Rozmowy przy kawie z nim, w biały dzień.

Jest chłodno, choć jak na zimę, dość ciepłe powietrze. Pod butami pluska rozlatujący się śnieg i powstała z niego woda. Idziemy przez miasto. Przez to samo miasto, w którym spędziłam z Chomiczkową ten przedziwny czas i które nieodłącznie już chyba będzie kojarzyło mi się z tą historią. Wszystko dzieje się szybko i dynamicznie, ale choć są to chwile, zapisują się w pamięci jakoś trwalej niż te zwykłe. Emocje? Pierwszego dnia szliśmy bez celu, ot, niby spacer, rzucony przez przypadek przez Top Guna na czas przerwy między zajęciami. Więc idziemy… we trójkę, z jego kumplem z pracy. Ludzie nas mijają i choć zazwyczaj te sama trasa, wydaje mi się monotonna, jakoś tak tym razem wygląda inaczej… Top Gun się co chwilę ogląda i na mnie spogląda… W trakcie spaceru nasuwa się pomysł, by wstąić jeszcze na kawę. Wchodzimy do małej kawiarni, by coś kupić. Nikt nikomu nie stawia, ale robi się jakoś przyjmenie…. siedamy na wysokich barowych krzesłach. Rozmawiamy… o pracy, o przyszłości, o planach, wreszcie o szkole, śmiejemy się. Następują minuty ciszy, jakoś tak drętwo się czasem robi ze względu na tego kumpla, pytam o pierdoły, by jakoś zapchać czas słowami. Wszystko mija tak szybko, jak film w głowie. Top Gun mnie zaczepia, a to gdzieś dotknie, a to szczypnie…  Za chwilę musimy się już zbierać. Wracamy, prawie biegiem na zajęcia… atmosfera jest napięta, ale miła.

Drugiego dnia znów maszerujemy tą samą trasą. Nie jest już tak ciepło, ale nie ubieram szalika, jakoś chyba nie ma na to czasu… tym razem wchodzimy do innej kawiarni, położonej obok, jest jeszcze droższa, ale to… ta sama, w której spędziłam z Chomiczkową wiele chwil na długich i obfitych rozmowach, czasem we łzy, czasem w śmiech… raczej o facetach. Wracają wspomnienia. Siadamy przy stoliku, w miejscu, z którego bardzo lubiłam obserwować przechodzących ludzi…Top Gun znowu na mnie zerka co jakiś czas i się uśmiecha. Czuję się dziwnie, są ode mnie starsi, jeden o 10 lat… w tej kawiarni bywałam już z różnymi osobami, ale nie ma tej babeczki, która dotychczas tam była. Gdyby była, mogłaby mnie jakoś skojarzyć… Siedzimy, też we trójkę, rozmawiamy, tym razem o jedzeniu, o książkach, przypominają się im też młode lata, kiedy to byli jeszcze młodymi chłopakiami, wypuszczonymi na wolność i rozrabiali. Kumpel Top Guna opowiada jakąś historię z nad jeziora. Ja zaś nie wytrzymuję i mówię, że ta kawiarnia kojarzy mi się z wyprawami razem z koleżanką. Dostajemy swoje zamówione produkty. Na cukrze w torebkach jest napisane „chwilo trwaj”. Ten drugi zaś widzę, że cały czas na mnie zerka i się uśmiecha. Potem zapada jakaś chwila ciszy, znowu robi się cicho i jakoś niezręcznie… W końcu, po którejś już chwili ciszy rozlega się głos kumpla Top Guna, by już isć, powoli wrócimy na zajęcia, by nie biec jak zwykle. Zgadzamy sie na tę propozycję i powoli zbieramy do wyjścia. Na koniec dnia odwożą mnie jeszcze do domu. Na początku nie chcę, ale perspektywa czekania dwóch godzin sprawia, że się z nimi zabieram. To miły gest, że Top Gun choć bez swojego samochodu, tylko z wypożyczonym jeszcze podrzucił mnie do domu, a ponieważ wiadomym było, że przy kumplu tak owartym być nie można w stosunku do siebie, to też cały czas wysyłał mi Top Gun jakieś wiadomości na telefon, tak, by nikt tego nie przeczytał. A to, że ładnie wygladam, a to, żebym wyszła do niego z nim porozmawiać.

Takie niby małe chwile, choć zdarzają się każdemu i chyba wiele razy w ciągu życia, jakoś bardzo zapadają mi w pamięć. I nie wiem, czy jest to jakaś magia przeżywania czy po prostu blask wydzielanych hormonów. Może kiedyś ulepię z nich coś bardziej sensownego.

obraz-filizanka-kawy-z-lodami-fp-1159-p_36311

Rozmowy niekontrolowane wieczorem… O śmiechu, całowaniu i seksie…

Po przedwczorajszym dniu jakoś czuję, że wszystko się zmieniło. Przedwczoraj Top Gun przeszedł samego siebie.

