedy zimno. Przymrozek ściskał ciało, ręce drętwiały. Czekałam… Po jakiś 10 minutach stwierdziłam, że to bez sensu, ale coś jednak kazało mi nadal tam tkwić.
Podjechał biały samochód. Wysiadła. Widziałam jak ciało przemyka przez ulice… już była po mojej stronie, z tuszem na rzęsach i powiekach. Szła dość energicznie. Widziałam, że na mój widok nie może powstrzymać łez, które same polały się po policzkach, zabierając tusz…
Usiadła. Płakała, a w zasadzie zanosiła się łzami. Ja nie mówiłam nic. Przytuliłam ją tylko do siebie. Pamiętam, kiedy trzymała głowę na moim ramieniu, pamiętam jej łzy.
– Na razie musisz się uspokoić.- Pamiętam jak mówiłam te słowa, jednak chyba mało z tego, co do niej docierało.
Płakała jeszcze przez chwilę, nie mogąc powstrzymać łez. Człowiek jest taki piękny, kiedy jest szczery.
– Co się stało?
– Ty… ty uważasz, że jestem bezwartościowa?
Zacisnęłam usta.
-Kto tak twierdzi?
– Przyjechał do mnie wczoraj, późno już było. Przepłakałam całą noc…
Emocje nie wytrzymują, zanosi się znów płaczem.
-Kto?
-Mój były.
-Jesteś w takim stanie od wczoraj?- pytam.
-Tak… -szlocha.- Przyszedł, wszedł do domu. Powiedział, że… mam oddać nerkę jego dziewczynie, bo jest chora. Ja i tak jestem bezwartościowa, więc moje życie jest bez wartości i mogę umrzeć.
Zapada cisza. Wiatr targa nam włosy, gołębie chodzą koło naszych nóg, jak chodziły wcześniej koło moich. Jakaś babka przechodzi z psem.
-To on tak uważa, Ty nie musisz…- rozlega się po chwili.- Każdy po coś żyje, a w życiu nie przyszłoby mi do głowy coś takiego na Twój temat. Niech da swoją nerkę, w końcu to jego dziewczyna. Jest mody i zdrowy… On nie wie, co on Ci robi?
Potem pada jeszcze kilka tego typu zdań, których już nie pamiętam. Kończę chyba stwierdzeniem, że jej były to chuj.
Szukam w torbie jakiś leków na uspokojenie, ale nie znajduję.
– Chodź, pójdziemy teraz do apteki, kupię ci coś na uspokojenie- mówię.
Powolnym krokiem wchodzimy do sklepu, w którym znajduje się apteka, kupuję nervosan. Łyka. O szkole nie ma już mowy.
– Przecież gdyby mnie zobaczyli w takim stanie to pierwsze co posłaliby mnie do pedagog. -Pada gdzieś po drodze, gdy wychodzimy z supermarketu, gdzie jest apteka. A ja mimo wszystko zupełnie się z tym zgadzam. Po nervosanie zaczyna jeść, łapczywie. Stoimy teraz między jakimś tłumem ludzi.
Lądujemy więc gdzieś w centrum handlowym, oczywiście w „maku”, żeby kupić sobie colę, kawę i po kanapce. Koleś przyjmujący zamówienia nie rozumie, zamiast dwóch coli daje nam jedną, ale trudno. Nie mamy sił już tego prostować. Spędzamy tam około dwóch godzin. Na rozmowie, na przeanalizowaniu całej sytuacji. Przychodzi sms od jej chłopaka. „Zawsze ci mówiłem, że ona to najlepsza przyjaciółka.”
Moja przyjaciółka…?- myślę. W sumie, najpierw koleżanka, potem ktoś z przymusu, a na końcu dziewczyna, z którą wiele przeżyłam. I choć wiedziałam, że nie będzie to przyjaźń na wieki, a każda pójdzie w swoją stronę, jakoś żal mi było tego wszystkiego zostawić. Dziwna przyjaźń…
Po dwóch godzinach idziemy gdzieś do sklepu. Wiem, że dla niej świat w tym momencie wydaje się być wrogi. I choć nie wiem, jak to uczucie złagodzić, bo sama w nim poniekąd często pozostaję z trudną drogą wyjścia, przychodzi mi do głowy pomysł kupienia pierdoły.
Kupujemy więc dwa pierścionki, takie same, bo jest taki trend, że przyjaciółki mają. Dla zabawy.
Mam gdzieś jeszcze ten pierścionek…
Na koniec wysiadamy z busa. Wracamy na tę samą ławeczkę, od której zaczęłyśmy nasze rozmowy. I jeżeli ławka przy chodniku może stać się symbolem, to ona właśnie się nim stała. Usiadłyśmy na niej tak, bez celu.
– Co będziesz robić po południu? -pytam.
– Położę się spać.-odpowiada.
– Zadzwoń wieczorem.
– Dobrze.
Pojawia się myśl, że i tak zapomni.
Przechodzimy na drugą stronę ulicy, czekam, aż wsiądzie w autobus.
A wieczorem, rzeczywiście zadzwoniła.

