Jesienny spacer i wzruszenie

Przed chwileczką wróciłam ze spaceru, byłam na spacerze z Panem ze skrzydłami, w jego stronach. Widziałam tez konia biegającego po lace, tak czystej, zielonej łące nad którą roztaczało się błękitne niebo, było niebieskie, bardzo niebieskie….

Przypomniały mi się dawne lata, lata dzieciństwa, błogości, kiedy świat miał inny wymiar, wydawał się piękniejszy. Przypomniało mi to chyba słonce. Kat padania słońca się zmienia… Zaczyna się powolna jesień. Z jednej strony kocham ten czas, z drugiej jest mi smutno, że lato już odchodzi w zapomnienie…

Tak, to słońce tak specyficzne przypomniało mi czas dzieciństwa, najbardziej je pamiętam… Prawie jesienne, piękne słonce które…. Się kończy… Tak bardzo wtedy chciałam je przy sobie zatrzymać, tak bardzo chciałabym m moc zatrzymać je teraz…

plakaty-pozne-lato-zachod-slonca-jesien-w-parku

Reklamy

„Kolejny smutny, szary i martwy dzień..”

Siedzę… czuję, jak życie ucieka mi przez palce, jak się gubi gdzieś daleko. Przedwczoraj wieczorem sprzęty w domu były takie zimne i szare. Przy zachodzącym świetle wyglądają zupełnie inaczej. Kiedy zbliża się zmrok, można by powiedzieć, iż są opcje. Własne meble we własnym domu… Czuję, że ogarnia mnie niemoc. Od paru dni… już od dawna… wczoraj pojechał Pan ze Skrzydłami. Tak, to były dwa dobre dni… brakowało mi go. Dziś wzeszło słońce, o dziwo, mogę je zobaczyć. Wzeszło, a z nim promyczek mojej nadzieji, na to, że dziś coś się zmieni, że przywołam siebie  do porządku, że się jakoś odnajdę w tym chaosie myśli… nuszę się uspokoić. Liczyam na to, że może pójdę na długi spacer, wyciszę się, pomyślę. Ile razy juz tak robiłam… Słońce właśnie się schowało. A ja czekam, co przyniesie dzisiejszy dzień… Zastanawiam się nad tym czy aby nie zmienić nazwy tego blogu. Bluesowe opowieści są pewnym jego rozdziałem, a być może teraz zacznę pisać nieco inaczej. Moja motywacja i zaangażowanie wznosi się i upada jakby płynęła na fali… ale, życie większości twórczych jednostek nie jest i nie było łatwym.

Mam kilka postanowień… Nie ranić się, wybaczyć sobie, nie zadręczać się i… robić to na co mam ochotę.

„Kolejny smutny szary i martwy dzień.

Zatrute życie tak szybko straciło swój sens… ”

Oddział Zamknięty-„Życie we śnie”

się przyczepiło…

Summertime!

Już prawie jesienne, ciepłe i intensywne zachody słońca zawsze jakoś nastrajały mnie do podsumowań. Wtedy bowiem zawsze kończyły się wakacje, więc wyraźnie można było odczuć, że coś się kończy, a zaczyna coś zupełnie innego. Człowiek stawał wtedy też przed wyzwaniem kolejnego roku szkolnego, zadań i obowiązków, a więc pracy… Dzisiaj też jest taki wieczór, ostatnie jabłka pobłyskują w żółtym świetle zachodzącego słońca, na drzewach zobaczyć już można żółte, czerwone i brązowiejące liście, temperatura zaczyna spadać, świat przybiera jakby inny wymiar, kształt i zapach. Niedługo rzeczywiście zacznie się rok akademicki. Przypomina mi się teraz w głowie tekst, który pisałam dokładnie rok temu bez jednego dnia, bo 22 września, w ostatni dzień lata. Tak moi drodzy, jutro pożegnamy lato, które choć kapryśne początkiem i środkiem, pozwoliło się zapamiętać upałami i pięknym słońcem we wrześniu… O czym to ja pisałam w tamtym roku na innym blogu?

