Powiedziałam mu u mojej relacji z Top Gunem!

Tak, wiem. Miałam tego nie robić. Miałam nie mówić F o mojej relacji z Top Gunem i o wszystkim co się między nami wydarzyło, aby nie poczuł się jak plaster czy lekarstwo na niego, by nie poczuł się jak zastępstwo. Jednak jeden dzień sprawił, że wiele się odmieniło…

W poprzednim tygodniu umówiłam się z F., że do mnie przyjedzie w sobotę. Choć nie cieszyłam się specjalnie na tę okazję bo biorąc pod uwagę to wszystko o czym tu pisałam we wcześniejszej notce F. W pewnym sensie mnie zasmucił. Narzekaniem na pracę i tym, że nie chce udać się na studia. Jednak zgodziłam się, aby przyjechał. Przywiózł mi podkowę na szczęście. Widziałam, że nie był już tak spięty… Przegadaliśmy cały dzień. Okazał się mimo wszystko mądrym, inteligentnym człowiekiem, a na dodatek wierzącym tak jak ja. Byliśmy na mszy w kościele razem. Pierwszy raz byłam w kościele z kolegą. Zawsze chodzę z kimś z rodziny. Taka miła odmiana. Napisał mi, że również było tak fajnie, że nie może uwierzyć… Powiedziałam mu prawdę o oszuście. W tym dniu się nie bałam, pomyślałam sobie, że niech się dzieje co chce… postawiłam wszystko na jedną kartę… Nie wytrzymałam jak zaczął wychwalać Top Guna i mówić, że on nie chce nikogo skrzywdzić. Kiedy powiedziałam mu, że mnie przez rok oszukiwał, że czuję się oszukana i zmanipulowana był z szoku. Widziałam po jego twarzy, że mi nie dowierzał. Zawsze to był kochany wujek, taki dobry dla wszystkich a tu nagle spadła na niego moja wersja… Jednak jedno mi się spodobało bardzo. Nie stanął murem za nim. Powiedział, że ja mam prawo w takiej sytuacji czuć się oszukana i zmanipulowana… I wierzy, że czuje się źle. Tego na przykład sam Top Gun w ogóle nie widział. Według niego „jak ja mogłam czuć się źle?” Przecież nic się nie stało! – to była jego odpowiedź na wszystko, na każdą moja skargę na próby rozmowy o tym co mi zrobił, jak dał nadzieję a potem odrzucił, oszukał. Kiedy to powiedział, poczułam ulgę. Choć nie wiedziałam jeszcze po której stronie on stanie, to jednak poczułam się zrozumiana. Poczułam, że mogłam się tak czuć, że ta reakcja nie była przesadzona jak próbował mi pokazać Top Gun…. W końcu powiedział mi to ktoś kto zna całą sytuację! Dowiedziałam się też, że Top Gun mówił mu, jaka jestem fajna i jak dobrze nam się rozmawia razem. Nie wiem, po co mu to mówił…

Wieczorem porozmawialiśmy sobie o wrażeniach, jak nam się razem spędzało czas. Obydwoje byliśmy bardzo zadowoleni, ucieszyły nas takie małe gesty, a najfajniejsze było to, że poszliśmy na spacer i siedzieliśmy na ławce, słuchając muzyki i śpiewając sobie znane piosenki, okazało się, że słuchamy takiej samej muzyki! Była to ta sama ławeczka, na której dowiedziałam się o kochance Top Guna, którą tak bardzo kocha. Odczarowałam chyba ten park i tą ławeczkę z F. Bo przez tę rozmowę z Top Gunem wydawał mi się nie przyjaznym miejscem, tam w końcu dowiedziałam się prawdy o jego życiu i relacjach. Zauważyliśmy też oboje, że zgadzamy się w różnych aspektach życia i to nas obu cieszy bo jak mi napisał F. ” w tym kontekście może przeciwieństwa się przyciągają, ale podobieństwa mogą więcej”. To go też cieszy, że się tak rozumiemy, mnie też, bardzo. Z resztą, można było to troszkę przewidzieć, bo z Top Gunem również się rozumieliśmy a to przecież jego najbliższa rodzina. On nie wie, bo tego nie doświadczył. Nie miał nigdy dziewczyny na poważnie, jedynie przez dwa lata pisał z jakąś i chciał z nią być, ale nie dograli się.  Byli zupełnie inni. Powiedział mi, że doświadczył wojny poglądowej ale tylko pisząc, natomiast ja mu powiedziałam, że dlatego lepiej mieć podobne poglądy bo wtedy nie trzeba się przekonywać albo zmuszać kogoś do jakichś poglądów i dwie osoby mogą być szczęśliwe a nie tylko jedna,  bo zgadzają się z sobą w najważniejszych wyznawanych wartościach i celach. Ponadto F. okazał się naprawdę mądrym, oczytanym i kulturalnym facetem.

