Wspomnienie Wszystkich Świętych…

Tekst ten pisałam rok temu…

Dzisiejszy dzień był dniem trudnym i nie ukrywam, że przyniósł wiele myśli, tych dobrych i tych złych zarazem. W południe wybrałam się aby odwiedzić groby w mojej miejscowości a także zajrzeć na grób Taty. Ubrałam się ładnie, rozpuściłam włosy, włożyłam kozaki na obcasie. Raz na jakiś czas mogę ładnie wyglądać… Muszę przyznać, że kiedy ładnie się ubiorę od razu lepiej się czuję, jak zadbana kobieta po prostu. Chyba każdy tego doświadcza…

Pojechałam więc na grób Taty. Włożyłam kwiaty do wazonu, zapaliłam znicze… stanęłam nad grobem i zaczęłam się modlić słowami, które akurat przychodziły mi na myśl. Patrzyłam na jego imię i nazwisko wypisane na marmurowej płycie grobu. Czasami podnosiłam wzrok, aby spojrzeć na1401386384_36578_1_0 krzątających się wokoło ludzi. Słońce akurat przebijało swe promienie przez wysokie drzewa, z których nie zdążyły jeszcze opaść liście. Stałam tak w swojej własnej wewnętrznej ciszy, choć dokoła było dość gwarno. Z czasem zaczęły powracać wszystkie wspomnienia, obraz mojego Ojca, jego oczy, jego głos… Podnosząc wzrok ponad płytę grobu widziałam cmentarną kaplicę. Wyglądała tak samo, jak w dniu pogrzebu. Pamiętam jak stałam tam prawie siedem lat temu, jak go chowali… Na chwilę znów się tam znalazłam. Znowu byłam tą małą dziewczynką, której łzy ściekały po policzkach, gdy patrzyła na trumnę swego Taty… Minęło prawie siedem lat, dziś przychodzę do niego już prawie jako kobieta. Zaczęłam do niego coś mówić w myślach… Przecież chodzę tam już tyle czasu i muszę przyznać, że są już takie odwiedziny, które mnie nie ruszają tak głęboko. Dziś jednak było inaczej. Stałam tam jako młoda dziewczyna, ta, która wyrosła z tej jego małej córeczki. Czy byłby ze mnie dumny? Nie wiem, bo nie poznałam go dobrze jako człowieka.  Patrzyłam na ten czarny napis i zastanawiałam się co by myślał, gdyby zobaczył teraz moje życie. Czułam się trochę winna, ale i dumna w pewnym sensie z siebie, że pragnę zacząć żyć dla siebie, a nie dla innych. Później szybko pozbierałam się stamtąd. Miałam jeszcze wstąpić do Mamy, a nie chciałam, żeby mnie widzieli upłakaną i zasmuconą…

Poszłam tam, oczywiście wszyscy się cieszyli, porozmawialiśmy, wypiłam herbatę, bo na kawę nie miałam ochoty. Przez długi czas nie było mnie w mieszkaniu u mojej Mamy, to też kiedy tam weszłam zobaczyłam sterty karteczek z wyznaniem miłości od męża mojej Mamy,  sporo nalepek i pamiątek z wycieczek. I kiedy tak spojrzałam na tą całą sielankową przestrzeń zrozumiałam jedno. Mama mentalnie odeszła…  I choć w większości takich sytuacji jest tak, że kiedy dziecko boi się, że straci rodzica, jest to nieuzasadniony lęk i tak się nie dzieje, to jednak w moim przypadku chyba się trochę tak zadziało. Nie poczułam lęku… Jestem już dorosła, muszę zacząć żyć wreszcie dla siebie. A mama… no cóż, przeżywa drugą młodość i może nie do końca jestem jej potrzebna? I niech tak zostanie… Później się tylko utwierdziłam w tym przekonaniu, gdy wczoraj tak serdecznie mnie zapraszała, mówiła, że mnie kocha i za mną tęskni, że chciałaby ze mną porozmawiać, a dziś zostałam skrytykowana. Nie rozumiem takiego zachowania. Nie rozumiem i nie zrozumiem już chyba nigdy. 
Wśród całej tej sterty „bibelotów szczęścia” znajdującej się w mieszkaniu dostrzegłam także tabliczkę z napisem „dla Dziadka od M.”.Wiem, kiedy ta tabliczka powstała, jednak udałam, że jej nie zauważyłam, tak, jak zwykle udajemy przed moją mamą i jej mężem. To miły gest z jego strony. Jednak o nic nie dopytywałam. Wcześniej bowiem dowiedziałam się, że mąż mojej mamy był u M. tydzień po naszej wycieczce, ale beze mnie. Zabrał tylko najbliższych, mnie i mojej mamy tam nie było. Co dziwne, nikt mi o tym wyjeździe nie powiedział, ani mąż mojej mamy, ani też ona, która wiedzieć musiała. Ale ja udaję, że o niczym nie wiem. Sądzę, że tak jest lepiej. Wiem tylko jedno- o moim liście nie wie nikt! Nikomu nie powiedział… uf… kamień z serca mi zszedł. Natomiast moja mama w ubiegłym tygodniu prosiła mnie, żebym przyjechała, bo musi mi opowiedzieć, co się działo w sobotę, gdyż dużo się działo i wszystko zmierza w jak najlepszym kierunku, także będę zadowolona i na pewno się ucieszę… Więc pojechałam dziś z myślą, że może powiedzą coś na temat minionego wyjazdu. Ale dziś temat umarł. Zostałam tylko skrytykowana i tak bardzo się ucieszyłam, że właśnie muszę przelać to wszystko na papier wirtualny, bo jest mi po prostu zwyczajnie smutno… 