Nasza relacja pozostawała do tej pory oficjalna, choć czasem rzucaliśmy do siebie bardzo bezpośrednie teksty, na tyle bezpośrednie, że mogliśmy z powodzeniem nazwać się dobrymi znajomymi, dlatego, widząc jego bezpośredniosć i to, że podchodzi do mnie, jak do dobrej kumpeli, po długich dniach zastanawiania się, czego może on ode mnie „chcieć?” doszłam do wniosku, że chyba niczego oczekiwać nie będę i stane się po prostu jego dobrą koleżanką, tak, jak wskazywało na to jego zachowanie. Pierwszego dnia przyniósł mi też prezent, dość nietypowy, ale za to bardzo potrzebny. Spodobał mi się ten prezent, bo nie muszę sie już martwić o jedną rzecz, które trochę mnie smuciła. Cały czas jednak śmialiśmy się i żartowaliśmy, jak to dobrzy znajomi. Na koniec odstawił mnie do domu. I muszę przyznać, że te parę minut spędzonych w drodze do domu, te rozmowy… to wszystko miało jakiś swój urok, taki choć oficjalny, ale bardzo przyjacielski i życzliwy. Jakbyśmy się znali lata… albo przynajmniej byli komplami z podwórka. Cóż, stwierdziłam, że dobrze jest jak jest i nikogo do niczego nie mam w charakterze nagabywać. Ot, po prostu, miłe przyjacielskie gesty i dobra zabawa.

Nazajutrz był wielki dzień. Dzień w którym mieliśmy sie przekonać, czy dane nam będzie zdać, czy też nie. Umówiliśmy sie, że pomogę Top Gunowi, który niestety nie umiał wszytskiego. Jednak ten dzień praktycznie spędziliśmy cały razem, rozmawiając, śmiejąc się. Dałam mu też mały prezent, w podzięce za to, co od niego dostałam dzień wcześniej. Widziałam, że bardzo się uczieszył. Później zdecydowaliśmy się pójść na dłuższy spacer, w przerwie między zajęciami. Spacer okazał sie kolejną świetną okazją do pośmiania się, powygłupiania, jak to w paczce, powiedział mi też w końcu, którym jest rocznikiem i mogłam napić się kawy. Patrząc na to wszystko… To wszystko ma jakiś swój urok, może to dlatego, że nie spotykałam się wcześniej w gronie dobrze znających się osób, gdzie był prawdziwy luz, swoboda i gdzie mogłam być sobą. Tak właśnie poczułam sie na tym spacerze. Od dawna sie tak nie czułam. Rozmawiajac z ludźmi, mam często wrażenie, że coś ukrywają pod tym, co mówią, np. Miałam tak z Muzykiem. Mówił coś, ale wiedziałam, że pod tym, kryje się coś jeszcze, jakaś intencja, jakaś ukryta myśl. Z Top Gunem jest zuełnie iaczej. Po prostu czuje się od niego szczerość, taką naturalną, niewymuszoną, bezpośredniość. Jeśli coś mówi, to tak jest. Nawet, jeśli to nie jest do końca miłe. To tak ułatwia życie.

Na egzaminie jakoś pomogłam, choć częściowo, zdaliśmy najlepej na sto osób, a było jeszcze śmieszniej, bo wykładowca to widział i rzucał śmieszne teksty do nas. Szczęście miał Top Gun, że go nie wywalił z sali. Na drugim egzaminie tylko nas rozsadził, a później biegał ode mnie do Top Guna i sprawdzał czy mamy te same odpowiedzi, po czym podsumował „telepatia” 🙂 Na szczęście na drugi już coś więcej Top Gun poczytał, więc zdaliśmy też nieźle oboje. Szczęściu nie było końca z tego faktu, bo to były dwa kolosy, gdzie materiału było najwięcej ze wszystkich przedmiotów. Później znów dostałam paczkę na kolana, tą bardzo mi potrzebną, już kolejną i odwiół mnie pod bramę domu. Całą drogę oczywiście żartowaliśmy i śmialiśmy sie, z całej sytuacji, mówiąc, że na następnym egzaminie to będziemy pisać tylko na kolankach, żeby już nie mógł nas rozsadzić,bo w sumie sytuacja okazała się nie tyle przerażająca co bardziej śmieszna, choć zakuwałam cały tydzień do tych kolosów. Pomyśłałam sobie wtedy, że może fajnie mieć takiego kumpla, z którym można się po prostu, otwarcie powygłupiać. To było miłe, po prostu, nie widziałam w tym jakby do tej pory żadnego podtekstu, no, może z małymi chwilowymi przebłyskami w jego zachowaniach, kiedy to kupował mi picie, czy zabierał na kawę. Ale równie dobrze, gesty takie mogą być całkiem naturalne w życiu studenta.

