Szukając zrozumienia…

Dziś będzie krótko i na temat. Nie mam jakoś weny pisać długiej notki. W piątek byłam na uczelni. Stoję przed drzwiami, patrzę, w moją stronę idzie Pan D. Ucieszyłam się, bo pomyślałam, że może zaproponuje byśmy gdzieś razem wyszli później i poszli porozmawiać, jakoś tak, cieszyłam się, że go widzę. Jednak nie, przyszedł, przywitał się, weszliśmy razem na salę. Potem ja wyszłam pierwsza, on został, szepnęłam mu tylko „pa”. Poszłam, siadłam na krzesłach i coś sprawdzałam w internecie, a po pewnym czasie patrzę, idzie D. Rozmawia przez telefon i wychodzi po schodach. Zawołałam go więc, a on nic. Drugi raz, też nic. Przeszedł koło mnie, usiadł na zewnętrznych schodach i rozmawia przez komórkę. Wyszłam więc z budynku i starałam się jakoś zwrócić jego uwagę, ale nic nie zadziałało, w końcu stanęłam tak, aby mnie widział, ale i to nie odrywał wzroku wpatrzonego gdzieś w dal. Pomachałam mu, wreszcie zauważył i mi odmachał, powiedział, że jest teraz cały czas zajęty i tyle. Więc odwróciłam się i poszłam. Tak skończyła się nasza znajomość. Żadne z nas już nic nie napisało. Zawsze to aj musiałam zaczynać rozmowę, teraz już nie będę. Nie zależy mu, udaje, że mnie nie zna, więc niech tak pozostanie.

Ostatnio też pisałam sobie przez jakiś czas z pewnym mężczyzną z pewnego forum, bardzo chciał mnie poznać, chciał zobaczyć, czy do siebie pasujemy, wysłał mi zdjęcia i w pewnym momencie odmówiłam mu związku. Facet jest wkręcony w kolejne dziwne relacje z przyjaciółką, a ja nie zniosę kolejnych kobiet wokół jakiegoś kolesia, po prostu nie, to za bardzo boli. Znowu ażebym mogła być skrzywdzona i odrzucona na rzecz innej kobiety? Nie, podziękuję…

Znowu poszło o kobietę tak w zasadzie. Wypisywał do mnie wiadomości opisujące ją, raz, ze jest dla niego niedobra, bo on ją kocha a ona jego nie, drugim razem, że jednak jest dobra bo to jego serdeczna przyjaciółka i był z nią w Chorwacji bo ona pojechała tam dla jakiegoś faceta a on za nią. Ona teraz kocha tego Chorwata a on cierpi… Znowu inna kobieta, znowu która go nie kocha i on cierpi… Jakbym widziała lustrzane odbicie mojej historii…tyle, że jego nie kocham. Więc mu powiedziałam, albo kończysz z nią i się możemy poznać, albo nie. A on na to, że że jej nie zostawi. Dlatego powiedziałam mu wyraźnie nie. A on nadal mówił, żebyśmy się poznali…

Potem wyszło, że ma osobowość schizotypową, na dodatek wierzy w reinkarnację, pisać też niestety nie potrafi, robi byki, i nie za bardzo rozumie kontekst wypowiedzi wiadomości, które do niego pisałam. No więc szczerze… na co mi taki koleś? Znowu przyjaciółki i udręka, że mnie z nią zdradzi, albo nie rozumie co do niego mówię… Dlatego się odcięłam.

Powiedziałam sobie, że nie będę ani piątym kołem u wozu, niechcianym i odrzucanym, ani rzeczą, od której się ludzie muszą oganiać, jak od natrętnej muchy. Jeśli ktoś nie chce to nie, on też ma się starać. Nie będę nikogo usprawiedliwiać, bo potem cierpię tylko..

Czuję, że moje myśli znów uciekają w stronę depresji… wiem, że one są chorobowe, ale jednak są. Kto czytał moją historię relacji z Top Gunem wie, przez co przeszłam i, że teraz zaczynam od nowa wszystko… Dziś właśnie znów miałam przed oczami jego kłamstwa, jego odrzucenie względem mnie i aż łza mi spłynęła po policzku…to jeszcze czasem wraca i za bardzo boli…