Później wstąpiłam jeszcze na inny cmentarz, odwiedzając grób zmarłej cioci. Szłam tam też z powodu poszukania mojego dawnego przyjaciela, gdyż mieszka niedaleko, a, że cmentarz jest w tych dniach uczęszczanym miejscem, teoretycznie mógł tam być. Jednak chłopaka owego nie znalazłam, więc szukałam nazwiska na grobie, bo przecież bardzo prawdopodobne, że leżą tu jego dziadkowie na przykład. Jednak nazwiska też nie znalazłam. Kiedy już stanęłam nad grobem cioci to poczułam się jak taka bardzo zapomnianą przez wszystkich dziewczyną. Słońce chyliło się już ku zachodowi, na cmentarzu panował taki dziwny poblask, czyniąc go przestrzenią bardziej magiczną niż smutną… Czułam, że kończy się dzień. Wracając czułam, że przez kolejny dzień mojego życia czułam się źle. Czy tak już będzie zawsze?
Kiedy przyszłam do domu poczułam potrzebę pójścia na spacer, więc poszłam… Przemyślałam wszystko raz jeszcze, trochę się uspokoiłam, wróciłam do czasów, kiedy potrafiłam się po prostu śmiać…

Dzisiejszy dzień nie był łatwy, choć niewiele się w nim zdarzyło, nie wiem, co będzie jutro, nie wiem, co będzie dalej.  Próbuje to wszystko jakoś poukładać w swojej głowie, całą moją sytuację… ale chyba wciąż próbuję… Mijają dni. Wiem, że kiedyś ich zabraknie…  Nie chcę narzekać, użalać się nad sobą, wiem, uwierzcie mi, wiem, jakie to jest męczące. Miałam do czynienia z depresantami, np. człowiek ów, który wyrządził mi tyle zła i przykrości w moim życiu. Wiem, że nie chcę się użalać. Jestem po prostu samotną, ładną, młodą dziewczyną, która czuje się zagubiona… Wiele takich na świecie, więc chyba mój blog nie wyróżnia się niczym prócz tego, że kocham bluesa i może to się wielu nie podobać, ale pragnę żyć w rytm tego bluesa, który jest w moim sercu. Może nie będę gasić papierosów na talerzach, bo nie palę i nie będę mieć wykształcenia podstawowego… Może nie będę śpiewać na polskiej scenie, ale chce być wreszcie wolna! Po tej całej melancholijnej chwili spędzonej na cmentarzach wstąpiła we mnie siła walki i uporu. Walki o swoje, chęci życia po swojemu, według swoich zasad, wartości… Wracam do normalności? Nie wiem. Jest wieczór, a ja pragnę pisać teksty, bardzo lubię… I mam gdzieś co ten cały świat sobie pomyśli. Czy tak wypada, czy nie. Powinnam się zająć czymś innym, czymś ważniejszym bo tak trzeba… A ja mam gdzieś, co trzeba! Muszę wreszcie zrobić coś, co daje mi radość! Przecież o higienę psychiczną też trzeba dbać… Bunt? Może i bunt… ale twórczy i choć trochę pomaga spojrzeć na siebie,  To, co wypracowałam sobie na terapii. Trzeba się sobą zaopiekować! Sobą, a nie innymi!