Na koniec dnia, gdy już wrócił do domu, napisał mi, że dotarł, żebym się nie martwiła i zaczęliśmy jeszcze coś pisać o egzaminie, później jakieś śmieszne historyjki z życia i znowu o tej całej sytuacji z telepatią według profesora i tak jakoś zeszło znów, że może wybralibyśmy się razem na kolejne studia. Stwierdził, że bardzo chętnie ale oczywiście dorzucił, że tylko i wyłącznie ze mną na kolankach bo inaczej to będzie bieda z egzaminami. Na co, jak, odczytując to jako zwykły żart bez żadnych innych intencji, napisałam mu, żeby uważał, bo kiedyś tak zrobię przy ludziach. A on mi na to, żebym też uważała, bo jak mnie chwyci to już nie wypuści. Więc odpowiedziałam, że może chwytać, nie uciekam nigdzie. (W tym zdaniu coś czułam, że jest na rzeczy, ale wiem, że często tak żartuje, więc i tego też zbyt poważnie nie brałam do siebe.) I dodałam jeszcze, że jeśli tylko mnie nie uszkodzi, to „spoko”. Na co on odpowiedział, że jestem piękną młodą dziewczyną i prędzej chyba by mnie zacałował na śmierć. (Muszę Wam powiedzieć, że zdębiałam w pierwszej chwili, nie wiedząc, czy to żart, czy też nie…. z tym, że raczej nie brzmiało to nader śmiesznie, ot, po prostu, jak zykłe stwierdzenie w tym kontekście.) Chcąc rozładować sytuację napisałam mu bardzo śmieszny tekst, na co on po chwili odparł, że śmierć w tym wypadku to chyba tylko z rozkoszy…. no i potem to już rozmowa popłynęła… bardziej jako otwarty flirt niż jako czysto kumpelska wymiana zdań i śmiesznych sytuacji. W końcu, stanęło na wymienie zdań o seksie i to również dość bezpośrednich, niby znów w żartach, ale jednak. Na podsumowanie napisał, że ładne wariactwo dziś z tego całego dnia. Dobrze, że już robiło się późno i miałam pretekst, aby napisać, że muszę już isć spać i jestem zmęczona, bo na prawdę nie wiem, jaki by ta rozmowa przybrała dalszy obrót, to znaczy, mogę sie domyślać, ale stwierdziłam, że znam go tylko kilka miesięcy i to może nie jest czas jeszcze na to, by tak bardzo otwarcie rozmawiać o takich sprawach, a przynajmniej nie w kontekście naszej relacji, jak to zaczął coś wcześniej pisać, jako „żart”, który w zasadzie był pół śmieszny, kiedy tłumaczył mi się, że on jest opanowany wtedy i w ogóle… Na koniec napisał mi, że przecież może być tak pięknie i dobranoc piękna. Pierwszy raz takie słowa przeczytałam, zawsze było „hej-hej”.

Minęły dwa dni, ani ja, ani chyba on nie wiemy za bardzo, jak się teraz do siebie odezwać. A najlepsze jest to, że za jakiś czas znów mamy egzamin i musimy się spotkać na uczelni i… jakoś zachowywać względem siebie…

Coś czuję, że moje przygotowania do tego egzaminu będą wyglądać tak:

woman-1852907_960_720

 

Zaczęłam doceniać małe gesty

Czuję, że coś się we mnie zmienia, że odradzam się na nowo z jakiejś niedobrej sytuacji. Do tej pory myślałam, że tylko jakieś wielkie słowa w relacji są teraz w stanie ruszyć sunset-671409_960_720mnie teraz z obecnego marazmu… a tymczasem jest dokładnie odwrotnie! Zaczynam się cieszyć z małych gestów, drobnych słów i paru radosnych chwil. Potrafię się tym cieszyć i śmiać z tego… z tego, że rzeczywiście możemy sobie zjeść z Top Gunem obiad, że możemy porozmawiać, że tak jak ja lubi naturę, że kupił mi kawę, że wreszcie, kiedy przyszło mu iść do domu, bo z kolegami mieli tylko jeden samochód i nie miałby czym wrócić do domu, to nie wiedział co ma zrobić, miotał się powtarzając „no, ale…”, a gdy mu powiedziałam, że przecież nie musi się wahać, to z iskrami w oczach, które mają aktorzy przy rozdzierających krew w żyłach scenach, złapał mnie za nadgarstek mocno i patrząc mi prosto w oczy powiedział, „zostałbym z tobą (do końca wykładów), ale zrozum, co mam zrobić…” Ta scena wydała mi się tak autentyczna i zarazem tak śmieszna, że nie mogłam powstrzymać się od smiechu, choć może nie wypadało… Jak najprawdziwsza scena z filmu rozdzierjąca krew w żyłach… Ale cieszę się tym. Tymi spacerami, rozmowami, gestami, chyba na ten moment nie potrzebuje niczego więcej, nie wiedziałabym co mam zrobić, a tak, mogę się cieszyć chwilą. I dochodzę też do wniosku, że najpiękniejsze co można przeżywać dzieje się właśnie teraz, nie kiedy indziej, więc po co ja ciągle czekałam? Po raz pierwszy dzisiaj cieszę się, że jadę na uczelnie… Choć to paradoks, bo miałam już tam swojego chłopaka… Ale dopiero teraz to miejsce kojarzy mi się z czymś miłym… Bo co z tego, że tam był, kiedy w ogóle mnie nie zauważał, kiedy byłam dla niego powietrzem. Nie przychodził do mnie, jakby się  mnie wstydził. Teraz, kiedy o tym myślę, to dziwie się, że pozwoliłam tak się traktować. Ale dziś przynajmniej mogę się cieszyć 😉

 

Wreszcie radość i śmiech…

Poprzedni tydzień był dla mnie ciężki, tysiące myśli wirowało mi w głowie, tych rezygnacyjnych też…Dodatkowo jeszcze zmęczenie, takie całościowe, bo czekały mnie dwa dni na wyjeździe  i mieszkanie w trudnych warunkach, oraz wykłądy po 12 godzin. Drugie dwa na miejscu, bałam się jako to wytrzymam, choć już nie raz wytrzymywałam. Ale najgorsze z tego wszystkiego, że po tych 3 dniach, w ostatnim, miałam się spotkać z Top Gunem, a nie chciałam się tak męczyć przed spotkaniem go. Nie chce, by widział mnie w takim stanie, dlatego było mi też smutno z tego powodu, ale cóż… mus to mus. I tak więc trzy dni spędziłam w całkowitym zabieganiu, a wczoraj nastała ta chwila, dla której chyba warto było poświecić te 3 dni… ale o tym zaraz…

