Poranek i świeża ja….

Długo mnie tu nie było,  oj długo…  Przez ten czas spory między mną a panem ze skrzydłami zniknęły całkowicie i mam wrażenie,  że spowodowalo to to,  iż jeszcze bardziej się do siebie zbliżyliśmy zamiast się oddalać…  Zakończyłam pierwszy rok studiów i…  Muszę przyznać,  ze stoje w miejscu.  Mam wrażenie jakby świat stanął  i na coś czekał i choć lubię upalne dni to jednak wydaje mi się,  że one to potęgują. Ekipa pojechała na wakacje,  ta stara…  Z tamtego roku,  biegają i nie mają wody do picia,  super wakacje…  Eh…  Dobrze,  że nie zdecydowalam się z nimi jechać. Nie odpoczęłabym kolejny raz.  Mieliśmy za to jechać z panem ze skrzydłami na wakacje,  a potem z łapaczem krokodyli na pokazy, jednak dziś rano napisał  mi,  iż szef zmienił  zdanie i jednak nie da mu wolnego, eh…  Co za dziwni ludzie…  Szkoda…  Bo świetnie się z nimi bawiłam i chciałam pokazać mojemu ukochanemu jak sie fajnie można bawić tak naprawdę na jakimś krańcu świata…  Siedzę jeszcze w lóżku i zastanawiam się co by tu robić.  Ten blog powoli upada,  a przynajmniej tkaie mam wrażenie,  że coraz mniej osób tu zagląda…  Mam nadziję,  ze juz nie dlugo…  Kiedyś,  wzasadzie to przedwczoraj…  Tak spojrza) am na to cl w internecie zamieszczają różni ludzie i puknęłam się w głowę… Wstawiają tam takie bzdury a ja się dręcze i męcze gdy chce napisac cos madrzejszego…  Eh,  dziwne ze mnie stworzonko…  A tak w ogole,  jaka jest wartość czegos napisanego w sieci w stosunku do naszej psychiki i przezyć?  Niska…  Przynajmniej w mojej opinii…  Bardzo niska…  Ludzie mysla,  ze się tka kreują wInternecie,  tym czasem nie da się tam zapisać jedej dziesiątej tego kims tak naprawdę są w zyciu rzeczywistym…  Ale tak malo z nich chyba to wie i zdaje sobie z tego sprawe… Wczoraj udana jazda na koniu,  powoli zaczynam lapac o co chodzi w ttch wszystkich figurach,  ktore wykonuja lapacz i ta jego ekipa,  nie jest to jakos baaardzo rrudne,  trzeba miec tylko cholernie dobra i wycwiczoną równowagę.  A tak po za ttm to…. Odkrywam wxiąż swoja niedoskonalosc i coesze sis tym bo to jedna z najpiekniejszych rzeczy moc zaczac akceptowac siebie.  Swiat jest piekny,  ale nie idealny…  Znów wracam do The Doors i nachodzi mnie chec napisania czegos…  Tak bez zastanowienia sie dluzszego…  Zycie spontaniczne jest duzo lepsze,  niesie zesoba mniej męki i zmarnowanego na planowanie czasu…  Chyba pora cos zjesc, choć upał daje się we znaki i bardziej chcę się pić niż jeść…  No i czekać na wiadomosc pana ze skrzydłami,  raczej smutną wiadomość….

Reklamy

Pada śnieg, a na drzewach kwitną kwiaty… Inny scenariusz i światło… dla Anonimowego

Pada śnieg, a na drzewach kwitną kwiaty… siedzę w swoim saloniku, bo na zewnątrz zrobiło się jakoś ciemno. Mija kolejny, spokojny wieczór. Spokojny? Myślę o blogu, tyle się już na nim wydarzyło, aż dziw bierze… na dworze robi się coraz większa zawierucha śnieżna, kiedy obok, rozwijają się piękne, wiosenne kwiaty o białych płatkach. Przyszła wiosna, ale jaka… szara, może tak szara jak wciąż moje dni…

Wyznaczam sobie kolejne cele, których nie umiem zrealizować… Coś mnie dręczy, choć ostatnio byłam spokojna, aż nad wyraz spokojna… Niczego nie musiałam.