Cieszę się, że tak się to toczy, że on nie próbuje znów robić na siłę z tego przyjaźni i kumpeli ze mnie… i że dostrzega to, że się rozumiemy, bo z Top Gunem chyba tylko ja to dostrzegałam, że mimo wszystko się rozumieliśmy i potrafiliśmy rozmawiać. Z F. jest inaczej… On dostrzega małe gesty, potrafi się cieszyć z tego, ze mogliśmy siedzieć obok siebie w kościele na Mszy, że mogliśmy obserwować wiewiórki i, że się zgadzamy w paru wartościach.

„Uczę się ciebie na pamięć.
Niecierpliwymi palcami, 
Rozpaczliwie na pamięć .
Szeroko zamkniętymi oczami.
Czytam zachłannie od nowa 
całego zdanie po zdaniu.”

Reklamy

Trwałam taka wtulona w niego i nie mogłam się ruszyć…

Wczoraj się coś stało, poczułam to aż za bardzo…wczorajszy dzień był dla mnie istnym szaleństwem… Dla Top Guna chyba też… Oboje nie mogliśmy zasnąć. Jadąc na zajęcia myślałam tylko o tym by przetrwać ten dzień. Dzień, w którym nic się nie wydarzy, dzień, który będzie tak smao nudny jak wiele innych dni w moim życiu… Takie nastawienie czasem pozwala przetrwać, te najgorsze albo nabardziej ciche chwile… Wiedziałam bowiem, że się z nim nie zobaczę albo zrobielę to tylko w przelocie. Idąc tam i zaczynając zajęcia nadal trwałam w tym stanie… Napisał do mnie około południa, zapytał się jak dotarłam. Zaczęliśmy rozmowę… Umówiliśmy się na dłuższą przerwę, na spacer… Ale kiedy wyszliśmy zaczęło padać więc zmieniliśmy plany i poszliśmy… Do auta na tylne siedzenie pogadać.

Podczas tych ostatnich rozmów w ostatnich dniach, które trwały nieprzerwanie i zeszliśmy na temat kompleksów.   Nie wspominałam tu chyba rownież, że Top Gun wcześniej podczas jednego wieczora wyslał mi zdjęcia na których jest nagi… I tak od slowa do slowa, zaczęliśmy rozmawiać o kompleksach… Powiedziałam mu wtedy, że jakieś mam, że nie koniecznie czuję się dobrze w swoim ciele…Poźniej stwierdził, że musimy kiedyś o tym porozmawiać, że gdybym chciała to chętnie mnie wysłucha, że mogę mu ufać i warto mu zaufać i uwierzyć…

