Dusza na torach…

Zostawiłam swoich kilka słów na torach,
może zabije je dziś pociąg do nieżywości.
Tak, żeby jutro, nie miały już znaczenia…
Potem…
Ułożę moją duszę na torach,
wygodnie…
Otulę kocem z ciepłej bawełny,
żeby spała spokojnie.
I będzie spała, a ja odejdę,
bo wiem, że jej pociąg nigdy nie nadjedzie…

bez tytułu
Zdjęcie: galeria własna

Pamięci Andrzeja Siewierskiego, który 28 grudnia 2007 roku nie wytrzymał tworu zwanego życiem i zginął, rzucając się pod pociąg…

(wiersze, 07.07.2016r.)

Wszyscy Święci balują w niebie, złoty sypie się kurz…

„…a ja włóczę się znów bez Ciebie.
I do piekła mam tuż…
Świat się tylko już ze mną kręci,
gwiazdy płoną jak stal.
Skasowałaś mnie z swej pamięci,
aż mi siebie jest żal…”

Wczorajszy dzień przyniósł mi chyba to, na co czekałam od dnia ostatniego zamieszczenia tutaj wpisu „Dziwny czas…”Poszłam wczoraj na cmentarz, co prawda pogoda nie sprzyjała wcale, bo padał ulewny deszcz i wiało niemiłosiernie. Wśród tych zalanych wodą uliczek, rozmokłej ziemi, pozrzucanych z grobów kwiatów i dogasających lampek, które rzucały na groby różne odcienia czerwieni, żółci, niebieskości i zieleni, poczułam coś, czego nie czułam już dawno. Ogarnął mnie jakiś wgląd w siebie. Może to miejsce ma takie działanie, albo wyznaczniki kulturowe, bo przecież będąc na cmentarzu wypada się zatrzymać, jednak wczoraj poczułam to bardziej dogłębnie. Jakoś tak zawsze jest tak, że na Wszystkich Świętych, w ten jeden dzień, kiedy pochylam się nad grobami, widzę ten stos kolorowych światełek na grobach i figurki aniołów z kamienia, oprócz myśli o bliskich zmarłych, nachodzi mnie jeszcze inna myśl. Mianowicie w tym całym wyciszeniu czuję dziwną atmosferę, jakby coś pomiędzy życiem, a śmiercią…  Jest tylko cisza, nie ta określana jako zatrzymanie się, zadumanie, ale ta powodująca, że nagle wartości się odwracają, a człowiek przez chwile przyjmuje inną postawę wobec życia, celów do których dąży, marzeń, które ma. Przelatuje mi przez głowę obraz mojego życia, marnego, krótkiego i zdaję sobie sprawę, że w tej jednej chwili, kiedy stoję tu i patrzę w dal, na odległe groby, toczy się życie. To ono właśnie jest tą jedną chwilą. Że w tej jednej chwili właśnie mogę wszystko, a zarazem nic. Potem przypominają mi się podobne stany, których doświadczyłam w innych miejscach. Kiedy się wzruszałam, lub kiedy zachwyciłam tak zwyczajnie jakimś widokiem, być może dla wielu zwykłym, nic nie znaczącym widokiem. Istnienie zdaje się być zarazem tak bardzo kruche i tak bardzo doświadczalne…

Wczoraj, gdy tak patrzyłam na rozmoknięty cmentarz, na ludzi gnających gdzieś w strumieniach deszczu, to wszystko było tak bardzo na pograniczu czegoś nieznanego, co dało się było tak wyraźnie odczuć. Biologicznie rzecz ujmując, osobniki homo sapiens troszczą się o nagrobki innych osobników homo sapiens, których od dawna już zjadają robaki… Szczerze powiedziawszy, to najbardziej mnie przeraża i dołuje w tym całym obrządku. Ludzie często o tym nie myślą, ale mnie jakoś ciężko się żyje z myślą, że mojego ojca zjadły robaki… że jego ciało zgniło, że został może tylko „ładny” grób. Biologia jest nieubłagana, czas również…