Tego dnia zawiodłam. Oczekiwania innych ludzi…

( listopad, 2016 rok)

 

„Późno, późno, późno… późno jest.                                                                                                     Sam wiem, że zbyt późno jest, by zaczynać wszystko znów…”

 

 

Święta- problem…religijności i wyznania!

Temat na napisanie tego wpisu wpadł mi do głowy wczoraj, zupełnie spontanicznie. Nie ukrywam, te Święta będą dla mnie… trudne. Ale ne z powodu odejścia kogoś bliskiego, a właściwie to zupełnie na odwrót, z powodu jego przyjścia.

Większosć ludzi cieszy się na święta, stroi choinki, pakuje prezenty. Ostatnio byli u nas sąsiedzi, którzy odwiedzają nasz dom co roku, przynosząc własnoręcznie robione pierniczki i jakieś wino, wraz z życzeniami. To są zawsze miłe wizyty, więc je lubię, czuję wtedy atmosferę zbliżajacych się świąt i tę wzajemną życzliwość, którą ludzie obdarowywują sie na wzajem. Kiedy tak ostatnio na nich patrzyłam, poczułam, że zazdroszczę im takiej rodziny i zgodności. Ci  ludzie po prostu potrafią się dogadac i robą to już od lat. Dobrze im ze sobą… ich dzieci rosną w spokoju i zainteresowaniu oraz zdroworozsądkowym podejsciu. Zastanawiałam się wtedy dlaczego ja musiałam się znaleźć w tak dziwnej rodzinie, dlaczego matka nie chciała się mną zajmować? Niby mi to kiedyś wyjaśniano, ale jak dla mnie te wyjaśnienia są niepełne i niezrozumiałe. Nie rozumiem intencji, dla której opuszcza się własne dziecko… może to wina mojego ograniczonego myślenia, ale nie potrafię!

Kiedy patrzę na uśmiechniętych ludzi, rodziny cieszące się swoją obecnością na święta, czuję się… rozdarta. Rozdarta pomiędzy tym, co czuję, a tym co „powinnam”, czego się wymaga ode mnie u mnie w domu. Moi dziadkowie są starsi, pewnych rzeczy zrozumieć już nie potrafią i nie chcą. Mojego własnego podejścia do religii też nie…