Wydaje mi się, że nigdy nie będę szczęśliwa, że ludzie mnie nie chcą, odrzucają na każdym kroku, że jeżeli już spotkam kogoś innego, to on i tak mnie odrzuci. Czuję się tak, jakbym była dziewczyną gorszej kategorii. A przecież radzę sobie w życiu, studiuję 2 kierunki, mam wiele pasji, jestem inteligentna, wiele osób mówi, że ładna, mam zasoby, jak mówi mi terapeutka, a mimo to moje poczucie własnej wartości leci w dół. Zastanawiam się, co robię nie tak? Czy ja przyciągam dziwnych, niepoukładanych ludzi, czy po prostu mam szczęście na takich trafiać…

Jedynym dobrym wydarzeniem jest to, że załatwiłam sobie notatki z filologii polskiej! Będę mogła się w domu na spokojnie uczyć i spełniać swoją pasję do pisania i literatury. Na studia przy tylu kierunkach już nie wystarczy mi czasu ale na zerknięcie na notatki na pewno, a zawsze chciałam się rozwijać w tym kierunku.

Dzisiejszy dzień znów wydaje mi się jakiś smutny i przygnębiający, czyżby znów wróciła depresja? Czuje się tak, jakby mnie nie było w życiu…

fashion-2309519_960_720

 

 

Reklamy

Wizyta M.,odzyskane życie i pierwszy dobry dzień!

Cierpiałam… ostatnimi czasy bardzo cierpiałam. Do tego stopnia to było cierpienie, że nie mogłam żyć, nie mogłam bytować bez myśli o tym wszystkim, co się stało, powracały flash backi z najgorszych słów, które padły z jego ust… Wtedy czułam się okropnie! Gdzieś na przełomie tego cierpienia z miłości do niego pojawiła się myśl, by odejść od niego, albo przynajmniej powiedzieć mu jak bardzo cierpię i odejść,bo nie będę mogła tego znieść będąc z nim w kontakcie, gdyby w jego życiu znowu pojawiła się ona… któraś z jego kobiet. Nie mogłam już znieść tego cierpienia, tego, ze mi na nim zależy a w zamian mam tylko odtrącenie i odrzucenie.Kiedy nagle dowiedziałam się, że… przyjedzie do mnie M.! Tak, ten sam M. za którym tęskniłam cały okrągły rok, ten sam M. z którym spędziłam jedne z najcudowniejszych wakacji w moim życiu… Pomyślałam „jeszcze on mi teraz tu potrzebny”. Bałam się, nie wiedziałam co mam robić, ale musiałam jakoś to przyjąć… Ojciec wyrzucił go z domu, bo podobno poszedł do jakiejś dziewczyny na noc, kiedy miał z nim coś robić, ojczym przywiózł go tutaj, do rodziny i od tej pory mieszka tutaj. Muszę Wam powiedzieć, że wiedziałam, że nic z tego nie będzie.Nie nastawiałam się nawet na to… on ma teraz swoje życie, ja swoje, ale szczerze pozytywnie mnie zaskoczył swoim zachowaniem. Nie ma szkoły, rzucił ją gdy miał 18 lat, ma tatuaże na rękach ale dorósł, umie się zachować. Choć chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, co się stało… kiedy zapytałam o samopoczucie powiedział, że wszystko jest dobrze, może dlatego, że było mu wstyd? Nie wiem. Nie gadałam z nim zbyt długo, zachowałam się tak samo jak on na wakacjach. Poszłam czytać notatki i zignorowałam go. Nic się między nami nie wydarzyło, zachowujemy się jak przystało, ale to już nie to. To już nie mój M. Cóż, może tak musi być? Nie liczyłam na nic z jego strony i dobrze mi z tym. Nie czekałam chyba już na nic tego dnia. Wiedziałam, ze muszę zostać sama… Przez to całe cierpienie tak mocne i silne chyba pogodziłam się ze stratą Top Guna. Choć myślałam, ze to nigdy nie nastąpi. Ten ból, który mnie przeszywał, był bardzo duży, szczególnie po ostatnich rozmowach, kiedy zostałam odrzucona w słowach, że „on nie wie, co mnie czeka, ale wierzy, że sobie poradzę, bo kto jak nie ja? Taka dziewczyna!”

