Wizyta M.,odzyskane życie i pierwszy dobry dzień!

Cierpiałam… ostatnimi czasy bardzo cierpiałam. Do tego stopnia to było cierpienie, że nie mogłam żyć, nie mogłam bytować bez myśli o tym wszystkim, co się stało, powracały flash backi z najgorszych słów, które padły z jego ust… Wtedy czułam się okropnie! Gdzieś na przełomie tego cierpienia z miłości do niego pojawiła się myśl, by odejść od niego, albo przynajmniej powiedzieć mu jak bardzo cierpię i odejść,bo nie będę mogła tego znieść będąc z nim w kontakcie, gdyby w jego życiu znowu pojawiła się ona… któraś z jego kobiet. Nie mogłam już znieść tego cierpienia, tego, ze mi na nim zależy a w zamian mam tylko odtrącenie i odrzucenie.Kiedy nagle dowiedziałam się, że… przyjedzie do mnie M.! Tak, ten sam M. za którym tęskniłam cały okrągły rok, ten sam M. z którym spędziłam jedne z najcudowniejszych wakacji w moim życiu… Pomyślałam „jeszcze on mi teraz tu potrzebny”. Bałam się, nie wiedziałam co mam robić, ale musiałam jakoś to przyjąć… Ojciec wyrzucił go z domu, bo podobno poszedł do jakiejś dziewczyny na noc, kiedy miał z nim coś robić, ojczym przywiózł go tutaj, do rodziny i od tej pory mieszka tutaj. Muszę Wam powiedzieć, że wiedziałam, że nic z tego nie będzie.Nie nastawiałam się nawet na to… on ma teraz swoje życie, ja swoje, ale szczerze pozytywnie mnie zaskoczył swoim zachowaniem. Nie ma szkoły, rzucił ją gdy miał 18 lat, ma tatuaże na rękach ale dorósł, umie się zachować. Choć chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, co się stało… kiedy zapytałam o samopoczucie powiedział, że wszystko jest dobrze, może dlatego, że było mu wstyd? Nie wiem. Nie gadałam z nim zbyt długo, zachowałam się tak samo jak on na wakacjach. Poszłam czytać notatki i zignorowałam go. Nic się między nami nie wydarzyło, zachowujemy się jak przystało, ale to już nie to. To już nie mój M. Cóż, może tak musi być? Nie liczyłam na nic z jego strony i dobrze mi z tym. Nie czekałam chyba już na nic tego dnia. Wiedziałam, ze muszę zostać sama… Przez to całe cierpienie tak mocne i silne chyba pogodziłam się ze stratą Top Guna. Choć myślałam, ze to nigdy nie nastąpi. Ten ból, który mnie przeszywał, był bardzo duży, szczególnie po ostatnich rozmowach, kiedy zostałam odrzucona w słowach, że „on nie wie, co mnie czeka, ale wierzy, że sobie poradzę, bo kto jak nie ja? Taka dziewczyna!”

W międzyczasie narobiłam trochę głupot, pisałam z paroma facetami, których poznałam w sieci, jeden nawet chciał związku, również był z organizacji militarnej, ale potem się wycofał, gdyż przeraziła go moja historia, nie chciał nikogo skrzywdzić znowu, z resztą był o 2 lata młodszy… Było mi trochę przykro, nie powiem, że nie, ale jakoś to przeżyłam. W międzyczasie pozałatwiałąm sobie dużo spraw uczelnianych, bardzo ważnych, wytyczając sobie ścieżkę do jakiejś tam kariery naukowej. Nie zauważyłam jednak tego…

W tym dniu natomiast, kiedy miał przyjechać już M. pogodziłam się ze swoją samotnością, z byciem samą, ze swoją historią, a może moją i Top Guna? Pogodziłam się z tym, że będę sama… Cóż, próbowałam poukładać sobie życie z mężczyzną, kolejny raz, nie wyszło, takie rzeczy się zdarzają, ten największy ból i rozpacz minęły. Flash backi jeszcze zostały i to one powodowały, ze mój nastrój był obniżony… ale pogodziłam się, że z tego nic nie będzie. Potem pojawiły się myśli, że przecież ustawiłam sobie sprawy z nauką, sprawy z praktyką, że przecież nie wszystko jest tak złe, mimo wszystko, mam spokój odnośnie studiów, mam spokojną głowę o to, co ze mną tam będzie… i zaczęłam to powoli doceniać.