I właśnie siedząc w tym samochodzie na tylnym siedzeniu zaczął tą rozmowę… Najpierw się śmialiśmy, nawet próbowałam to na początku obrócić w śmiech, ale nie dałam rady… Na początku  kiedy wsiadłam powoli zaczął się do mnie przybliżać, złapał mnie za rękę. Potem rozmawialiśmy o czymś neutralnym, ale powiedział, że i tak nie dociera do niego za bardzo to, co mowię w tej sytuacji i… Położył mi głowę na ramieniu… Potem zaczęliśmy rozmówę, której nie chciałam, bałam się, przecież nie jestem z nim aż tak blisko… A raczej nie byłam, bo wczoraj wszystko się przełamało. Powiedział mi o zaufaniu i jakiś tak dobrowolnie się otworzyłam. Powiedziałam mu o jednej rzeczy, której nie mówiłam nikomu, nawet swojej matce… Rzeczy, która bardzo mnie smuci i mi doskwiera, a nie mam osoby, której mogłabym o tym powiedzieć, bo wszyscy uważają, że to nie problem. Powiedziałam o tym, że jestem też drobna i chciałabym wyglądać inaczej pod względem postury…. Na początku, wsiadając do tego auta miałam takie myśli by uciec, po co ja tam w ogóle poszłam, miałam być na niego zła… A on, on najpierw położył na mnie rękę, powiedział że jest dobrze. Że wiedział, że to powiem. Zapytałam, czy nie mogł mi napisać, że już wie o moim kompleksie… Ale powiedział, że chciał, żebym to sama powiedziała, przecież wiem, że niektóre rzeczy nie są na telefon… Po czym, łzy mi prawie stanęły w oczach, chciało mi się płakać, a on mnie przytulił do siebie mocno… I powiedział, że mam się przy tym nie przejmować bo przecież mogę się komuś podobać taka jaka jestem, że wszystko jest ze mną wporządku, że wszystko jest dobrze. A potem dalej rozmawialiśmy, o diecie, o mnie, o moim ciele, o tym, co bym chciała zmienić, o tym, że mam pewne mylne spojrzenie wdrukowane w głowie przez Pana ze skrzydłami… I o innych rzeczach, których już nie pamiętam, bo leżałam taka wtulona w jego ramionach, a on mnie tulił do siebie i głaskał po włosach, mówiąc, że wszystko jest dobrze….

Powstrzymywałam płacz, przecież to nie tak miało być, nie tak. Przecież stłumił emocje do mnie, nie mieliśmy tak skończyć… Z drugiej strony powiedziałam mu o czymś bardzo intymnym. To też mnie rozwalało. Byłam cała roztrzęsiona w środku, wiedziałam, że nie powinnam mu pokazywać tej mojej twarzy, moich prawdziwych, najprawdziwszych emocji… Ale nie umiałam tego powstrzymać… I tak spędziliśmy wtuleni w siebie dobrą chwilę.

Potem widziałam, że chciał mnie zacząć całować, ale… chyba jeszcze nie jestem na to gotowa, nie znam prawdy, na którą jak on mówi, zasługuję… Więc pocałował mnie w czoło… Później go przytuliłam, chyba jak dobrego przyjaciela, ale nie wiem, czy tak to odebrał, wypowiedziałam „dziękuję”, tylko na to mnie było stać, tylko to słowo, mogło mi przejść przez gardło… Potem, poszłam na dalszą część zajęć, choć mało z nich wiedziałam. Czułam się jak po tym, kiedy mnie dotykał jakiś czas temu, miałam po prostu moralnego kaca… w  głowie kołatała się tylko jedna myśl „a co kiedy on jeszcze z nią nie skończył?” Czułam się dziwnie, choć jakiś czas temu napisał mi, że podobno to co było w jego życiu, już się skończyło…

Później, po skończonych zajęciach, chciał jeszcze gdzieś ze mną pojechać, posiedzieć w aucie, pogadać, pobyć… więc pojechaliśmy nad małą rzeczkę w okolice mojej miejscowości… Najpierw wyszliśmy na jakiś wiadukt, który tam był, oczywiście na tory kolejowe, choć się tego nie spodziewaliśmy… oczywiście zaczęliśmy się śmiać, z torami bowiem jest związana pewna przygoda Top Guna, jeszcze z poprzedniego związku, o której mi opowiadał podczas ostatnich rozmów… A później poszliśmy na spacer wzdłuż rzeczki, przytulając się i śmiejąc, głaskając… I muszę przyznać, że mimo tego wszystkiego, co się wydarzyło i tego wsztskiego, co może się wydarzyć za jakiś czas, to była urocza chwila… Chwila pełna ulgi, śmiechu i jakiejś dziwnej aury szczęścia unoszącego się w powietrzu mimo wilgoci, mokrych trwaw i zachmurzonego nieba wokół nas, z którego zaraz mógł lunąć deszcz… Zrobiłam mu parę zdjęć, a on mnie potulił, potem mu je wysłałam… To był taki tylko nasz czas, nasza chwila, bez nikogo innego, dla nas. Rzadko kiedy tak jest… coś w tym było magiczego…