W międzyczasie narobiłam trochę głupot, pisałam z paroma facetami, których poznałam w sieci, jeden nawet chciał związku, również był z organizacji militarnej, ale potem się wycofał, gdyż przeraziła go moja historia, nie chciał nikogo skrzywdzić znowu, z resztą był o 2 lata młodszy… Było mi trochę przykro, nie powiem, że nie, ale jakoś to przeżyłam. W międzyczasie pozałatwiałąm sobie dużo spraw uczelnianych, bardzo ważnych, wytyczając sobie ścieżkę do jakiejś tam kariery naukowej. Nie zauważyłam jednak tego…

W tym dniu natomiast, kiedy miał przyjechać już M. pogodziłam się ze swoją samotnością, z byciem samą, ze swoją historią, a może moją i Top Guna? Pogodziłam się z tym, że będę sama… Cóż, próbowałam poukładać sobie życie z mężczyzną, kolejny raz, nie wyszło, takie rzeczy się zdarzają, ten największy ból i rozpacz minęły. Flash backi jeszcze zostały i to one powodowały, ze mój nastrój był obniżony… ale pogodziłam się, że z tego nic nie będzie. Potem pojawiły się myśli, że przecież ustawiłam sobie sprawy z nauką, sprawy z praktyką, że przecież nie wszystko jest tak złe, mimo wszystko, mam spokój odnośnie studiów, mam spokojną głowę o to, co ze mną tam będzie… i zaczęłam to powoli doceniać.

Nazajutrz natomiast miałam ostatnie egzaminy, gdy je zdałam byłam bardzo zadowolna z siebie. Zaczęłam dostrzegać coś pozytywnego w tym wszystkim, zaczęłam dostrzegać inne sfery życia niż tylko faceci wokół. Byłam z siebie bardzo dumna! Mimo wszystko, mimo tego całego bólu i rozpaczy jaką miałam w sobie dałam radę zdać ostatnie egzaminy i zakończyć pozytywnie bardzo jeden kierunek studiów! A dodatkowo, to co się stało, bardzo mnie zadowoliło.  Poznałam pewnego Pana. Jeszcze nie wiem, jak go nazwę. Mianowicie, podszedł do mnie jeden chłopak, sam z siebie, ze starszej grupy na uczelni… Podszedł i powiedział mi, że wie, gdzie mieszkam, bo kiedyś mu mówiłam. Byłam bardzo zaskoczona, bo nie przypominam sobie, abym mu kiedykolwiek coś takiego mówiła, gdyż nigdy wcześniej z nim nie rozmawiałam… Zaczęliśmy rozmawiać o życiu, o byłych, o nauce. On się teraz broni więc opowiadał mi o przebiegu jego studiów na uczelni. Zapytał się gdzie mój kolega? ( Top Gun, bo przecież zawsze pewnie widział nas razem, jeżeli mnie obserwował wcześniej, a pewnie tak było), ale odpowiedziałam, że nie wiem. Nawet miło się z nim rozmawiało. Napisaliśmy egzamin, a później odprowadził mnie sam z siebie na przystanek… w ostatnim momencie wcisnęłam mu swój telefon, bo widziałam, że bardzo chciałby się ze mną jeszcze spotkać, ale nie wiedział, jak się ma o to zapytać. Więc zadziałałam pierwsza. Ma pisać, jak coś. Może napiszę, więc czekam. Przez ten cały czas czułam, że nie zasługuję na zainteresowanie, potem na miłość, na relację z nikim, moja wartość bardzo upadła… Tak wiem, powinnam ją oprzeć na sobie, nie na mężczyznach i to jest mój cel na terapię. Póki co tego jeszcze nie umiem, chyba…

A Top Gun… dałam mu czas, wiem, że dla niego czas płynie inaczej niż dla mnie… Nie wiem, czy kiedykolwiek to wszystko się wyjaśni, ale czuję się już lepiej. Dziś Top Gun miał wypadek, jechał 200 na godzinę  i wjechał w oko cyklonu, prawie go odwróciło… Cieszę się z moich własnych sukcesów i patrzę na swoje życie, nie czuję się już tak mocno w nim związana. Wczoraj dostałam też prezent z mojej pracy, za wkład jaki włożyłam w pomoc ludziom. Ucieszyło mnie to. Wczoraj był piękny dzień, dobry… pierwszy od 30 kwietnia dobry dzień… Nie przerażają mnie już tak zwykłe, codzienne czynności, nie mam już tak dużo flash backów, choć się zdarzają i wtedy momentami mi ciężko… Ale jest stabilnie i spokojnie. Cieszę się tym. No i czekam na wiadomość…

blushing-4213963_960_720

 

Katastrofa!