Nazajutrz natomiast miałam ostatnie egzaminy, gdy je zdałam byłam bardzo zadowolna z siebie. Zaczęłam dostrzegać coś pozytywnego w tym wszystkim, zaczęłam dostrzegać inne sfery życia niż tylko faceci wokół. Byłam z siebie bardzo dumna! Mimo wszystko, mimo tego całego bólu i rozpaczy jaką miałam w sobie dałam radę zdać ostatnie egzaminy i zakończyć pozytywnie bardzo jeden kierunek studiów! A dodatkowo, to co się stało, bardzo mnie zadowoliło.  Poznałam pewnego Pana. Jeszcze nie wiem, jak go nazwę. Mianowicie, podszedł do mnie jeden chłopak, sam z siebie, ze starszej grupy na uczelni… Podszedł i powiedział mi, że wie, gdzie mieszkam, bo kiedyś mu mówiłam. Byłam bardzo zaskoczona, bo nie przypominam sobie, abym mu kiedykolwiek coś takiego mówiła, gdyż nigdy wcześniej z nim nie rozmawiałam… Zaczęliśmy rozmawiać o życiu, o byłych, o nauce. On się teraz broni więc opowiadał mi o przebiegu jego studiów na uczelni. Zapytał się gdzie mój kolega? ( Top Gun, bo przecież zawsze pewnie widział nas razem, jeżeli mnie obserwował wcześniej, a pewnie tak było), ale odpowiedziałam, że nie wiem. Nawet miło się z nim rozmawiało. Napisaliśmy egzamin, a później odprowadził mnie sam z siebie na przystanek… w ostatnim momencie wcisnęłam mu swój telefon, bo widziałam, że bardzo chciałby się ze mną jeszcze spotkać, ale nie wiedział, jak się ma o to zapytać. Więc zadziałałam pierwsza. Ma pisać, jak coś. Może napiszę, więc czekam. Przez ten cały czas czułam, że nie zasługuję na zainteresowanie, potem na miłość, na relację z nikim, moja wartość bardzo upadła… Tak wiem, powinnam ją oprzeć na sobie, nie na mężczyznach i to jest mój cel na terapię. Póki co tego jeszcze nie umiem, chyba…

A Top Gun… dałam mu czas, wiem, że dla niego czas płynie inaczej niż dla mnie… Nie wiem, czy kiedykolwiek to wszystko się wyjaśni, ale czuję się już lepiej. Dziś Top Gun miał wypadek, jechał 200 na godzinę  i wjechał w oko cyklonu, prawie go odwróciło… Cieszę się z moich własnych sukcesów i patrzę na swoje życie, nie czuję się już tak mocno w nim związana. Wczoraj dostałam też prezent z mojej pracy, za wkład jaki włożyłam w pomoc ludziom. Ucieszyło mnie to. Wczoraj był piękny dzień, dobry… pierwszy od 30 kwietnia dobry dzień… Nie przerażają mnie już tak zwykłe, codzienne czynności, nie mam już tak dużo flash backów, choć się zdarzają i wtedy momentami mi ciężko… Ale jest stabilnie i spokojnie. Cieszę się tym. No i czekam na wiadomość…

blushing-4213963_960_720

 

Reklamy

Wieczorny smutek w innym domu

Jestem teraz w domu u Pana ze skrzydłami i choć wiem, że on nie wie  o tym, iż posiadam ten blog, przebiegło mnie dziwne uczucie, gdy piszę te słowa, a kiedy on śpi w pokoju obok przed pracą. czuję się sama, choć nie samotna, to sama. Dom jest duży i o tej porze już ciemny, przyznać muszę, że w niektóre jego zakamarki wolę o tej porze i później już nie zaglądać. Jak co noc, zostanę sama spać, aż do rana, kiedy on się nie zjawi.  Czekam na tą chwilę, czekam z utęsknieniem, bo jakoś całkowicie łatwiej zasypia mi się przy jego boku niż samej.