Później odwiózł mnie do domu, przyszłam, usiadłam, cała w emocjach, jeszcze po tych wydarzeniach. Siedziałam tak, słuchając muzyki, czując na sobie jego zapach, na włosach… I nie wiedziałam co mam o tym wszstkim myśleć… Do czego to wszystko zmierza? Potem wysłał mi jeszcze, jak dla mnie śpiewa, a potem swoje zdjęcie, pierwszy raz od długiego czasu, dało się wyczuć, że był radosny, a nie przygnębiony. Później… później próbowałam coś w sobie zabić, stłumić, rzeczywiście… nie wiem, czy skuecznie…  Wieczorem, gdy kładłam się spać, choć wiedziałam, że nie zasnę, zbyt dużo wrażeń, on powiedział, że jeszcze się nie kładzie, że jeszcze posiedzi. Może też nie mógł zasnać…

Dziś się nie widzieliśmy zbytnio, nie było nawet okazji do spokojnej rozmowy… to smutne. Ma do mnie przyjechać we wtorek, mamy spędzić razem dzień, ma mi wreszcie wszystko to wyjaśnić, to, co się zadziało… a potem, potem nie wiem, co będzie…

„O udupienie totalne,
Niewiasty nosisz imię,
Ile Cię trzeba dotknąć razy żeby się człowiek poparzył?
No ale tak żeby już więcej ani razu,
Żeby już więcej za nic,
Żeby już więcej nie miał odwagi,
No ile razy?! – Razy, razy, razy, razy, razy…”

 

To co się dzieje, przyprawia mnie o zawrót głowy!

Święta minęły. Mnie jakoś smutniej drugi ich dzień, ale to z powodu, że znów wróciły natrętne myśli. Odpędziłam je, na szczęście. Wczoraj doszło między mną a Top Gunem do początków szczerej rozmowy. Myślałam, że to wszystko już jest za nami, ale jednak… myliłam się. Powiedział mi, że w kwestii związków miał tylko jedną dziewczynę i partnerkę, opowiedział mi nawet o sprawach intymnych, trochę byłam zdziwiona,że tak otwarcie o tym mówi, kiedy dotychczas był tak bardzo zamknięty w sobie. Powiedział też, że myślał, że się z nią ożeni. Tak się jednak nie stało, nie wiem z jakich przyczyn… W sumie, czasem tak wychodzi. Ja też miałam plany z Panem ze skrzydłami na przyszłość, nie wyszło… cóż, tak bywa. Trochę niezręcznie się czułam kiedy o tym wszystkim mi pisał, ale w sumie, może z dwojga złego, to tak jest lepiej, szczerość… bo przynajmniej wiem na czym stoję, nie muszę się domyślać i mieć w głowie cały czas te całą sytuację… Nie wiem, czy już o tym tutaj wspominałam, ale kiedyś, kiedy nie było jeszcze tej całej akcji z jego byłą, zapraszałam go, żeby do mnie przyjechał, żebyśmy poszli na spacer albo na wycieczkę. Myślałam bowiem, że nie ma tak zwariowanego życia. jednak od tego czasu, kiedy chciałam go ratować, bo odebrane mu zostały wszelkie nadzieje,  i po tym, co zrobił,postanowiłam, że już go nie zaproszę… niech robi co chce, sam powinien wiedzieć czego chce. Wie, gdzie mieszkam, bo tyle razy mnie odwoził do domu… Po za tym, po co miałabym się z nim spotykać, skoro on nie wie czego chce i nie ma zakończonych jakiś spraw z przeszłości?