Po rozstaniu się z Muzykiem zapadła między nami kompletna cisza na dwa dni. Nikt do nikogo się nie odezwał. Choć czułam się w tym wszystkim jakoś nieswojo. Nie chciałam go ranić, chyba zraniłam, tak napisał. Musiałam to sobie chyba przemyśleć, przecież na początku było z nim dobrze, potem stał sie jakiś dziwny. W głowie kołatał mi się cały czas ten czas, kiedy to trawa była bardziej zielona a niebo bardziej niebieskie… zakochałam się w nim? Swego czasu… potem jednak to mnie opuściło, nie umiałam, nie potrafiłam, on był jakby z innego świata…ja zasuwałam całe dnie, on nie robił nic… nie umiałam się z tym zgodzić. Nie rozumiałam jego słów, nie wiedziałam o co mu chodzi, keidy przedstawiał mi tylko sweoje strzępki myśli, czułam sie jak w gabinecie, jakbym była jego terapeutą. I wieczne mówienie o śmierci, że kiedyś to zrobi… nie zniosłam tego.

Po dwóch dniach napisał, że zadałam mu tyle różnych emocji… chwilę pogadaliśmy. dszłam do wniosku, że w jakiś sposób go lubie ale na pewno już nie jak faceta może jako kumpla, do porozmyślania o życiu. Teraz… rozmawiamy normalnie i choć on twierdzi, ze już i tak wszystko skończone to jednak czuje od niego, że coś w nim jeszcze pozostało, jakiś sentyment do mnie, jakieś myśli… napisał mi, że nie chce mnie tracić. Nigdy wcześniej nie uznawałam znajomosci po relacji, która miała być trwała, teraz sama nie wiem, w sumie, nic mi nie zrobił. Cóż, napisałam mu otwarcie, że każdy musi szukać swojej miłości, bo zupełnie inaczej ją postrzegamy i tego nie da się przeskoczyć…

Wczoraj zaś spotkałam się z Top Gunem. Ten człowiek chyba ma jakieś dobre fluidy, bo przy nim jestem tak naładowana energią, jak nie byłam przez dwa lata! Nie czułam tego od czasu kiedy spotkałam kowbojów! Przepełnia mnie taka bardzo pozytywna energia! Możemy się pośmiać, pożartować, porozmawiać na poważne tematy, pobawić…

Top Gun zaczął mnie na poważnie i tak zauważalnie podrywać, to też jego koledzy mają niezły ubaw… bo z jednej stroy taki twardziel, a z drugiej coraz to bardziej okazuje mi zainteresowanie i troskę. Chodzi ze mną wszędzie, czeka na mnie, odprowadza, przyprowadza, siedzi koło mnie non stop, a wczoraj nawet robił mi zdjęcia, jak to twierdził, „żeby mieć” 🙂 Wczoraj napisał  mi też tekst, na który nie za bardzo wiedziałam jak mam zareagować, bo zamiast zaimka „ty” wyświetlił mi się zaimek „moja…” i to jest już raczej jednoznaczne, ale trochę mi nie wypadało tej rozmowy ciągnać w takim charakterze, bo generalnie to staram się być na tyle „elegancka” na ile potrafię, gdy kogoś poznaje, a nie „rzucać się” na kogoś nowego, jak to robi dużo dziewczyzn teraz.  Tylko, najlepsze jest to, że rozmawiajac z nim czuje jakbyśmy byli podobni choć w innych zakresach działalności. A może to jego pozytywne wariactwo mnie tak ujmuje? W grupie już i tak wszyscy się na nas patrzą, jak na parę, bo wszędzie nas widać razem… na wykładach i na przerwach. Wczoraj tak poczułam, że mogę się śmiać, bawić, czuć radość, tak bardzo mi brakuje taich momentów w moim życiu… Ale i tak największą zabawę mają jego koledzy :).

girl-1357485_960_720

A apropo kolegów, to przypomniała mi się taka piosenka Oddziału Zamkniętego 🙂

W sumie… też jadamy w barze mlecznym i spacerujemy 😉

Koniec… i z relacji w relację…

Wczoraj stało się coś, na co chyba nie do końca byłam gotowa, mimo wszystko. Zerwałam z Muzykiem, ta relacja nie miała racji bytu, skazywałabym sie tylko na ciągły lęk i cierpirnie. Choć na poczatku było mi przy nim dobrze i miałam nawer jakieś tam ciche marzenia, on nie potrafił ich spełnić, nie mógł dać niczego od siebie… jest chory i sam potrzebuje pomocy, a ja nie mam na to siły. Jednak, jakoś tak… dziwnie mi dziś, przez te ostatnie miesiace, kiedy było mi tak źle… był, traz znowu zostałam całkiem sama. No, czasem myślę, że moze nie do końca, ale jednak…

