Przygód część druga…

Jest dość zimno, powoli zaczynają kapać z nieba krople wiosennego deszczu. Z ładunkami i dużymi skrzynkami wracamy z Panem ze skrzydłami z komunii u jego siostry, zabierając do samochodu sąsiadkę, babcię i siostrę Pana ze skrzydłami. Obcierają mnie buty, gdyż na nogach mam rany, bo uprzednio byliśmy na dość romantycznym spacerze, na którym… obtarły mnie do krwi. Jedziemy…podjechaliśmy pod dom sąsiadki, Pan ze skrzydłami oczywiście wysiadł, musiał zanieść jej jeszcze podarunki z komunii, zaczęliśmy jechać w stronę domu. Przez całą drogę babcia powtarzała w kółko tylko słowa

-Oblec że się Agatka boś zgrzana i się zaziębisz, bo zimno jest na dworze.

A Agatka, jak to dziecko niesprawne, gdzieś miała  to,  czy jest zimno czy nie. Aby więc uspokoić starszą panią złapałam co było pod ręką (polar mojego faceta) i ją okryłam. W tym samym czasie Pan ze skrzydłami tłumaczył babci, aby przestała bo nie jest strasznie zimno i nic małej nie będzie…

W końcu dojechaliśmy do domu. Na podwórku biegały psy- ukochany jamniczek Pana ze skrzydłami oraz większy, pies jego siostry, czarny labrador imieniem Sara. Podczas gdy wjeżdżaliśmy na posesję, przypałentał się jeszcze jeden z kotów, za którym to w pościgu (dokoła samochodu) rzucił się jamniczek. Jamniczek bowiem jest ważną postacią. Jest to ukochany, bardzo mądry pies pana ze skrzydłami, jego największy przyjaciel i choć jest niewiele większy od mojego kota, to zaciekle będzie bronił domu. Jamniczki o czystej krwi, dobrego pochodzenia, jako psy myśliwskie, potrafią gonić, przeganiać i być bardzo odważne. I choć zwierz ten nikogo obcego za bardzo nie toleruje, to mnie jakoś polubił od razu.) Zaparkowaliśmy pod domem. No więc jamniczek biega za kotem dookoła samochodu i szczeka, a w tym samym czasie urwała się dźwignia skrzyni biegów. Nie wiem, jakim cudem, ale przy zmianie biegów główka od skrzyni została w ręce Pana ze skrzydłami, wyrywając się do góry razem z kablami… Pierwszy raz takie coś  widziałam, z przodu samochodu rozległo się tylko głośne

-Kurwaaa mać! Już mam dosyć tego dnia… – I szczerze mówiąc wcale się nie dziwiłam… bo natłok obowiązków jaki musiał wykonać Pan ze skrzydłami był bardzo duży.

-Uwaga, teraz może szarpnąć, bo nie mam biegów (bowiem jeszcze nie wycofał na wyznaczone do dłuższego postoju miejsce pod oknami)- dobiegło jeszcze z przodu, ale chyba nikt już tego nie słyszał. Babcia zaczęła wychodzić z samochodu to, a z uwagi na to, że nie miała lasek, które znajdowały się w bagażniku, mogła się bardzo łatwo przewrócić. bowiem babcia ledwo już chodzi o laskach. Siostra pana ze skrzydłami chciała się w tym samym czasie wydostać z samochodu, a, że nie mogła otworzyć drzwi, wiązało się to z szarpaniną z klamką od drzwi i ciągłym marudzeniem. W tym samym czasie pan ze skrzydłami mocował się z naprawieniem skrzyni biegów, tak, aby autko było sprawne, bo przecież musiał mnie następnego dnia odwieźć do domu… Przyznam, że też się wystraszyłam nieco, no bo jak miałby mnie zawieść skoro samochód byłby uszkodzony.

