Myśli z 06.05.19 r. Dziękuję wam za to, że tutaj ze mną jesteście!

Obudziłam się z tą myślą, że to fajny facet, znowu. Ta myśl nie daje mi spokoju jakoś… że jest ogarnięty. Tak mnie skrzywdził, ale głupi nie jest, pracuje, zarabia, ma mieszkanie, stara się w pracy, potrafi być i delikatny, uczuciowy, romantyczny i pozytywnie szalony jak chce… Z drugiej strony nie rozumiem go. Tyle myśli, tyle pisania, tyle rozmów? I nic nie poczuł? Musi być jakimś betonem, że tylko mała myśl mu przeszła przez głowe o mnie. Rozmowy z nim teraz to śmiech przez łzy. Niby się śmieje, ale we wnętrzu wiem, że muszę odpuścić, że z tego nic nie będzie. Zostałam znowu sama, ale przynajmniej próbowałam. Nie liczę już chyba na szczęście, po prostu, próbuję się pogodzić z tym wszystkim, co jest. Było z nim fajnie i chyba nie żałuję tych wszystkich dni, a teraz muszę wrócić do swojego życia.Może ten świat na prawdę na jednym facecie się nie kończy?

Założyłam sobie też fejsbuka i stronkę dla mojego bloga. Cieszę się z tego, cieszę się z tego, że mogę teraz dotrzreć do ludzi mi przyjaznych, potrzebuję ich teraz bardzo koło siebie. Bez Was będzie mi cieżko. Powoli się znów podnoszę…

Reklamy

Obejrzałam „Tańczącego z wilkami”…

Życie bywa zadziwiające. Gdyby nie moja przygoda z blogowaniem i pomysł na opisywanie swoich przygód przeżytych z Chomiczkową i nie tylko z nią, może nigdy bym nie obejrzała tego filmu. Piszę „może”, bo westerny swego czasu pochłaniały mnie bardzo. Zapewne wiele z Was film widziało, jak i czytało również książkę o tym samym tytule, dlatego nie będę tutaj opisywać fabuły. Napiszę za to kilka refleksji…

Dla mnie ten film okazał się pewną bramą. Bramą do rozpoczęcia życia w zgodzie z naturą. Zawsze żyłam na uboczu, przy lesie, inaczej niż ludzie „z miasta”, ale to właśnie dzięki takim produkcjom widzi się na nowo urok tego całego miejsca. Nie było mnie tu kilka dni, może tydzień, może dłużej. Gdzie byłam przez ten czas? Otóż, spacerowałam po lesie, w śniegu, czy też nie, na mrozie, czy też nie, jeździłam konno i robiłam mnóstwo rzeczy na zewnątrz, przy tym wszystkim jeszcze miałam na głowie 3 cieżkie egzaminy. Egzaminy wczoraj zdałam, więc zaczynam życie jakby na nowo… Przez ten cały czas prawie zapomniałam o tym, że mam komputer. Ale to było mi potrzebne, odcięcie się na chwile od tego świata i skupienie się na całkiem innym wymiarze rzeczywistości, by zobaczyć życie od całkiem innej strony… To jeden z takich filmów, po którym potrafię przystanąć, zastanowić się co tak na prawdę jest ważne, co kryje się w głębi życia, w jego znaczeniu. Chyba potrzebowałam czegoś silnego, co odwiodłoby mnie od nakręcającej się spotali narastających myśli, trzeba wspomnieć, że przed tym tygodniem przeżywałam znów atak silnie nawecających myśli i nie potrafiłam się uspokoić i zakceptować. Wtedy tylko Top Gun o tym wiedział i rzeczywiście powtarzał mi, że będzie dobrze, że musi być… Nie wierzyłam, ale z czasem, kiedy zaczęłam się bardziej uspakajać, jakoś to do mnie docierało. Może na prawdę, mnie uratował? Tak, czy ineczej, dalsza czesć przygód z nim też powstanie…

Poczułam, że odkrywam życie na nowo, że jest jeszcze przecież tyle nie przetartych szlaków, którymi można podążyć. Wtedy zwykły spacer, czy przejażdżka ma inny wymiar, kiedy odkrywa się wszystko na nowo… tak, jakby doświadczało się tego po długiej nieobecności gdzieś i doceniało raz jeszcze… a może po prostu mnie długo tam nie było…?