Przedtem przyszły myśli, których nie chciałam, tak bardzo nie chciałam. Pierwszy raz pomyślałam, że mogłabym zostać sama, całkiem sama. Panie ze skrzydłami… to nie tak, że ja chcę Cię nie chcieć. Nie chcę Cię nie chcieć, po prostu czasem nie rozumiem sytuacji, czasem to wszystko wydaje mi się być zbyt dziwne, nie takie, jak zakładałam, nie tak bowiem wyobrażałam sobie swoją miłość. Życie pisze różne scenariusze, nie wszystkie muszą zgadzać się z moimi wyobrażeniami, wiem to. Czasem po prostu smutno mi, że jesteś… taki, a nie inny… Myślałam, że będziemy śpiewać piosenki, chodzić po dachach i łapać motyle. Tak raczej nie będzie…. Choć tak bardzo nie chcę zostać sama. Potrzebuję Cię…Tyle Cię już nie widziałam i tęsknię bardzo…

Święta minęły rodzinnie i energicznie. Pierwszy dzień świąt spędzony cały z rodziną. Mama nie rozumiała, że nie chcę już z nimi jechać na weekend, bo wolę zostać z Panem ze skrzydłami. Trochę dobrego jedzenia, jakaś odmiana, bo wokół ludzie. Potrzebuję ludzi, całe dnie spędzam teraz w samotności. To nie jest miłe. W drugi dzień świąt zrobiłam sobie intensywny dość trening jeździecki. Co prawda mojemu koniowi nie chciało się tak bardzo galopować, ale trening zaliczam do tych bardziej udanych. Potem spacer po moim lesie… zrobiłam kilka zdjęć rozwijających się  kwiatów i zbierających nektar pszczół.

swiece-kwiaty-43794

Łapaczu krokodyli… Nie wiem czemu, zawsze potrafisz poprawić mi humor. Nawet wtedy, kiedy nie mogę usnąć całą noc i trzęsie mnie z nerwów. Z resztą, cała ta zgraja jest świetna… Jedyni, którzy zawsze odpiszą i nie zawodzą… Jest mi dziwnie, ale cieszę się.

Anonimowy… wpisem na swoim blogu uświadomiłeś mi jakże ważną, ba, najważniejszą rzecz- życie jest tak kruche, tak niewidoczne czasami dla innych, tak niepozorne… jak płomień świeczki lub skrzydła motyla unoszące się na wietrze… A ja przejmuje się takimi błahostkami. Za ten wpis Ci dziękuję. Może powinnam bardziej skupić się na tym, co istnieje poza moim pragnieniem idealności. Powinnam się wyciszyć… Choć potrafię być spokojna i nie odczuwać żadnego napięcia, a potrafię w ciągu jednego dnia czuć całe trzęsące się ciało, mięśnie, ból głowy… To chore. To tak bardzo przykre Anonimowy co piszesz, być może pomyślisz, że to dla kogoś obcego zupełnie nieistotne, ale zrobiło mi się autentycznie przykro i smutno.

Nie wiem, czy ten wieczór zaliczę do udanych… Potrzebuję światła… i posyłam je również do Ciebie Anonimowy…

światło

Akcja w pędzie, czyli wiatr, tętent i Łapacz krokodyli…

Już po… Żyję i… mam się dobrze, a może nawet lepiej 🙂 Nałapałam energii i chęci, naładowałam baterie. Ja nawet nie wiem, jak to się dzieje, że za każdym razem ładuję na nowo akumulatory. Teraz czuję się dobrze i o dziwo, nawet nie czuję zmęczenia, choć całość dnia wczorajszego mogła lekko dać w kość pod tym względem, jednak myślę, że… warto było.

Drogę „tam” odbyłam trochę z niepokojem, choć pojawiał się on tylko momentami. Niekiedy po prostu nie myślałam o tym, co może się zdarzyć. Trochę było mi głupio, nie za bardzo wiedziałam, co może mnie spotkać, jeśli łapacz krokodyli się pojawi, ale postanowiłam zaryzykować. W końcu jechałam też tam na fajną zabawę, a spotkanie z nim miało być poniekąd przypadkowe.  A jeśli można czasami połączyć interesy i chęci, dlaczego tego nie zrobić? 🙂