Wczoraj, a właściwie dziś w nocy babcia miała zawał… Tak, przeze mnie. I przez niego… Zobaczyła przypadkiem jak z nim wczoraj rozmawiałam, z reszta, ta rozmowa jakoś się nie kleiła… i była bardzo zła, chyba na tyle, że serce nie wytrzymało. Popłakałam się, czuję się tak bardzo winna, tak cholernie winna, a na niego jestem zła tak bardzo, że jakbym mogła to bym go rozszarpała. Ogaarnia mnie rozpacz, czysta, bardzo wyraźna rozpacz… Dlaczego on rozwala naszą rodzinę? Jedyną osobę, która mi pomaga… najbliższą osobę jaką mam. Zrobiłam wczoraj wielki błąd rozmawiając z nim, chwila słabości… Czuję, że muszę się od niego odizolować i to jak najszybciej, jeżeli będzie miał coś zrozumieć to i tak zrozumie… czy ja tam będę czy mnie nie będzie… Muszę to przerwać… dla dobra swojego i swoich najbliższych, tylko jeszcze nie wiem jak…

Moje życie w jakimś stopniu się skończyło razem z nim… Wszystko legło w gruzach…

Nie wiem, co mam myśleć, nie wiem, co mam czuć. Czy ta historia powinna się skończyć już? Pewnie tak, nie wiem czy będę potrafiła… Przyjechał do mnie we wtorek, 30.04. Poszliśmy na spacer do lasu, tam zaczął mnie miziać, dobierać się do mnie, powiedział, że chciałby się ze mną kochać. Złożył mi pocałunek na ustach, tak słodkiego pocałunku jeszcze nigdy w życiu nie dostałam… Potem ja go pocałowałam. Żałuję, ale nie wiedziałam, że to wszystko jest tak pokićkane. Było mi miło z nim, choć do niczego konkretnrgo nie doszło, w sumie to o  mały włos… A potem, potem kiedy poszliśmy do parku zaczął opowiadać. O swojej utrzymance, z która mieszka 5 lat, o swojej kochance, którą bardzo kocha, z którą planował przyszłość. Dał mi przeczytać swoje wuznania do niej, swoje wiadomości, to było upokarzające. Dostałam cios. Opowiadał o tym, jak się kochali. Kolejny cios. Pogadaliśmy chwilę w aucie, o tym, że gdyby nie ona, to myśli, że jakoś byśmy się dogadali… Ja powiedziałam mu, ze nie wiem już kim dla niego jestem. W końcu zaczeło mnie trząść i zwymiotowałam przy jego samochodzie z tego stresu. A potem, kiedy pojechaliśmy do restauracji dalej mnie tulił i trzymał za rękę. Na koniec spacer, w tym samym miejscu, co ostatnio też za rękę. Na koniec rozmowa, gdzie postanowilismy, że zostaniemy przyjaciółmi, bo chciałam, by choć między nami była jasność. Ale teraz ja już nie wiem, czy tego chcę… Mam totalny mętlik w głowie.Powiedział, ze potrzebuje czasu, ja chyba też.

Są chwile, kiedy nie chciałam pozwolić mu odejść, ale kiedy napisałam mu w kolejnym dniu prawdę, o ty, że był dla mnie kims wiecej niz tylko kolegą, napisał, ze nie zauważał dygnałów, albo takich nie dawałam. Gdyby tak było, , to czułby się zobowiązany opowiedzieć mi o swoim życiu, a dopóki myślał, że jesteśmy tylko kolegami to nie chciał mnie w to wplątywać. Myślał, że jest tylko kolegą. To wszystko przekreśla, bo wychodzi na to, że on mnie nie kochał, nigdy… Coś tam pisał, że w grudniu pomyślał, że może to czego chce jest blisko, ale potem spotkał się z kochanką i wszystko w nim odżyło. Teraz podobno, kiedy zaczął się do mnie miziać, w lesie to ta myśl zaczęła kiełkować jak przebiśnieg przez zgliszcza na wiosnę… ale na drugi dzień napisał o tych sygnałach, co wszystko przekreśliło… bo ja się na prawdę otworzyłam i napisałam o tym, że chciałam, może nie otwarcie, i nie, że się w nim zakochałam, ale napisałam, ze miałam wtedy taką małą myśl jak on, a resztę zostawiłam czasowi… ale teraz to już nie ważne.