Raligia… to temat bardzo trudny i rozległy, wszak wiele ludzi pokończyło profesury pisząc parcę na ów temat i działajac w tym kierunku, a w koło możemy czytać o religie668trwajacych w ostatnich laatch zamachach i zbrodniach popełnianych poniekąd w imię religii i Boga, którego tak naprawdę nie znamy. Ja jednak chciałabym się skupić na tym kawałeczku tematu, który dla mnie jest bardzo bliski w tym momencie. Mianowicie, nie wiem, czy wcześniej pisałąm już o tym, ale mój ojczym okazał się (po latach swoją drogą, powrócił do praktyk) być Świadkiem Jehowy. Z tego też względu, czasami czytam o tym wyznaniu, by móc go zrozumieć. Wcześniej nie wiedzieliśmy, czemu cytuje z pamięci strony i cytaty z Biblii. Bowiem członkowie tej religii opierają się jedynie na tym, co zostało napisane w piśmie i interpretują je na spotkaniach w Sali Królestwa. Dla mojego ojczyma reigia ta okazała się być zbawcza w kontekście tego, ze pozwoliło mu to, jako młodemu chłopakowi, który nie miał rodziców- „wyjsć na ludzi”. Poznać podstawowe zasady moralne, społeczne, skategoryzowac oraz ubrać w słowa najważniejsze życiowe cele. Pokazała wartosć rodziny i drugiego człowieka. I choć, wielu uznaje tę wiarę za swoistą sektę, ja myślę, że w jego przypadku, przynależnosć do wspólnoty Świadków pozwoliła otworzyć mu oczy na dobro i podstawowe prawa etyczne, a także pomaga w nałogu, bo zakazuje jakichkolwiek używek. Niestety,  moje prababcia gdy się dowiedziała o wyznaniu ojczyna, nie mogła tego zrozumieć, i pogodzić się z faktem, iż „mamy w rodzinie innowiercę”. Prababcia jest bowiem osobą bardzo wierzącą, choć nie w znaczeniu kościelnej dewotki. Dużo się modli, wiara też dała jej siłę przezwycieżyć życiowe zakręty, liczne żałoby w których musiała być, nawet po śmierci swojego własnego dziecka. Pamiętam, że kiedyś taka nie była. Kiedyś tolerowała wszystkich i lubiła, cóż, demencja daje się we znaki.

Pan ze skrzydłami, mój ukochany natomiast jest zdeklarowanym ateistą, twierdzącym, że Boga nie ma, jest tylko nauka, która potrafi wszystko wyjaśnić w sposób logiczny i za pomocą praw fizycznych i matematycznych możemy opisać cały wszechświat. Więc to jest jedyne i słuszne wyjaśnienie naszego istnienia i istnienia wszystkiego tego, co nas otacza. Ideologia Kościoła zaś jest nielogiczna, krzywdząca dla człowieka i zmuszająca do wierzena w coś, co nieistnieje, pod batem „pójścia do pekła”. Cóż, na temat Kościoła i tego, co głosi, możnaby napisać dużo, ale, żeby móc cokolwiek napisać, trzeba by najpierw dokładnie zapoznać się z wszelkimi źródłami, księgami i zapiskami, a do tych akurat zwykły człowiek ne ma dostępu… Cóż, fakt, twierdzenia głoszone przez Kościół nijak często mają się do rzeczywistości ludzi żyjących w czsach obecnych, a Biblia mówi do nas obrazami. Dodatkowo, powstała w czasach gdy na świecie nie było praktycznie żadnej naukowości, a ludzie, by tłumaczyć sobie świat i zjawiska na nim zachodzące sięgali po mity, baśnie czy inne opowieści. Zatem wiele zjawisk, które my dziś dobrze znamy i umiemy opisać, mogło być dla nich cudem, o którym opowiadali i zapisywali jako wcześniej niemożliwe, gdyż nie potrafili tego racjonalnie wytłumaczyć. Co więcej, tekst został spisany pięćdziesiąt lat po śmierci Chrystusa, więc autentycznosć tamtych wydarzeń rzeczywiście tak, jak one przebiegały, jest bardzo niewielka i przepuszczona przez system poznania świata i jego odbioru ludzi, którzy pismo spisywali. Pan ze skrzydłami mówi, że musieli nieźle ćpać, aby takie coś wymyślić. Jednakże faktem jest, że Jezus Chrystus żył naprawdę i jest to też postać historyczna. Tak jak z resztą Mahomet i inni, których dana religia w danym obszarze uznaje za proroków.