Z tej wczorajszej zadumy, z tych stanów zatrzymania wyrwało mnie wczoraj samo życie, konieczny do zrobienia projekt na studia, ludzie. Kolejna taka chwila nadeszła dopiero wieczorem, kiedy pomyślałam o utworze „Bal wszystkich Świętych” Budki Suflera. Piosenka stara i wszystkim dobrze znana. Jednak w muzyce na każdy dzień znajdzie się coś 200152dobrego. Przypomniała mi się chwila, kiedy słuchałam tej piosenki z żalem i prawdziwą samotnością w sercu. Wtedy słowa te miały inny wydźwięk. Co prawda, tekst jak dla mnie nadal aktualny i wszystko się zgadza. Przywołała stare czasy, jeśli mogę powiedzieć tak o latach w swoim życiu. Z nich zostały mi tylko wspomnienia zawarte w piosenkach, ich przeżywaniu i doświadczaniu, parę tekstów, parę zamysłów. Wszystko się pozmieniało, życie się zmienia. Wiem, ze od jakichś paru dobrych lat jest w moim życiu inaczej, ja się zmieniłam… Inaczej nawet spędzam dni, a może już nie pamiętam, jak spędzałam tamte? Przypomina mi się inny tekst.

„jeszcze mi tylko spacer pozostał,
wąską aleją, przez zielony las…”

Zaczęłam jakoś inaczej żyć, inaczej odczuwać świat, może wyrosłam? Pan ze skrzydłami mówi mi, że dużo we mnie dziecka, choć i dużo dojrzałości. To właśnie nasz paradoks… oboje tacy jesteśmy. Tylko, szczerze mówiąc, brakuje mi tamtego przeżywania, tamtego doświadczania świata, teraz są to tylko chwile, na które czekam czasami całymi miesiącami. Żeby móc się zachwycić, tak po prostu, niepretensjonalnie.

Od jakiegoś czasu też czuję w sobie coś, czego dawno nie doświadczałam, potrzebę zmian, potrzebę pójścia w innym kierunku, potrzebę spróbowania innej realizacji siebie, celów, spróbowania inaczej. Czy mi się uda? Mam nadzieję…

„W niebie dzisiaj wszyscy, wszyscy Święci, mają bal…
W niebie dzisiaj wszyscy, wszyscy Świeci mają bal…”

Czuję jakiś niedosyt tym wpisem, może nie to chciałam oddać, a może lepiej tego specyficznego odczucia nie potrafię…