„Dziś ostatni dzień lata… mój wpis zaczyna się smutnym akcentem. 😥  Ogólnie w tygodniu nie mam czasu na pisanie na bloga, dziś jednak zrobię wyjątek, bo mija właśnie tydzień od założenia tego miejsca. Mam sentyment do dat i rocznic, zawsze miałam. Cóż, jestem sentymentalistką. Ostatni dzień lata 2015 roku zaskoczył mnie o dziwo miłą pogodą, pełną słońca i prawie jesiennego ciepełka. Muszę 20160921_181302przyznać, że uwielbiam to jesienne słońce, jest ono zupełnie inne od słoneczka, które świeci latem. Jest bardziej żółte i mam wrażenie, że cienie są dłuższe… Przyroda w takim świetle zmienia kolor na bardziej intensywny. Lubię te barwy, czuję wtedy , że coś się kończy, ale podoba mi się ten specyficzny klimat natury późnego lata. Ta bardziej chłodna atmosfera i cienie przeplatające się z żółtym słońcem. Taki obraz właśnie kojarzy mi się z Dżemem, Ryśkiem i podsumowaniem wakacyjnych przeżyć. Pamiętam, że w tamtym roku o tej porze byłam spokojniejsza. Ostatni dzień lata jest chyba dobrym dniem na podsumowania, tak mi się wydaję. 😉 To lato zapadnie mi do głowy mocno, myślę, że ze względu na poznanie M. i tego, że znów mogłam się poczuć tak jak wtedy, kiedy miałam naście lat i świat wydawał się łaskawszym, można się było bawić z lubianymi ludźmi. Właśnie tego lata towarzyszyło mi znów to uczucie „szaleństwa” (oczywiście w sensie pozytywnym), kiedy mogłam śmiać, bawić się i być po prostu sobą 😀 Tak jak wtedy, kiedy był ze mną mój przyjaciel… Na ten ostatni dzień lata zamieszczam filmik, który znalazłam ostatnio w sieci, a tak bardzo kojarzy mi się właśnie z wakacjami… W tym roku miałam okazję mieć przedsmak, tego, co (mam nadzieję) czeka mnie w kolejne wakacje. 🙂 Zamieszczam tutaj z nadzieją, że kiedy będzie mi po prostu smutno, to filmik właśnie przypomni mi moje podobne chwile (uchwycone), które miałam okazję przeżyć i, które będę miała może okazję jeszcze przeżywać, w jeszcze lepszej wersji, bo z całą ekipą, która się już chyba nie rozleci… :-)”

https://www.youtube.com/watch?v=8PoqUsvka0U

Tak… wreszcie nadszedł ten piękny czas aby zrobić dopełnienie tego wpisu. Brakowało w nim czegoś i teraz już mogę napisać zakończenie… Kolejne wakacje zapisały się w mojej głowie jako momentami trudne, a momentami najlepsze, jakie miałam. Zobaczyłam w tym roku, że można żyć inaczej, można być sobą, można mieć swój własny sposób na życie. 🙂 Mam fajne wspomnienia, dużo nowych i różnych doświadczeń. Obecnie jestem spokojniejsza, przestałam się zadręczać niepotrzebnymi myślami i realizuję swoje plany… Zaczęłam dostrzegać świat dookoła, pozostawiałam wszystkie niewygodne, nie do końca dobre dla mnie relacje. Czuję, że mam z powrotem czystą kartkę, czym ją zapiszę… jeszcze nie wiem, ale wiem na pewno, że w inny sposób niż dotychczas. A teraz czekam na piękną, złocistą jesień…