Zastanawiam sie też dlaczego ludzie tworza takie filmy? Dlaczego je oglądają? Do głowy przychodzi mi tylko jedna teoria… W tym całym kryzysie wartości ludzie poszukują prawdy, prawdziwych emocji czy historii ukazujących człowieka poszukującego życia w zgodzie z samym sobą. Tęsknią za tym. Tylko, czy ktoś takie filmy jeszcze ogląda?

tanczacy-z-wilkami-1990_20150711121936

 

Relacje, eh relacje…

Witajcie z ten ponury dzień… Jakiś bardziej mi się wydaje ponury niż zwykle…Może to tylko mój wewnętrzny odbiór? Top Gun się nie odzywa, jak na razie, może dziś się odezwię, albo ja do niego napiszę z zapytaniem. Muszę przyznać, że ostatnio naszła mnie refleksja, że jest w stosunku do mnie dobry, naprawdę… jakoś tak. Niby nie nadskakuje mi, ale czuję się od niego jakąś życzliwość na kilometr, ma podobne poglądy, sprawy w życiu, rozumiemy się i to jest chyba w tym wszytskim najpiękniejsze. W całej tej relacji… Nie wiem, dokąd ona prowadzi, ale wiem, że chcę, by trwała.  Pomaga mi i wspiera w trdnych chwilach. Mam do zdania jeszcze trzy egzaminy, na które materiału jest multum, już się trochę na nie uczyłam, ale jeszcze trzeba podszlifować, tak, aby był jakaś dobra ocena. Chwilowo usunęłam też mój drugi blog. Dopadła mnie jakaś chandra i nie miałam pomysłów na pisanie na nim. Może kiedyś wrócę do tworzenia jakiegoś blogu. Na razie, po prostu nie mam na to sił. Pogoda mnie dobija, chciałabym już wiosnę….

 

 

 

 

 

 

Świąteczne rozmowy i o dalszych podchodach słów kilka.

W Święta zawsze każdy ma trochę więcej czasu. Przynajmniej wśród tych, którzy święta spędzają w gronie rodziny. I tak, czasem przy świątecznych rozmowach można się czegoś dowiedzieć, tównież o tyh, o których nie słyszy się na co dzień bo albo nie chce się o nich słyszeć, albo dawno gdzieś ślad po nich zaginął. I tak było tym razem.Podczas pogawędek przy świątecznym obiedzie, dowiedziałam się co nieco o dalszych losach M., Małej, a także Pana Blond 🙂 Choć jakoś nie chciałam o nich zbyt dużo wiedzieć, szczególnie o M.

M. podobno rzucił szkołę, zaraz po osiemnastce i poszedł do pracy, na taśmę w jakiejś firmie produkcyjnej, robiącej części do samochodów. Zarabia po trzy tysiące i jak narazie go to cieszy. Chce się wyprowadzić od ojca.- Byłam w szoku muszę przyznać, nie dlatego, że okazał się tak samodzielny, ale, że postąpił tak bezmyślnie. Przecież on nie ma nikogo, a jeśli zdobyłby choć jakiś zawód, mógłby się już na dobre usamodzielnić. Próbowali go podobno przekonywać, ale nic nie mogą zrobić, gdyż nie ma argumentu. Fakty są takie, że wiele magistrów jest bezrobotnych, więc… tak lepiej… Nie ma argumentu. Nie wiem, czy on nie widzi, że nie ma osoby, która mogłaby mu pomóc za kilka lat? Mąż mamy pewnie by chciał, ale co on zrobi, skoro jest tak daleko? M. jest tam skazany na siebie samego, tylko. I choć kiedyś mnie wkurzył, to jednak nie życzę mu źle, ale jeśli dalej będzie tak postępował i nie myślał co będzie za kilka, kilkanaście lat to nie wiem, jak skończy się jego historia. Do tego te pieniądze, pewnie odbije mu szajba, jak to takiemu młodemu chłopakowi, skoro nie myśli o przyszłości, to jest to możliwe.