Jednak, o dziwo, wczoraj, sam zaproponował, że chce do mnie przyjechać… porozmawiać, wyjaśnić mi to wszystko… że jak będzie pogoda, to możemy iść na ten obiecany spacer, a jeżeli nie to siądziemy w jakieś knajpce i porozmawiamy, bo chce spokojnie porozmawiać. Cóż, zgodziłam się, choć nadal mam mieszane uczucia co do tego spotkania. Z jednej strony to dobrze, ze chce porozmawiać, opowiedzieć mi swoją historię życia, z drugiej boje się, że to, czego się dowiem zupełnie mnie znów zabije… z trzeciej cieszę się, ze w ogóle go zobaczę. Nie wiem co o tym myśleć… Dalej mam mętlik w głowie. Po za tym, powiedziałam już rodzinie, że to koniec, nie będzie mnie więcej odwoził, nie będę się więcej z nim spotykać, a tu nagle ma do mnie przyjechać? Do domu? Jak to będzie wyglądać? Jak mam teraz to wszystko odkręcić? Po za tym, nie wiem po co w ogóle chce przyjechać? Z jednej strony czuję, tak, jakby mu zależało, z drugiej obawiam się, że mogę tylko usłyszeć, jak bardzo ją kocha i co ma zrobić, żeby do niego wróciła, może bym coś poradziła… nie wiem, czego jeszcze mogę się po nim spodziewać, boje się, co wymyśli, z jego pomysłami… Wiedziałam,że ta chwila kiedyś nadejdzie, że będzie chciał się otworzyć, ale ja sama nie wiem, czy ja to zniosę i czy ja tego chcę…

 

 

 

 

Tęsknota za chwilami wzruszenia, zachwytu i radości…

Wczorajszy dzień minął mi miło, nie wiem, przez co, ale podejrzewam, że przez moje nastawienie do życia, z przed wczoraj na wczoraj w nocy zrobiłam jedno postanowienie- muszę wyrwać się z pewnych schematów myślenia. Tak będzie mi łatwiej, rzeczywiście, jest. Próbuję siebie zaakceptować w tym wszystkim, co się dzieję. Jednak… nie wiem czy już dzisiaj byłabym w stanie tak bardzo akceptować świat jak miało to miejsce wczoraj. Zdarzyło się też coś dziwnego i niespodziewanego- w zwykłym dniu, niczym nie odznaczającym się pośród dni, które przeżywałam, potrafiłam znaleźć nutę radości, choć nic wesołego się nie wydarzyło… po prostu, potrafiłam się tak nastawić, rzadko tak potrafię.

Byłam na spacerze, w lesie… to jest to, co zawsze potrafi poprawić mi humor, albo, choć, gdy jest on już doszczętnie zepsuty czymś innym- uspokoić się. Ale wczoraj miało miejsce coś innego, coś ważniejszego… Prócz tego, że zrobiło się wczoraj na dworze przyjemnie, a temperatura niespodziewanie poszła w górę i nie padał deszcz (za czym tęskniłam od dawna) to podczas spaceru w moim lesie spotkałam dwa konie i dwie amazonki na nich, przechadzające się między zaroślami. Jakież to było uczucie… jakby móc tak pojechać w teren po moim lasku, który tak lubię… chciałam dowiedzieć się czegoś więcej na temat skąd one wzięły się na tak kamienistym terenie, ale dziewczyny nie były zbyt rozmowne, ściągnęły swe konie i pomaszerowały dalej… Chodziłam potem szukając śladów kopyt, aby dowiedzieć się skąd przybyły, ale nie znalazłam ich za wiele gdyż ziemia była już wyschnięta i nie było na niej błota.

Cóż… Pana ze skrzydłami jak na razie nie ma, nie było go… może to i lepiej, nie jestem pewna czy chcę się teraz z nim widzieć, z jednej strony tak, z drugiej… czuje, że potrzebuję teraz czasu tylko dla siebie, dla swoich myśli, swojej przestrzeni, swoich rozterek. I choć wiem, że to nic nie wyjaśnia- wolę tak, nie mam siły chyba na kolejne rozmowy. I choć zachowujemy się normalnie, to czuję, że wcześniej czy później temat podejścia wróci i będzie trzeba to razem przepracować, przejść, jakoś…

Ostatnio zaczęłam pisać więcej wierszy, leżą w szufladzie i się… marnują? Więc pomyślałam, czy nie wysłać ich na konkurs literacki, może uda się coś wygrać? Kto wie… choć nikłe są moje szanse, bo to konkurs ogólnopolski, ale warto spróbować.