Taka niespodzianka na koniec…

Ostatniego dnia wyjazdu byłam już zirytowana zachowaniem M. Psuł wyjazd nie tylko mnie, ale też innym, demonstrując, jak to mu się tutaj nie podoba i, że nie ma tutaj nic do roboty. Z jednej strony miałam ochotę mu więc przyłożyć i to solidnie, a z drugiej chyba pocałować… Targały mną jakieś dziwne odczucia i w duchu modliłam się o to, by ten wyjazd się zakończył. Jednak jedynym „pocieszeniem”, jakie miałam była piosenka „Take me home, country road.” , którą w ewentualności mogłam zaśpiewać kowbojowi… Ale biedak i tak nie mógłby niczego uczynić, chyba, że użyczyłby mi swojego dzielnego konia, żebym mogła uciec w nocy.

nielad
Nie ma to, jak tak wyglądać z rana… 😉

Tak, ostatni dzień wyjazdu jednak zapisał się w mojej pamięci zgoła inaczej, niż to sobie wyobrażałam. Rankiem, kiedy wstałam, odczułam ulgę, ze już wracam. Co prawda, wracałam do domu, w którym panuje ciągle nieziemski chaos, ale nie będę musiała oglądać M. i jego szczeniackich popisów. Postanowiłam, że umyję włosy, w końcu byłam wczoraj w terenie na koniu, jako obstawa mojej nie-jeżdżącej, a bardzo chcącej się przejechać grupy. A wiadomo, przy słońcu, w kasku, skóra na głowie się poci, więc nie wrócę do domu z lekko spoconymi włosami. Do łazienki też bieda było się dostać, bo tak, jak pisałam wcześniej. M. zajmował ją przez spory okres czasu, do postawienia swej grzywki używając sześciu lakierów, dwóch szczotek, pianek, żelów, gum do włosów… Kompletnie nie wiem po co i dlaczego… ale odbiło mu z szlifowaniem wyglądu. Nie znałam go z tej strony. Pierwsze słowa, jakie powiedział po przyjściu do pokoju, gdzie mieszkaliśmy- O! Jest lustro! Zobaczę przystojniaczka! ( w sensie, że zobaczy sam siebie). W sumie to jego ciągłe czesanie i ciągłe poprawianie zaczęło mnie już denerwować. Szczytem było, że chciał iść do fryzjera… Ale chyba nie trudno się domyślić, że na wsi, gdzie są tylko trzy małe sklepy nie ma fryzjera? Eh… Więc kiedy już umyłam włosy poszłam do pokoju chłopaków na śniadanie, bo tam akurat był większy stół. Oczywiście wszyscy się przywitali przynajmniej słowem „siema”, jeden udaje, że mnie nie zna, leżąc tyłkiem do góry, w samych spodenkach. I tu uwaga! Przez cały wyjazd nikt nie zwrócił mu uwagi poza mną… Co dla mnie było fenomenem! Jem śniadanie, z mokrą głową, coś do kogoś mówię i nagle, przez balkon wychodzący na mały parking widzę, że przyjechało nasze drugie auto. Zdziwiło mnie to i myślę sobie „Ja pieprzę, przecież pan Blond miał przyjechać po południu, może to jednak nie nasze auto, tylko podobne, jak to? Ja w koszuli, z rozwalonymi włosami na 7 stron świata, koszula pogięta…Super po prostu! Kończę szybko kanapkę i lecę do łazienki się ubierać.” Akurat napiszę szczerzę, że to był jedyny moment, kiedy wyglądałam „swobodnie”. Przez cały czas się robiłam na bóstwo, po pierwsze, ze na wakacjach, a po drugie, może trochę dla M., ale on i tak miał wszystko w dupie. To znaczy, wiem, że nadal mu się podobam fizycznie bo to da się wyczuć, on w sumie mi też, ale cóż mi z tego, przy całej reszcie? Że przez chwile będzie fajnie, bo poleci na mój tyłek, to jakby nie ma dla mnie żadnej wartości…

No więc zjadam kanapkę nawet jej nie gryząc, zbieram się szybko, wypadam z pokoju drogą jak najkrótszą do łazienki i… i zatrzymuje się jak wryta, słysząc słowo „Cześć” i widząc ten miły uśmiech na twarzy… Przede mną stoi pan Blond.