Dni mijają powolnie, choć zarazem bardzo szybko. Powolnie dlatego, że mało w dniu robimy, szybko dlatego, że wstajemy późno. Ostatnia noc była spokojna, lecz ta przed nią koszmarna. Padał deszcz i nie mogłam spać, dodatkowo po domu słychać było różne odgłosy, próbowałam racjonalizacji, w końcu się  udało, zasnęłam, budziłam się chyba dwa razy, wyczekując godziny powrotu Pana ze skrzydłami. Mamy tu dużo obowiązków,  jest sporo zwierząt, którymi trzeba się zająć, no i zajęcie się domem, czas biegnie… Dla nas samych zostaje go mało, jedyne od czego tu odpoczywam, to hałasy domu i znajome mi krzyki.

Jednak… kiedy przychodzi taka pora jak ta, momentalnie smutnieje. Nie wiem, czym jest to spowodowane, ale jest mi smutno. Może pogodą, bo nieustannie na zewnątrz jest ciemno i pada deszcz? Kiedy byłam w domu, inaczej wyobrażałam sobie ten wyjazd… jawił mi się jako przyjemne spędzenie czasu od domowych, znanych mi obyczajów, jawił mi się jako czas spędzony z nim… Jednak chyba nie do końca tak jest… Pragnę słońca, u siebie miałam go tyle, tutaj nie mam go ani promienia. Smutnieje, nie robię tego, co zakładałam, że będę tutaj robić, nie ma na to czasu ani siły.  Jedyne co tu poznałam w sobie to to, że szanuję swoje pomysły, bo są dobre… Mieliśmy iść na spacer, dzisiaj…. jutro… mija już trzeci dzień. Pogoda na zewnątrz wciąż jest barowa i nieprzychylna.

Miejsca w tym domu przypominają mi miejsca dawnego dzieciństwa, kiedy mieszkałam jeszcze w innym miejscu, przypominają mi chwile smutku i zadumy stamtąd, w sumie, chyba zawsze odbierałam tak porę ściemnienia się dnia w niepogodne, deszczowe czy też zimowe dni. Mam poczucie końca, bardzo silne… wydaje mi się, iż świat taki pozostanie, że już nie wyjdzie słońce i nie zdarzy się nic pozytywnego. Przecież mamy już wrzesień… za chwilę znów rozpocznie się rok akademicki. Ostatnio zaszyłam się jakoś w sobie… Nie wiem, czy to miejsce wydaje mi się takie specyficzne, czy po prostu ten czas mnie przytłacza… I choć lęki zniknęły, towarzyszy mi poczucie końca miłych chwil, nie lubię tego uczucia, bardzo nie lubię… Cóż, po części to prawda, spędzamy z Panem ze skrzydłami pewnie ostatnie w tym roku dłuższe chwile razem, później znowu przyjdą zjazdy, zimowe marzniecie pod uczelnią i nauka do sesji.

Kiedyś, kiedy nie mogłam zasnąć, przypomniała mi się w myślach tamta zima… a w zasadzie jesień. Chłód, wiatr, liście strącane z drzew, nowa szkoła, ludzie i my… poznający się nawzajem… To mimo wszystko był piękny czas, choć pamiętam, że wtedy chodziłam bardziej smutna. Przejrzałam ostatnio wpisy jakie tu zamieszczałam z tamtego okresu,  nie było żadnej wzmianki o…Panu ze skrzydłami. Nie chciałam o nim pisać? Bardziej chyba nie potrafiłam… pamiętam jak wstrzymywałam się dość długo z wpisem o tej postaci. Chyba nie chciałam dopuścić do siebie wewnętrznego głosu, że ktoś może mnie pokochać.

Minął prawie rok odkąd go poznałam, a ja wciąż mam go w pamięci jako kogoś nowego… Teraz kiedy widzę za oknem taką pogodę to kojarzy mi się właśnie z nim, z naszą pierwszą randką, może to i lepiej… bo choć jestem smutna to to właśnie przypomina mi o tym, że nawet w zimny, jesienny dzień może wydarzyć się coś pięknego. Z drugiej strony wiem też, że to już nigdy się nie powtórzy… i to też napawa mnie smutkiem.