Myślę sobie „Kurcze, trzeba jakoś Łapacza krokodyli” zwerbować, bo choć może to wyjść trochę dziwnie, to jednak następna okazja może się długo nie nadarzyć. No więc jadę i kombinuję, co by tu powiedzieć. Ja jestem otwartą osobą i nie mam problemu w załapaniu kontaktu z drugim człowiekiem, ale jednak po tym, co wie ów Łapacz, może stworzyć się trochę dziwna sytuacja. Jednak stwierdziłam, że i tak nie jestem w stanie przewidzieć wszystkiego, więc nie ma sensu sobie tworzyć planu, zdam się na sytuację, a uśmiech i życzliwość dużo może 🙂

Po dojechaniu na miejsce więc wysiadam,( oczywiście ostatnie poprawki wcześniej, żeby nie było 🙂 i rozglądam się dookoła, aby się rozeznać w sytuacji, gdzie tu co się dzieje. Idę parę kroków. Widzę jakaś jedna uczy konia chodzić w kółko, druga swojego czesze, trochę ludzi, trochę aut, pola… Jacyś przebierańcy. Idę, idę, rozglądam się dalej, wiadomo, znaleźć takiego w tłumie nie łatwo (choć tłumu wtedy jeszcze nie było).

Przeszłam może parę kroków od samochodu, nagle widzę, ojczym idzie w stronę bukłanek ( do przewożenia koni).  I słyszę „dzień dobry, dzień dobry!” Zdziwiło mnie to, kurcze, zna już tu kogoś, czy jak? Ale nie zdążyłam spojrzeć, bo w tym samym czasie Mama wyskakuje

-Patrz! Patrz! Wołodyjowski na koniu!

Patrzę, no rzeczywiście… jakiś ubrany w grube szaty, prawie, jak dywan, na koniu jedzie. Fajnie, ale… odwracam się znów w stronę bukłanek, patrzę, a tam …. stoi grupka chłopaków. Jeden w bejsbolówce, dość grubej kamizelce i… trampkach podaje rękę ojczymowi, taki zadowolony i się na mnie patrzy.  Zerkam szybko, tak z daleka, powoli zmierzając w ich stronę, bo Mama znów o Wołodyjowskim, więc na Wołodyjowskiego patrzę, czując jak mnie ściąga wzrokiem, a myślę sobie „nie, to nie możliwe…”, W tym czasie podchodząc coraz bliżej tej grupki, obracam głowę, a tam… Łapacz krokodyli we własnej osobie!!! 🙂 W bejsbolówce… Patrzy i się cieszy do mnie. Byłam w lekkim szoku, ale nie dałam poznać tego, mam nadzieję. A co najlepsze, jeszcze dobrze nie podeszłam, a ten już opowiadać zaczyna… co jadą, jak jadą, i tak dalej… Wow! Odwaga rozpiera… Pogadaliśmy chwilkę, pośmialiśmy się, pouśmiechaliśmy. Ci jego kumple patrzą po sobie trochę, kto to jest w ogóle, ale też starali się uśmiechać. W końcu nie wytrzymałam i pytam się, czy będzie to, co miałam zobaczyć. Tu się biedak trochę zawstydził, ale przykrył śmiechem, mówiąc, że nie wie, bo to wszystko zależy od szefa. ( Bos, o którym pisałam już kiedyś).

Potem poszłam na kramy, bo mojej ekipie się jeść zachciało, bo bez śniadania pojechali ( nie wiem, czemu tak, potem musiałam tyle razy biegać i szukać jedzenia, zamiast monitorować, co się dzieje i kiedy oglądać…) Generalnie przez organizacje całej imprezy nie zjadłam nic, przy wielu kramach i stoiskach, ale mniejsza o to.  Zjadłam w drodze tam i z powrotem trochę, bo generalnie przejechaliśmy pół kraju…

Popróbowali jakiś dziwnych przysmaków myśliwskich ( babka z wieprzowiną i cebulą) i poszliśmy do samochodu, się zagrzać trochę, choć rano zimno nie było. W między czasie kręcenia się tam po straganach widzę, że koło chłopaków się jakieś młode dziewczyny kręcą, a to zbroję zapinają, a to qnia czyszczą, a chłopaki zadowolone! Łoj zadowolone! No więc się przyglądam baczniej, niby oglądając coś na straganach… Ale Łapacz z nimi niet. Nie gada, nie patrzy na nie, w ogóle, ubrał się tylko w taki specyficzny strój (pod zbroję) i poszedł do kanciapki polowej.  W sumie… w zbroi dopiero go poznałam, że on to on, a przynajmniej wygląda jak on 🙂 Napiłam się herbaty, siedzimy chwile w samochodzie, a jeźdźcy już niektórzy na konie powsiadali, nasi też. Wzięli sobie chorągwie i jadą. No to my z Mamą łubudubu z tego auta, wyskakiwać i lecieć z nimi, co to też się będzie działo, bo mieli trzy razy jechać…