-Hej, hej… ja… wiesz, pójdę się przebrać. -odpowiadam i wparowuję do łazienki…

Dobrze, że choć makijaż jako taki już miałam…

Potem już przebrana, wychodzę. Blond siedzi w pokoju z chłopakami,  tym z M., który co prawda wstał, ale z nim nie gada, bo ich znajomość skończyła się pod sklepem, kiedy Blond zaczął rozmawiać ze mną. Ja nie wiem, czasami myślę, że M. wydaje się, że jestem jego, choć udaje, że mnie nie zna??? Irracjonalizm…  ale bardzo prawdopodobny, a dlaczego, napiszę kiedyś. Pytam się pana Blond- A ty nie miałeś przyjechać po południu po nas? A on- tak, ale plany mi się zmieniły. Podchodzę do pana Blond, ojczym pokazuje mu nagrania z występu chłopaków, więc wiecie, przerzucają się, skaczą przez oknie itp. Narażają swoje życie, zdrowie, itd. – to puszczone jest na tablecie. Jednak mój ojczym kochany wpada na pomysł pokazania panu Blond mojego własnego konia i puszcza na telefonie filmik, kręcony dwa lata temu, kiedy to chodzę koło mojego konia ubrana w starą kurtkę, z rozmierzwionymi włosami, i wiecie, ogólnie stajnia style… brudna, umorusana. Myślę sobie- „A, nie będzie tego oglądał, bo w tablecie symultanicznie leci kaskaderka, może skupi się na kowbojach.” Ja patrzę, a ten ciul (jakby to powiedział M.) ta kaskaderka i wpatrzony w ten durny filmik, na którym wyglądam jak zombie!  I ogląda z zaciekawieniem, komentując od czasu do czasu „jaki on piękny” (w sensie koń.) Nie wiedziałam, gdzie się mam spojrzeć, w efekcie czego zaczęłam przerażonym wzrokiem wpatrywać się w M.  Ha ha ha… M. trochę zdziwiony, patrzy na mnie, ale oczywiście bez słowa…

-Czekajcie! Ja mam w telefonie zdjęcia, to Ci go na dużym pokażę! Wyciągam telefon… puściłam mu filmik, jak mój koń biega tak pięknie, jak to robią araby, a ten patrzy i patrzy i mam wrażenie, że zaraz wejdzie do tego telefonu. Małe to, więc nachylam się, żeby widział, w końcu widzę, że za bardzo się nachyliłam, on w sumie też, prawie mego włosy dotykają moich. I w tym momencie słyszę trzaśnięcie drzwiami. Obracam się gwałtownie, właściwie to wszyscy- M. wyszedł! Do łazienki, poprawić grzywkę zapewne…

Szybkie spojrzenie na pana Blond… W pokoju zaczyna się robić zawierucha.- Oki, to później mi pokażesz, bo oni chcą już iść… – mówi. Ja nie odpowiadam nic…