Dziwny czas…

Poczułam się dzisiaj cholernie dziwnie. Właściwie to cały czas się czuję. Nie poszłam na cmentarz, jak wszyscy, pójdę jutro. Ta cała mieszanina smutku, rozmyślań i pochylenia się mBnktkpTURBXy84OWY3OTFmNDY5YTU1YWIyODYxNWE1ZTdkMmZiMTJmNS5qcGeSlQMAFM0D6M0CMpMFzQMgzQHCnad życiem i śmiercią mnie jakoś wykańcza, dołuje. Mam wrażenie, że za dużo było tej mieszaniny w moim życiu. Dziś dzień zadumy, ciszy i rozmyślań, zatrzymania się. Jednak za każdym razem, kiedy się zatrzymuję, czuję tylko jedno- że chcę odejść i już się nie zatrzymywać. Być może jestem dziwna, bo nie potrafię, nie chcę. Pan ze skrzydłami stwierdził wczoraj, że mój dom był przesiąknięty śmiercią, nadal jest… Za dużo się tutaj chodzi, mówi, za dużo tego czuję na sobie. Chcę żyć, nie śmiercią, a dniem dzisiejszym, tym, co dzieje się wokół. Wiem to, a jednak jakoś smutno mi, że nie jestem tam, z częścią mojej rodziny. Nie mogę znaleźć sobie miejsca, nie wiem, czego mi się chcę. Nie mogę się na nic zdecydować, jakoś mnie zarazem roznosi, a za razem coś powstrzymuje. To uczucie, którego nie trawię. Spojrzałam dziś przez okno, widziałam kuzynkę, z którą się wychowałam. Ludzie się dziś spieszą, ciągle gdzieś pędzą, a ja jakby trwam w miejscu. Próbuje znaleźć swoje, jakieś zajęcie, jakieś urozmaicenie dla myśli. Próbowałam czytać, ale książka też jakoś mi nie wchodziła. Czuję napięcie w całym ciele i jakby rzeczywistość się zatrzymuje. Nie potrafię sobie odpowiedzieć na pytanie „co ja tu robię?”, „czego chcę?” i „dokąd zmierzam?” Wszystko jest tak bardzo jednostajnie czarnobiałe, tak jednolicie szare… Aż nie mogę uwierzyć, że jeszcze żyję. Nie  mam planu, nie przewiduję, chce przetrwać ten dzień, jutro czeka mnie dużo pracy. Pamiętam 1 listopada rok temu, to było po pierwszej naszej rozmowie na uczelni, przepisałam cały późny wieczór z Panem ze skrzydłami…….

Zabezpieczony: Mój Wilk imieniem Lęk… Historia „nowej” przyjaźni…

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Wspomnienie Wszystkich Świętych…

Tekst ten pisałam rok temu…

Dzisiejszy dzień był dniem trudnym i nie ukrywam, że przyniósł wiele myśli, tych dobrych i tych złych zarazem. W południe wybrałam się aby odwiedzić groby w mojej miejscowości a także zajrzeć na grób Taty. Ubrałam się ładnie, rozpuściłam włosy, włożyłam kozaki na obcasie. Raz na jakiś czas mogę ładnie wyglądać… Muszę przyznać, że kiedy ładnie się ubiorę od razu lepiej się czuję, jak zadbana kobieta po prostu. Chyba każdy tego doświadcza…

Pojechałam więc na grób Taty. Włożyłam kwiaty do wazonu, zapaliłam znicze… stanęłam nad grobem i zaczęłam się modlić słowami, które akurat przychodziły mi na myśl. Patrzyłam na jego imię i nazwisko wypisane na marmurowej płycie grobu. Czasami podnosiłam wzrok, aby spojrzeć na1401386384_36578_1_0 krzątających się wokoło ludzi. Słońce akurat przebijało swe promienie przez wysokie drzewa, z których nie zdążyły jeszcze opaść liście. Stałam tak w swojej własnej wewnętrznej ciszy, choć dokoła było dość gwarno. Z czasem zaczęły powracać wszystkie wspomnienia, obraz mojego Ojca, jego oczy, jego głos… Podnosząc wzrok ponad płytę grobu widziałam cmentarną kaplicę. Wyglądała tak samo, jak w dniu pogrzebu. Pamiętam jak stałam tam prawie siedem lat temu, jak go chowali… Na chwilę znów się tam znalazłam. Znowu byłam tą małą dziewczynką, której łzy ściekały po policzkach, gdy patrzyła na trumnę swego Taty… Minęło prawie siedem lat, dziś przychodzę do niego już prawie jako kobieta. Zaczęłam do niego coś mówić w myślach… Przecież chodzę tam już tyle czasu i muszę przyznać, że są już takie odwiedziny, które mnie nie ruszają tak głęboko. Dziś jednak było inaczej. Stałam tam jako młoda dziewczyna, ta, która wyrosła z tej jego małej córeczki. Czy byłby ze mnie dumny? Nie wiem, bo nie poznałam go dobrze jako człowieka.  Patrzyłam na ten czarny napis i zastanawiałam się co by myślał, gdyby zobaczył teraz moje życie. Czułam się trochę winna, ale i dumna w pewnym sensie z siebie, że pragnę zacząć żyć dla siebie, a nie dla innych. Później szybko pozbierałam się stamtąd. Miałam jeszcze wstąpić do Mamy, a nie chciałam, żeby mnie widzieli upłakaną i zasmuconą…