Moja rodzina, poza moja mamą, której życie akrat potoczyło się w trochę bardziej skomplikowany sposób, jest wierząca. Jako wychowujaca się w rodzinie chrześcijańskiej, kiedy byłam dzieckiem, chodziłam do Kościoła, uczyłam się modlitw i robiłam te wszystkie praktyki, jakie robi dziecko, a później nastolatka. Tak naprawdę kryzys zaczął się w drugiej klasie gimazjum? Jakoś tak… może w trzeciej, nie pamiętam dokładnie. Jakoś przestałam zwracać uwagę na „działanie Boga w moim życiu”, wcześniej jakoś potrafiłam to powiązać. Nie dziwię się, choć dopiero od jakiegoś roku zaczęłam to rozumieć w pełni. Babcia wiele rzeczy potrafi i chce wyjaśniać snami itp. zjawiskami, które w ogóle nie mają wpływu na większosć naszego życia, a przynajmniej nie na nasz los. Co prawda, ja też doświadczyłam różnych dziwnych „zbiegów okoliczności” i nad tym też czasem się zastanawiam… Intuicja? Przeczycie? czy w ogóle istnieje coś takiego? Podświadomość, podprogowość? Ale co to ma wspólnego do snu, dzięki którwmu poznałam co wydarzy się za 2 dni?Mój własny scenariusz? Pamiętam, że wtedy go nie miałam.

Dziś czuję się po prostu rozbita… ten cały natłok informacji, przeróżnych informacji, napływających do mnie przez ostatni rok, apropo wiary, religii i samych poglądów mnie Boze-Narodzenie-to-nie-tylko-czas-dla-zakochanych.-8-powodow-dla-ktorych-warto-byc-singlem-podczas-swiat_articleprzygniata… Czuję sie rozdarta. Całe życie wmawiano mi istotę Istnienia Boga, z drugiej na studiach pokazują nam potęgę nauki, która rzeczywiscie, jawi mi się o wiele potężniejsza i logiczna, niż tezy głoszone przez Kościół. I nie wątpię, że tak jest, że wszelkie wyliczenia matematyczne czy fizyczne znajdują potwierdzenie w otaczającym nas świecie. Jednak wydaje mi się, że nawet, jeśli wszechświat powstał przez przypadek, jak zakłądają naukowe teorie to przecież „Coś, Ktoś” ten przypadek musiał/o spowodować. Może ja zbyt mocno chcę wierzyć w swego rodzaju „humanistyczność” tego śwata, ale to istoty żywe w jedyny sposób udowodniły, że sa tak poteżne, by dominować nad przyrodą nieożywioną tego świata… Być może takie rozumowanie jest słabe, ale jest.  Nauka i jej potęga ukazuje potęgę tej Istoty Wyższej, jakkolwiek rozumianej? Dla mnie coś w tym jest…

Dochodzę do ładu? Sama nie wiem już w co ja wierzę… Pan ze skrzydłami mówi, że każdy kryzys jest wartościowy, bo pozwala dojsć do wniosków i odrzucenia Boga albo silniejszej wiary. Ale ja ani jednego ani drugiego tak na prawdę nie chcę… Jestem zawieszona? Tak przynajmniej się czuję, jakbym lewitowała między ziemią, a niebem i nie mogła wyjść z tego stanu… babcia mówi mi, że u Pana ze skrzydłami to przejściowe, bo przecież komunijny, bierzmowany… nie chce przyjać jego ateizmu do wiadomości. Ja wiem, że duży wkład w jego takowym podejściu jego ojciec, który wymuszał na nim wiarę, bez tłumaczenia jej. A przecież każdy człowiek potrzebuje racjonalnego, bądź też mniej wytłumaczenia. Moja dalsza część rodziny jeszcze nie wie, wiem, że kiedyś będę się musiała zmierzyć z powiedzeniem im o tym, nie wiem, jak dziadkowie na to zareagują. Nie chcę sprawiać im przykrości, ale z drugiej strony nie będę rezygnowała z kogoś, kogo kocham, na rzecz zadowolenia mojej rodziny. Nie chcę, aby poglądowo ten człowiek był taki jak ja, chcę aby mnie kochał i akceptował, a ja jego też będę… Inaczej nie „zrozumiemy” się, choć w pewnych aspektach to chyba niemożliwe… Po prostu, bądźmy wyrozumiali.