Wychodzimy, idziemy do głównego miejsca rozrywek, pan Blond oczywiście obok mnie. W sumie, cieszyłam się bardzo, że go widzę! Przynajmniej miałam się do kogo odezwać, kogoś interesowało to, co mówię. Moi kowboje tego dnia już pojechali, niestety…  M. podczas tej drogi powysyłał chyba sms-y do wszystkich kumpli, żeby któryś mu odpisał, bo przez cały wyjazd nie używał telefonu, jak tylko przyjechał pan Blond, telefon poszedł w ruch. Jakoś ku*wa wie, do czego służy! Co już chciało doprowadzić mnie do furii! Więc my sobie rozmawiamy, a on z kimś pisze… Opowiadam panu Blond, jak fajnie było na dyskotece, na której oczywiście nie miałam z kim tańczyć ha ha! W końcu porwał mnie jakiś koleś, mocno wcięty… Jak śpiewaliśmy „take me home” O pokazach… A ten słucha z ogromnym zaciekawieniem. Poszliśmy na piękny kadryl na koniach, widziałam, że mu się podobało 🙂 W ogóle, w rozmowie z nim miałam wrażenie, że ten chłopak był zafascynowany mną w jakiś sposób… Może dlatego, że jak się dowiedziałam, jego dziewczyna jest ogromną paniusią, niczego samodzielnie nie zrobi, bez przerwy stawia jakieś wymogi, których on nie jest w stanie spełnić z racji wieku i sytuacji, no i bez przerwy go o wszystko oskarża… Kiedy znosiliśmy bagaże, zapytał się, czy mi nie wziąć torby, a no ja jak to ja- nauczona raczej sobie radzić z noszeniem cięższych rzeczy, bo na stajni żyć muszę, więc podziękowałam, łap te dwie torby, torebkę, reklamówkę i idę… A pan Blond stoi jak wryty i się na mnie patrzy… Ha ha 🙂 W końcu przyszedł czas wracać. Dojeżdżamy już w rejony domu, no i trzeba się jakoś poodwozić. Ojczym więc zaproponował, żeby pan Blond, który był drugim kierowcą jechał do miejsca zamieszkania  Małej i M. a on podrzuci mnie do domu i dojedzie w tamto miejsce. Ekipa w drugim aucie się zgodziła, więc nie było szans, żeby się pożegnać z panem Blond, co lekko mnie zasmuciło, bo akurat jemu uścisk dłoni się należał za ten dzień. No ale cóż, nic nie zrobię… Trudno. Nagle dzwoni telefon, odbieramy, a tam ekipa z drugiego wozu- Wiesz, jednak pojedziemy za wami, bo Blond chciał zobaczyć jej konia…  I moja mina- szok!

W rezultacie u mnie na rancho zjawiliśmy się całą ekipą, łącznie z M. i Blond. M. czuł się baaardzo zażenowany przy mojej rodzinie, nie wiedział, gdzie się ma schować. Wszakże trzy dni temu twierdził, że nie wie, gdzie mieszkam, co mnie bardzo zdenerwowało! No i dobrze! To zobaczył i sobie przypomniał. Kurde, demencja wieku młodego…  Blond za to, jak wyskoczył zza kierownicy to był oczarowany wręcz moim koniem! I chyba z piętnaście razy mówił, jaki on to jest piękny! M. za to ani nie pogłaskał mojego niuńka, odszedł ze swoim wujkiem na bok od grupy i nie powiedział ani słowa do nikogo. Panu Blond jednak mogłam złożyć uścisk dłoni w podziękowaniu za miły dzień. M. na koniec, kiedy odjeżdżali pomachał… i na tym na razie kończy się jego historia w moim życiu.

W głębi duszy cieszyłam się, że jestem już w domu…

 

Zmieniam się przy zapachu wiosny…

Wiele działo się od mojego poprzedniego wpisu, zarówno w mej głowie, jak i dokoła mnie. Mam teraz tysiące niepoukładanych i poukładanych myśli, które staram się uporządkować. Myślę, że czas już zacząć pisać, dzielić się tym, co przeżyłam i przemyślałam ostatnio z Wami, jednak ciągle coraz mniej czasu, a do napisania coraz więcej. Muszę się zabrać… Zmieniam się. Sytuacja o której pisałam poprzednio dużo mnie „nauczyła”, chyba z resztą każda sytuacja czegoś uczy, jeśli potrafimy wyciągać nowe wnioski. Moje życie toczy się teraz trochę inaczej, w zmożonym tempie, a więc mam mnóstwo pracy. Zmieniło się moje podejście do wielu spraw, można by rzec, że się pozbierałam i działam. Tak wygląda to na oko, w rzeczywistości jednak, owszem, działam, lecz w mojej głowie dzieją się różne rzeczy. Te pozytywne i te mniej dobre dla mojej psychiki… Jednak muszę przyznać, że mam satysfakcję z tego, iż potrafiłam się jakoś zmotywować, mimo tego, co jest we mnie na co dzień i emocji, które muszę skrupulatnie przeżywać… No właśnie…przeżywanie… o nim też dużo tutaj napisze, jednak innym razem.