Babcia otworzyła drzwi, wystawia już nogi z auta, Agatce jakoś udało się otworzyć drzwi, więc się wyrywa, a trzeba ją pilnować, bo potrafi uciec i biegać po wsi… W końcu z tych „szklamżących” odgłosów dobiegł mnie głos

-Siedź babcia, gdzie idziesz, lasek nie masz! – Na co babcia się trochę uspokoiła, a mnie udało się  wygramolić z samochodu z aparatem, prezentami i małą, trzymaną za rękę… ale.. wtedy dopiero się zaczęło. Labrador zaczął po mnie skakać, domagając się pogłaskania i oczywiście brudząc przy tym moją sukienkę. Przy podskokach również podrapał auto panu ze skrzydłami…

Agatka zaczęła się drzeć, babcia ledwo siedzi, deszcz na nas kapie, jest mi zimno, trzymam ją za rękę, coby nie uciekła, pies po mnie skacze… chronię jakoś prezenty aby ich nie zniszczył, pan ze skrzydłami zrobił się najpierw zielony a potem czerwony na myśl o tym, happy puppy playing on the grass happy puppy playing on the grassże suka podrapała mu nowego mercedesa… W końcu naprawił skrzynię biegów, wysiadł, zabrał ode mnie skaczącego psa, babci dał laski, więc mogła już iść do domu, razem z mała, a pies… psu się oberwało najbardziej i został natychmiast zagoniony do kojca i zamknięty.  Kolejną rzeczą jaką musieliśmy zrobić było rozładowanie samochodu, więc małą chcieliśmy zostawić z babcią, dopóki rodzice nie wrócą, ale oczywiście ona nie chce, bo chce bajkę. Wbiegliśmy do domu, rzuciliśmy swoje rzeczy do pokoju pana ze skrzydłami, on poszedł jej włączyć bajkę, potem dać odpowiednie leki babci no i… ruszyliśmy do rozładowywania skrzynek, które miały zostać złożone w piwnicy, okazało się, że piwnica jest zamknięta a klucz nie wiadomo gdzie…

Nie, to już było ponad nasze siły, od rana ten dzień wyglądał tak jak fragment opisany powyżej i stwierdziliśmy, że mamy to gdzieś, poskładaliśmy skrzynki  na wejściu do piwnicy, choć deszcz lał już mocno a buty powodowały, że lała mi się krew powyżej pięt… Poskładaliśmy skrzynki, potem ja się poszłam rozebrać z sukienki i umyć, a Pan ze skrzydłami poszedł wykąpać małą i włączyć jej kolejne bajki no i umyć się sam… Później mieliśmy czekać na rodziców, więc porozkładaliśmy po półkach to, co zostało z komunii, uprzątnęliśmy kuchnię, wzięliśmy sobie po knopersie i  usiedliśmy na kanapie, a właściwie to półleżąc już czekaliśmy na 23.00 kiedy to mieli wrócić rodzice, aby przejąć pilnowanie siostry pana ze skrzydłami. Później Pan ze skrzydłami położył ją spać i zmęczeni czekaliśmy dalej, jednak kiedy przyszli rodzice okazało się, że jeszcze trzeba coś tam zrobić… no więc pan ze skrzydłami poszedł jeszcze im pomóc, a ja poszłam się rozmalować i się czegoś napić…

Wspomnienie Wszystkich Świętych…

Tekst ten pisałam rok temu…

Dzisiejszy dzień był dniem trudnym i nie ukrywam, że przyniósł wiele myśli, tych dobrych i tych złych zarazem. W południe wybrałam się aby odwiedzić groby w mojej miejscowości a także zajrzeć na grób Taty. Ubrałam się ładnie, rozpuściłam włosy, włożyłam kozaki na obcasie. Raz na jakiś czas mogę ładnie wyglądać… Muszę przyznać, że kiedy ładnie się ubiorę od razu lepiej się czuję, jak zadbana kobieta po prostu. Chyba każdy tego doświadcza…

