Śmieszna sytuacja i wyjazd Top Gun do….

Jest sobota rano, zmęczona i niewyspana czołgam się z łóżka, by znów zobaczyć jego twarz… Właściwie gdyby nie on, nie miałabym w ogóle ochoty tam iść, mogłabym przeleżeć cały dzień w łożku. Bez różnicy czy jestem tu, czy tam. Wchodzi po schodach, wita się ze mną i idziemy razem do sali. Jest jakoś senno, nie mam na nic nastroju, ale jego widok jakoś podnosi mnie na duchu, przynajmniej nie jestem tu sama, jak zwykle. Zaczynają się zajęcia, siedzimy i słuchamy. Mijają godziny, na pierwszej, prowadzący każe poćwiczyć sobie układanie poszkodowanego w pozycji bocznej bezpiecznej… Więc ćwiczymy, widzę, że się cieszy, bo jest okazja, by się zetknąć ciałami. Najpierw ja go układam, delikatnie, a potem on mnie. Kłądę się więc na karimacie i czekam… Ręce mi już ułożył i nagle czuję, jak coś na mnie usiadło… Tak, to był Top Gun, oczywiście w miejscu nie mniej, nie więcej wybrednym mojego ciała… Równocześnie słyszę zatrwożony głos prowadzącego o ton głośniejszy niż zwykle „Co pan robi!?”A Top Gun na to ” Ułatwiam sobie.” No a ja leżę, nie mogę się za bardzo broić, bo mam być nieprzytomną poszkodowaną… Potem ze mnie schodzi i dalej mnie układa…

Później wychodzimy na przerwę, mówię mu, że nie za dobrze się czuję, więc prosi, żebym zrobiła badania. Muszę zrobić te badania… Sama nie wiem ostatnio co mi jest, moje życie, gdzieś od 15 jego roku wygląda jak jakaś sinusoida… raz jest lepiej, a potem jak leci w dół, to po całości… Później znów wychodzimy na drugą przerwę, przed nami jest jeszcze cała niedziela zajęć, mówi mi, że nie wie, czy jutro przyjdzie, bo może pojedzie do koleżanki do Warszawy, bo mają ją mianować. Robi mi się jakoś tak smutno, choć wiem, że to raczej tylko koleżanka, ale wiem też, że jutro mamy zajęcia z takim prowadzącym, u którego zawsze jest wesoło, żartujemy i jest fajna atmosfera. Liczyłam na to, chyba mi tego było potrzeba w moim obecnym stanie, a tu nici z tego, bo on  może pojedzie do jakiejś koleżanki… z którą i tak nie porozmawia, bo tylko ich pokażą i zaraz zabiorą do jednostki… „No ale okej”- myślę. „Chce, niech jedzie”.

Następnego dnia rano, wstaję, wiem, już, że dzień będe miała taki sobie. To w sumie jednao z najgorszych uczuć jakie znam, gdy wiem, że dzień będzie taki sobie albo zły. Kolejny raz słucham „Serce jej popękało, w Paryżu nad Sekwaną…” Jestem chyba na niego zła, tak, czuję złość, ale wiem też, że przecież on nie wie czego ja potrzebuję, czego chcę, wiem, ze muszę pozwolić mu żyć własnym życiem. Tylko nie rozumiem, czemu w takich sytuacjach się tak nakręcam… Jadę na zajęcia, nic się do niego nie oddzywając, nie piszę. Gdy już tam jestem, po jakimś czasie przychodzi wiadomość… od niego… i zdjęcie z Warszawy. Wtedy jakoś nie mam ochoty odpisywać, coś tam odpowiadam, półsłówkami. Ale ciągle się dopytuje, ciągle coś piszę. W końcu zaczyna się jakaś normalniejsza dyskusja. Później już, po jednej z oich odpowiedzi nie odpisuje nic, ja w między czasie kończę zajęcia i idę na miasto coś zjeść. Później wracam autobusem do domu. Nagle przychodzi wiadomość, zdziwiona jestem, bo od niego. O tym, że jest już w domu. Nie odpisuję. Jakoś czekam z godzinę, kiedy docieram do domu, też piszę, że jestem już w domu. Znów wywiązuje się jakaś dyskusja, pytam się, czy ma jakieś zdjęcia z mianowania tej koleżanki, a on mi wysyła… zdjęcia i i flmy z całej defilady wojskowej, a o koleżance ani słychu ani widu…. Po prostu pojechał pooglądać sobie wojsko, jak się reprezentuje… a tej dziewczyny to nawet tam widać nie było… wszyscy tacy jednakowi.