Dzisiejszy dzień nie należy już do tak przyjemnych, znowu czuję to cholerne napięcie i jakiś stres zjadający mnie od środka, kawałek po kawałku… Jakbym stała w miejscu i nie mogła się ruszyć, jakbym patrzyła na chmury i nie mogła ich dotknąć… To smutne i przerażające dla mnie. Wczoraj wieczorem doszłam znów do wniosku, że poza moim ukochanym  samotna jestem bardzo… nie mam żadnej osoby, z którą mogłabym porozmawiać, wyjść czy popatrzeć w niebo…

1389752

Myślałam także o tym, że bardzo brakuje mi chwil, które potrafiłam przeżywać wcześniej, chwil zachwytu, chwil kiedy potrafiłam patrzeć w gwiazdy czy leżeć na trawie, kiedy umiałam słuchać w kółko jednej piosenki i być nią zachwycona… takich chwil bardzo mi brakuje, dlaczego przestałam je tak mocno odczuwać? Bo świat się zmienił, bo stał się bardziej materialny, ja się stałam? Dlaczego tak jest…? Nie rozumiem, a bardzo za tym tęsknię…

Jesienny spacer i wzruszenie

Przed chwileczką wróciłam ze spaceru, byłam na spacerze z Panem ze skrzydłami, w jego stronach. Widziałam tez konia biegającego po lace, tak czystej, zielonej łące nad którą roztaczało się błękitne niebo, było niebieskie, bardzo niebieskie….

Przypomniały mi się dawne lata, lata dzieciństwa, błogości, kiedy świat miał inny wymiar, wydawał się piękniejszy. Przypomniało mi to chyba słonce. Kat padania słońca się zmienia… Zaczyna się powolna jesień. Z jednej strony kocham ten czas, z drugiej jest mi smutno, że lato już odchodzi w zapomnienie…

Tak, to słońce tak specyficzne przypomniało mi czas dzieciństwa, najbardziej je pamiętam… Prawie jesienne, piękne słonce które…. Się kończy… Tak bardzo wtedy chciałam je przy sobie zatrzymać, tak bardzo chciałabym m moc zatrzymać je teraz…

plakaty-pozne-lato-zachod-slonca-jesien-w-parku

Moje małe radości i mała wojna…

Dzisiaj taki miły dzień. Cały prawie z Panem ze skrzydłami. Brakowało mi już jego osoby… Rano dobre śniadanie, potem czekanie aż się rozpogodzi całkowicie, wszak miał być dziś ładny dzień, taki ciepły, prawdziwie wiosenny… I był, w pewnym momencie. W południe wybraliśmy się na dość długi spacer. Widzieliśmy dziś parę ciekawych rzeczy i osób. Łażenie po moim lasku jest przyjemne i uspokaja.  Lubię się tam cieszyć słońcem i wyczuwalną już wiosną. No i obecnością Pana ze skrzydłami…