Pan Blond, który był jedną z dwóch rozrywek podczas pamiętnych wakacji, gdzie spotkałam Łapacza Krokodyli i całą wesołą trupę, i z którym całkiem fajnie się gadało podobno ostatnio przybył na jakieś spotkanie w większym gronie. Jakoś żyje, był taki jaki jest, ma dziewczynę, jakąś brunetkę.

Mała kończy szkołę i chcę iść na dietetykę albo na hotelarstwo. Hotelarstwo by jeszcze uszło, choć język trzeba znać, ale dietetyka? Zdziwiło mnie to. Ta jest mnóstwo biologii, chemii, matematyki. A skoro nie zna tabliczki mnożenia to może być kiepsko. Mama mówi, że nawet fajna z niej dziewuszka, jakoś tam próbuje sobie radzić. A to pójdzie na łyżwy, a to kupiła sobie lampkę do robienia paznokci to coś tam próbuje dłubać. Świat się jakoś kręci, choć każdy jakby poszedł w swoją stronę. Cóż, może dziwie się przyznawać, ale ja nawet się cieszę, że wyszło jak wyszło. Bo jakoś niespecjalnie czułam się w tamtym  całym towarzystwie. Żal mi chyb atylko relacji z M. Jakiś sentyment do niego mam, a może bardziej do tego fajnego czasu, jaki z nim spędziłam, do tych ciepłych i słonecznych wakacji. Wiem, że już nigdy prawdopodobnie go nie zobaczę, ze się zmienił i, że tematego M. już nigdy nie będzie, gdzieś zniknął, ale jednak w mojej pamięci, gdzieś głęboko jakoś został taki, jak był wtedy. Choć to dzieciak i teraz wiem to na pewno.

Top Gun cały czas próbuję się jakoś do mnie dopchać. Ostatnimi dniami, jakoś to całe nasze pisanie i rozmowy zamieniły się w jawne podchody. Nie wiem, jak będziemy się czuli, gdy się znowu spotkamy, bo po tych tekstach jakie teraz do siebie wysyłamy, to może być dość dziwna sytuacja, tak się spotkać. Ale dałam sobie czas i możliwość na trochę luzu, nie zawsze muszę być pod kontrolą, mogę śmiać się i bawić. To takie dziwne, napisać jest dużo łatwiej niż powiedzieć, tak prosto w oczy… z emocjami na twarzy. Wczoraj, kiedy mi pisał coś na dobranoc, wypalił jeszcze, niby, w żartach, żebym „spróbowała z nim zamieszkać”… Na co ja napisałam, że muszę isć już spać i rozmowa się jakoś urwała samoistnie. Dziś pewnie znowu napiszę. Ciekawa jestem jak się ona potoczy dalej…

 

Jak grom…

Nasza miłość z Muzykiem spadła na nas jak grom z jasnego nieba. Nikt z nas się nie spodziewał, że takie uczucia zrodzą się w nas akurat teraz, kiedy i ja i on przeżywaliśmy ciężkie chwile. Kiedy tak bardzo potrzebowaliśmy kogoś, kto po prostu by był… Zawsze, wtedy gdy pięknie i wtedy gdy źle…

Wytworzył się pomiędzy nami ogrom słów, listów, dźwięków, tak ich wiele, że trudno zawrzeć mi tutaj wszystkie wątki jakie się pojawiły, ale jest ich mnóstwo. Potrafimy ze sobą o wszystkim porozmawiać.