Poszłam tam, oczywiście wszyscy się cieszyli, porozmawialiśmy, wypiłam herbatę, bo na kawę nie miałam ochoty. Przez długi czas nie było mnie w mieszkaniu u mojej Mamy, to też kiedy tam weszłam zobaczyłam sterty karteczek z wyznaniem miłości od męża mojej Mamy,  sporo nalepek i pamiątek z wycieczek. I kiedy tak spojrzałam na tą całą sielankową przestrzeń zrozumiałam jedno. Mama mentalnie odeszła…  I choć w większości takich sytuacji jest tak, że kiedy dziecko boi się, że straci rodzica, jest to nieuzasadniony lęk i tak się nie dzieje, to jednak w moim przypadku chyba się trochę tak zadziało. Nie poczułam lęku… Jestem już dorosła, muszę zacząć żyć wreszcie dla siebie. A mama… no cóż, przeżywa drugą młodość i może nie do końca jestem jej potrzebna? I niech tak zostanie… Później się tylko utwierdziłam w tym przekonaniu, gdy wczoraj tak serdecznie mnie zapraszała, mówiła, że mnie kocha i za mną tęskni, że chciałaby ze mną porozmawiać, a dziś zostałam skrytykowana. Nie rozumiem takiego zachowania. Nie rozumiem i nie zrozumiem już chyba nigdy. 
Wśród całej tej sterty „bibelotów szczęścia” znajdującej się w mieszkaniu dostrzegłam także tabliczkę z napisem „dla Dziadka od M.”.Wiem, kiedy ta tabliczka powstała, jednak udałam, że jej nie zauważyłam, tak, jak zwykle udajemy przed moją mamą i jej mężem. To miły gest z jego strony. Jednak o nic nie dopytywałam. Wcześniej bowiem dowiedziałam się, że mąż mojej mamy był u M. tydzień po naszej wycieczce, ale beze mnie. Zabrał tylko najbliższych, mnie i mojej mamy tam nie było. Co dziwne, nikt mi o tym wyjeździe nie powiedział, ani mąż mojej mamy, ani też ona, która wiedzieć musiała. Ale ja udaję, że o niczym nie wiem. Sądzę, że tak jest lepiej. Wiem tylko jedno- o moim liście nie wie nikt! Nikomu nie powiedział… uf… kamień z serca mi zszedł. Natomiast moja mama w ubiegłym tygodniu prosiła mnie, żebym przyjechała, bo musi mi opowiedzieć, co się działo w sobotę, gdyż dużo się działo i wszystko zmierza w jak najlepszym kierunku, także będę zadowolona i na pewno się ucieszę… Więc pojechałam dziś z myślą, że może powiedzą coś na temat minionego wyjazdu. Ale dziś temat umarł. Zostałam tylko skrytykowana i tak bardzo się ucieszyłam, że właśnie muszę przelać to wszystko na papier wirtualny, bo jest mi po prostu zwyczajnie smutno… 

Później wstąpiłam jeszcze na inny cmentarz, odwiedzając grób zmarłej cioci. Szłam tam też z powodu poszukania mojego dawnego przyjaciela, gdyż mieszka niedaleko, a, że cmentarz jest w tych dniach uczęszczanym miejscem, teoretycznie mógł tam być. Jednak chłopaka owego nie znalazłam, więc szukałam nazwiska na grobie, bo przecież bardzo prawdopodobne, że leżą tu jego dziadkowie na przykład. Jednak nazwiska też nie znalazłam. Kiedy już stanęłam nad grobem cioci to poczułam się jak taka bardzo zapomnianą przez wszystkich dziewczyną. Słońce chyliło się już ku zachodowi, na cmentarzu panował taki dziwny poblask, czyniąc go przestrzenią bardziej magiczną niż smutną… Czułam, że kończy się dzień. Wracając czułam, że przez kolejny dzień mojego życia czułam się źle. Czy tak już będzie zawsze?
Kiedy przyszłam do domu poczułam potrzebę pójścia na spacer, więc poszłam… Przemyślałam wszystko raz jeszcze, trochę się uspokoiłam, wróciłam do czasów, kiedy potrafiłam się po prostu śmiać…