Najpierw wszedł na drzewo, nazrywać bazi… Zrywacie już bazie? Wszakże świąt wielkanocnych jeszcze nie ma, ale bazie są takie ładne i miłe w dotyku… Lubię je, to taka jedna z oznak prawdziwie już nadchodzącej wiosny i choć mają zaraz przekwitnąć, to chciałam je mieć 🙂 Więc wariat mało myśląc wszedł na drzewo, a po chwili miałam dość duży bukiet bazi. Tak nietypowo dostać bukiet… bazi, ale zawsze bardzo miło 🙂 Choć to już nie pierwszy raz, kiedy Pan ze skrzydłami wchodzi na drzewo… Dostałam już jemiołę, taką rosnącą dość wysoko, z brzozy, (jemiołę trzeba policzyć razy dwa) oraz hubę (też razy dwa) taką ładną, dość dużą. Później, już idąc z całym bukietem bazi zobaczyliśmy cały szereg facetów niosących broń i ubranych w mundury, grających w pospolita grę przeprowadzaną na terenach pagórkowatych. Musze przyznać, że dziwnie się poczułam, widząc kogoś uzbrojonego w środku lasu. Wiedziałam, że grają w to już od lat na tych terenach, ale nigdy nie widziałam takiego zastępu „sztucznie uzbrojonych” facetów z bliska w środku lasu. Pan ze skrzydłami kiedyś w to również grał, więc przypomniały mu się nastoletnie lata i zaczął opowiadać… opowieści nie było końca 🙂 Przeszliśmy wiec drogą prawie cały las dookoła… Po drodze jeszcze spotkaliśmy motocyklistę, ale raczej w ogóle nas nie zauważył, tylko zjechał z pagórka i pojechał w inną stronę, robiąc niemały hałas. Kiedy byliśmy z drugiej strony lasu, usłyszeliśmy, jak dwie grupy się spotkały i zaczęły do siebie strzelać kulkami. A maxresdefaultPan ze skrzydłami dalej ciągnął swoje opowieści… W końcu rozmowa zeszła na to, dlaczego ludzie mają potrzebę zabawy w wojnę i chęci doświadczenia takiego przeżycia, aby się bronić, uciekać czy atakować. W końcu doszliśmy do drogi, gdzie można z niej szybko dojść do mojego domu, ale oczywiście poszliśmy w drugą stronę. I szliśmy, szliśmy, zaczęła się przed nami rozciągać otwarta przestrzeń… w końcu doszliśmy do jakiejś betonowej drogi, ciągnącej się w środku lasu i łąk. Stwierdziliśmy, że fajnie będzie nią przejść , no więc szliśmy tą betonową drogą, kompletnie nie widząc gdzie idziemy (miała być to droga powrotna, bo zmierzała ona w tą stronę, mniej więcej), jednak po jakimś czasie zaczęła odbijać całkowicie w inną stronę niż zamierzaliśmy iść. Zboczyliśmy więc z niej i znaleźliśmy się na jakiejś polnej ścieżce, która nie wiadomo było dokąd prowadzi. W oddali tylko widniały słupy, które wyznaczały pozostawanie w  dość bliskiej odległości od domu. Ale nagle ścieżka się skończyła i byliśmy w dolinie, gdzie naokoło nie było widać kompletnie nic poza górkami. Górki były bardzo strome, wyjeżdżone przez motory i można było podejrzewać, że nikt tędy nie chodzi. Jakoś udało nam się wyjść na górkę, choć z bukietem bazi i bardzo śliskimi butami nie było to łatwe. Potem moim oczom ukazał się już znajomy krajobraz. Więc ruszyliśmy w stronę domu, kiedy nagle znów zobaczyliśmy tych z bronią, idących jeden za drugim, w momencie gdy przeskakiwali z jakiegoś pagórka na drugi pagórek. Coś do siebie krzyczeli, co było dziwne, bo raczej nie powinni, bo w asg się nie krzyczy, tak, aby grupa, która ma przygotować zasadzkę nie wiedziała, gdzie znajdują się ich potencjalne „ofiary”, które mają złapać. Poobserwowaliśmy ich aż do momentu kiedy cała grupa znalazła się na innej górce. Tuż potem przyjechał motocyklista, wjechał na stromą górę i towarzystwa już nie widzieliśmy. Ruszyliśmy więc niespiesznym krokiem do domu. O dziwo za całym towarzystwem, które już skryło się za górą biegła sarna… co było dla nas dziwne, bo raczej zwierzęta uciekają od ryku motoru czy odgłosu strzelania kulkami. Tylko kruk leciał w stronę przeciwną. Szliśmy dalej, kiedy zauważyliśmy, że w naszą stronę idzie facet z chartem. Tego charta już raz widzieliśmy, będąc na spacerze kilka miesięcy temu w podobnej okolicy. Jednak nie zważywszy na drogę, w którą chciał skręcić facet, skręciliśmy z naszej ścieżki, tak, aby znaleźć się w pobliżu domu i ruszyliśmy już w celu powrotu. Jednak pogoda była ładna, ptaki śpiewały, a więc aż tak ogromnie się nam do domu nie spieszyło… Kiedy nagle wyrwał nas tylko głos faceta „do nogi, powiedziałem”, który wołał na psa patrzącego w naszą stronę i chcącego pewnie podejść by nas obwąchać. Facet… ewidentnie nas poznał, ale widok obejmującej się w środku lasu parki i trzymającej w rękach cały bukiet bazi dziewczyny wywarł na jego twarzy jedynie uśmiech, choć cały czas udawał, że patrzy na psa. Nasze miny były… też go poznaliśmy, niestety…..  🙂

Potem wróciliśmy do domu.

