Czy ja chcę jeszcze się zakochać?

Dziś mam dzień, że udaję….

Udaję, że wszystko jest w porządku, przed wszystkimi, przed całą rodziną… Tak właściwie nie jest. Udaję, że jest okej, a w duszy mam ochotę krzyczeć, płakać i wyć. Chyba nie z tęsknoty, a z bólu psychicznego… Ten stan trwa odkąd mnie zostawił. Znowu cierpię, cały czas, non stop, w każdym dniu… Cierpienie opuszcza mnie tylko wtedy, gdy mocno mnie coś zaabsorbuje, a to zdarza się rzadko, bo ze skupieniem mam problem, mam strasznego lenia. Znowu boli…

W mojej ocenie tak się po prostu nie robi. Teraz widzę, jak bardzo się różnimy. Zaczynam czuć, ze bym się z nim nie dogadała, nawet, gdyby chciał wrócić, po prostu nie. Bo tak się nie robi. Nie przekreśla się wszystkich cudnych chwil, o których mnie zapewniał, nie przekreśla się wspólnych wspomnień, nie przekreśla się w jednym momencie tylu słów wypowiedzianych. To wszystko nic dla niego nie znaczyło? Zupełnie nic? Dla mnie bardzo wiele… I w moim poczuciu moralności tak się po prostu nie robi! Nie dzwoni się do kogoś i nie informuje, że „już Cię nie chce, odejdź, wyrzucam Cię na śmietnik.” Jak zużytą rzecz, jak psa, którego się wygania, zostawia w lesie przywiązanego do drzewa… Jak coś niepotrzebnego, nic nie znaczącego…. Tak się nie robi! Mamy inne poczucie moralności i sumienia. Zupełnie inne… Nie daje się komuś nadziei, a potem mu się je brutalnie odbiera, to jak operacja na otwartym sercu.

Wczoraj, zrobiłam sobie kąpiel, potrzebowałam tego, trochę luksusu dla ciała… Zaczynam się sobą opiekować, zaczynam zwracać uwagę na siebie… Wcześniej tego nie robiłam, w tym całym zatraceniu się w „związku”, a  raczej „pseudozwiazku”, który jak szybko się zaczął, tak szybko się skończył. I właśnie podczas tej kąpieli myślałam sobie o jednej, bardzo ważnej teraz dla mnie rzeczy…. Czy ja teraz, na ten czas i na ten stan psychiczny chciałabym faceta? I jaki on by miał być? I doszłam do wniosku, że z jednej strony bym bardzo chciała kogoś mieć, z drugiej strony się boję… Nie będę potrafiła zaufać, ale już mniejsza z tym, zastanawiam się po prostu nad tym, czy kogoś poszukać, może z kimś porozmawiać, czy dać sobie czas?

Mój idealny facet?

Hm… no mógłby być żołnierz, bo się już przyzwyczaiłam, ale do tego by był czuły, rozumiejący, potrafił być romantyczny… Jednym słowem taki jak były z początków znajomości, tylko, żeby był taki cały czas! Zastanawiam się też, czy ja jestem w stanie teraz się zakochać, kochać kogoś? Chociaż, z drugiej strony, nie musiałaby być to od razu wielka miłość, a mogłoby być poznawanie siebie…. Jeżeli bym kogoś poznała, kogo bym chciała poznać, może nie bolałoby tak bardzo? Może oderwałabym myśli? Może weszłabym w jakąś nową sytuację i nawet jakbym się na chwilę zauroczyła to wydzieliłyby się jakieś hormony pozytywne? Tylko, że z drugiej strony, że jeśli spotkałabym znowu swój ideał, a on mnie by nie chciał, to by znów bolało. Ale jednak dochodzę do wniosku, że tak, chciałabym z kimś być, kochać kochaną, jeszcze się tak naprawdę zakochać, tak jak ostatnio… Tylko może nie w takim tempie.

Codziennie zasypiam z myślą i budzę się z myślą, że zostałam potraktowana jak zużyta rzecz… Ciężko mi z tym. Czekam na spotkanie z terapeutką, może coś mi podpowie. Tym czasem trwam i nie wiem, co mam za bardzo robić. Chciałabym z kimś porozmawiać, ale boję się zawodu, boję się, że znowu się zawiodę, że nikt mi nie podpasuje, że nikt nie będzie zainteresowany…. Tyle razy już zostałam potraktowana w taki perfidny sposób, że się tego znów obawiam. Komuś trzeba zaufać, tak sobie mówiłam… No to zaufałam i mam teraz, tym bardziej, że on sam jakby roztoczył taką aurę bezpieczeństwa, o której już pisałam… Przykro mi z tego powodu… znowu dałam się nabrać…Czuję się jak naiwna kobieta, po prostu…

Myślę sobie teraz o górach… Chciałabym tam jechać, gdzieś się wyrwać, gdzieś pójść, może dałoby mi to jakieś wytchnienia, choć wątpię. Co jest w głowie, w głowie zostanie, gdziekolwiek będę, ale może byłoby choć trochę lżej?