Nie wytzymał mojego milczenia, stwierdził, że stawiam między nami mur. Może po części to prawda, bo nie chciałam go ranić, dlatego wolałam milczeć. Bałam sie po prostu o jego życie, bo jest zdolny do autoagresji. Za dużo by mnie to kosztowało, za dużo … Ustaliliśmy, że czsem porozmawiamy, ale niczego nie będziemy oczekiwać. Kiedyś, kiedy go poznałam, miałam taką cichą nadzieję, że teraz będę mogła spełnić swoje pragnienia bycia radosną, że będziemy się śmiać, biegać, wygłupiać, wspierać, rozmawiać na poważne tematy, obserwować przyrodę, jednak pomimo i moich, i jego chęci, nic takiego sie nie zadziało, choć mówiłam mu o tym, on nie też. Nie stać go jednak było na przyjechanie do mnie, na spotkanie raz na jakiś czas, a do domu nie mogłam go zaprosić. Nie w tak szybkim czasei po Panu ze skrzydłami. I tak zastanawiam sie, czy to kwestie finansowe ( bo był spłukany jak nikt i teoretycznie ledwo wiążę koniec z końcem, choć może isć do pracy, jakiejkolwiek, to tego nie zrobi), czy też po prostu kewstie emocjonalne, bo nie było go na to stać, nie miał tyle siły, odwagi…  Tak, czy siak, nic z tego sie nie spełniło, nie mogłam siebie realizowac w tej relacji, wiec po co mi dalej ciągnąć, coś, co zalega… Bez szans na miłe chwile, bez perspektyw spędzenia wolnego czasu, poznania się bardziej… Tylko obawy o jego życie, los i zdrowie, albo doły, które były dla mnie wykańczające. NIe chciałam tego robić w taki sposób, przez smsa, nie w tym dniu, chciałam sie jakoś do tego przygotować, ale nie udało się, on pierwszy pociągnął za linkę. NO i cóż, dziś mam jakiś nieswój dzień, ale przejdzie mi, mam nadzieję.

Przeskakując do kolejnego tematu, muszę stwierdzić, że zaczynam sie bać moich mechanizmów. Kolejny już raz wplątuję się z jednej relacji bezpośrednio w drugą… nie wiem, czego ja szukam… miłości, której nigdy nie miałam? Bardzo możliwe, ale teraz to w zasadzie ja sama nie szukałam, bo sam do mnie przyszedł. Relacja z Top Gunem jakoś się powolutku rozwija… dał mi mały prezencik na powitanie na uczelni no i koniec końców, gdy tam już jestem, całe dnie spedzamy razem, bo wariat nie odstępuje mnie ani na krok. Tak więc spędziliśmy cały dzień razem, no i kiedy przyszło jechać do domu, oczywiście nie chciał mnie puścić samej, więc najpierw chciał mnie podrzucić na autobus, ale potem jednak stwierdził, że jeśli jest blisko, to odwiezie mnie do domu… no i głupio mi było odmówić, tak więc Top Gun w pewnym dniu o pewnej godzinie, znalazł się u mnie w domu… domownicy byli trochę zaskoczeni, ale jakoś to przyjęli.

Generalnie to z niego bardzo inteligentny facet, choć mówi, że już nie jest taki młody, ja na wygląd dałabym mu z 20 lat. I mam takie wrażenie, że duzo rozumie, choć zazwyczaj nie rozmawiamy o przykrych sprawach, a śmiejemy się cały czas, zdaje się rozumieć kłopoty i to, ze wyzwalają one siłe walki, no cóż… ciężko jakby tego nie rozumiał, taki ma też zawód. Długo zastanawiałam się, czy powiedzieć mu o swojej relacji z Panem ze skrzydłami, gdy o to pytał… w końcu przełamałam się i powiedziałam.. nastała cisza, po czym rzekł, że nie będzie wypytywał o szczegóły, że mam się nie martwić. Na razie został mi tylko on. I choć nie wiem, czy w ogóle coś z tego będzie, myślę, że jest wartościowym człowiekiem. Przyznać muszę też, że spotkanie z nim było dla mnie trudne. Znów doświadczyłam syndromu odrzucenia, tak silnego, że się popłakałam… niepotrzebnie chyba. Choć jemu też nie do końca łatwo w relacji ze mną, gdyż uważa mnie za bardzo madrą osobę, a to może blokować. Na razie, cieszę sie, że go poznałam i, że po prostu mogę mieć takiego kolegę, do którego jak coś mówię, to rozumie i mogę na nim polegać, przynajmniej na uczelni, możemy sie pośmiać i porozmawiać na wiele tematów, a co będzie dalej…

secret-3120483_960_720

Wspomnienie kilku pseudohitów, czyli „Ona czuje we mnie piniądz”!

Wracam do pisania blogu dzisiaj z moją kotką Sarką na kolanach 🙂 O czym to ja chciałam… A tak, dużo się ostatnio dzieje. Ja taka zajęta. W 20160813_161752zeszłą sobotę miałam być w Łodzi z kilkoma panami (zdj.) Tak, to ten na koniu, nie ci obok 🙂 … Nie wypaliło. Za to przypomniało m się ognisko, które spędziłam trzy lata temu siedząc na dworze do późna w ostatnią sobotę września i słuchając utworów Nirvany. Wielcy są, oj wielcy! Za dużo wspomnień z tymi piosenkami się w mojej głowie wiąże, wiec przejdę do innego tematu. Sarka się rozwala na moich kolanach…

Wpis miał być wcześniej, ale jakoś nie mogłam znaleźć motywacji, a i tryb życia skłania mnie bardziej do przebywania na zewnątrz niż w pomieszczeniach, przy komputerze… Ostatnio czas mija mi na wyczekiwaniu. Nowa akcja zaplanowana, prawie zorganizowana, ma wypalić. Może się uda, na razie nie będę jeszcze niczego tutaj pisać, bo przedwcześnie… Zaznaczam tylko, iż nie jest to (jeszcze 🙂 napad na bank i rozbój… Czekam, czekam… i temu czekaniu jakiś lęk towarzyszy. Jak to wszystko wypadnie, jakie złożą się okoliczności, czy będzie dobrze, czy zostanę odebrana tak, jak chce? To wszystko ma się okazać… Dlatego jakiś niepokój z tyłu głowy mną powoduje. 