I dlaczego mi tak powiedział? Dlaczego akurat o innej? Nie wiem… czy miał to być jakiś test, jak się zachowam? Wyszło na coś zupełnie innego, a ja myślałam…

worried-girl-413690_960_720

Trudne oczekiwanie

Pogoda nas ma w tym tygodniu nie rozpieszczać. Ogólnie za oknem jest okropnie. Jedno spojrzenie przez nie wystarczyło, abym zaszyła się dziś w domu, z laptopem i… pisała. Może napiszę to opowiadanie o którym Ania S. pisała na swoim blogu jakiś czas temu? W końcu do końca października czas jest, a pomysłów mam mnóstwo, tylko, że… jak to ubrać w całość? Hm… zastanawiam się nad jakąś pożyteczną fabułą… Dużo się ostatnio wokół mnie dzieje, dużo planów, przemyśleń, sytuacji i obserwacji. Czuję, że mam niedosyt pisania. Nie tylko tego tutaj na blogu, ale również kawałków tych, które w jakimś tam, małym stopniu mogę nazwać zapiskami na wyższym 1279832323_by_Kris01_600poziomie niż pamiętnikarskie gnioty, jakich w sieci pełno (w tym moich). Ale jak się człowiek podzieli czymś ciekawym, fajnym albo okropnym, to lepiej mu jest.  Tak… ten blog zdecydowanie w większości stał się blogiem-dziennikiem, ale też taki poniekąd miałam zamiar. Gaź, mydło i powidło! Tylko trochę dziwnie mi tutaj wplatać jeszcze rzeczy, które piszę prócz przemyśleń.

Myślę też nad tym, co ma się wydarzyć… Czekałam na to cały miesiąc, teraz minie jeden dzień i całe oczekiwanie ze mnie zejdzie i gdzieś powędruje. To z jednej strony smutne, bo oczekiwanie  może być w pewnym sensie motywacją do działań, z drugiej zaś strony towarzyszy mi lęk, bo nie wiem, czego mogę oczekiwać. Powoli jednak chyba przełamuję ten lęk. Powiedziało się A i B, to trzeba powiedzieć i C. Choć to będzie dużo kosztować… Łapacz krokodyli podobno ma być, więc zapowiada się naprawdę ciekawe przedstawienie…

Sama nie wiem, czy dobrze robię, czy moje działanie ma jakiś większy sens. Może to tylko skutkizeschizowania na dobre? Tak, to jest wariackie… Napływają zewsząd wątpliwości i każdy dzień zbliżający mnie do tego wydarzenia przynosi niepewność. Niepewność odepchnięcia. Stary schemat. A tyle razy powtarzałam sobie, jadąc na wierzchowcu, że to bujda. Na razie w mojej głowie toczy się walka. Walka pomiędzy tym, co słuszne, a tym, co mną powoduje. Słuszne w znaczeniu otaczającego mnie, hermetycznego świata. 

Teraz żyję przygotowaniami gdzieś w głowie, trochę rozpraszają mnie studia i to, co dzieje się w domu. Hermetyczny świat, zamknięty niczym na klucz. Samowystarczalny… Nikt tu nie ma nic do powiedzenia… Zatracony kontakt z rzeczywistością. To ciężkie. Wczoraj już nie wytrzymałam tego panującego wokół napięcia. Popłynęły łzy, pierwsze od kilku miesięcy. Tak dawno nie płakałam. Czasem przypomnieć sobie smak łez jest czymś bezcennym. Wróciło uczucie bezsilności… dobrze, że na krótko, dziś już tego nie czuję. 

Zabieram się za pisanie czegoś… 

Summertime!