Zmieniam się, widzę jak się zmieniam. Ostatni tydzień przyniósł dużo, ale jak napisałam do mojej Mamy, staje się kimś innym niż bywałam do tej pory… Ludzie twierdzą, że na zwykłe spotkania ze mną na przystanku będą dyktafony przynosić, a koleżanka pyta mnie kim tak naprawdę jestem, bo takiej osobowości jeszcze nie widziała… Podobnież potrafię całymi godzinami gadać o wartościach, ideach, założeniach, spostrzeżeniach, a potem uciąć dyskusję paroma słowami, takim porównaniem, że ciężko nawet go wymyślić wcześniej i wpasować w dany temat. Przyznaję, że coś w tym chyba musi być. Pisząc to nie mam zamiaru się chwalić, czy wywyższać, piszę to, co czuję i jakie informację odbieram od środowiska w danej chwili. Dodatkowo dziwnym zbiegiem okoliczności zauważyłam, gdy w wolnej chwili przeglądam Wasze blogi, bo przeglądam, tylko śladu nie zostawiam, bo czasu nie mam, że na Waszych blogach powstają podobne tematy, podobne refleksje, trafne przemyślenia. Bardzo mnie cieszy ten fakt, iż może moje teksty, choć czasami banalne i niedociągnięte budzą w Waszych głowach jakieś myśli, refleksje. To wartościowe. Obserwując taką zależność mam czasem cichutką nadzieję, że może miejsce to skłania Was do przemyśleń…… ale to tylko moja cichutka nadzieja. Im jestem starsza, tym staję się bardziej odmienna od świata, jego założeń, przekonań. Tylko, czym tak naprawdę jest świat? Tym, co widzimy? Kiedyś oglądałam film o męce Chrystusa. Takich ekranizacji fragmentów Biblii powstało mnóstwo, ale w tym własnie filmie, o którym napiszę tutaj zapewne niebawem padło takie stwierdzenie ” Moje królestwo nie jest z tego świata […]” Te słowa skłoniły mnie do przemyśleń… jakich, napiszę…

Ostatnimi czasy wracam do „starych” piosenek, z lat 70, 80… przypominają mi tak wiele rzeczy. Mnóstwo osób dziwi się, że słucham takiej muzyki, jednak ja uważam to za muzykę mojej młodości, choć urodziłam się dużo później. Jednak będąc bardzo młodą dziewczyną właśnie słuchałam tych hitów. Poznawało się wtedy kanon polskiej muzyki rockowej, rozrywkowej… takie klasyki, które każdy zna i śpiewa cicho pod nosem, udając jednak, że nie ma zdania na temat wartości o których mowa w piosence, żeby o nich nie rozmawiać… Każde pokolenie poznaje te piosenki na nowo, a przynajmniej powinno, bo to muzyka wartościowa. A jeśli potrafimy przeżywać i odbierać ją w sposób emocjonalny to naprawdę dużo daje dla nas samych… Ostatnio pisałam esej o książkach, ostatnio w ogóle bardzo dużo piszę. Podobno, że książki są wejściem do „innego świata”, że działają na ludzi bardzo różne, że stymulują inne, abstrakcyjne myślenie o świecie, to tak w skrócie, odszukajcie sobie, jeśli chcecie esej Jana Tomkowskiego o książkach. Wartościowy.  Napisałam o drzwiach percepcji, nie wiem co będzie z tą pracą… Zapewne napisze tu swoje zdanie na ten temat, sądzę, że warto.