Nie zadręczam się jednak tym, przypuszczam, że nawet zdarzenie z kategorii porażki zniosłabym teraz lepiej niż jakiś czas temu. Oczywiście rodzina wpadła na pomysł, że na „akcję” ma ze mną jechać M. Nie będę im tłumaczyć dlaczego tego nie chcę, za dużo wszystkim tłumaczę…  W pierwszej chwili nie dawało mi to spokoju, jednak potem jakoś się uspokoiłam i stwierdziłam, jeśli chce, to niech jedzie. Ja się tam nim zajmować nie będę. Na końcu pewnie i tak usłyszę, że to nie jego klimaty. Najgorzej chyba będzie jak podejdzie i przytuli, M. to świetny aktor, potrafi zagrać wszystko. Bez emocji. Z resztą, wiem już mniej więcej dlaczego może się tak zachowywać. Jego zachowanie jest lekko psychopatyczne. Przypomina mi zachowanie byłego Chomiczkowej, a on nie jest w pełni normalny, przynajmniej w moim odczuciu. Tacy ludzie mają skrajne motywacje i nigdy nie można rozpoznać, jak zachowają się w danym momencie.  Ciągła niestabilność…To karuzela…

Nie mam siły na dzieciaka, który sam nie wie czego chce i ma zmienne motywacje, sposób zachowań, gra… W głębi duszy mam nadzieję, że nie będzie miał czasu, żeby ze mną pojechać. 

Pojechane młode wilki nie wypaliły i przepraszam Was za to! Usunęłam blog, bowiem moje życie się zmieniło i choć w głowie mam ciągle zamysł na parę tekstów sprzed pisania blogu oraz parę autorskich to nie wiem jeszcze dokładnie, jak się do tego zabrać. Być może na dniach coś powstanie, być może…  Nie obiecuję. 

Wczoraj znudziła się mi już muzyka, której codziennie słucham,, z rodzaju tych ciężkich kawałków, szeroko pojętego rocka, bluesa i tym podobnych, a że humor mi się popsuł, pomyślałam, że włączę sobie hity z dyskotek wakacyjnych. Uwaga, uwaga! Ogłaszam wszem i wobec, że hity te są z gatunku disco, co jest ogromnym szokiem dla mnie samej, bo uwierzcie mi, że NIGDY w życiu nie słuchałambackground-dyskoteka tego chłamu! Nigdy! Nie cierpię tego rodzaju muzyki! Jest ona dla mnie jakimkolwiek zaprzeczeniem pisania tekstów  i tworzenia bitów. Lepiej, gdyby ci ludzie po prostu niczego nie „tworzyli”. Lepiej dla nich i dla nas… W najwyższym stadium konieczności „tworzenia” mogą zmienić dilera. 

No, ale puściłam, pierwszy raz w życiu ten chłam. Pamiętam, że będąc tam, piosenki te mnie rozwalały od środka, no bo jak miały nie rozwalać, kiedy wszystkie są…  miłości i zaczepkach. Jednak coś się we mnie stało takiego, że już mnie nie rozwalają i nie smucą. Przepracowałam… brawo ja! 🙂 Słuchając tych tekstów, co prawda tak durnych, że nie da się tego opisać, wpadłam znów w taką atmosferę tamtego czasu. Kompletnie się oderwałam od rzeczywistości. I dobrze! Pomyślicie, że usilnie w tym chcę tkwić. Może tak się wydawać, ale nauczyłam się od tamtego czasu właśnie raz na jakiś czas oderwać myśli od rzeczywistości, czego nie umiałam zrobić wcześniej. Czymkolwiek, to może być piosenka, pasja, obserwacje. Jest mi z tym lepiej 🙂 

Tak sobie słuchałam, słuchałam i… teraz już wiem, czemu zawdzięczam też taką atmosferę w głowie w późniejszym czasie wyjazdu i… takie moje pomysły… 

Ona lubi pomarańcze; miała suknie kolorową, czarne getry, czapkę i bluzę sportową; przez twe oczy zielone, zielone oszalałem… albo ona czuje we mnie piniądz, wystroiła się jak Beyonce, patrzy na mnie drinka pijąc, bo wyczuła we mnie piniądz!

Po którymś takim kawałku nie wiedziałam już, jak te kapustę deptać dalej! Nie umiem tańczyć do disco polo, którego nie cierpię, wolę muzykę klubową i rytmiczną do tańca. 

Kawałki durne, ale ile śmiechu z tego teraz mam! A piniądz wymiata, tak się z tego tekstu uśmiałam! I potem się człowiek dziwi, że mu się włącza teoria wielkiego podrywu 😉 Ale prawdę mówiąc głupie to, bo głupie, ale coś te nuty w sobie mają, że stwarzają taką atmosferę „zaczepek”. 