Pojechałam więc na grób Taty. Włożyłam kwiaty do wazonu, zapaliłam znicze… stanęłam nad grobem i zaczęłam się modlić słowami, które akurat przychodziły mi na myśl. Patrzyłam na jego imię i nazwisko wypisane na marmurowej płycie grobu. Czasami podnosiłam wzrok, aby spojrzeć na1401386384_36578_1_0 krzątających się wokoło ludzi. Słońce akurat przebijało swe promienie przez wysokie drzewa, z których nie zdążyły jeszcze opaść liście. Stałam tak w swojej własnej wewnętrznej ciszy, choć dokoła było dość gwarno. Z czasem zaczęły powracać wszystkie wspomnienia, obraz mojego Ojca, jego oczy, jego głos… Podnosząc wzrok ponad płytę grobu widziałam cmentarną kaplicę. Wyglądała tak samo, jak w dniu pogrzebu. Pamiętam jak stałam tam prawie siedem lat temu, jak go chowali… Na chwilę znów się tam znalazłam. Znowu byłam tą małą dziewczynką, której łzy ściekały po policzkach, gdy patrzyła na trumnę swego Taty… Minęło prawie siedem lat, dziś przychodzę do niego już prawie jako kobieta. Zaczęłam do niego coś mówić w myślach… Przecież chodzę tam już tyle czasu i muszę przyznać, że są już takie odwiedziny, które mnie nie ruszają tak głęboko. Dziś jednak było inaczej. Stałam tam jako młoda dziewczyna, ta, która wyrosła z tej jego małej córeczki. Czy byłby ze mnie dumny? Nie wiem, bo nie poznałam go dobrze jako człowieka.  Patrzyłam na ten czarny napis i zastanawiałam się co by myślał, gdyby zobaczył teraz moje życie. Czułam się trochę winna, ale i dumna w pewnym sensie z siebie, że pragnę zacząć żyć dla siebie, a nie dla innych. Później szybko pozbierałam się stamtąd. Miałam jeszcze wstąpić do Mamy, a nie chciałam, żeby mnie widzieli upłakaną i zasmuconą…

Poszłam tam, oczywiście wszyscy się cieszyli, porozmawialiśmy, wypiłam herbatę, bo na kawę nie miałam ochoty. Przez długi czas nie było mnie w mieszkaniu u mojej Mamy, to też kiedy tam weszłam zobaczyłam sterty karteczek z wyznaniem miłości od męża mojej Mamy,  sporo nalepek i pamiątek z wycieczek. I kiedy tak spojrzałam na tą całą sielankową przestrzeń zrozumiałam jedno. Mama mentalnie odeszła…  I choć w większości takich sytuacji jest tak, że kiedy dziecko boi się, że straci rodzica, jest to nieuzasadniony lęk i tak się nie dzieje, to jednak w moim przypadku chyba się trochę tak zadziało. Nie poczułam lęku… Jestem już dorosła, muszę zacząć żyć wreszcie dla siebie. A mama… no cóż, przeżywa drugą młodość i może nie do końca jestem jej potrzebna? I niech tak zostanie… Później się tylko utwierdziłam w tym przekonaniu, gdy wczoraj tak serdecznie mnie zapraszała, mówiła, że mnie kocha i za mną tęskni, że chciałaby ze mną porozmawiać, a dziś zostałam skrytykowana. Nie rozumiem takiego zachowania. Nie rozumiem i nie zrozumiem już chyba nigdy. 
Wśród całej tej sterty „bibelotów szczęścia” znajdującej się w mieszkaniu dostrzegłam także tabliczkę z napisem „dla Dziadka od M.”.Wiem, kiedy ta tabliczka powstała, jednak udałam, że jej nie zauważyłam, tak, jak zwykle udajemy przed moją mamą i jej mężem. To miły gest z jego strony. Jednak o nic nie dopytywałam. Wcześniej bowiem dowiedziałam się, że mąż mojej mamy był u M. tydzień po naszej wycieczce, ale beze mnie. Zabrał tylko najbliższych, mnie i mojej mamy tam nie było. Co dziwne, nikt mi o tym wyjeździe nie powiedział, ani mąż mojej mamy, ani też ona, która wiedzieć musiała. Ale ja udaję, że o niczym nie wiem. Sądzę, że tak jest lepiej. Wiem tylko jedno- o moim liście nie wie nikt! Nikomu nie powiedział… uf… kamień z serca mi zszedł. Natomiast moja mama w ubiegłym tygodniu prosiła mnie, żebym przyjechała, bo musi mi opowiedzieć, co się działo w sobotę, gdyż dużo się działo i wszystko zmierza w jak najlepszym kierunku, także będę zadowolona i na pewno się ucieszę… Więc pojechałam dziś z myślą, że może powiedzą coś na temat minionego wyjazdu. Ale dziś temat umarł. Zostałam tylko skrytykowana i tak bardzo się ucieszyłam, że właśnie muszę przelać to wszystko na papier wirtualny, bo jest mi po prostu zwyczajnie smutno… 