Ale, że do placu dla koni drogi nie było, tylko trzeba było minąć ubierającą konie kawalerię,  no to my przez tę kawalerię, a tam konie po dwa metry, wielkie, ogromne, czarne i masywne. Trudno mówię! Idziemy! W tym czasie rycerze już przejechali całą łąkę i jadą dalej, a my się przedzieramy przez te kawalerie… jeden koń stanął tyłem, droga wąska, trochę trudno podejść, bo jak kopnie, to tylko strzępki z nas zostaną… Czekamy, czekamy… wreszcie odeszli z tym koniem, no więc dawaj! Dalej, idziemy na tę łąkę… A odległości są tam nie małe, uwierzcie mi, to są duże łąki… Wychodzimy, a tam pusto! Patrzymy, gdzie mogli pojechać, ale nigdzie nie widać chorągwi, bo tylko chorągwie było widać z tego tłumu ( i tak dobrze, że je mieli). Patrzę, a oni z drugiej strony tej kawalerii już jadą. -Tam są!-mówię. Ale przejść się nie da za bardzo przez plac dla koni, bo zagrodzone wszystko płotkami, no to my znowu przez tą kawalerię się przedzieramy, z powrotem… Koni już  co nie miara, każdy wysoki, samochody po bokach, przejść nie idzie… No ale cóż zrobić. Przeszłyśmy… Patrzymy, a tam też pusto! Patrzę, patrzę… chorągwie są po drugiej stronie kawalerii i jada na polankę. -O Nie! Ja już nie idę tamtędy! -Myślę sobie, przyprowadzili jakiegoś młodziaka, rzuca się to jak nie wiem, a waży też jakieś 500 kilo, jeszcze trochę chcę obejrzeć dzisiaj. Więc lecę, szybko dookoła dużego placu, w jakąś uliczkę wychodzącą na łąkę. Lecę, lecę, ja patrzę, a ci zawrócili i jadą w las.

Stanęłam na środku tej uliczki i się śmiać zaczęłam 😉 Ale znalazłam się w miejscu, gdzie miała być główna parada, więc jacyś jeźdźcy się już zbierali na nią, na dużym placu już jakieś podrygi, galopy, ułani… więc i się zabrałam za patrzenie na to, no bo cóż innego zrobić. Porobiłam zdjęcia chyba wszystkim koniom, jeźdźcom, a nasi pojechali bardziej pod las, stanęli sobie w rządku, tyłkami (końskimi) do parady, przodem do lasu i stoją. Przestali tak większą część przygotowań do parady, tylko potem przenieśli się w miejsce bliżej dużego placu (wszystko trwało około dwóch godzin, więc byłam trochę zmarznięta). W między czasie podjechał do mnie jakiś Łupaszenko, ( Nie wiemdokładnie, jak się nazywał, ale coś chyba od Łupania) kaskader konny ze wschodu i dalej do mne, że konia mi trzeba, to będę jeździć z nimi. Hm… w sumie, propozycja ciekawa ha ha.  Obejrzałam przygotowania do parady, paradę i część mszy polowej. Potem skostniały mi ręce i musiałam się iść zagrzać. Podczas tego, jak nasi wjeżdżali na paradę i mszę, to przejeżdżali koło mnie akurat. Więc się patrzę jak jadą w moją stronę, a Łapacz się patrzy i cieszy, że hej! Jak przejeżdżali, to zaczepiał i się śmiał… Tyle widziałam, bo reszta pod przyłbicą 😛