Dzisiejszy dzień nie był łatwy, choć niewiele się w nim zdarzyło, nie wiem, co będzie jutro, nie wiem, co będzie dalej.  Próbuje to wszystko jakoś poukładać w swojej głowie, całą moją sytuację… ale chyba wciąż próbuję… Mijają dni. Wiem, że kiedyś ich zabraknie…  Nie chcę narzekać, użalać się nad sobą, wiem, uwierzcie mi, wiem, jakie to jest męczące. Miałam do czynienia z depresantami, np. człowiek ów, który wyrządził mi tyle zła i przykrości w moim życiu. Wiem, że nie chcę się użalać. Jestem po prostu samotną, ładną, młodą dziewczyną, która czuje się zagubiona… Wiele takich na świecie, więc chyba mój blog nie wyróżnia się niczym prócz tego, że kocham bluesa i może to się wielu nie podobać, ale pragnę żyć w rytm tego bluesa, który jest w moim sercu. Może nie będę gasić papierosów na talerzach, bo nie palę i nie będę mieć wykształcenia podstawowego… Może nie będę śpiewać na polskiej scenie, ale chce być wreszcie wolna! Po tej całej melancholijnej chwili spędzonej na cmentarzach wstąpiła we mnie siła walki i uporu. Walki o swoje, chęci życia po swojemu, według swoich zasad, wartości… Wracam do normalności? Nie wiem. Jest wieczór, a ja pragnę pisać teksty, bardzo lubię… I mam gdzieś co ten cały świat sobie pomyśli. Czy tak wypada, czy nie. Powinnam się zająć czymś innym, czymś ważniejszym bo tak trzeba… A ja mam gdzieś, co trzeba! Muszę wreszcie zrobić coś, co daje mi radość! Przecież o higienę psychiczną też trzeba dbać… Bunt? Może i bunt… ale twórczy i choć trochę pomaga spojrzeć na siebie,  To, co wypracowałam sobie na terapii. Trzeba się sobą zaopiekować! Sobą, a nie innymi!

Wiecie co… chciałabym Riedlowi zaświecić lampkę…

Jestem, żyję…

Jestem. Żyję. Kiedyś, jadąc na moim koniu doszłam do wniosku, że skoro mogę myśleć, to żyję, a skoro żyję, to mogę podjąć działanie, a skoro mogę podjąć działanie, to oznacza to, że mogę coś zmienić. Cholera, teraz widzę, że to tylko połowiczna prawda.

Zjadłam rybę na kolację i rozmyślam dalej… Dzisiejszy dzień był bezpłciowy, bez konkretnej pogody, bez konkretnego celu. Przeżyty ot, tak po prostu. Jak z resztą większość minionych dni. W ciągu czterech tygodni przeanalizowałam swoje życie, a może tylko mi się tak wydaje… Bądź co bądź, starałam się je przeanalizować. Jak zwykle z resztą. Tylko, że miałam na to czas. Myślałam, leżąc przez 24 godziny w łóżku, nie podnosząc się o własnych siłach wcale, albo tylko do toalety i z powrotem. Gehenna dla kogoś, kto był w ciągłym ruchu i kontakcie z innymi. Do tego leki,cała sterta, antybiotyk, taki sam, który podaje się ludziom chorym na HIV, czy rzeżączkę. Druga seria, bo pierwszą przerwali nagle w szpitalu.