W co ja wierzę? W zasady etyczne, z których większość z nich nie kłóci się na dobrą sprawę z religią. Przecież przykazania są dobrymi zasadami moralnymi, a dla niektórych z nich można znaleźć odniesienie nawet w teoriach naukowych. Przecież żadne zwierzę nie zabija innego osobnika tego samego gatunku… w normalnych warunkach, ale my dodatkwo jesteśmy ludźmi, mamy wykształconą i rozbudowaną psychikę, której nie mają zwierzęta. (Żyjąc w cywilizacji, możemy posiadać pewien kręgosłup morlany, posiadamy zdolność do oczuwania emocji złożonych… Choć ciekawi mnie egzystencja dzikich plemion, zamieszkałych wyspy… Też na pewno mają zdolność do odczuwania złożonych emocji, tylko sytuacja być może rzadko ich do tego zmusza. Przychodzi mi tutaj do głowy nazwa najbardziej odizolowanego, dzikiego i niebezpiecznego plemienia zamieszkujacego wypę Sentinel. Podobno zabijając oni każdego kto próbuje nawiązać z nimi kontakt.) Wierzę w to, że to, co mogę zrobić, jest lepsze od tego, co mogę powiedzieć, a jeśli swoim życiem moge pokazać, że jestem po prostu dobrym człowiekiem, że chcę nim być, bo nie zawsze przecież się da, to to czynię. Nie sądzę by Bóg, o ile istnieje, karał ludzi, za to, że w niego nie wierzyli, czy też że wierzyli w dobro nauki, które nam dał. Nie wiem tego, być może moje pojęcie Boga jest dziwne i nieakceptowane przez Kościół, ale moje doświadczenia i emocje, które musiałam przeżyć mnie zmieniły. A wolę patrzeć na ludzi horyzontalnie, niż wyznaczać granicę wiary czy religii. Jak obecnie widzimy, prowadzi to do otwartej wojny, w imię czegoś, co być może… nigdy się nie spełni. (Wierzenia Islamistów o dobrobycie w niebie, w zamian za śmierć niewiernego).

Zorganizowanie tych Świąt było dla mnie trudne, tak, by wszyscy mogliby być razem. Każdy wierzy w coś innego. I ma inne pojęcie wiary. Zaprosiłam Pana ze skrzydłami, choć jest niewierzący, przyjedzie… zrobił mi nawet stroik- choinkę z szyszek na święta. Ojczym nie będze na Wigilii, bo religia mu zakazuje i źle się z tym czuje. Dziwi mnie to, ale szanuje jego wybór. Za cel zaś objęłam sobie wytłumaczenie komu mogę, że to przecież tylko święta i kto ma chęć, niech wierzy w ich wzniosłośc i przeżycie duchowe-przecież to też piękne, jak człowiek potrafi coś przeżywać, a dla innych niech będzie to po prostu zwyka, lepsza kolacja. Przecież w Święta nie chodzi o to, aby zmagać się z problemem kto jakiego jest wyznania i wykłócać kto ma rację… ale to czas, by pobyć ze sobą, wspólnie, nacieszyć się sobą, pomimo wyznań, religii i wierzeń. Wszyscy przecież jesteśmy ludźmi… a święta to akurat taki czas, kiedy w większosci w naszym kraju ludzie mają wolne od pracy czy innych obowiązków, więc można spędzić go razem, w miły spoób. Święta to dla mnie czas na to, aby… zauważyć drugiego człowieka, pobyć z nim, porozmawiać, nacieszyć się nim, spojrzeć łagodniej, a nie ciągle się tylko modlić i spędzić całe święta albo w Kościele, albo zamknąć się od ludzi twierdząc, że są innego wyznania.

Pamiętam, kiedyś byłam na spotkaniu u Żydów, w trakcie ich Szabatu. Obchodzili oni swoje święto wraz z charakterystycznymi potrawami, też je zjadłam, a powiem nawet, że tak bardzo mi zasmakowały, że teraz czasem jem te przyprawy i dania w niedzielę, jak jest lepszy obiad. Być może jestem dziwna, ale nie rozumiem podejścia restrykcyjnego, tak jakby zjedzenie posiłku z osobami innego wyznania było złe, niegodne, czyniło zło? Jest to dla mnie dziwne… Sama chętnie poszłabym do wyznawców innych religii by spędzić z nimi trochę czasu, poznać ich tradycje, to jest przecież bardzo ciekawe. No, może do tych, których pewnie teraz macie na myśli nie koniecznie chciałabym isć, bo mogła by to być moja ostatnia już podróż… choć jak dla mnie, to jedna z najciekawszych religii świata.

