Taka niespodzianka na koniec…

Ostatniego dnia wyjazdu byłam już zirytowana zachowaniem M. Psuł wyjazd nie tylko mnie, ale też innym, demonstrując, jak to mu się tutaj nie podoba i, że nie ma tutaj nic do roboty. Z jednej strony miałam ochotę mu więc przyłożyć i to solidnie, a z drugiej chyba pocałować… Targały mną jakieś dziwne odczucia i w duchu modliłam się o to, by ten wyjazd się zakończył. Jednak jedynym „pocieszeniem”, jakie miałam była piosenka „Take me home, country road.” , którą w ewentualności mogłam zaśpiewać kowbojowi… Ale biedak i tak nie mógłby niczego uczynić, chyba, że użyczyłby mi swojego dzielnego konia, żebym mogła uciec w nocy.

nielad
Nie ma to, jak tak wyglądać z rana… 😉

Tak, ostatni dzień wyjazdu jednak zapisał się w mojej pamięci zgoła inaczej, niż to sobie wyobrażałam. Rankiem, kiedy wstałam, odczułam ulgę, ze już wracam. Co prawda, wracałam do domu, w którym panuje ciągle nieziemski chaos, ale nie będę musiała oglądać M. i jego szczeniackich popisów. Postanowiłam, że umyję włosy, w końcu byłam wczoraj w terenie na koniu, jako obstawa mojej nie-jeżdżącej, a bardzo chcącej się przejechać grupy. A wiadomo, przy słońcu, w kasku, skóra na głowie się poci, więc nie wrócę do domu z lekko spoconymi włosami. Do łazienki też bieda było się dostać, bo tak, jak pisałam wcześniej. M. zajmował ją przez spory okres czasu, do postawienia swej grzywki używając sześciu lakierów, dwóch szczotek, pianek, żelów, gum do włosów… Kompletnie nie wiem po co i dlaczego… ale odbiło mu z szlifowaniem wyglądu. Nie znałam go z tej strony. Pierwsze słowa, jakie powiedział po przyjściu do pokoju, gdzie mieszkaliśmy- O! Jest lustro! Zobaczę przystojniaczka! ( w sensie, że zobaczy sam siebie). W sumie to jego ciągłe czesanie i ciągłe poprawianie zaczęło mnie już denerwować. Szczytem było, że chciał iść do fryzjera… Ale chyba nie trudno się domyślić, że na wsi, gdzie są tylko trzy małe sklepy nie ma fryzjera? Eh… Więc kiedy już umyłam włosy poszłam do pokoju chłopaków na śniadanie, bo tam akurat był większy stół. Oczywiście wszyscy się przywitali przynajmniej słowem „siema”, jeden udaje, że mnie nie zna, leżąc tyłkiem do góry, w samych spodenkach. I tu uwaga! Przez cały wyjazd nikt nie zwrócił mu uwagi poza mną… Co dla mnie było fenomenem! Jem śniadanie, z mokrą głową, coś do kogoś mówię i nagle, przez balkon wychodzący na mały parking widzę, że przyjechało nasze drugie auto. Zdziwiło mnie to i myślę sobie „Ja pieprzę, przecież pan Blond miał przyjechać po południu, może to jednak nie nasze auto, tylko podobne, jak to? Ja w koszuli, z rozwalonymi włosami na 7 stron świata, koszula pogięta…Super po prostu! Kończę szybko kanapkę i lecę do łazienki się ubierać.” Akurat napiszę szczerzę, że to był jedyny moment, kiedy wyglądałam „swobodnie”. Przez cały czas się robiłam na bóstwo, po pierwsze, ze na wakacjach, a po drugie, może trochę dla M., ale on i tak miał wszystko w dupie. To znaczy, wiem, że nadal mu się podobam fizycznie bo to da się wyczuć, on w sumie mi też, ale cóż mi z tego, przy całej reszcie? Że przez chwile będzie fajnie, bo poleci na mój tyłek, to jakby nie ma dla mnie żadnej wartości…

No więc zjadam kanapkę nawet jej nie gryząc, zbieram się szybko, wypadam z pokoju drogą jak najkrótszą do łazienki i… i zatrzymuje się jak wryta, słysząc słowo „Cześć” i widząc ten miły uśmiech na twarzy… Przede mną stoi pan Blond.

-Hej, hej… ja… wiesz, pójdę się przebrać. -odpowiadam i wparowuję do łazienki…

Dobrze, że choć makijaż jako taki już miałam…

Potem już przebrana, wychodzę. Blond siedzi w pokoju z chłopakami,  tym z M., który co prawda wstał, ale z nim nie gada, bo ich znajomość skończyła się pod sklepem, kiedy Blond zaczął rozmawiać ze mną. Ja nie wiem, czasami myślę, że M. wydaje się, że jestem jego, choć udaje, że mnie nie zna??? Irracjonalizm…  ale bardzo prawdopodobny, a dlaczego, napiszę kiedyś. Pytam się pana Blond- A ty nie miałeś przyjechać po południu po nas? A on- tak, ale plany mi się zmieniły. Podchodzę do pana Blond, ojczym pokazuje mu nagrania z występu chłopaków, więc wiecie, przerzucają się, skaczą przez oknie itp. Narażają swoje życie, zdrowie, itd. – to puszczone jest na tablecie. Jednak mój ojczym kochany wpada na pomysł pokazania panu Blond mojego własnego konia i puszcza na telefonie filmik, kręcony dwa lata temu, kiedy to chodzę koło mojego konia ubrana w starą kurtkę, z rozmierzwionymi włosami, i wiecie, ogólnie stajnia style… brudna, umorusana. Myślę sobie- „A, nie będzie tego oglądał, bo w tablecie symultanicznie leci kaskaderka, może skupi się na kowbojach.” Ja patrzę, a ten ciul (jakby to powiedział M.) ta kaskaderka i wpatrzony w ten durny filmik, na którym wyglądam jak zombie!  I ogląda z zaciekawieniem, komentując od czasu do czasu „jaki on piękny” (w sensie koń.) Nie wiedziałam, gdzie się mam spojrzeć, w efekcie czego zaczęłam przerażonym wzrokiem wpatrywać się w M.  Ha ha ha… M. trochę zdziwiony, patrzy na mnie, ale oczywiście bez słowa…