Taka niespodzianka na koniec…

Ostatniego dnia wyjazdu byłam już zirytowana zachowaniem M. Psuł wyjazd nie tylko mnie, ale też innym, demonstrując, jak to mu się tutaj nie podoba i, że nie ma tutaj nic do roboty. Z jednej strony miałam ochotę mu więc przyłożyć i to solidnie, a z drugiej chyba pocałować… Targały mną jakieś dziwne odczucia i w duchu modliłam się o to, by ten wyjazd się zakończył. Jednak jedynym „pocieszeniem”, jakie miałam była piosenka „Take me home, country road.” , którą w ewentualności mogłam zaśpiewać kowbojowi… Ale biedak i tak nie mógłby niczego uczynić, chyba, że użyczyłby mi swojego dzielnego konia, żebym mogła uciec w nocy.

nielad
Nie ma to, jak tak wyglądać z rana… 😉

Tak, ostatni dzień wyjazdu jednak zapisał się w mojej pamięci zgoła inaczej, niż to sobie wyobrażałam. Rankiem, kiedy wstałam, odczułam ulgę, ze już wracam. Co prawda, wracałam do domu, w którym panuje ciągle nieziemski chaos, ale nie będę musiała oglądać M. i jego szczeniackich popisów. Postanowiłam, że umyję włosy, w końcu byłam wczoraj w terenie na koniu, jako obstawa mojej nie-jeżdżącej, a bardzo chcącej się przejechać grupy. A wiadomo, przy słońcu, w kasku, skóra na głowie się poci, więc nie wrócę do domu z lekko spoconymi włosami. Do łazienki też bieda było się dostać, bo tak, jak pisałam wcześniej. M. zajmował ją przez spory okres czasu, do postawienia swej grzywki używając sześciu lakierów, dwóch szczotek, pianek, żelów, gum do włosów… Kompletnie nie wiem po co i dlaczego… ale odbiło mu z szlifowaniem wyglądu. Nie znałam go z tej strony. Pierwsze słowa, jakie powiedział po przyjściu do pokoju, gdzie mieszkaliśmy- O! Jest lustro! Zobaczę przystojniaczka! ( w sensie, że zobaczy sam siebie). W sumie to jego ciągłe czesanie i ciągłe poprawianie zaczęło mnie już denerwować. Szczytem było, że chciał iść do fryzjera… Ale chyba nie trudno się domyślić, że na wsi, gdzie są tylko trzy małe sklepy nie ma fryzjera? Eh… Więc kiedy już umyłam włosy poszłam do pokoju chłopaków na śniadanie, bo tam akurat był większy stół. Oczywiście wszyscy się przywitali przynajmniej słowem „siema”, jeden udaje, że mnie nie zna, leżąc tyłkiem do góry, w samych spodenkach. I tu uwaga! Przez cały wyjazd nikt nie zwrócił mu uwagi poza mną… Co dla mnie było fenomenem! Jem śniadanie, z mokrą głową, coś do kogoś mówię i nagle, przez balkon wychodzący na mały parking widzę, że przyjechało nasze drugie auto. Zdziwiło mnie to i myślę sobie „Ja pieprzę, przecież pan Blond miał przyjechać po południu, może to jednak nie nasze auto, tylko podobne, jak to? Ja w koszuli, z rozwalonymi włosami na 7 stron świata, koszula pogięta…Super po prostu! Kończę szybko kanapkę i lecę do łazienki się ubierać.” Akurat napiszę szczerzę, że to był jedyny moment, kiedy wyglądałam „swobodnie”. Przez cały czas się robiłam na bóstwo, po pierwsze, ze na wakacjach, a po drugie, może trochę dla M., ale on i tak miał wszystko w dupie. To znaczy, wiem, że nadal mu się podobam fizycznie bo to da się wyczuć, on w sumie mi też, ale cóż mi z tego, przy całej reszcie? Że przez chwile będzie fajnie, bo poleci na mój tyłek, to jakby nie ma dla mnie żadnej wartości…

No więc zjadam kanapkę nawet jej nie gryząc, zbieram się szybko, wypadam z pokoju drogą jak najkrótszą do łazienki i… i zatrzymuje się jak wryta, słysząc słowo „Cześć” i widząc ten miły uśmiech na twarzy… Przede mną stoi pan Blond.

-Hej, hej… ja… wiesz, pójdę się przebrać. -odpowiadam i wparowuję do łazienki…

Dobrze, że choć makijaż jako taki już miałam…

Potem już przebrana, wychodzę. Blond siedzi w pokoju z chłopakami,  tym z M., który co prawda wstał, ale z nim nie gada, bo ich znajomość skończyła się pod sklepem, kiedy Blond zaczął rozmawiać ze mną. Ja nie wiem, czasami myślę, że M. wydaje się, że jestem jego, choć udaje, że mnie nie zna??? Irracjonalizm…  ale bardzo prawdopodobny, a dlaczego, napiszę kiedyś. Pytam się pana Blond- A ty nie miałeś przyjechać po południu po nas? A on- tak, ale plany mi się zmieniły. Podchodzę do pana Blond, ojczym pokazuje mu nagrania z występu chłopaków, więc wiecie, przerzucają się, skaczą przez oknie itp. Narażają swoje życie, zdrowie, itd. – to puszczone jest na tablecie. Jednak mój ojczym kochany wpada na pomysł pokazania panu Blond mojego własnego konia i puszcza na telefonie filmik, kręcony dwa lata temu, kiedy to chodzę koło mojego konia ubrana w starą kurtkę, z rozmierzwionymi włosami, i wiecie, ogólnie stajnia style… brudna, umorusana. Myślę sobie- „A, nie będzie tego oglądał, bo w tablecie symultanicznie leci kaskaderka, może skupi się na kowbojach.” Ja patrzę, a ten ciul (jakby to powiedział M.) ta kaskaderka i wpatrzony w ten durny filmik, na którym wyglądam jak zombie!  I ogląda z zaciekawieniem, komentując od czasu do czasu „jaki on piękny” (w sensie koń.) Nie wiedziałam, gdzie się mam spojrzeć, w efekcie czego zaczęłam przerażonym wzrokiem wpatrywać się w M.  Ha ha ha… M. trochę zdziwiony, patrzy na mnie, ale oczywiście bez słowa…