Potem była Msza, no i miała być cześć artystyczna, czyli występy… Stałam  na zimnie cztery godziny, zanim się doczekałam na występ. Obejrzałam wszystko, konkursy, gonitwę, zabawy dla dzieci… Wieczorem zrobił się bardzo zimno i nieprzyjemnie. Kiedy wreszcie rozpoczął się występ właściwy (jeden, a miały być trzy, ale tyle powymyślali zabaw dla dzieci, że nie zdążyli tego ogarnąć) byłam już w większości zmarznięta. Jak również wkurzona na to, że organizatorzy nie dali podejść bliżej dużego placu. Wszystko musiałam oglądać zza dwóch barierek, co było nonsensem. Niby dla bezpieczeństwa, ale z drugiej strony bez przesady uważam. W trakcie występów miał miejsce pokaz posługiwania się batem, który robił Łapacz krokodyli, bo kolegom chyba się nie chciało… Potem mieli komuś włożyć czapkę na głowę i ją zrzucić batem. Zgłosiła się jedna dziewczyna. Ale Łapacz chyba postanowił, że dziewczynie czapki zakładał nie będzie, bo inny kolega musiał jej założyć, a Łapacz sobie stanąć w tym momencie na boku i mnie obserwuje… Co dziwne, nie byłam wcale blisko, więc musiał wcześniej widzieć, gdzie stoję, bo tłum ludzi był niesamowity! Najlepsze, że tuż przed nim koleś miał smagać batem  nad głową jakiejś dziewczyny z zawiązanymi oczami (Koleś miał zawiązane oczy, nie dziewczyna 😛 ) A ja, no ja… udaję, że się skupiam na robieniu zdjęcia, no bo cóż… Śmiać mi się chciało, ale już nie chciałam tak na pokazie, jak obok był bos i zamieszanie.

Potem jeszcze pojeździli, było na co popatrzeć, wierzcie! Jeden z kolegów Łapacza na pokazie tak machał w moją stronę i też się śmiał… Dziwne to było, no ale. Machać sobie może przecież 🙂 Wesoły taki 🙂 Jak skończyło się widowisko było już dość późno, pół kraju przed nami, więc trzeba się było zbierać.  Mamie od stania przez cztery godziny zrobiło się niedobrze, ja już telepałam się z zimna. Jak szłam do auta to widziałam jeszcze plątające się te młode dziewuszki, zabierały chorągwie, reszta ekipy z nimi coś tam gadała. Łapacza nie było. Zobaczyłam go dopiero, jak już wsiadłam do samochodu, szedł sobie sam z koniem w stronę bukłanek. Chciałam się iść pożegnać, ale moja ekipa już jechać chciała, bo im zimno i zmęczeni, a z resztą, nie wiem, czy bym ich potem zobaczyła, bo pewnie dali konie dziewuszkom i poszli do kanciapki się ogrzać i odpocząć. Zrobiło mi się trochę przykro, ale… no cóż, było duże zamieszanie.

Fajny dzień… Dziwne, bo zawsze jak jestem w takim niecodziennym miejscu z takimi niecodziennymi ludźmi, to coś do mnie dociera. I tym razem tak było. Z pozoru fajna zabawa, ale pozwoliła mi utwierdzić się w przekonaniu, że można żyć bardzo po swojemu i, że to, co czasami czuję i myślę nie musi być prawdą… tą smutną prawdą.

Warto było zmarznąć! Choć mi mówią, będziesz chora… trudno. Na razie wręcz odwrotnie, bardzo dobrze się czuję! 🙂

Mama radzi- aplikacje ściągnij! Czyli czego się nie robi, dla miłości…

Ostatnio moje relacje z mamą się nieco poprawiły, choć pozostając w relacji z nią mój nastrój wygląda mniej więcej jak EKG serca… Czasami pojawia się poczucie lekkiego odepchnięcia, czasami focha, czasami zainteresowania. Wczoraj jednak, podczas spędzonych ze sobą kilku chwil dowiedziałam się, że moja Mama zaczęła biegać i ćwiczyć, żeby mieć lepszą formę. Mówi, że nic wyczynowego, ot tak, dla formy, dla spaceru, z mężem, żeby było jej łatwiej po górach chodzić. Ściągnęła sobie do tego jeszcze endomondo- aplikację, która mierzy czas biegu, spalone kalorie (choć Mama nigdy z otyłością problemu nie miała), wskazuje trasę i średnią prędkość biegu czy też marszu. Mnie też radzi ściągnąć, bo w endomondo są różne sporty, jest jeździectwo, więc też bym sobie mogła mierzyć czas treningu, kalorie, itp. Tylko, że z 6219254-kobieta-biegnie-643-476telefonem trzeba by było wtedy wsiąść na konia, a w tym wypadku przeżycie bądź też nieprzeżycie telefonu zależy od… konia. Przyznać natomiast muszę, że mój jest indywidualistą i miewa różne pomysły i choć trzymam się stabilnie w siodle, czy też bez na grzbiecie nawet w pędzie, to jednak biorąc pod uwagę niektóre pomysły mojego konia, szkoda by mi było telefonu… 