20151027_152857

Z dniem dzisiejszym też uważam rozpoczęcie sezonu wiosennego na moim rancho! Dziś słońce zaświeciło pierwszy raz od wielu dni nad moją doliną. Poszłam więc, wypuściłam zwierzaki, parę nie-moich się „dopałentało”, a ja siadłam w moim ulubionym miejscu słuchając starych piosenek właśnie. odpoczywałam choć przez chwilę. Kocham to miejsce, uwielbiam wiosenne słońce, w ogóle uwielbiam słońce. Świat nabiera wtedy zupełnie innych barw, z biegiem czasu jednak wydaje mi się coraz częściej, że chmury też są potrzebne. Nadają wtedy mojemu miejscu inny wymiar, inny klimat, charakter… Kocham patrzeć na moją dolinę kiedy świeci takie wiosenne, radosne słońce. To miejsce jest takie piękne… To chyba jedyne miejsce, w którym czuję się dobrze mimo tego wszystkiego, co mnie smuci. I choć nie zawsze tak było, dziś czułam się dobrze, było mi lepiej. Przetrwałam zimę i jestem z tego dumna. Staram się tym cieszyć, bo bardzo tęskniłam do wiosennego klimatu, słońca za oknem i możliwości zachwycania się zachodami słońca. Choć letnie i wiosenne słońce dużo mi przypomina, wraca wtedy przeszłość, te barwy, takie same… O niektórych relacjach, ludziach i rzeczach nie da się zapomnieć, czy da się zdystansować? Na pewno, ja jeszcze nie wiem, co z tym zrobię. Na razie wiem, że przetrwałam murowaną zimę i dobrze mi z tym! W ferworze pracy miałam czas, żeby przemyśleć parę spraw, choć zasypiam z nimi w  głowie i budzę się z nimi w głowie. Choć teraz już przebudzenia są łatwiejsze, bo po paru sekundach od przebudzenia nie uświadamiam sobie na nowo, że coś jest nie tak…

A tutaj mały, uliczny obrazek, mnóstwo wspomnień i sentymentów, chodzi mi po głowie, więc niech się tu znajdzie, na pamiątkę 🙂

 

Nie ma dwóch takich samych zachodów słońca… tęsknię za wolnością.

Kończy się nam powoli czas świątecznych światełek, choinek, migających ozdób, które tak bardzo lubię. Dziś wracam myślami do przeszłości. Przypominają mi się różne obrazy, wspomnienia, dni, miesiące, wreszcie lata… Tak bardzo tęsknię dziś do wędrującego po błękicie nieba słońca. Tego letniego słońca. Kiedy świeci słońce świat wydaje się bardziej 20150929_174801radosny. Mimo wszystko. Potrafiłam być smutna, mimo tego, że świeciło słońce tak jasne, że oślepiało wszystkich wokół. Dziś jednak tęsknię do tamtych chwil. Czasu spędzonego na moim małym ranchu, oderwanym trochę od codziennej rzeczywistości miast, aglomeracji, tłumu. Brakuje mi tego codziennego pogrążania się w myślach przy wpatrywaniu się w kolejny, cudowny, magiczny zachód słońca nad moją krainą… Tak, jest w tym jakaś nieopisana magia. Kiedyś będę musiała to jeszcze raz tutaj opisać, tylko dokładnie. W mojej krainie nie ma dwóch takich samych zachodów słońca. Chyba nigdzie na świecie nie ma dwóch takich samych…