Teraz czuje, że moje życie zaczyna się zmieniać w prawdziwą bajkę… Bajkę, która trwa… I choć czasem nie jest kolorowo, nadchodzą ciężkie dni, kiedy i ja i on nie potrafimy powstrzymać łez, to jednak jesteśmy w tym razem. Tylko jego smutki mnie martwią, bo nie wiem, czy to aby nie może zniszczyć całkowicie kiedyś naszej relacji, którą w gruncie rzeczy dopiero zaczynamy budować. Mamy mnóstwo celów i marzeń, pięknych, pełnych czułości, wrażliwości i szalonego spełniania pragnień nawet tych dziecięcych, tych, które gdzieś tam pozostawały nigdzie niespełnione od dzieciństwa, jak skakanie po kałużach czy łapanie motyli… Leżenie na łące i słuchanie śpiewu ptaków, przytulanie drzew, tańczenie w deszczu… To wszystko staje się nagle możliwe.

Poznaliśmy się jednak jako dwójka ludzi o poharatanych sercach, o ciężkich historiach i bolesnej przeszłości. I czasem ani ja ani on nie potrafimy być silni. To taka spevyficzna więź, poczucie, że ktoś ma również bolesne doświadczenia… Może dlatego potrafimy się zrozumieć czasem bez słów? Może dlatego obojgu nam zależy na szczęśliwym i spokojnym życiu? Dlatego mamy podobne wartości i potrzeby?

Historia Muzyka jest goła inna niż moja, ale również obfituje w samotność, ból, porzucenie, depresje, wreszcie skrzywdzenie przez osoby, które miały być tymi najbliższymi. Jakby nie patrzeć na ten blog, coś o tym wiem. Dla niego jednak jestem spełnieniem marzeń, małą osóbką do bronienia i dziewczyną, która sprawia, że świat staje się lepszy, że już nie musi nigdzie biec i się szarpać. Czy to możliwe? Mam w głowie tyle myśli. On ze mną jest, codziennie wieczorem utula mnie do snu i czeka aż zasne, głaszcząc mnie po włosach  i grając mi na gitarze melodie do snu. To kojącez te nasze wieczory…

Jednak po rozstaniu z Panem ze skrzydłami nie czuję się najlepiej. Czasem dopadają mnie rozterki, jakieś wewnętrzne demony… Dzisiaj zemdlałam, straciłam przytomność, nie wiedziałam przez chwile, co się ze mną dzieje, przyjechało pogotowie… Ale po wywiadzie puscili mnie do domu, miałam odpoczywać. Myślę sobie, że muszę jeszcze bardziej zająć się sobą, poświęcić sobie czas. Muzyk przynajmniej ze mną był, to było takie wspierające. Siedział przy mnie, głaskał po głowie, chciał mi towarzyszyć. To było dla mnie tak dziwne, tak nieosiągalne… Mam taką myśl, że to tak piękne kiedy nie muszę już wyczekiwać czułości, bo ktoś po prostu chce tego samego, co ja…                                                persian-poems-3199610_1280

Kiedy niebo runęło na ziemię… Jakbym żyła na bezludnej wyspie…

Wstałam. Dziś z trudem otworzyłam znów oczy. Spadło kielka kropel, ale już jakoś mnie to nie rusza. Z tyłu głowy jeszcze wciąż mam, że powinno być okej. Nie jest. Potem zjałam śniadanie, jakoś zjeść musiałam, choć wcale nie miałam na to ochoty ani siły. Teraz piszę te słowa. Z innego miejsca, z telefonu… Z miejsca gdzie potrafię być bardziej szczera wobec samej siebie. Teraz się zastanawiam, ile dziewczyn jest takich jak ja, które opisują w internecie swoje życie? Multum. Ludzie przechodzą obok nich obojętnie, zazwyczaj…