Ja oczywiście nie mam nic przeciwko temu uprawianiu sportów, nich biegają, ćwiczą, choć zdziwiłam się, iż rodzicielkę tak wzięło nagle na wyczyny sportowe. Przez całe  moje życie słyszałam od niej, iż koń i jazda na nim jest zła i niczego nie wnosi. Sama Mama od kiedy tylko sięgnę pamięcią była kobietą asportową, ale jakoś też nigdy nie miała problemów ze zdrowiem przez brak ruchu. Zawsze to ja byłam dziwna, bo „sportowa”, a kiedy próbowałam ją namówić na jakieś „wsiądnięcie na konia”, to zrobiła to kilka razy, ażeby chyba nie zrobić mi kolosalnej wtedy przykrości. Rozumiem, że może kogoś to nie pociąga,  jednak cały czas widziałam w niej jakiś niesmak do mojej pasji. Reszta rodziny też nie była szczególnie przychylna. Jedyne, co pamiętam z lat, kiedy dorastałam, było parorazowe wyjście na rolki i łyżwy z mamą. Ale to też zostało zaniechane po jakimś czasie… Dlatego bardzo zdziwił mnie fakt, iż nagle Mama nagle zaczęła uprawiać jakikolwiek wysiłek czy ruch. Zawsze mówiła, że ruchu jej brakuje, ale jakoś nigdy nie podejmowała żadnego treningu. 

Z jednej strony cieszę się, że coś robi, że się rozwija, zawsze ze sportem było coś „nie tak”, a ja taka sportowa, no jak to tak, więc przez cały ten czas czułam się z moją pasją, jak się czułam… Dziwna, bo nikt tego w rodzinie do końca nie akceptował, nie było wsparcia, dobrych słów.   Z drugiej strony jednak wiem, że te wszystkie zmiany, które zachodzą, zachodzą za namowami Ojczyma. Kobieta, która nigdy sportu nie lubiła nagle biega… Eh… czego to się nie robi dla miłości? Człowiek, któremu na prawdę na czymś zależy jest zdolny do zmian… 

No to niech się zmienia, dla niego… Trochę szkoda, że nie potrafiła tak wtedy, kiedy był na to czas. Nie będzie potrafiła, trudno. 

Wspomnienie kilku pseudohitów, czyli „Ona czuje we mnie piniądz”!

Wracam do pisania blogu dzisiaj z moją kotką Sarką na kolanach 🙂 O czym to ja chciałam… A tak, dużo się ostatnio dzieje. Ja taka zajęta. W 20160813_161752zeszłą sobotę miałam być w Łodzi z kilkoma panami (zdj.) Tak, to ten na koniu, nie ci obok 🙂 … Nie wypaliło. Za to przypomniało m się ognisko, które spędziłam trzy lata temu siedząc na dworze do późna w ostatnią sobotę września i słuchając utworów Nirvany. Wielcy są, oj wielcy! Za dużo wspomnień z tymi piosenkami się w mojej głowie wiąże, wiec przejdę do innego tematu. Sarka się rozwala na moich kolanach…

Wpis miał być wcześniej, ale jakoś nie mogłam znaleźć motywacji, a i tryb życia skłania mnie bardziej do przebywania na zewnątrz niż w pomieszczeniach, przy komputerze… Ostatnio czas mija mi na wyczekiwaniu. Nowa akcja zaplanowana, prawie zorganizowana, ma wypalić. Może się uda, na razie nie będę jeszcze niczego tutaj pisać, bo przedwcześnie… Zaznaczam tylko, iż nie jest to (jeszcze 🙂 napad na bank i rozbój… Czekam, czekam… i temu czekaniu jakiś lęk towarzyszy. Jak to wszystko wypadnie, jakie złożą się okoliczności, czy będzie dobrze, czy zostanę odebrana tak, jak chce? To wszystko ma się okazać… Dlatego jakiś niepokój z tyłu głowy mną powoduje. 