Być może jestem idealistką… ale wolę patrzeć na człowieka całościowo, bo przecież ważne jest jakimi jesteśmy ludźmi. Dlatego z jednej strony nie potrafię zrozumieć takiego podejścia, z drugiej wierzę w to, że osoba wyznająca swoje zasady może się źle czuć i odczuwać dyskomfort, że robi coś wbrew temu, co wyznaje. Z trzeciej zaś strony… zaczynam rozumieć pobudki tego, co dzieje się na świecie… i czemu Islamiści chcą nas wytłuc.

Cóż, mnie też bliski jest ateista i nic na to nie poradzę. Nie będę go zmuszać ani przekonywać, bo rozumiem jego wyjaśnienia i przyczyny takiego stanu rzeczy. Pismo mówi „Idźcie i głoście…”. Być może to niezgodne z pismem, ale byłabym nie fair w stosunku do niego… i mogłoby to pogorszyć tylko nasze relacje. Być może jestem za bardzo szczegółowa… ale nie chce go stracić tylko dlatego, że ktoś wierzy w coś zupełnie innego. Te święta, ogólnie czas świąt w Kościele katolickim dlatego jest dla mnie trudny. Moja rodzina nie wyobraża soie tego, że mogę mieć takie poglądy, też o nich głośno nie mówię. Smutne jest tylko to, że nie chcą postarać się zrozumieć, jako dziecko miałam ich za bardziej wyrozumiałych i otwartych ldzi, a jako starsi robią się zamknięci na inność drugiego człowieka i na zmianę poglądów. Babcia stara sie jescze zachować zdrowy rozsądek, ale widzę, że też potrzebuje już zwrócić sie do Boga… taki wiek. Może za dużo od nich wymagam?

Pan ze skrzydłami dał się przekonać, że przecież to tylko święta i nie musimy ich huczniez21163086Q,Zwierzeta---swieta---swietna-zabawa- obchodzić w Kościele, w futerku i garniaku, o jedenastej na Mszy. Tylko żeby do mnie przyjechał, więc przyjedzie. Gorzej, że w dzień po świętach mamy kolędę i będzie jeszcze mój chłopak… akurat przychodzi proboszcz, który jest doktorem… No to sobie…porozmawiają…

Coś czuję, że te święta to będzie istny kogel-mogel…

 

 

 

Mają dwóch ojców, dwie matki, troje dziadków, a czują się niczyje… MÓJ APEL DO RODZICÓW!

Można mieć dwie mamy i dwóch tatusiów? Można! Do tego cztery ciotki, pięciu wujków, trzech dziadków i trzy babcie, sześć sióstr i dwóch braci… O kim mowa? O dzieciach z rozbitych rodzin, a dokładnie małżeństw. Taka rodzina się rozpada, matka idzie w swoją stronę, ojciec w swoją. Każde z nich zakłada swoją własną, drugą rodzinę, do której wchodzi nowy partner czy partnerka wraz ze swoimi dziećmi, siostrami itd. To straszne! Każde dziecko z poprzedniego małżeństwa obojga partnerów przeżywa szok. Lekki, umiarkowany lub duży. Niektóre sobie radzą, inne nie…