– Nic takiego, zanikają po nim mięśnie, ale tylko ten lek pani pomoże- słyszę na szpitalnym korytarzu…

Prawie nic stamtąd nie pamiętam… Pamiętam jak wieźli mnie na SOR, ale mało, potem jak przewozili na OIOM, dobrze widzę tylko pierwszą noc spędzoną w szpitalu. Cały czas słyszę jęk tej kobiety, która leżała naprzeciwko mnie „Boże, zabierz mnie już stąd, Boże, zabierz!” Leżę tam, serce wali, jak opętane, w rękach mam dwa wenflony, schodzą dwie kroplówki, jakoś tak, po poprzednim „urwaniu filmu” wracam o dziwo do siebie. Nie mogę spać, jestem zbyt odwodniona przez wymioty. Słyszę, że mówią, że to niby zatrucie, nie wiem, co myśleć… Naprzeciw mnie facet, jęczy, nawet go nie rozumiem… widać, że coś go boli. Jestem popodpinana, wszędzie pika jakaś aparatura, nie mogę się obrócić na bok, bo pozrywam wszystkie kable, które odchodzą od mojego ciała… W końcu odwracam głowę, obok mojego łóżka stoi krzesło. Patrzę przez okno, jest gwieździsta noc… Drętwieją mi nogi, tracę czucie w łydkach, jest mi cholernie zimno, leżę pod samą poszewką, prawie naga… Nie wiem, co dalej ze mną będzie. Wiem tylko, że jestem w szpitalu.

Leżę, mijają minuty, nie mogę spać, serce nadal wali z odwodnienia, kątem oka widzę, że na krześle obok ktoś siedzi, w czarnych spodniach i czarnych włosach. Nie mogę jednak odwrócić głowy. Zamykam oczy, znów je otwieram i przekręcam z trudem głowę… Nikogo już nie ma… Szeptem i z trudem mówię słowa „Dzięki Ci Tato”, przysypiam na kilka minut…

Potem już nie pamiętam wszystkiego tak dokładnie. Mieszają się dni, ludzie, sale, wiem, że dostawałam jakieś leki, dosyć silne, pewnie na uspokojenie… Dlatego nie pamiętam za wiele. Badania, łazienka i łóżko i… poznawanie moich najbliższych. Potem jedno badanie, przez które miało mnie już nie być tutaj… Bóg jednak chyba chciał inaczej…

Kiedy znalazłam się już w domu, na własne żądanie odcięło mnie od świata… Totalnie, ale może było mi to potrzebne? Pamiętam, że czułam się fatalnie psychicznie i fizycznie. Kolejny nawrót, kolejne odwodnienie, a później zapalenie jelit… Kolejne leki i antybiotyk.

Z dwóch tygodni wolnego, jakie miałam pamiętam tylko ból, zdjęcie M., które zobaczyłam, pamiętam, jak obejrzałam jeden głupi serial i przez który zmieniła się perspektywa patrzenia na pewne wydarzenia, pamiętam „Świętego” Muńka, którego słuchałam. Hm, fajna piosenka. Kiedyś jej nie lubiłam, ale teraz wróciłam i klapnęło. Jakoś tak… może do niektórych tekstów trzeba dojrzeć? Trzeba coś przeżyć? Pamiętam, jak pisałam wiersz… Pamiętam, jak paru ludzi zachowało się jak…

Perspektywa życia się zmieniła. Mam jeden pomysł. Nie wiem, czy wypali, ale, czy to ważne? Chyba trochę sobie poukładałam, choć to myślę duże słowo, może pasowałoby tu przemyślałam… Choć i tak dochodzę do wniosku, że to nie tak miało być wszystko…

Wyboru nie mam, to, albo nic…

Żyję, mogłam być w śpiączce, albo i nie, to ważne…