Nie zadręczam się jednak tym, przypuszczam, że nawet zdarzenie z kategorii porażki zniosłabym teraz lepiej niż jakiś czas temu. Oczywiście rodzina wpadła na pomysł, że na „akcję” ma ze mną jechać M. Nie będę im tłumaczyć dlaczego tego nie chcę, za dużo wszystkim tłumaczę…  W pierwszej chwili nie dawało mi to spokoju, jednak potem jakoś się uspokoiłam i stwierdziłam, jeśli chce, to niech jedzie. Ja się tam nim zajmować nie będę. Na końcu pewnie i tak usłyszę, że to nie jego klimaty. Najgorzej chyba będzie jak podejdzie i przytuli, M. to świetny aktor, potrafi zagrać wszystko. Bez emocji. Z resztą, wiem już mniej więcej dlaczego może się tak zachowywać. Jego zachowanie jest lekko psychopatyczne. Przypomina mi zachowanie byłego Chomiczkowej, a on nie jest w pełni normalny, przynajmniej w moim odczuciu. Tacy ludzie mają skrajne motywacje i nigdy nie można rozpoznać, jak zachowają się w danym momencie.  Ciągła niestabilność…To karuzela…

Nie mam siły na dzieciaka, który sam nie wie czego chce i ma zmienne motywacje, sposób zachowań, gra… W głębi duszy mam nadzieję, że nie będzie miał czasu, żeby ze mną pojechać. 

Pojechane młode wilki nie wypaliły i przepraszam Was za to! Usunęłam blog, bowiem moje życie się zmieniło i choć w głowie mam ciągle zamysł na parę tekstów sprzed pisania blogu oraz parę autorskich to nie wiem jeszcze dokładnie, jak się do tego zabrać. Być może na dniach coś powstanie, być może…  Nie obiecuję. 

Wczoraj znudziła się mi już muzyka, której codziennie słucham,, z rodzaju tych ciężkich kawałków, szeroko pojętego rocka, bluesa i tym podobnych, a że humor mi się popsuł, pomyślałam, że włączę sobie hity z dyskotek wakacyjnych. Uwaga, uwaga! Ogłaszam wszem i wobec, że hity te są z gatunku disco, co jest ogromnym szokiem dla mnie samej, bo uwierzcie mi, że NIGDY w życiu nie słuchałambackground-dyskoteka tego chłamu! Nigdy! Nie cierpię tego rodzaju muzyki! Jest ona dla mnie jakimkolwiek zaprzeczeniem pisania tekstów  i tworzenia bitów. Lepiej, gdyby ci ludzie po prostu niczego nie „tworzyli”. Lepiej dla nich i dla nas… W najwyższym stadium konieczności „tworzenia” mogą zmienić dilera. 

No, ale puściłam, pierwszy raz w życiu ten chłam. Pamiętam, że będąc tam, piosenki te mnie rozwalały od środka, no bo jak miały nie rozwalać, kiedy wszystkie są…  miłości i zaczepkach. Jednak coś się we mnie stało takiego, że już mnie nie rozwalają i nie smucą. Przepracowałam… brawo ja! 🙂 Słuchając tych tekstów, co prawda tak durnych, że nie da się tego opisać, wpadłam znów w taką atmosferę tamtego czasu. Kompletnie się oderwałam od rzeczywistości. I dobrze! Pomyślicie, że usilnie w tym chcę tkwić. Może tak się wydawać, ale nauczyłam się od tamtego czasu właśnie raz na jakiś czas oderwać myśli od rzeczywistości, czego nie umiałam zrobić wcześniej. Czymkolwiek, to może być piosenka, pasja, obserwacje. Jest mi z tym lepiej 🙂 

Tak sobie słuchałam, słuchałam i… teraz już wiem, czemu zawdzięczam też taką atmosferę w głowie w późniejszym czasie wyjazdu i… takie moje pomysły… 

Ona lubi pomarańcze; miała suknie kolorową, czarne getry, czapkę i bluzę sportową; przez twe oczy zielone, zielone oszalałem… albo ona czuje we mnie piniądz, wystroiła się jak Beyonce, patrzy na mnie drinka pijąc, bo wyczuła we mnie piniądz!

Po którymś takim kawałku nie wiedziałam już, jak te kapustę deptać dalej! Nie umiem tańczyć do disco polo, którego nie cierpię, wolę muzykę klubową i rytmiczną do tańca. 