Jak mają nazywać nową żonę taty? Macochą? Kiedy wiedzą, że ich biologiczna mama żyje, kontaktuje się z nimi, jeśli mieszkają u ojca. Jak mają nazywać nowego męża matki? Ojczymem, drugim ojcem? Przecież dla nich to będzie zawsze obca osoba, którą mogą lubić, trochę więcej, mniej… w zależności od tego, jakie powstaną relację, między nowym rodzina_650partnerem a dziećmi. Zależy tez, czy dzieci są małe, czy też większe i chcą dochodzić prawdy… ale chyba zawsze chcą. Tak mi się wydaje. Przecież wiedzą, że matkę i ojca mają jednego. Ale jest tylu ludzi… za dużo, zdecydowanie za dużo. Co, jeśli do tego rozpada się małżeństwo dziadka czy babci i również układają swoje życie z kimś innym, a ten ciągnie ze sobą jeszcze na dodatek całą swoją rodzinę?  Eh… zwariować można! Dzieci przechodzą od jednych do drugich, to zaś do trzecich, ciężko przy tym tworząc normalne, ciepłe relacje ze swoimi biologicznymi rodzicami. Nierzadko stają się rozdrażnione, nie potrafią znaleźć swojego własnego miejsca w świecie, spokoju ducha, nie potrafią wytłumaczyć sobie tego, co dzieje się wokół. Większe za to uciekają od sytuacji, w której nie potrafią się często odnaleźć w próbę układania własnego życia i samodzielności, które najczęściej kończą się prywatną porażką, ujawniając cały mętlik, jaki powstał w ich głowie i odsunięcie od rodziny na rzecz próby budowania swojego życia, (co z resztą czują one same).

A zagmatwać się można i to nieźle. Bo jak mówić i jak postrzegać nowego męża jednej babci lub też drugiej? Albo nowego partnera matki, kiedy właściwy ojciec żyje z dala od byłej żony? Kim te wszystkie „dochodzące” do rodziny osoby są dla dzieci? Jedne akceptują to dobrze, drugie wcale i się buntują, jeszcze inne się odsuwają, nie potrafiąc poukładać tego w swej głowie. Reakcji jest mnóstwo! A co mają zrobić dzieci z tych „dochodzących rodzin”, gdy nagle się okazuje, że muszą być siostrą czy bratem dla kogoś… takim przyszywanym, nie do końca może chcianym…

A co jeśli zbierze się takich sytuacji w jednej rodzinie dużo? Każdy z byłych członków dawnej, dobrze działającej rodziny zakłada nową, wiąże się z kimś i ściąga multum nowych ludzi wokół…

Wiele z takich dzieci, a potem dorosłych już ludzi ma udziwniony i lekko wypatrzony obraz i pogląd na rodzinę i zasady jej funkcjonowania. Często dzieci czują się niczyje, podrzucane, przechodzą z rąk do rąk, pozostawione, rozdrażnione, i tak na prawdę, co jest chyba najstraszniejsze niekochane. Bo przecież rodzic już nie poświęca im tyle uwagi co kiedyś, bo może częściej wybiera partnera niż własne dziecko… Dlaczego? Nie wiedzą… Dzieci wobec takich wyborów pozostają tylko w świecie swoich domysłów. Mogą się łudzić, i usprawiedliwiać rodzica, że przecież je kocha, tylko, że teraz musi się zająć swoim nowym partnerem czy partnerką, albo… albo się zbuntować, gdy odczuwają lekkie, średnie lub mocne „odepchnięcie”. Oczywiście wszystko zależy od danej relacji, bo niekiedy zdarza się tak, że to właśnie nowa osoba wnosi do rodziny spokój i relacja rodzica z dzieckiem się poprawia. Dzieje się to jednak bardzo rzadko… niestety. A w miejscu, gdzie łączy się ze sobą wiele różnych „nowych” i „starych”, znanych dzieciom rodzin bardzo ciężko jest o prawdziwe zainteresowanie i poświecenie uwagi. A one? One czują, że ich świat, który znały i w którym czuły się bezpieczne się rozpadł, świat, w którym czuły, że mają grunt pod nogami znikł. One czują się po prostu niczyje…

Dlatego apeluję do wszystkich samotnych mam i ojców, którzy wychowują dzieci i nie ważne, czy jest to dziecko 3 letnie, 9 letnie czy 18 letnie. Zastanówcie się kilkakrotnie kim jest nowa osoba, czy będzie potrafiła w pełni zaakceptować Was i Wasze dziecko, zanim podejmiecie decyzję o tym, żeby zaprosić do swojego życia i domu kolejną połówkę swego życia. Nie zapraszacie jej bowiem tylko do swojego życia. Zapraszacie ją też bowiem do życia swojego dziecka!