-Czekajcie! Ja mam w telefonie zdjęcia, to Ci go na dużym pokażę! Wyciągam telefon… puściłam mu filmik, jak mój koń biega tak pięknie, jak to robią araby, a ten patrzy i patrzy i mam wrażenie, że zaraz wejdzie do tego telefonu. Małe to, więc nachylam się, żeby widział, w końcu widzę, że za bardzo się nachyliłam, on w sumie też, prawie mego włosy dotykają moich. I w tym momencie słyszę trzaśnięcie drzwiami. Obracam się gwałtownie, właściwie to wszyscy- M. wyszedł! Do łazienki, poprawić grzywkę zapewne…

Szybkie spojrzenie na pana Blond… W pokoju zaczyna się robić zawierucha.- Oki, to później mi pokażesz, bo oni chcą już iść… – mówi. Ja nie odpowiadam nic…

Wychodzimy, idziemy do głównego miejsca rozrywek, pan Blond oczywiście obok mnie. W sumie, cieszyłam się bardzo, że go widzę! Przynajmniej miałam się do kogo odezwać, kogoś interesowało to, co mówię. Moi kowboje tego dnia już pojechali, niestety…  M. podczas tej drogi powysyłał chyba sms-y do wszystkich kumpli, żeby któryś mu odpisał, bo przez cały wyjazd nie używał telefonu, jak tylko przyjechał pan Blond, telefon poszedł w ruch. Jakoś ku*wa wie, do czego służy! Co już chciało doprowadzić mnie do furii! Więc my sobie rozmawiamy, a on z kimś pisze… Opowiadam panu Blond, jak fajnie było na dyskotece, na której oczywiście nie miałam z kim tańczyć ha ha! W końcu porwał mnie jakiś koleś, mocno wcięty… Jak śpiewaliśmy „take me home” O pokazach… A ten słucha z ogromnym zaciekawieniem. Poszliśmy na piękny kadryl na koniach, widziałam, że mu się podobało 🙂 W ogóle, w rozmowie z nim miałam wrażenie, że ten chłopak był zafascynowany mną w jakiś sposób… Może dlatego, że jak się dowiedziałam, jego dziewczyna jest ogromną paniusią, niczego samodzielnie nie zrobi, bez przerwy stawia jakieś wymogi, których on nie jest w stanie spełnić z racji wieku i sytuacji, no i bez przerwy go o wszystko oskarża… Kiedy znosiliśmy bagaże, zapytał się, czy mi nie wziąć torby, a no ja jak to ja- nauczona raczej sobie radzić z noszeniem cięższych rzeczy, bo na stajni żyć muszę, więc podziękowałam, łap te dwie torby, torebkę, reklamówkę i idę… A pan Blond stoi jak wryty i się na mnie patrzy… Ha ha 🙂 W końcu przyszedł czas wracać. Dojeżdżamy już w rejony domu, no i trzeba się jakoś poodwozić. Ojczym więc zaproponował, żeby pan Blond, który był drugim kierowcą jechał do miejsca zamieszkania  Małej i M. a on podrzuci mnie do domu i dojedzie w tamto miejsce. Ekipa w drugim aucie się zgodziła, więc nie było szans, żeby się pożegnać z panem Blond, co lekko mnie zasmuciło, bo akurat jemu uścisk dłoni się należał za ten dzień. No ale cóż, nic nie zrobię… Trudno. Nagle dzwoni telefon, odbieramy, a tam ekipa z drugiego wozu- Wiesz, jednak pojedziemy za wami, bo Blond chciał zobaczyć jej konia…  I moja mina- szok!

W rezultacie u mnie na rancho zjawiliśmy się całą ekipą, łącznie z M. i Blond. M. czuł się baaardzo zażenowany przy mojej rodzinie, nie wiedział, gdzie się ma schować. Wszakże trzy dni temu twierdził, że nie wie, gdzie mieszkam, co mnie bardzo zdenerwowało! No i dobrze! To zobaczył i sobie przypomniał. Kurde, demencja wieku młodego…  Blond za to, jak wyskoczył zza kierownicy to był oczarowany wręcz moim koniem! I chyba z piętnaście razy mówił, jaki on to jest piękny! M. za to ani nie pogłaskał mojego niuńka, odszedł ze swoim wujkiem na bok od grupy i nie powiedział ani słowa do nikogo. Panu Blond jednak mogłam złożyć uścisk dłoni w podziękowaniu za miły dzień. M. na koniec, kiedy odjeżdżali pomachał… i na tym na razie kończy się jego historia w moim życiu.

W głębi duszy cieszyłam się, że jestem już w domu…