Kawałki durne, ale ile śmiechu z tego teraz mam! A piniądz wymiata, tak się z tego tekstu uśmiałam! I potem się człowiek dziwi, że mu się włącza teoria wielkiego podrywu 😉 Ale prawdę mówiąc głupie to, bo głupie, ale coś te nuty w sobie mają, że stwarzają taką atmosferę „zaczepek”. 

A propos jazdy na oklep… Wpis z dedykacją dla Ani!

A propos jazdy na oklep, to po przeczytaniu wpisu o Jarmarku Cysterskim i niezawodnym instruktorze nauki jazdy na cielaku, moja własna nauka jazdy na oklep mi się przypomniała. A, że dzień dziś był dość chłodny, ale za to popołudniem słoneczny, zainspirowana tym wpisem i 20160921_164026znaleziskiem na blogu u Ciebie, postanowiłam dziś również na oklep sobie pojeździć. Co prawda jazdy extreme nie było, bo rano deszcz popadał i podłoże mokre, tak aż nam się się kopyta ślizgały, ale wsiąść i odprężyć się udało 🙂

Jazda konna na oklep zawsze mi pomaga, kiedy bolą mnie jakieś mięśnie.  To piękny nie tylko sport, ale i relaks, i choć galopować i cwałować lubię, to niekiedy potrzebne mi właśnie takie spokojne godziny na grzbiecie wierzchowca, można wtedy albo się odprężać do woli albo też przemyśleć ważne sprawy w ciszy i spokoju, wczuwając się swym ciałem w ruch ciała konia.

Czytając opis nauki jazdy na cielaku mój własny, drugi w życiu upadek mi się przypomniał… A spadłam tylko dwa razy w życiu. (Jeżdżę siedem lat, w tym uczyłam swojego konia.) Wsiadam sobie kiedyś na oklep, jeszcze nie zdążyłam przełożyć nogi, a koń już galopem ruszył. No więc położyłam się na nim, łapiąc się kurczowo grzywy i jadę, jadę, ale się mu zachciało skręcić w tym galopie, a na leżąco ciężko się jedzie, jeszcze jak człowiek nie złapał równowagi , no więc siła odśrodkowa mnie wyrzuciła z tego zakrętu, obrót o  sto osiemdziesiąt stopni i leżę na plecach 🙂 Eh… jak to się latać w krótkim czasie nauczyć można 🙂 A co w tym najdziwniejsze, dobrze, że miałam choć toczek ( zazwyczaj jeżdżę bez, ale coś mnie podkusiło, aby włożyć tym razem) i ten toczek nieszczęsny, niby chroniąc moją głowę, jeszcze bardziej mi przyłożył w potylicę podczas upadku. Taki paradoks, że bardziej od toczka bardziej bolało niż sam upadek. No ale cóż zrobić, jak się biedne konisko czegoś wystraszyło. Wstałam i wsiadłam raz jeszcze…

Innym razem znów jeździłam sobie na oklep w letni dzień, moja mama przyglądając się mojej jeździe stwierdziła, że przecieram powrotne szlaki. Tyle lat ewolucji, od Indian, ludzie starali się, męczyli, pracowali, żeby ułatwić sobie życie i wymyślić siodło,  a ja jeżdżę bez… 

Fotografia prosto spod kopyt dla Ciebie 🙂

P.S. A propos kapelusza kowbojskiego, to mam już dwa, jeden mam kupiony bardzo dawno temu, a drugi musiałam kupić w tym roku, bo ten pierwszy pożyczyłam ojczymowi na wakacjach. Biedę miałam go dostać podczas tych wakacji do rąk, wiec…. kupiłam sobie drugi. Tak myślę, że może zacznę kolekcjonować 🙂

Moja własna ucieczka!

To jest to, czego obecnie mi trzeba! Uwielbiam! 🙂

Najpierw filmik…

KLIK!

Teraz reszta…

Uciekam, uciekam cały dzień.
Najdalej, Bóg wie gdzie.
Nikt nie dogoni mnie,
nawet mój własny cień!

Jestem wolny…
Jestem wolny…
Jestem wolny…
Jestem wolny!

Zmęczony, błąkam się.
I nie chcę wiedzieć, że
po piętach depczą mi.
Bo już zamknięte drzwi!

Jestem wolny…
Jestem wolny…
Jestem wolny…
Jestem wolny!

Azyl P.-„Marzenie żółwia”

Tak właśnie zapowiadają się moje wyjezdne wakacje…