Pamiętam, że zawsze to zachodzące słońce budziło we mnie masę rozterek, masę pytań, masę myśli… o sens i cel istnienia. Myślę, że u każdego z nas z wiekiem to się zmienia. Mamy przecież różne motywacje, różne aspekty życiowe i różnorakie podejście do życia. Jeżeli kiedyś obserwowaliście słońce, które co dzień wstaje i zachodzi czy nie przyszło Wam do głowy pytanie dlaczego? Mnie przyszło, choć czasami myślę, że to zbyt wielkie pytanie jak na moje rozmyślania. Świat jest przecież ciągłą tajemnicą… Dlaczego coś przemija, nieustannie? Wszystko gdzieś dąży, do czegoś zmierza. Ale do czego…? Te pytania stawiali sobie już w starożytności i co śmieszne nadal nie otrzymaliśmy jednoznacznej odpowiedzi. Można by rzec vanitas vanitatum et omnia vanitas. W kontekście jakże znanego,ludzkiego przemijania słowa te powinny nas pogrążyć. Jeżeli wszystko jest marnością, a życie człowieka może zgasnąć w każdej chwili? Myślę, że człowiek kiedyś, bardzo dawno temu zdał sobie sprawę ze swojej kruchości wobec świata, przemijania i wszystkiego co wokół. Wobec zachodzącego słońca też. A jednak je nadal podziwiam…

I kiedy tak zachwycam się blaskiem, czerwonej kuli, która ma za chwil kilka schować się bezpowrotnie, tajk,, jak jeszcze nigdy tego nie robiła i robić nie będzie, pojawiają się pytania „po co ja tu jestem?”, „po co żyje?”  a wreszcie „po co ja rano w ogóle wstałam z łóżka? ” Po to, żeby słuchać mądrzejszych od siebie co dzień? Na pewno. Ale po co jeszcze? Co jest celem mojej egzystencji? Śmierć? To i tak się stanie, nie mam na to wpływu. Jest to jedyna rzecz, której możemy być w życiu pewni. Zapewne zastanawialiście się nad tym nie raz. Na czym tak naprawdę polega życie? Czym jest…?

Określenie celu swojego bytowania jest dość ważnym procesem dokonującym  się w każdym z nas niejednokrotnie. Pytanie „po co żyję?” jest fundamentalnym pytaniem, tak naprawdę retorycznym, bo nikt nigdy jeszcze nie postawił na nie jednoznacznej odpowiedzi. Jest to pytanie bardzo subiektywne, które każdy z nas powinien skierować do siebie samego a dokładniej do swego wnętrza. I równie subiektywnie sobie na nie odpowiedzieć, gdyż odpowiedź ta z pewnością będzie uzależniona od jego myśli, postrzegania samego siebie czy sytuacji…

Wiele razy widzę, jak ludzie wobec tego, co spotyka ich na drodze mówią „a no cóż, przecież trzeba jakoś żyć.” Tylko co to zdanie ma oznaczać? Co to znaczy „jakoś żyć”? Czyli wstać rano, iść do łazienki, potem zrobić śniadanie, do szkoły/pracy, wieczorem do domu, kolacja, no może trochę z rodziną, bo by wypadało, albo i nie… i spać? I rano znowu to samo? Życie często zamyka się tylko do funkcjonowania, nie zastanawiamy się tak naprawdę „Po co”? Gonimy za pieniędzmi, godnym życiem, po to, aby utrzymać rodzinę, zapłacić rachunki, pomalować pokój. To takie banalne, ale prawdziwe. Brak nam często jakiejkolwiek refleksji nad bytem naszym i innej materii. Kiedy patrzę na moich bliskich czasem mam wrażenie, że dali się wciągnąć tej machinie. To smutne. Ja nie potrafię tak żyć, nie potrafiłabym nie myśleć, nie zastanawiać się…  Te poszczególne czynności, które zawsze wykonujemy, owszem, składają się w jakąś całość, ale to jest całość, którą tworzymy my. Nasze działania. Nasze życie. A życie według mnie to nie tylko spanie czy jedzenie i wypełnianie obowiązków. To coś więcej… Przynajmniej dla mnie, osoby, która czuje, że żyje, kiedy patrzy na zachód słońca, bo wtedy, przez tę nieograniczoną przestrzeń i myśli w mojej głowie czuje się choć trochę wolną…

I dziś tak bardzo tęsknię do tej wolności…