Później wstąpiłam jeszcze na inny cmentarz, odwiedzając grób zmarłej cioci. Szłam tam też z powodu poszukania mojego dawnego przyjaciela, gdyż mieszka niedaleko, a, że cmentarz jest w tych dniach uczęszczanym miejscem, teoretycznie mógł tam być. Jednak chłopaka owego nie znalazłam, więc szukałam nazwiska na grobie, bo przecież bardzo prawdopodobne, że leżą tu jego dziadkowie na przykład. Jednak nazwiska też nie znalazłam. Kiedy już stanęłam nad grobem cioci to poczułam się jak taka bardzo zapomnianą przez wszystkich dziewczyną. Słońce chyliło się już ku zachodowi, na cmentarzu panował taki dziwny poblask, czyniąc go przestrzenią bardziej magiczną niż smutną… Czułam, że kończy się dzień. Wracając czułam, że przez kolejny dzień mojego życia czułam się źle. Czy tak już będzie zawsze?
Kiedy przyszłam do domu poczułam potrzebę pójścia na spacer, więc poszłam… Przemyślałam wszystko raz jeszcze, trochę się uspokoiłam, wróciłam do czasów, kiedy potrafiłam się po prostu śmiać…

Dzisiejszy dzień nie był łatwy, choć niewiele się w nim zdarzyło, nie wiem, co będzie jutro, nie wiem, co będzie dalej.  Próbuje to wszystko jakoś poukładać w swojej głowie, całą moją sytuację… ale chyba wciąż próbuję… Mijają dni. Wiem, że kiedyś ich zabraknie…  Nie chcę narzekać, użalać się nad sobą, wiem, uwierzcie mi, wiem, jakie to jest męczące. Miałam do czynienia z depresantami, np. człowiek ów, który wyrządził mi tyle zła i przykrości w moim życiu. Wiem, że nie chcę się użalać. Jestem po prostu samotną, ładną, młodą dziewczyną, która czuje się zagubiona… Wiele takich na świecie, więc chyba mój blog nie wyróżnia się niczym prócz tego, że kocham bluesa i może to się wielu nie podobać, ale pragnę żyć w rytm tego bluesa, który jest w moim sercu. Może nie będę gasić papierosów na talerzach, bo nie palę i nie będę mieć wykształcenia podstawowego… Może nie będę śpiewać na polskiej scenie, ale chce być wreszcie wolna! Po tej całej melancholijnej chwili spędzonej na cmentarzach wstąpiła we mnie siła walki i uporu. Walki o swoje, chęci życia po swojemu, według swoich zasad, wartości… Wracam do normalności? Nie wiem. Jest wieczór, a ja pragnę pisać teksty, bardzo lubię… I mam gdzieś co ten cały świat sobie pomyśli. Czy tak wypada, czy nie. Powinnam się zająć czymś innym, czymś ważniejszym bo tak trzeba… A ja mam gdzieś, co trzeba! Muszę wreszcie zrobić coś, co daje mi radość! Przecież o higienę psychiczną też trzeba dbać… Bunt? Może i bunt… ale twórczy i choć trochę pomaga spojrzeć na siebie,  To, co wypracowałam sobie na terapii. Trzeba się sobą zaopiekować! Sobą, a nie innymi!

Wiecie co… chciałabym Riedlowi zaświecić lampkę…