Wiecie co… chciałabym Riedlowi zaświecić lampkę…

Reklamy

Ostatnie pakowanie myśli i… tajemnica

Deszczowy dziś mamy dzień. Rano jest jeszcze spokojnie. Później trzeba się pakować, szykować, załatwiać ostatnie sprawy. Zmieniłam uczesanie i jakoś tak cieszę się z tego. Nie… nie chcę znowu pisać o sobie, dość już było żali na tym blogu, dość tęsknot, dość o smutku. Ale muszę i chyba chcę napisać, że dziś rano obudziłam się z jakimś lękiem. Właśnie wsłuchuję się w spadające na dach krople deszczu… Jutro wyjazd. Jakoś cała ta grupa mnie nie przeraża, bo i tak mnie nie obchodzą, a może bardziej to, co sobie pomyślą, jak się zachowają.

Jutro jest właśnie ten dzień, kiedy mam się zobaczyć z M? To nie możliwe, jakoś mi to nie pasuje… Przez ostatni czas przestałam o tym myśleć, być może uznałam to za zakończoną sprawę? Teraz to wszystko ma znowu wrócić? Dlaczego?

Z drugiej strony znowu cieszę się, że go zobaczę, jakkolwiek absurdalnie to nie brzmi. Myślę sobie, że nawet, gdy ta znajomość ma skończyć się definitywnie po wakacjach to i tak miło będzie stać z nim na pewnym pamiętnym balkonie i patrzeć w niebo, fajnie będzie potańczyć, aż się poprzewracamy od zawrotów głowy, miło będzie po prostu pogadać albo pomilczeć wieczorami, o pierdołach. Nie wiem, czy uda mi się z nim szczerze porozmawiać. Może tak, może nie. Może pewne rzeczy wyjdą same, bez jakiś pytań. Jakoś nie mam teraz wyraźnego celu takiej rozmowy. Napiszę, że wbrew temu, ile było we mnie niepewności i poniekąd rozczarowania, doszłam do wniosku, że cieszę się, że ta osoba zjawiła się w moim życiu. Nie dlatego, że mogłam przeżywać jakąś euforię, ale dlatego, że zrozumiałam, iż on był potrzebny na tamten czas mojej egzystencji. Myślę, że gdybym nigdy go nie poznała, moje życie wyglądałoby inaczej, ba, na pewno wyglądałoby inaczej teraz. Nie wiem… może wylądowałabym na prochach, na lekach, a na pewno w stanie dużo cięższym niż jestem teraz. Można powiedzieć, że ktoś, kto wprowadza niepewność jest zwykłą świnią… Po części tak, to chamskie zachowanie. Ale zdaję sobie sprawę, że ta niepewność jest dużo lepsza od tego, co rzeczywiście mogło mnie spotkać. Nie są to słowa obrony co do postawy M. To nie tłumaczy faktu, że zachowuje się źle, niedojrzale. Nie przypisuję mu cudownych zasług. Jednak, kiedy pomyślę o tamtym czasie, to czuję ulgę, że wtedy się zjawił…

Fajnie, że będę mogła być z nim w miejscu, gdzie po raz pierwszy w życiu zobaczyłam inną perspektywę życia. Jest to miejsce, gdzie wyjechałam po raz pierwszy, rzucając wszystko i girl-wind-balcony-light-2560x1440chcąc totalnie zmienić otoczenie- pojechałam, tak naprawdę w nieznane… Tam spotkałam wspaniałych ludzi, którzy dali nadzieję, że świat ma różne oblicza, pozwolili mi też uwierzyć w siebie, pokonać własne lęki, polecieć…  Choć teraz ekipa się zmieniła i tamten klimat tego miejsca już chyba nie wróci, to jednak sentyment został tak duży, że cieszę się, że tam jadę. Nawet z taką wielką i rozwrzeszczaną ekipą, pragnącą się bawić. Dla mnie to miejsce ma trochę inny wymiar. To takie miejsce mojej ucieczki, odreagowania, spojrzenia inaczej na pewne sprawy, wolności. Niestety nie mogę tam wyjechać częściej niż raz na rok, jest to jednak spory kawałek stąd… Dlatego też cieszę się, że będzie tam też M., choć on sam nie wie, o co chodzi… Zapewne moja Mamusia wszystkim wytłumaczy, żeby potem wszyscy mogli zachwycać się, jaka jest mądra, elokwentna, itd. Czasami to wszystko jest takie sztuczne…

A w mojej głowie zrodził się pomysł na napisanie pewnej historii, w zasadzie opisanie. Jeszcze nie wiem dokładnie co, jak i kiedy, ale wiem, że chyba tego potrzebuje, a jeśli może z tego wyjść kawałek dobrych tekstów, zupełnie innych niż pisanych tutaj, na tym blogu, czuję się fajnie. Wziętych i z mojego życia i tego, co pojawia się w mojej głowie…Na razie jest to jakiś szablon, zamysł, sama nie wiem jeszcze, jak się rozwinie. Ale nie będę pisać niczego więcej, bo zdradzę tajemnicę…