375px_kopalnia-wiedzy-gdzie-w-gory-na-weekend-2-kopalnia-soli-wieliczka-700x465

Stworzyłeś bezpieczną relację, a potem mi ją zabrałeś, stałeś się zagrażający…

Z biegiem czasu uświadomiłam sobie jedną rzecz. Z nim nie miałabym życia takiego, jak ja bym chciała. Myślałam, że jeśli jest to człowiek wykształcony, samodzielny i mający większe wartości niż tylko nachlać się i iść spać to będziemy parą nawet na jakimś tam poziomie. Okazało się, że nie… bo jednak wartością było nachlać się i biegać od kolegi do kolegi… a ja chciałam czegoś innego, wspólnego czasu, gdy wracał po tygodniu z pracy… On go nie potrzebował, nie potrzebował ze mną spędzać czasu…

Wczoraj szybka rozmowa z terapeutką. Doszła do wniosku, że wszystko zadziało się bardzo szybko, bardzo intensywnie, w krótkim czasie na głęboką wodę, może dlatego teraz mam taki obniżony nastrój… Co ważne, stworzył mi poczucie bezpieczeństwa, ja naprawdę w tej relacji poczułam się bezpiecznie, poczułam, że mogę być sobą, że nie muszę nikogo udawać, że jestem akceptowana taka, jaka jestem… Do czasu, kiedy nie wyraziłam swojego zdania… Wtedy już nie było bezpiecznie, zaczął mi zagrażać, dlatego teraz może nie chce wracać do tej relacji, choć są chwilę, jak ta teraz, kiedy kasuje zdjęcia w drugim telefonie, patrzę na jego twarz i chce mi się ryczeć i wyć… Kiedy czuję, że jeszcze go kocham, ale nie tego, który mnie odepchnął, tylko tego sprzed 2 miesięcy, kochanego, czułego, tak bardzo mojego… A wiem, że tego człowieka już nie ma i dlatego ratowanie tego w żadnej sposób nie ma sensu.

A za czym tak bardzo tęsknię? A no za tą relacją, w której czułam się tak bezpiecznie i za tym bezpieczeństwem tęsknię, znowu poczułam się zagrożona i trudno mi z tym, naprawdę… Z jednej strony nie chce być sama, z drugiej bardzo się boje nowych znajomości. Czuję się jakby w matni, zawieszona pomiędzy przeszłością, a przyszłością. Zaczęłam też zwyczajnie olewać rzeczy, które przedtem nie dawały mi spokoju… i mnie gnębiły, już nie mam na to siły… i chyba mi z tym lepiej. Zobojętniałam na niektóre rzeczy… tak mi chyba lepiej…

Nie wiem co będzie dalej, nie liczę już na nic, odkrywam w sobie nową pasję, jaką są góry i ich fotografia… Poczułam, że muszę się czymś zająć, bo zwariuję od myśli i od tęsknoty za poprzednim życiem… Od zobojętnienia na świat i na ludzi… Od braku siły na nic…

Manipulant? Mag? Czy po prostu ktoś, kto daje nadzieję, a potem ją odbiera i pokazuje nagle pazury, ostre i niebezpieczne…

d1564ca6f9b341c753fec211c68c067b

 

 

 

Ta porąbana noc i porąbane sny! I porąbane życie! Dzień trzeci po rozstaniu…

Tak sobie dziś myślę… Ale tylko ten tekst mi pasuje do mojego obecnego stanu… Bo już dalej nie pasuje… Zasnęłam wczoraj nawet normalnie. W nocy natomiast mój mózg wyprodukował takie projekcje, jakich mogłam się spodziewać… Najpierw śniło mi się, że on wrócił, przyszedł do mojego domu, leżeliśmy na łóżku, oglądając telewizję i mówił mi o tym, że się zmieni, że będzie przy mnie, że jakoś to razem poukładamy… Obudziłam się, cała zdenerwowana i spocona, pomyślałam, szkoda, że to tylko sen i zasnęłam po raz drugi… Tym razem śniło mi się, już nad ranem, że byłam w jakimś macdonaldzie, nie wiem czemu akurat tam, gdyż od roku tam nie byłam, nie chodzę często do takich miejsc. A więc byłam w macu i pisałam mu wiadomość na whatsappie, że „popatrz jak nam było dobrze ze sobą na początku, spróbujmy to jakoś naprawić, ratować, uczucie przecież może da się jeszcze wzbudzić, przecież kiedyś byliśmy tacy zakochani w sobie… nie przekreślaj tego wszystkiego”.

Mój mózg stworzył taką projekcję, jaką mam wewnętrzną potrzebę. By wyjaśnić, by walczyć o tę relację, by go prosić, by wrócił. Racjonalnie wiem, że to nie ma najmniejszego sensu. Ale podświadomość wciąż do tego ciągnie…  Odzywają się schematy z dzieciństwa. To ja musiałam wszystkich ratować, to ja musiałam brać na siebie za wszystko odpowiedzialność, za decyzję innych też. Ja nie muszę tego ratować, tak samo jak oni nie musza podejmować innych decyzji, po prostu, taki jest świat.  Choć wczoraj na wieczór było mi smutno, chodziłam i popłakiwałam. Tęsknię czasem za czasem z nim, za jego mieszkaniem, w którym czułam się dobrze, za jego uściskiem, przytuleniem, całusem… Nawet za jego rodzicami, za siedzeniem z nimi na działce, za jego psami, ale to złudne… Przychodzi jeszcze tęsknota, przychodzi gorszy nastrój. Przychodzi pytanie dlaczego?

Jednak wczoraj pomyślałam sobie, że dalej tak być nie może! To wszystko mnie niszczy, nie umiejętność radzenia sobie ze stratą, rozpaczanie po niej, poczucie bycia gorszą, bezwartościową. Musze się zebrać w sobie i znaleźć przyczynę, a potem ją przepracować. Jutro spotkanie z terapeutką. Musze jej o wszystkim opowiedzieć. Nawet nie wiem jak ja jej to powiem. Wiem jedno, że chciałabym zawalczyć o swoją terapię, raz na dwa tygodnie to minimum! Albo najlepiej częściej.  I będę musiała to jakoś załatwić, nie wiem, będę prosić, powiem, jaka jest sytuacja, że się źle czuję.

I powiem Wam, że z jednej strony mi przykro, są takie chwile, że nie mogę się zmusić do funkcjonowania, szczególnie wieczorem, to wszystko wraca, a są takie chwile, że mam ochotę „trochę poszaleć”. Tzn. Mam ochotę kogoś poznać i poobserwować sobie, o nie, nie wchodzić już z całym sercem do jego życia, ale po prostu zająć się jakąś nową sytuacja, żeby nie myśleć w kółko o nim. Iść dalej, nie załamywać się. I tutaj się sobie dziwię, bo zawsze leżałam i płakałam w poduszkę z myślą, że nic dobrego mnie już w życiu nie spotka. Po Top Gunie tak miałam, a jednak nie… jednak choć na chwilę mnie spotkało coś takiego, że byłam szczęśliwa, więc może teraz też jeszcze spotka? Z drugiej strony wiem, że powinnam pobyć sama i zająć się sobą. Sama już nie wiem co by było dla mnie lepsze? Czy to chęć zagłuszenia bólu? Czy po prostu chęć życia dalej?

Wiecie co wymyśliłam? Że chciałabym zgłębiać temat toksycznych związków, par i relacji oraz funkcjonowania DDA w relacjach i związkach. To ciekawe… i może pozwoli mi zrozumieć siebie? Tak sobie wczoraj myślałam, dzięki pewnej rozmowie, że to pewnie hormony… Wydzieliły się mu hormony szczęścia, a po jakimś czasie się ulotniły po prostu. I już nic do mnie nie czuł. Wczoraj, kiedy zasypiałam pomyślałam sobie, że koniec z planowaniem czegoś z kimś, koniec z zaufaniem, koniec z naiwnym wierzeniem w słowa… Mam plan wymazać sobie wszystkie plany i marzenia z nim z głowy, po dwóch miesiącach… Nie wiem po co ja w ogóle uwierzyłam w jego mowę, o domku w Bieszczadach, o rodzinie, o dzieciach? O tym, że będzie ze mną już na zawsze? To były tylko zwykłe hormony… Nie liczyło się to, jaka jestem, że będę mu wierna , a przecież tak bardzo bał się zdrady? Bez sensu to były słowa… Wymazuję z głowy wszystkie marzenia i plany,  w telefonie nazwałam go „Ten, który mnie olewał” , kasuję zdjęcia. Tylko wspomnienia zostają i jego twarz zniknąć nie może… Może kiedyś zniknie, razem z jego uśmiechem z mojej głowy…

Zabieram się za czytanie książki „Kobiety, które kochają za bardzo” to chyba o mnie…

f251623b271e8353deca42bdb798f65c

 

Rozstanie. Pozwól mi odejść…

Ostatnio pisałam tu o awanturze, sprzeczce czy nie wiem jeszcze czym, co stała się między mną a Żołnierzem. Od tego czasu było jakoś dziwnie.Ani raz nie napisał, że mnie kocha, ani raz nie powiedział dobranoc, dzień dobry. Zawsze to ja wyciągałam rękę na zgodę… ja się starałam, ja pisałam. To była jakaś parodia. Z mojej strony szło 15 wiadomości a dzień, a od niego jedna, góra dwie… Ostatnimi czasy wróciłam nawet do muzyki, której słuchałam rok temu po rozstaniu i porzuceniu przez Top Guna. Teraz dopiero rozumiem dlaczego. W tej obecnej relacji też czułam się osamotniona i opuszczona. W dzień, kiedy Żołnierz mnie zostawił, mówiłam do babci, że po co mi taki chłopak? Po co mi relacja w której nie mam z nim kontaktu? której de facto nie ma…

Na wieczór zadzwonił, oczywiście po telefonie i wiadomości ode mnie bo sam nie miał chęci się kontaktować. Powiedział mi, że nie ma sensu tego dalej ciągnąć, my się w ogóle nie widzimy, co jest faktem bo nie przyjechał do mnie przez ostatnie 2,5 tygodnia ani raz. Chce to zakończyć. Zapytałam więc czemu. Odpowiedział, że nie pasujemy do siebie, za bardzo się różnimy. Zapytałam czy mnie kocha, na to odpowiedział, że wszystko w nim wygasło, był mną zafascynowany, ale już wygasło… Znakiem tego to nie była w ogóle miłość, tylko chwilowa fascynacja. Rozpłakałam się, bo wciąż go kochałam, zaczęłam przekonywać, że go kocham, że chcę z nim być. Na to on mi znowu, że nie pasujemy do siebie, bo on o 22.00 chce dopiero wychodzić z domu, a ja o tej porze chcę iść spać. Siedzę tylko w domu i nigdzie nie wychodzę, tylko w niezbędnych sprawach, nie ma o czym ze mną rozmawiać, bo nie mam co opowiadać… Prawda jest taka, że siedzę w domu bo jest zagrożenie, na śląsku większe niż w  innych częściach kraju, a chcę chronić siebie i rodzinę. A nie mam co opowiadać? Chętnie bym mu poopowiadała o tym, ze wydaję książkę, o tym koherencji, o Macciavellim, o tym np. dlaczego ktoś odda głos w głosowaniu, a ktoś nie, od czego to zależy i na tysiąc jeszcze innych filozoficznych tematów, ale on nie chciał tego słuchać… Jego to nie interesowało. No i rozstaliśmy się… Mimo moich tłumaczeń, ze kiedy minie koronawirus, to będziemy wszędzie razem jeździć i spędzać czas… Ważniejsi zawsze byli koledzy i posiadówy z nimi. Powiedział mi, że ten związek nie spełnia jego oczekiwań, bo ja nie biegam z nim od kolegi do kolegi, bo wolę czytać książkę.  Kiedyś miał do mnie przyjechać, wieczorem, nie przyjechał, bo siedział z kolegami w garażu. Albo koledzy o 3 w nocy do niego przychodzili, kiedy ja chciałam spać i mieć go tylko dla siebie. Miałam z nim przeprowadzić na ten temat rozmowę, czekałam, aż przyjedzie i porozmawiamy, ale już nie zdążyłam, bo mnie zostawił. W ogóle, mówił to takim głosem,ze go nie poznałam, to nie był mój chłopak, ten, którego kochałam. Wrzeszczał ma mnie, że to koniec, nie słuchał co ja mówię.. było mi przykro.

Teraz, czuję się źle i czuć będę, wiadomo. Pocieszam się tym, że to rozwojowe… Ale nie wymiotuję, nie mam dreszczy, śpię w miarę normalnie, nie mam objawów somatycznych… Jest mi ciężko. Kolejny raz zostałam odrzucona za to, jaka jestem. Staram się jednak za to nie winić. Wydaje mi się, że w tej relacji zrobiłam na prawdę wszystko, żeby było dobrze. Byłam uważna na siebie i swoje emocje, na niego. Może za bardzo się starałam? Mam bowiem w sobie coś takiego, że jak jest źle, to czuję, że muszę to ratować, natychmiast, zrezygnować z swoich potrzeb i postawić kogoś potrzeby nad swoimi. To pewnie źle…

Wczoraj po pewnej rozmowie telefonicznej, zaczęłam sobie to wszystko  urealniać. Że to nie była żadna miłość, tylko chwilowa fascynacja mną, która minęła. Z poprzednią dziewczyną zrobił tak samo. Po 4 miesiącach, wyrzucił ją w jednej chwili z domu, tyle, że ona razem z nim zamieszkała. To dziwne, ze już drugi raz robi to samo zemną. Nie interesował się mną już od dłuższego czasu, wszystko było na siłę, cały kontakt i rozmowy. Kiedy to ja oczywiście dzwoniłam, bo chciałam to ratować, żeby było jak dawniej. Typ takiego don juana, który chce złapać króliczka, a jak złapie króliczka to on już go nie interesuje. Najbardziej jednak dla mnie to widoczne, kiedy pojechał w góry i zapomniał telefonu. To śmieszne! Wiedział, że ma ze mną kontakt tylko przez telefon, gdyby mu zależało na mnie to by się wrócił i go zabrał, żeby mieć ze mną kontakt. A potem jeszcze zniknął na 3 dni bez odzewu. Ja tego człowieka nie znałam, nie wiedziałam, gdzie on jest, z kim i co robi…. Nigdy w sumie… Jeszcze oskarżał mnie, ze robię mu „jazdy” , bo zwróciłam mu uwagę, że nie dawał znaku życia przez cały dzień i jestem zła. Miałam prawo być zła, bo oznaczało, że ma mnie w dupie. Ale to nie są żadne jazdy…. Potem zniknął, kiedy ja chciałam to wyjaśniać… Nie miał potrzeby wyjaśnienia tego, rozmowy ze mną…. Najlepiej się zabrać i zamilknąć. Tak nie robi dojrzały facet, któremu zależy na kobiecie i na dobrych relacjach z nią. Kochający facet, kiedy się z nią pokłóci, to cierpi, dąży sam do tego, aby było między nimi dobrze, po prostu, bo ją kocha…. Ja tak robiłam, bo go kochałam… Kochałam go, ale teraz wiem, że kochałam iluzję o nim,  bo on gadał to co ja chciałam usłyszeć, a w rzeczywistości taki nie był. Nabrał mnie, moją całą rodzinę na piękne słowa o wielkiej miłości, a ja w to uwierzyłam i się zaangażowałam całą sobą, bo pragnę miłości , akceptacji i związku bardziej tym bardziej, że jestem DDA i mam deficyt miłości i akceptacji.

Z drugiej strony sobie myślę, że nie radzę sobie z odrzuceniem… I związek z nim był udowodnieniem sobie i Top Gunowi, że mogę mieć żołnierza. Żołnierza, który będzie mnie kochał, żołnierza jeszcze lepszego niż Top Gun, bo to w końcu żołnierz mnie porzucił. To była pewna forma zemsty na nim i udowodnienia sobie, że tak może być. Pewnie dlatego mój były już Żołnierz stał się dla mnie ideałem faceta… którego tak pokochałam…Jednak nie był taki, za jakiego go miałam….Nie kochał mnie naprawdę…. Kolejny raz jestem porzucona , wczoraj czułam się jak bezdomny zbity pies… Dziś już jest lepiej. Chciałabym uwierzyć w to, ze mam zasoby, że poradzę sobie. Bardzo boję się nadejścia epizodu depresyjnego. Wszak kolejny raz życie mi się zawaliło… Wszystko o czym marzyłam, co sobie zakładałam, poszło w dupę. Wszystkie plany…. O domu, o dziecku z nim. Bardzo chciałam mieć z nim dziecko… Teraz nie wiem, czy w ogóle kiedyś będę miała dziecko… Chciałam być po prostu szczęśliwa i byłam, bardzo szczęśliwa. Z nim.

Dziś przyszedł dzień tęsknoty za nim, ale za takim, którego poznałam, tego dobrego, czułego, zakochanego…. Chciałabym, by mnie kochał, ale wiem, ze to już nie możliwe. We mnie ostatnio też coś umarło. Brak kontaktu, brak czułości, brak rozmowy…. Odzywanie się do mnie od niechcenia albo z przymusu. Stracił w ogóle zainteresowanie mną i tym związkiem. Ta miłość we mnie też się w jakimś stopniu wypaliła, choć wierzyłam w to, że możemy ją odbudować. Ale nie chciał.

Nie było w tym człowieku tolerancji dla odmienności drugiej osoby, miałam robić to co on chciał, bo inaczej nie spełniałam jego oczekiwań. Związek jak dla mnie nie polega na spełnianiu oczekiwań tylko na wzajemnej akceptacji. Jego zachowanie było dal mnie takie gówniarskie czasami…. Naprawdę włożyłam w to sporo swojej pracy, pracy nad sobą i nad relacją z nim, nie chciałam tego popsuć przez swoje mechanizmy…. I chyba nie popsułam, tylko on miał jakąś dziwną swoją wizję an to wszystko. Dziwię się mu, bo priorytety życiowe mieliśmy takie same. Dzieci, dom, rodzina, miłość, my, ale jemu przeszkadzały szczególiki. Że np ja chcę spać o tej porze, a nie o tamtej. Chodzę spać wcześnie, bo jestem tak ustawiona lekami, żebym się wysypiała…. Dla mnie te szczególiki można było spokojnie pogodzić wzajemną akceptacją i zrozumieniem wzajemnych potrzeb.  Związek to też pójście na kompromisy… Ale nie, trzeba od razu wyrzucić do śmieci, skreślić, odejść… Nie rozumiem takiego podejścia! I chyba nigdy nie zrozumiem. O związek się walczy, bo się kocha tę drugą osobę, no chyba, że jej się nie kocha, i nigdy nie kochało, jak było chyba w tym przypadku.

Mam dosyć ludzi, mam dość związków. Moja emocjonalność kolejny raz jest zawiedziona i rozwalona. Nie rozumiem czynów i sposobu myślenia jego… Zachował się jak gówniarz, któremu na niczym nie zależy. Na mnie nie zależy…. Brak dojrzałego myślenia, brak chęci posłuchania mnie, brak zrozumienia…. I koledzy, wszechogarniający koledzy wszędzie, którzy są na pierwszym miejscu zawsze! Nie chciał poważnego związku raczej. Powiedziałam mu na koniec, mimo płaczu, że lepiej niech nie szuka dziewczyny, bo on nie ma czasu na dziewczynę, na kobietę. Kobieta wymaga zainteresowania, którego on nie potrafi dać, bo albo nie chce, albo ważniejsi są koledzy…

Czuję się teraz jakaś gorsza, jakbym nie zasługiwała na miłość. Do przepracowania to jest. Ale próbuję zmienić te myśli. Nie myśleć o sobie w kategoriach winna. Przecież ja nic złego nie zrobiłam, to, że jestem sobą? Mam potencjał, tylko dlaczego do cholery uzależniam swoją wartość od tego, czy mam partnera, czy nie? Przecież już mi się udało z tego zejść… Jak go poznawałam to powiedziałam sobie, spróbuję, ale to miała być próba, powiedziałam sobie, że jeśli będzie nie taki, niepasujący to go zostawię. Dlaczego znowu dałam się wkręcić? Znam swoje mechanizmy, a nie potrafię ich zmienić… Jest ciężko…. Bo dostrzegam swoje mechanizmy. To była porządna dwumiesięczna lekcja, bo zostawił mnie równo w dwa miesiące po rozpoczęciu związku. Taki prezent ha ha.

Jestem rozbita emocjonalnie i zastanawiam się nad swoją przyszłością, jak będzie? Czy jeszcze kogoś znajdę w swoim życiu? Kogoś kto mnie zrozumie i będzie chciał mnie pokochać tak naprawdę? Niby świat jest duży… W głębi serca gdzieś tam chcę jeszcze jego, ale takiego z początków. Może z czasem nie przejdzie? Mam nadzieję… Nie radzę sobie z odrzuceniem, to wiem na pewno. Wczoraj była faza szoku i płaczu, na wieczór wszystko sobie pourealniałam i doszłam do wniosków, które opisałam wyżej. Teraz? Teraz chciałabym się zająć sobą i swoją terapią, zająć się swoimi mechanizmami, poznać je i jakoś je skorygować, wiem, że to będzie długi proces, może starczy mi na niego sił? Staram się już nie karać, nie orać za to, co się stało. Nie rozmyślać nad tym w mój sposób, nie dogrzebywać się do krwi ostatniej. To kręcenie sobie śrubokrętem w ranie… Boli jeszcze bardziej. Na razie mi to wychodzi, skasowałam w telefonie wszystko co miałam, zdjęcia, wiadomości, wszystko co kojarzyło mi się z nim, muszę jeszcze zmienić zapis numeru telefonu. Powiedział mi że chcę zacząć wszystko na nowo, ja też muszę. Muszę się od tego odciąć. Na razie nie chcę nikogo, z jednej strony ciągnie mnie mój stary mechanizm, by od razu kogoś szukać, zapchać dziurę itp, z drugiej wiem, że nie jestem na to gotowa. Chcę pobyć sama ze sobą, a co będzie dalej? Nie wiem… Będę cierpieć, to pewne, nie spojrzę na świat kolorowo, ale daję sobie do tego prawo. Muszę to przeżyć. Smutno mi po prostu, z tego powodu, że nie jestem z nim w związku, że mnie już nie kocha, że ze mnie zrezygnował…

rozstanie

Dziewczyna żołnierza…

Czy marzenia mogą się spełnić? Wszystkie? Te najskrytsze?

Nigdy w to nie wierzyłam… nigdy, aż do teraz…

Za dużo jest myśli w mojej głowie, by je wszystkie teraz pozbierać, by je tutaj napisać… ale spróbuję choć część…

Mam chłopaka… jesteśmy parką  z panem Spadochroniarzem… 🙂 Kiedyś marzyłam sobie o tym, żeby spotkać takiego mężczyznę, żołnierza, męskiego w pracy, a w stosunku do mnie czułego romantyka… Kogoś takiego, jak Top Gun, ale dojrzałego emocjonalnie i odpowiedzialnego za swoje słowa i czyny…  Jednak wątpiłam w te marzenia. Ile młodych dziewczyn marzy o swoim ideale mężczyzny, a później życie weryfikuje i znajdują sobie zupełnie kogoś innego? Ile dziewczyn jest zakochanych w idolach medialnych, którzy nigdy nie będą dla nich dostępni? Tak samo i ja miałam z czułym żołnierzem… Mogłam sobie tylko wzdychać do mundurów widzianych na ulicach, jednak nigdy nie pomyślałabym, że spotka mnie coś takiego! Że oto pewnego dnia zostanę dziewczyną wymarzonego przez lata ideału mężczyzny…. że zostanę jego księżniczką i będę dla niego kimś ważnym… że będzie się mną opiekował i o mnie dbał… Że pokocham kogoś tak, jak kochałam Top Guna… że stanie się dla mnie całym światem….

Ale co w tym wszystkim jest najpiękniejsze… zapominam o Top Gunie! Tak naprawdę i szczerze! Nie brakuje mi już jego dotyku, jego twarzy, jego oczu, jego gestów, jego ciepłych słów… nie brakuje mi już bliskości, ciepła, bycia docenioną, bo wszystko to teraz mam… Wszystkie te potrzeby, które łudząco dawał mi i zaspakajał Top Gun mam już zaspokojone… Jestem wyprzytulana, wnoszona na rękach, wypieszczona i wycałowana… doceniona i mam  inteligentnego partnera do rozmowy o czym tylko nie zechce rozmawiać… Nie potrzebuje już Top Guna i jego obłudy, jego traktowania mnie jak trzecią w haremie… NIE POTRZEBUJĘ JUŻ NICZEGO OD TOP GUNA!

A apropo Top Guna… Powiedziałam Spadochroniarzowi o nim… Za namową pewnej Dobrej Duszy, jednak było to dla mnie bardzo ciężkie… Powiedziałam o tym, że go kochałam, a on mnie tylko wykorzystywał, zabawił się mną i porzucił…  Przeprowadziliśmy szczerą rozmowę, on powiedział mi o swoim związku, ja jemu o swoich, o znajomościach, o napotkanych dziewczynach i chłopakach… Zrobiło się tak miło… Na koniec powiedział, żebym nie płakała, bo on nie da mi powodu do płaczu i to ostatnie, czego by chciał, żebym przez niego musiała płakać… Nie chce mnie ranić, okłamywać, oszukiwać, nie chce mnie sprawdzać, kontrować, ufa mi  w pełni… A gdyby w pracy ktoś do niego przyszedł i opowiadał mu jakieś głupoty to poradzi sobie z nim, ale mu nie uwierzy, nie będzie słuchał plotek na mój temat… Nie pozwoli, żeby jakiś świr zniszczył to co mamy teraz. Zrobiło mi się lżej na sercu… Poczułam ulgę, taką prawdziwą, że jestem naprawdę bezpieczna w tej relacji, że on mnie ochroni… mogę być szczera, mogę być sobą, mogę wszystko powiedzieć co mnie trapi…  ja też nie pozwolę zniszczyć Top Gunowi mojego szczęścia… Tak długo na to czekałam w cierpieniu i ciemnościach…

Czuję się tak dobrze, jak czułam się na początku przy Top Gunie, to jest niesamowite, nawet niebo jest bardziej błękitne, a trawa bardziej zielona… Chyba się zakochałam… On też. Mówił mi, że nigdy do nikogo nie czuł czegoś takiego… Miał dziewczynę jedną,ale to nie było to, nie był w niej naprawdę zakochany…  A teraz sam siebie nie poznaje, bo coś go naprawdę zakuło w sercu… I mówi, że mnie nie wypuści z rąk…

No i nie patrzy na kobiety żołnierzy jako na potencjalne partnerki… Co jest plusem według mnie, bo go do nich nie ciągnie…:)

Problemem są tylko jego wyjazdy na poligony czy ćwiczenia, no bo będę sama wtedy… I będę się martwić i będzie mi się tęsknić za nim… no ale cóż, taki już los dziewczyny żołnierza… sama tego chciałam…

spotkanie-zolnierz-z-jego-dziewczyna-400-193485

 

 

Koniec… i z relacji w relację…

Wczoraj stało się coś, na co chyba nie do końca byłam gotowa, mimo wszystko. Zerwałam z Muzykiem, ta relacja nie miała racji bytu, skazywałabym sie tylko na ciągły lęk i cierpirnie. Choć na poczatku było mi przy nim dobrze i miałam nawer jakieś tam ciche marzenia, on nie potrafił ich spełnić, nie mógł dać niczego od siebie… jest chory i sam potrzebuje pomocy, a ja nie mam na to siły. Jednak, jakoś tak… dziwnie mi dziś, przez te ostatnie miesiace, kiedy było mi tak źle… był, traz znowu zostałam całkiem sama. No, czasem myślę, że moze nie do końca, ale jednak…

Nie wytzymał mojego milczenia, stwierdził, że stawiam między nami mur. Może po części to prawda, bo nie chciałam go ranić, dlatego wolałam milczeć. Bałam sie po prostu o jego życie, bo jest zdolny do autoagresji. Za dużo by mnie to kosztowało, za dużo … Ustaliliśmy, że czsem porozmawiamy, ale niczego nie będziemy oczekiwać. Kiedyś, kiedy go poznałam, miałam taką cichą nadzieję, że teraz będę mogła spełnić swoje pragnienia bycia radosną, że będziemy się śmiać, biegać, wygłupiać, wspierać, rozmawiać na poważne tematy, obserwować przyrodę, jednak pomimo i moich, i jego chęci, nic takiego sie nie zadziało, choć mówiłam mu o tym, on nie też. Nie stać go jednak było na przyjechanie do mnie, na spotkanie raz na jakiś czas, a do domu nie mogłam go zaprosić. Nie w tak szybkim czasei po Panu ze skrzydłami. I tak zastanawiam sie, czy to kwestie finansowe ( bo był spłukany jak nikt i teoretycznie ledwo wiążę koniec z końcem, choć może isć do pracy, jakiejkolwiek, to tego nie zrobi), czy też po prostu kewstie emocjonalne, bo nie było go na to stać, nie miał tyle siły, odwagi…  Tak, czy siak, nic z tego sie nie spełniło, nie mogłam siebie realizowac w tej relacji, wiec po co mi dalej ciągnąć, coś, co zalega… Bez szans na miłe chwile, bez perspektyw spędzenia wolnego czasu, poznania się bardziej… Tylko obawy o jego życie, los i zdrowie, albo doły, które były dla mnie wykańczające. NIe chciałam tego robić w taki sposób, przez smsa, nie w tym dniu, chciałam sie jakoś do tego przygotować, ale nie udało się, on pierwszy pociągnął za linkę. NO i cóż, dziś mam jakiś nieswój dzień, ale przejdzie mi, mam nadzieję.

Przeskakując do kolejnego tematu, muszę stwierdzić, że zaczynam sie bać moich mechanizmów. Kolejny już raz wplątuję się z jednej relacji bezpośrednio w drugą… nie wiem, czego ja szukam… miłości, której nigdy nie miałam? Bardzo możliwe, ale teraz to w zasadzie ja sama nie szukałam, bo sam do mnie przyszedł. Relacja z Top Gunem jakoś się powolutku rozwija… dał mi mały prezencik na powitanie na uczelni no i koniec końców, gdy tam już jestem, całe dnie spedzamy razem, bo wariat nie odstępuje mnie ani na krok. Tak więc spędziliśmy cały dzień razem, no i kiedy przyszło jechać do domu, oczywiście nie chciał mnie puścić samej, więc najpierw chciał mnie podrzucić na autobus, ale potem jednak stwierdził, że jeśli jest blisko, to odwiezie mnie do domu… no i głupio mi było odmówić, tak więc Top Gun w pewnym dniu o pewnej godzinie, znalazł się u mnie w domu… domownicy byli trochę zaskoczeni, ale jakoś to przyjęli.

Generalnie to z niego bardzo inteligentny facet, choć mówi, że już nie jest taki młody, ja na wygląd dałabym mu z 20 lat. I mam takie wrażenie, że duzo rozumie, choć zazwyczaj nie rozmawiamy o przykrych sprawach, a śmiejemy się cały czas, zdaje się rozumieć kłopoty i to, ze wyzwalają one siłe walki, no cóż… ciężko jakby tego nie rozumiał, taki ma też zawód. Długo zastanawiałam się, czy powiedzieć mu o swojej relacji z Panem ze skrzydłami, gdy o to pytał… w końcu przełamałam się i powiedziałam.. nastała cisza, po czym rzekł, że nie będzie wypytywał o szczegóły, że mam się nie martwić. Na razie został mi tylko on. I choć nie wiem, czy w ogóle coś z tego będzie, myślę, że jest wartościowym człowiekiem. Przyznać muszę też, że spotkanie z nim było dla mnie trudne. Znów doświadczyłam syndromu odrzucenia, tak silnego, że się popłakałam… niepotrzebnie chyba. Choć jemu też nie do końca łatwo w relacji ze mną, gdyż uważa mnie za bardzo madrą osobę, a to może blokować. Na razie, cieszę sie, że go poznałam i, że po prostu mogę mieć takiego kolegę, do którego jak coś mówię, to rozumie i mogę na nim polegać, przynajmniej na uczelni, możemy sie pośmiać i porozmawiać na wiele tematów, a co będzie dalej…

secret-3120483_960_720

Niełatwe spotkania

Jak dobrze, że mam tutaj swój kawałek, w takich chwilach jest nieoceniony. Wczoraj widziałam Pana ze skrzydłami. Nie ma to jak spotykać swego byłego co dwa tygodnie na uczelni… Dziś jakoś popsuł mi się nastrój z tego powodu, znowu odżyły te wspomnienia, te chwile, rozmowy i choć Top Gun pisze i stara się mnie rozśmieszyć jak może, to jakoś nieswojojo się czuje. Chyba za mocno z nim byłam… Niekiedy budzę się w nocy i mam takie wrażenie, że przez minutę nie wiem, czy on był czy jest… Czy jeszcze z nim jestem, czy już nie. Muszę sobie powtarzać, że przecież już go nie ma w moim życiu. Zmanipulował mnie? Może… i wtedy kiedy sobie powtarzam, że już go nie ma, przychodzi jakiś smutek… i pytanie „dlaczego tak musiało być?” Czemu nie mógł okazać się normalny? Jak go widzę, to czasem chciałabym móc do niego podejsć i się po prostu przytulić, ale zaraz myślę… ” Nie, przecież tak mnie krzywdził i nawet tego nie widział…” . Poniżał, krytykował za wszystko, był złośliwy… Nie wiem, czasem czuje, że go nienawidzę, a czasem… mam do tego jakiś dziwny sentyment. Znowu ten syndrom odrzucenia i znowu lgnięcie do osoby która choć dała trochę od siebie.

Dziś mnie to wszystko jakoś boli, tak bardziej. Dlaczego tak musiało być? Bo musiało… nie potrafiłabym tego znieść. Tylko dlaczego? Dlaczego musiał się okazać takim człowiekiem? I dlaczego ja akurat musiałam na niego trafić? Nie umiem tego zrozumieć… Nie-wyjaśnienie jest najgorsze… boli jeszcze bardziej.

Chomiczkowa wyszła za mąż. Wiem dlatego, bo były balony na płocie… Nie odzywa się do mnie. Z resztą.. I tak jestem na nią zła, tyle chwil razem i nawet nie powiedziała, nawet się nie odezwie. Jest szczęśliwa, więc mnie nie potrzebuje… Jak większość. Muszę skończyć kontakt z Muzykiem. Im szybciej tym lepiej…  Jeszcze matka mnie dobiła, zachowuje się jakbym była dzieckiem, nie mającym pojęcia o życiu. Może w jej pojęciu nie mam nic do powiedzenia…

Tak dziś jakoś cały dzień łzy mi stoją w gardle. I tak się zastanawiam, jak skończy bohaterka tej opowieści, którą dla Was piszę od prawie 3 lat… Mam tylko nadzieję, żecoś nade mną będzie czuwało… Jakoś…