-Czekajcie! Ja mam w telefonie zdjęcia, to Ci go na dużym pokażę! Wyciągam telefon… puściłam mu filmik, jak mój koń biega tak pięknie, jak to robią araby, a ten patrzy i patrzy i mam wrażenie, że zaraz wejdzie do tego telefonu. Małe to, więc nachylam się, żeby widział, w końcu widzę, że za bardzo się nachyliłam, on w sumie też, prawie mego włosy dotykają moich. I w tym momencie słyszę trzaśnięcie drzwiami. Obracam się gwałtownie, właściwie to wszyscy- M. wyszedł! Do łazienki, poprawić grzywkę zapewne…

Szybkie spojrzenie na pana Blond… W pokoju zaczyna się robić zawierucha.- Oki, to później mi pokażesz, bo oni chcą już iść… – mówi. Ja nie odpowiadam nic…

Wychodzimy, idziemy do głównego miejsca rozrywek, pan Blond oczywiście obok mnie. W sumie, cieszyłam się bardzo, że go widzę! Przynajmniej miałam się do kogo odezwać, kogoś interesowało to, co mówię. Moi kowboje tego dnia już pojechali, niestety…  M. podczas tej drogi powysyłał chyba sms-y do wszystkich kumpli, żeby któryś mu odpisał, bo przez cały wyjazd nie używał telefonu, jak tylko przyjechał pan Blond, telefon poszedł w ruch. Jakoś ku*wa wie, do czego służy! Co już chciało doprowadzić mnie do furii! Więc my sobie rozmawiamy, a on z kimś pisze… Opowiadam panu Blond, jak fajnie było na dyskotece, na której oczywiście nie miałam z kim tańczyć ha ha! W końcu porwał mnie jakiś koleś, mocno wcięty… Jak śpiewaliśmy „take me home” O pokazach… A ten słucha z ogromnym zaciekawieniem. Poszliśmy na piękny kadryl na koniach, widziałam, że mu się podobało 🙂 W ogóle, w rozmowie z nim miałam wrażenie, że ten chłopak był zafascynowany mną w jakiś sposób… Może dlatego, że jak się dowiedziałam, jego dziewczyna jest ogromną paniusią, niczego samodzielnie nie zrobi, bez przerwy stawia jakieś wymogi, których on nie jest w stanie spełnić z racji wieku i sytuacji, no i bez przerwy go o wszystko oskarża… Kiedy znosiliśmy bagaże, zapytał się, czy mi nie wziąć torby, a no ja jak to ja- nauczona raczej sobie radzić z noszeniem cięższych rzeczy, bo na stajni żyć muszę, więc podziękowałam, łap te dwie torby, torebkę, reklamówkę i idę… A pan Blond stoi jak wryty i się na mnie patrzy… Ha ha 🙂 W końcu przyszedł czas wracać. Dojeżdżamy już w rejony domu, no i trzeba się jakoś poodwozić. Ojczym więc zaproponował, żeby pan Blond, który był drugim kierowcą jechał do miejsca zamieszkania  Małej i M. a on podrzuci mnie do domu i dojedzie w tamto miejsce. Ekipa w drugim aucie się zgodziła, więc nie było szans, żeby się pożegnać z panem Blond, co lekko mnie zasmuciło, bo akurat jemu uścisk dłoni się należał za ten dzień. No ale cóż, nic nie zrobię… Trudno. Nagle dzwoni telefon, odbieramy, a tam ekipa z drugiego wozu- Wiesz, jednak pojedziemy za wami, bo Blond chciał zobaczyć jej konia…  I moja mina- szok!

W rezultacie u mnie na rancho zjawiliśmy się całą ekipą, łącznie z M. i Blond. M. czuł się baaardzo zażenowany przy mojej rodzinie, nie wiedział, gdzie się ma schować. Wszakże trzy dni temu twierdził, że nie wie, gdzie mieszkam, co mnie bardzo zdenerwowało! No i dobrze! To zobaczył i sobie przypomniał. Kurde, demencja wieku młodego…  Blond za to, jak wyskoczył zza kierownicy to był oczarowany wręcz moim koniem! I chyba z piętnaście razy mówił, jaki on to jest piękny! M. za to ani nie pogłaskał mojego niuńka, odszedł ze swoim wujkiem na bok od grupy i nie powiedział ani słowa do nikogo. Panu Blond jednak mogłam złożyć uścisk dłoni w podziękowaniu za miły dzień. M. na koniec, kiedy odjeżdżali pomachał… i na tym na razie kończy się jego historia w moim życiu.

W głębi duszy cieszyłam się, że jestem już w domu…