Kiedy wieczorem poszłam odprowadzić Pana ze skrzydłami do auta zaczęło okropnie padać, zdążyliśmy przejść tylko z domu do auta, kiedy już rozpadało się na dobre. Wcisnęłam się więc jakoś do samochodziku, przez drzwi kierowcy. Kierownica się zablokowała 🙂 I tak już byłam zmoknięta…

Teraz siedzę i słucham jak deszcz stuka o dach domu… Takie dni są fajne. Po prostu fajne, choć nic w nich nie ma szczególnego… A może uczę się cieszyć z małych drobnostek? Ciągle na nowo i na nowo, ale to ważne. Jutro zaczynam coś nowego, to moje postanowienie.

Dobrej nocy wszystkim czytającym tego bloga.

Wiosenny spacer

Właśnie wróciłam z wiosennego spaceru. Choć tak piękna pogoda ma utrzymać się tylko dziś, na dworze czuć już wyraźnie wiosnę w powietrzu. I te +15 stopni, och… Idąc tak, pośród lasu, zastanawiałam się nad tym, co mam zrobić, czym się zająć. Jak na razie mój zapał i pomysły stanęły w miejscu. Ale i tak, pomimo tego, takie nagłe przybycie prawdziwej wiosny poprawiło mi humor. Ta pora roku nastraja optymizmem i chęcią do działania, to też powoli zaczynam znów działać. Choć mamy dopiero luty, a właściwie jego końcówkę, dało się odczuć już powiew ciepłego wiatru, a po lesie rozchodził się charakterystyczny leśny zapach, który można poczuć podczas ciepłych pór roku.

To wyjście napełniło mnie energią, po wczorajszym jej gwałtownym spadku, kiedy to wewnętrzne demony znów dały o sobie znać i popłynęły łzy. Dopiero Pan ze skrzydłami poprawił mi nastrój…

A teraz o samym lesie…

Mój las, który rośnie tuż za domem to pozostawione po wydobyciu kamienia pagórki i łąki, wszystko pokryte trawą i zaroślami. Kiedyś, kiedy byłam jeszcze dość małym dzieckiem, lubiłam tam przebywać ze względu na ilość maków, jaka tam się znajdowała. Było tam całe pole maków, sporadycznie można było zobaczyć też chabry. Uwielbiałam się w nich bawić. Później jednak wszystko pokryło się wysokimi trawami i brzozami, które tworzą w sumie niemały las liściasty. Od czasu do czasu zobaczyć tam można drzewo iglaste. Są też niewielkie rozpadliny i… wąwozy, które jak na wydobycie kamienia są dość duże. Cały krajobraz jest bardzo malowniczy, choć widzi się też pełno śmieci, gdyż niestety ludzie zaśmiecają to środowisko. Chłopaki jeżdżą na quadach, bo to świetny teren do jazdy na motorach czy quadach, więc wiele dróg po prostu jest rozjeżdżonych do tego stopnia, że gdy przychodzi deszcz, płyną tam rzeki razem z błotem. Przez to, gdy spojrzy się na krajobraz jest on nieco zniszczony i „poharatany” od motorów, jednakże sam widok potrafi czasem wzbudzić zachwyt.

Jest to jedyny teren, który nie kojarzy mi się z problemami. Mogę tam wiele przemyśleć, popatrzeć na okalającą mnie przestrzeń. Nie wiem co takiego we mniej jest, że przestrzeń sprawia, iż czuję w sobie wolność…

Było mi to potrzebne, gdyż wczoraj znowu wróciły wspomnienia o Indianerze, o M. o przeszłości. to ciężkie. Czasem kiedy to wszystko skumuluje się, mam ochotę krzyczeć, a w gardle czuje ściskające łzy… Przypomniały mi się czasy, kiedy musiałam to ukrywać przed wszystkimi. To, że znów płakałam, że cała jestem rozmazana… Potem przyjechał Pan ze skrzydłami, zasypał pocałunkami, zapomniałam…

Nie wiem na jak długo…

Nie lubię czasu, kiedy to wszystko do mnie wraca i odbija się niczym bumerang…