Wiem, że muszę pozwolić mu odejść, ale nie potrafię chyba, nie teraz… Nie wiem, co ja sobie wyobrażałam, przeciez on mnie nie kocha i nie kochał. Jak napisał, jego serce było gdzieś indziej. A czemu mnie dotykał, miział, głaskał, odwoził, pisał całe dnie? Chyba nie znajdę na to pyranie dobrej odpowiedzi…Napisałm, ze mimo wszystko dobrze było zrobić mi miło, ale ja wiem, że na tym niczego sie nie zbduje. On chciał som i rodzinę tylko z tamtą, swoją kochanką. On ją kocha i nie zmienię tego… Nawet nie wiem, czy chcę to zmieniać. Tylko dlaczego mi wcześniej o tym nie powiedział, na początku relacji? Najlepszym chyba jest się wycofać, tylko czuję się jak nikt, jakbym nie miała kompletnie dokąd pójść. Przeraża mnie rozstanie z nim definityne, przeraża mnie samotnosć, to, ze znowu jestem w punkcie wyjścia… mimo, że uwierzyłam, że marzenia o rodzinie mogą się spełnić. Powiedział, ze gdyy nie kochanka to pewnie teraz mówiłby tak o mnie, ze mógłby mi to wszystko dać, że życie jest popieprzone, że gdyby nie ona nigdy nie poznałby mnie, bo to ona go wysłała na studia… że mógłby mi dać rodzinę, dzieci, że myśli, że byśmy się dogadali, gdyby nie ona…

Wiem, że nie mam czego w nim szukać, wszystko upadło. Dziś mma dzień żalu, chyba do Boga, że to wszystko nie potoczyło się inaczej, że nie mógł być wolny, że nie możemy razem być. Tak, przyznaję, zakochałam się w nim, a on chyba nigdy mnie na prawdę nie kochał. To smutne, czuję zalegający smutek.

Od wczoraj jestem na lekach, zaczynam brać przeciwdepresyjne. Przede mną 3 egzaminy cieżkie, nie wiem jak dam radę, jak sobie poradzę. Boje się, boję się samotności.Nie wiem, czy mam do niego pisać, czy nie… Wczoraj nie czułam takiej potrzeby, ale wiem, ze muszę zająć się sobą, ale ale czy potrafię o tym wszystkim i o nim nie myśleć? Po pół roku myślenia? A on codziennie myślał o kochance… to też mi pokazał w wiadomości…To smutne, czuje się oszukana.

Jutro mam sie z nim widzieć, nie wiem co mam robić, ja się zachowywać.Powiedział mi jeszcze, że mogę zawsze na niego liczyć, że jestem fantastyczną osobą. Mówienie komplementów przeplata sie z odrzuceniem. Nie wiem, co mam o tym myśleć. A może jutro po prostu dokończyć mówić mu prawdę? I dlatego nie możemy się już kontaktować. Jutro się okaże, czy w ogóle przyjdzie do mnie. Czuje się taka samotna… Moze gdzies tam w świecie czeka na mnie mężczyzna, który będzie w stanie mnie kochać i czuć to tylko do mnie? Tak, zębym poczuła smak prawdziwej miłości? Tak, zęby wszystkie marzenia się ziściły, ale wiem, że ciężko takiego znaleźć, wejsć w taką relację, choć moze z Top Gunem było tylko tak ciężko. Mozę są osoby, które inaczej rozmawiają, inaczej załaywiają sprawy, bardziej otwarcie?

Cały czas mam w głowie to, co o niej mówił, w jakich superlatywach, o wyglądzie, że wyglądają praktycznie  tak samo… To boli, tak bardzo boli. Ja się emocjonalnie zangażowłam, a on? Chyba nie. Dlatego to nie ma przyszłości. Choć moze za chwilę zmieni zdanie, jest chwiejny. Boli mnie to wszystko, smuci i przeraża. Przykro mi, bo władowałam w to całe swoje emocje, całe zaangażowanie, myśli…

Byłam u swojego dawnego terapeuty, tam też mi powiedzieli, żey to zostawić. Mam coraz większy mętlik w głowie. Nie wiem, jak się jutro zachować. Czy mam w ogóle odpusywać, jak będzie pisał, czy nie? Jak się przy nim zachować?

Gdy ja podejmuję decyzję o zerwaniu to jakoś mi łatwiej, przemyśle to i jest dobrze, a;e gdy ktoś mnie odtrąca to nie radzę sobie… ze stratą, nie radzę. Choć i tak mi lżej,, gdy powiedział, żę nie zauważał sygnałów, bo zdaje sobie sprawę, że nie mogę liczyć na nic, chyba. To smutne, ale przynajmniej wiem, na czym stoję. Wiem, ze z drugiej strony moim marzeniem jest, by wrócił. ale muszę się od tego odciąć, tak po prostu. Chyba tak będzie lepiej. W emocjach mam co innego niż w racjonalnym myśleniu. Mam siebie za to nie winić, jak powiedział mi terapeuta. Tylko nie wiem, czym się kierować. Dzięki tej relacji już wiem przynajmniej, ze chcę i potrzebuję opiekuńczego faceta…

To, że będę się teraz denerwować  i tak niczego nie zmieni. Gdybym nie wiem ile razy wymiotowała i się trzęsła, a mam tak co rano… Nie wiem, jak mam dalej żyć…

 

 

Wyjaśnianie. Trwanie w maraźmie… Beznadziejna sytuacja.