Już prawie jesienne, ciepłe i intensywne zachody słońca zawsze jakoś nastrajały mnie do podsumowań. Wtedy bowiem zawsze kończyły się wakacje, więc wyraźnie można było odczuć, że coś się kończy, a zaczyna coś zupełnie innego. Człowiek stawał wtedy też przed wyzwaniem kolejnego roku szkolnego, zadań i obowiązków, a więc pracy… Dzisiaj też jest taki wieczór, ostatnie jabłka pobłyskują w żółtym świetle zachodzącego słońca, na drzewach zobaczyć już można żółte, czerwone i brązowiejące liście, temperatura zaczyna spadać, świat przybiera jakby inny wymiar, kształt i zapach. Niedługo rzeczywiście zacznie się rok akademicki. Przypomina mi się teraz w głowie tekst, który pisałam dokładnie rok temu bez jednego dnia, bo 22 września, w ostatni dzień lata. Tak moi drodzy, jutro pożegnamy lato, które choć kapryśne początkiem i środkiem, pozwoliło się zapamiętać upałami i pięknym słońcem we wrześniu… O czym to ja pisałam w tamtym roku na innym blogu?

„Dziś ostatni dzień lata… mój wpis zaczyna się smutnym akcentem. 😥  Ogólnie w tygodniu nie mam czasu na pisanie na bloga, dziś jednak zrobię wyjątek, bo mija właśnie tydzień od założenia tego miejsca. Mam sentyment do dat i rocznic, zawsze miałam. Cóż, jestem sentymentalistką. Ostatni dzień lata 2015 roku zaskoczył mnie o dziwo miłą pogodą, pełną słońca i prawie jesiennego ciepełka. Muszę 20160921_181302przyznać, że uwielbiam to jesienne słońce, jest ono zupełnie inne od słoneczka, które świeci latem. Jest bardziej żółte i mam wrażenie, że cienie są dłuższe… Przyroda w takim świetle zmienia kolor na bardziej intensywny. Lubię te barwy, czuję wtedy , że coś się kończy, ale podoba mi się ten specyficzny klimat natury późnego lata. Ta bardziej chłodna atmosfera i cienie przeplatające się z żółtym słońcem. Taki obraz właśnie kojarzy mi się z Dżemem, Ryśkiem i podsumowaniem wakacyjnych przeżyć. Pamiętam, że w tamtym roku o tej porze byłam spokojniejsza. Ostatni dzień lata jest chyba dobrym dniem na podsumowania, tak mi się wydaję. 😉 To lato zapadnie mi do głowy mocno, myślę, że ze względu na poznanie M. i tego, że znów mogłam się poczuć tak jak wtedy, kiedy miałam naście lat i świat wydawał się łaskawszym, można się było bawić z lubianymi ludźmi. Właśnie tego lata towarzyszyło mi znów to uczucie „szaleństwa” (oczywiście w sensie pozytywnym), kiedy mogłam śmiać, bawić się i być po prostu sobą 😀 Tak jak wtedy, kiedy był ze mną mój przyjaciel… Na ten ostatni dzień lata zamieszczam filmik, który znalazłam ostatnio w sieci, a tak bardzo kojarzy mi się właśnie z wakacjami… W tym roku miałam okazję mieć przedsmak, tego, co (mam nadzieję) czeka mnie w kolejne wakacje. 🙂 Zamieszczam tutaj z nadzieją, że kiedy będzie mi po prostu smutno, to filmik właśnie przypomni mi moje podobne chwile (uchwycone), które miałam okazję przeżyć i, które będę miała może okazję jeszcze przeżywać, w jeszcze lepszej wersji, bo z całą ekipą, która się już chyba nie rozleci… :-)”

https://www.youtube.com/watch?v=8PoqUsvka0U

Tak… wreszcie nadszedł ten piękny czas aby zrobić dopełnienie tego wpisu. Brakowało w nim czegoś i teraz już mogę napisać zakończenie… Kolejne wakacje zapisały się w mojej głowie jako momentami trudne, a momentami najlepsze, jakie miałam. Zobaczyłam w tym roku, że można żyć inaczej, można być sobą, można mieć swój własny sposób na życie. 🙂 Mam fajne wspomnienia, dużo nowych i różnych doświadczeń. Obecnie jestem spokojniejsza, przestałam się zadręczać niepotrzebnymi myślami i realizuję swoje plany… Zaczęłam dostrzegać świat dookoła, pozostawiałam wszystkie niewygodne, nie do końca dobre dla mnie relacje. Czuję, że mam z powrotem czystą kartkę, czym ją zapiszę… jeszcze nie wiem, ale wiem na pewno, że w inny sposób niż dotychczas. A teraz czekam na piękną, złocistą jesień…