Wczorajszy dzień był w większości dniem dobrym, burzę przyniósł dopiero wieczór. Dodatkowo jestem wykończona ostatnim miesiącem czasu, gdzie watawałam o 7.00, kładłam się apać o 23.00 i tak cały czas. Nie było mnie w domu, w umyśle, ani w sercu… Nie było mnie nigdze, można by powiedzieć. Teraz… Dlaczego najbliźsi mi ludzie potrafią tak ranić? Właśnie dlatego, że są najbliźsi? Chomiczkowa… Miała być moją przyjaciółką. Poniekąd nią była. W chwili, gdy tu nie pisałam zorientowałam się, że chyba najzwyczajniej w świecie, ma mnie gdzieś. Jeśli jest szczęśliwa, choć trudno mi w to uwierzyć, to mnie nie potrzebuje. Byłam jako prywatna terapeutka… Egzystowałam przy niej jako pomoc, a kiedy tej pomocy nie potrzebuje, zostałam zwyczajnie olana. Było mi przykro, potem czułam na nią zwyczajną ludzką złość. Poczułam się w pewnym sensie zdradzona… Myślałam jednak, że ten temat uda mi się już zostawić. Trudno, chce zniknąć  z mojego życia, niech tak się stanie. Wczoraj znów jednak wszystko wróciło. Kolejny raz zobaczyłam i poczułam coś, czego bym się po niej nie spodziewała. Znów czuję złość, ale i żal i jakąś taką wszechogarniającą samotność…

Panie ze skrzydłami, kolejny raz mi pokazałeś, że nie możesz, nie chcesz mnie zaakceptować… Nie potrafisz… To takie smutne… Tyle czasu przecież już minęło… Tyle wspólnego czasu. Nie rozumiem do końca…

To boli, a najgorsze jest to, że wczoraj po raz kolejny poczułam się, jakbym znowu była sama. Samotna, na samotnej, bezludniej wyspie. Gdzie nikt mnie nie widzi, nie słyszy, gdzie nikt nawet nie chce się zatrzymać  i przycumować na brzegu. Najgorsze jest to, że czuję, że nie mam dokąd pójść…

Ostatnio poznałam parę nowych osób, podejmując się pewnych działań związanych ze studiami. Z paroma mam kontakt nadal, ale nie potrafię jakoś poczuć tej chęci otwartości, możliwości rozmowy… Szczerej rozmowy… Wiem, że głębsza relacja nawiązuje się z czasem o potrzeba zaangażowania obu stron, ale myślę, że jednak miałbym poczucie, że zawracam komuś niepotrzebnie głowę.

Ostatnio przychodzi do mnie też Indianer. W snach, w myślach… powracjaą wspomnienia. Śniło mi się, że go spotkałam. A potem nie mogąc złapać tchu biegłam na oślep po schodch, by go już więcej nie zobaczyć. Całkiem tak, jak gdybym się go bała. Może zraniłeś mnie za bardzo Indianerze? Podobno Cię tu nie ma, podobno wyjechałeś gdzieś daleko od mojego miasta… może nie będę musiała Cię oglądać… Chyba nie chcę. Dlaczego wracasz w moich myślach właśnie teraz? Dlaczego nie pozwolisz spać spokojnym snem?

Jakby to wszystko działo się poza mną, moją percepcją, spostrzeganiem. Jakby to wszystko za każdym razem chwiało moim bezlieczeństwem. Jakby nie było dla mnie na ziemi przyjaznego miejsca? Więc dokąd mam iść? Nikt ze szczerości mnie nie potrzebuje, nie chce, nie pragnie przy mnie być. Czuję po prostu szerzącą się wokół mnie pustkę, której nie potrafię niczym wypełnić… A może nikim…

sand-768783_1280

Maska…

Nastał pierwszy dzień spokoju od poprzedniego wpisu. Jeszcze kilka dni temu czułam, że spadł na mnie armagedon. Takiego napływu złości i tylu bodżców, które mnie drażnły , dawno nie czułam. Ostatnie dni minęły mi fatalnie. Choć było to dla mnie dziwne doświadczenie, zazwyczaj jestem raczej spokojna. A może raczej… tłumiąca złość… to lepsze określenie. Dziwnie się czułam w tym wszystkim, jakby działo się to obok mnie, a jednak tak wyraźnie to czułam, jakbym nie była sobą…? A może właśnie to ja? Powoli zaczynało do mnie dochodzić, że to ja.

Czuję, że otworzyła się jakaś furtka, którą ciężko będzie zamknąć. Wodziłam wzrokiem po ludziach i chciało mi się płakać… „Co ja tu robię?” „Po co ja tutaj jestem?” Tysiące jakiś niewypowiedzianych nigdy chyba sprzed samą sobą pytań. Potem myślałam, długo… w nocy. Kiedy wreszcie wiedziałam, ze zostanę sama, wtedy było lepiej, choć coś mnie bolało we wnętrzu. Dawno już nie czułam bólu psychicznego… już chyba zapomniałam, jak on wygląda, jak się go odczuwa. Chciałam zasnąć, aby go tylko nie czuć, na chwilę była ulga, a rano, znów budziłam się z nim i czułam, że potowarzyszy mi przez większość dnia, tak jak w dniu poprzednim. Taki maraton bólu. Czułam coś tak silnego, jakby gdyby zaraz miało mnie rozerwać od środka, jaky coś w moim wnętrzu kołatało i krzyczało, tak głośno, a ja nie mogłam tego wypuścić na zewnętrz. To były bardzo męczące momenty. Teraz już się uspokoiło… Nawet nie wiem kiedy… to działo się tak szybko. Wiem, że coś się że mną podziało, że chyba nie wytrzymałam napięcia.

Nigdy od nikogo nie dostałam przekazu, że mogę pozwolić sobie na słabość, na bycie sobą, na wyrażanie prawdziwych myśli. Zawsze miałam być taką silną, niezależną od  nikogo, niepotrzebującą nikogo, samowystarczalną, podtrzymującą cały świat… to straszne, gdy tak teraz o tym myślę…

„Gdy tak na prawdę taka nie jestem.  Ale sama sobie nie dałam przyzwolenia na bycie inną.”

Dotarło to do mnie w cierpieniu i gwałtownym bólu. To straszne co ja sobie sama zrobiłam… Uwierzyłam w to, co mi mówiono.

Nigdy nie było czasu na rozmowę, nigdy na pokazywanie prawdziwych uczuć, na przeżywanie czegokolwiek, kiedy ja miałam calkiem inne potrzeby. Sama sobie nie dałam wiec przyzwolenia na bycie sobą. Bo będą sie martwić, bo mnie nie zrozumiają, bo będzie źle… bo ktoś pomyśli, że to jego wina i się załamie. Bo mój świat się załamie przeze mnie. Miałam być niezależna i nie czuć nic, niczego nie potrzebować.

Dziś wiem, że tak nie jest. A co najbardziej mnie przeraziło, zdałam sobie sprawę, że to wszystko, „na czym” żyłam, to tylko maska. To ona mnie chroniła, sprawiała, że pozornie czułam się bezpiecznie. Pozornie, no właśnie… pozory. Wszystko było pozornie, tak, aby mieć poczucie, że przecież jest dobrze. Aby wszyscy byli zadowoleni i czuli się spełnieni. Tak, jak z diagnozą depresji, idzie się po leki, zażywa i …jest dobrze… pozornie… niektórzy tak robią. Nie wiem, jak zacznę żyć, ale chcę inaczej. Chcę coś zmienić. Musze przestać się obwiniac i dopuścić do siebie te pragnienia, które ukrywałam przez wiele lat, wiele czasu… Bo w końcu, one są moje, całkowicie. Tego zranionego i opuszczonego dziecka , które boi się porzucenia i w środku jest delikatne, jak dopiero co rozwijający się kwiat. Chcę tego przyzwolenia, na błędy też, na bycie sobą, a nie idealizacją mnie, jaką widzą moi bliscy… Boję się jak zareagują bo wiem, że nie rozumieją, ale inaczej, nie zacznę żyć…

mask-3233020_960_720