Przeżyłam te kilka dni, z bólem, z tętnem powyżej normy, prawie bez jedzenia, bo jeść nie mogłam wcale… Miałam tego nie robić, miałam juz tu nie pisać, ale postanowiłam pisać, lecz nie tak jak do tej pory, a od czasu do czasu, wtedy gdy zdarzy się coś na prawdę wartego zaisania i upamiętnienia tu. Tak tez chyba się stało. Jestem po niedzielnej rozmowie z Top Gunem… niby wyjaśniliśmy sobie co nie co. Ja powiedziałam o tym, jak się poczułam, on mnie przepraszał, za to, ze mnie zawiódł. Powiedziałam mu też, że dla mnie ważna jest szczerość i tego samego oczekuję w relacji, jakiejkolwiek. Powiedział, ze to nie było specjalnie, że to chwila słabości z jeg strony, nie chciał mnie skrzywdzić…

Po czym nastąpiło coś niespodziewanego, bo napisał mi szczerze, że w rozmowach ze mną nie chciał, zebym myślała, że mnie podrywa, bo nie dał by mi tego, na co zasługuję i starał mi się jak umiał pomóc, bo takie jednostki jak ja są przyszłością tej ojczyzny. Chwilowo trochę podkochiwał się we mnie, ale to co działo się dookoła, stłumiło te emocje… Generalnie wariactwo totalne… Byłam wtedy jeszcze zła na niego i nie powiedziałam tego, co chciałabym mu powiedzieć w takiej sytuacji. Powiedziałam, że nie wiem co mógłby mi dać, jeśli chce dobrze, to ju dużo…

Te jego słowa jakoś brzmią mi w uszach do dziś… a ja myślałam, że on na serio się w jakiś sposób zauroczył… Przynajmniej tak się zachowywał.

Nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Po tej rozmowie wróciliśmy do normalnych stosunków, przegadaliśmy całą te sytuację z jego byłą. Jeszcze w rozmowie powiedział mi, ze nie ma czego ratować. Potem zaś, powiedział, że to bardzo skomplikowane, by mógł to zostawić definitywnie za soba, tak to rozumiem… Powiedział, że zaczął palić, też żyje w ciągłym napięciu i rozchwianiu emocjonalnym, śpi po kilka godzin dziennie, widzę, ze cała ta sprawa bardzo go przejmuje i jest mi przykro, że jakaś dziewczyna rujnuje mu życie, a on na to pozwala. Napisałam mu, że nie może dać się komuś zniszczyć. Odpowiedział, ze będzie sie starał… Na dodatek jeszcze ja w tym wszystkim… nie wiem już kim tu jestem… Teraz cały czas do mnie pisze. Nie wiem czemu. Jesli już sprawa ze mną jest zakończona, to czemu do mnie cały czas piszę? To wszystko mnie bardzo boli, miało być tak fajnie… miałam mieć choć kogoć, z kim mogłabym porozmawiać, a teraz już nie wiem nawet kim dla siebie jesteśmy… mimo to, rozmawiamy po całych dniach.

Czuję, że moje życie się zawaliło. Tak doszczętnie, że nie mam już do czego wracać… Szkoła stała się tylo obowiaązkiem na razie, nie pasją… relacje… których nie ma, lub jak już są, to tak pokręcone, że tylko sprawiają ból… Czuję się nie wartościowa, zagubiona, jakbym na nic już nie miała wpływu, jakby życie toczyło się poza mną, obok mnie… a ja tylko biernie w tym trwam. Wczoraj po przemyśleniu tego wszystkiego, doszłam do wniosku, że wrócę na terapię, tę, którą rzuciłam dwa lata temu. Nie wiem, moze to jest jakieś wyjście.Może ktoś mi wytłumaczy, ze muszę zająć się wreszcie sobą, a nie chcieć ratować cały świat o sobie zapominając? Chcę się jakoś rayować, nie wiem czy dobrze robię… czy to przyniesie jakiekowiek skutki, ale może choć spróbuję…

 

Zabezpieczony: Rozpacz…

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło: