Taka niespodzianka na koniec…

Ostatniego dnia wyjazdu byłam już zirytowana zachowaniem M. Psuł wyjazd nie tylko mnie, ale też innym, demonstrując, jak to mu się tutaj nie podoba i, że nie ma tutaj nic do roboty. Z jednej strony miałam ochotę mu więc przyłożyć i to solidnie, a z drugiej chyba pocałować… Targały mną jakieś dziwne odczucia i w duchu modliłam się o to, by ten wyjazd się zakończył. Jednak jedynym „pocieszeniem”, jakie miałam była piosenka „Take me home, country road.” , którą w ewentualności mogłam zaśpiewać kowbojowi… Ale biedak i tak nie mógłby niczego uczynić, chyba, że użyczyłby mi swojego dzielnego konia, żebym mogła uciec w nocy.

nielad
Nie ma to, jak tak wyglądać z rana… 😉

Tak, ostatni dzień wyjazdu jednak zapisał się w mojej pamięci zgoła inaczej, niż to sobie wyobrażałam. Rankiem, kiedy wstałam, odczułam ulgę, ze już wracam. Co prawda, wracałam do domu, w którym panuje ciągle nieziemski chaos, ale nie będę musiała oglądać M. i jego szczeniackich popisów. Postanowiłam, że umyję włosy, w końcu byłam wczoraj w terenie na koniu, jako obstawa mojej nie-jeżdżącej, a bardzo chcącej się przejechać grupy. A wiadomo, przy słońcu, w kasku, skóra na głowie się poci, więc nie wrócę do domu z lekko spoconymi włosami. Do łazienki też bieda było się dostać, bo tak, jak pisałam wcześniej. M. zajmował ją przez spory okres czasu, do postawienia swej grzywki używając sześciu lakierów, dwóch szczotek, pianek, żelów, gum do włosów… Kompletnie nie wiem po co i dlaczego… ale odbiło mu z szlifowaniem wyglądu. Nie znałam go z tej strony. Pierwsze słowa, jakie powiedział po przyjściu do pokoju, gdzie mieszkaliśmy- O! Jest lustro! Zobaczę przystojniaczka! ( w sensie, że zobaczy sam siebie). W sumie to jego ciągłe czesanie i ciągłe poprawianie zaczęło mnie już denerwować. Szczytem było, że chciał iść do fryzjera… Ale chyba nie trudno się domyślić, że na wsi, gdzie są tylko trzy małe sklepy nie ma fryzjera? Eh… Więc kiedy już umyłam włosy poszłam do pokoju chłopaków na śniadanie, bo tam akurat był większy stół. Oczywiście wszyscy się przywitali przynajmniej słowem „siema”, jeden udaje, że mnie nie zna, leżąc tyłkiem do góry, w samych spodenkach. I tu uwaga! Przez cały wyjazd nikt nie zwrócił mu uwagi poza mną… Co dla mnie było fenomenem! Jem śniadanie, z mokrą głową, coś do kogoś mówię i nagle, przez balkon wychodzący na mały parking widzę, że przyjechało nasze drugie auto. Zdziwiło mnie to i myślę sobie „Ja pieprzę, przecież pan Blond miał przyjechać po południu, może to jednak nie nasze auto, tylko podobne, jak to? Ja w koszuli, z rozwalonymi włosami na 7 stron świata, koszula pogięta…Super po prostu! Kończę szybko kanapkę i lecę do łazienki się ubierać.” Akurat napiszę szczerzę, że to był jedyny moment, kiedy wyglądałam „swobodnie”. Przez cały czas się robiłam na bóstwo, po pierwsze, ze na wakacjach, a po drugie, może trochę dla M., ale on i tak miał wszystko w dupie. To znaczy, wiem, że nadal mu się podobam fizycznie bo to da się wyczuć, on w sumie mi też, ale cóż mi z tego, przy całej reszcie? Że przez chwile będzie fajnie, bo poleci na mój tyłek, to jakby nie ma dla mnie żadnej wartości…

No więc zjadam kanapkę nawet jej nie gryząc, zbieram się szybko, wypadam z pokoju drogą jak najkrótszą do łazienki i… i zatrzymuje się jak wryta, słysząc słowo „Cześć” i widząc ten miły uśmiech na twarzy… Przede mną stoi pan Blond.

-Hej, hej… ja… wiesz, pójdę się przebrać. -odpowiadam i wparowuję do łazienki…

Dobrze, że choć makijaż jako taki już miałam…

Potem już przebrana, wychodzę. Blond siedzi w pokoju z chłopakami,  tym z M., który co prawda wstał, ale z nim nie gada, bo ich znajomość skończyła się pod sklepem, kiedy Blond zaczął rozmawiać ze mną. Ja nie wiem, czasami myślę, że M. wydaje się, że jestem jego, choć udaje, że mnie nie zna??? Irracjonalizm…  ale bardzo prawdopodobny, a dlaczego, napiszę kiedyś. Pytam się pana Blond- A ty nie miałeś przyjechać po południu po nas? A on- tak, ale plany mi się zmieniły. Podchodzę do pana Blond, ojczym pokazuje mu nagrania z występu chłopaków, więc wiecie, przerzucają się, skaczą przez oknie itp. Narażają swoje życie, zdrowie, itd. – to puszczone jest na tablecie. Jednak mój ojczym kochany wpada na pomysł pokazania panu Blond mojego własnego konia i puszcza na telefonie filmik, kręcony dwa lata temu, kiedy to chodzę koło mojego konia ubrana w starą kurtkę, z rozmierzwionymi włosami, i wiecie, ogólnie stajnia style… brudna, umorusana. Myślę sobie- „A, nie będzie tego oglądał, bo w tablecie symultanicznie leci kaskaderka, może skupi się na kowbojach.” Ja patrzę, a ten ciul (jakby to powiedział M.) ta kaskaderka i wpatrzony w ten durny filmik, na którym wyglądam jak zombie!  I ogląda z zaciekawieniem, komentując od czasu do czasu „jaki on piękny” (w sensie koń.) Nie wiedziałam, gdzie się mam spojrzeć, w efekcie czego zaczęłam przerażonym wzrokiem wpatrywać się w M.  Ha ha ha… M. trochę zdziwiony, patrzy na mnie, ale oczywiście bez słowa…

-Czekajcie! Ja mam w telefonie zdjęcia, to Ci go na dużym pokażę! Wyciągam telefon… puściłam mu filmik, jak mój koń biega tak pięknie, jak to robią araby, a ten patrzy i patrzy i mam wrażenie, że zaraz wejdzie do tego telefonu. Małe to, więc nachylam się, żeby widział, w końcu widzę, że za bardzo się nachyliłam, on w sumie też, prawie mego włosy dotykają moich. I w tym momencie słyszę trzaśnięcie drzwiami. Obracam się gwałtownie, właściwie to wszyscy- M. wyszedł! Do łazienki, poprawić grzywkę zapewne…

Szybkie spojrzenie na pana Blond… W pokoju zaczyna się robić zawierucha.- Oki, to później mi pokażesz, bo oni chcą już iść… – mówi. Ja nie odpowiadam nic…

Wychodzimy, idziemy do głównego miejsca rozrywek, pan Blond oczywiście obok mnie. W sumie, cieszyłam się bardzo, że go widzę! Przynajmniej miałam się do kogo odezwać, kogoś interesowało to, co mówię. Moi kowboje tego dnia już pojechali, niestety…  M. podczas tej drogi powysyłał chyba sms-y do wszystkich kumpli, żeby któryś mu odpisał, bo przez cały wyjazd nie używał telefonu, jak tylko przyjechał pan Blond, telefon poszedł w ruch. Jakoś ku*wa wie, do czego służy! Co już chciało doprowadzić mnie do furii! Więc my sobie rozmawiamy, a on z kimś pisze… Opowiadam panu Blond, jak fajnie było na dyskotece, na której oczywiście nie miałam z kim tańczyć ha ha! W końcu porwał mnie jakiś koleś, mocno wcięty… Jak śpiewaliśmy „take me home” O pokazach… A ten słucha z ogromnym zaciekawieniem. Poszliśmy na piękny kadryl na koniach, widziałam, że mu się podobało 🙂 W ogóle, w rozmowie z nim miałam wrażenie, że ten chłopak był zafascynowany mną w jakiś sposób… Może dlatego, że jak się dowiedziałam, jego dziewczyna jest ogromną paniusią, niczego samodzielnie nie zrobi, bez przerwy stawia jakieś wymogi, których on nie jest w stanie spełnić z racji wieku i sytuacji, no i bez przerwy go o wszystko oskarża… Kiedy znosiliśmy bagaże, zapytał się, czy mi nie wziąć torby, a no ja jak to ja- nauczona raczej sobie radzić z noszeniem cięższych rzeczy, bo na stajni żyć muszę, więc podziękowałam, łap te dwie torby, torebkę, reklamówkę i idę… A pan Blond stoi jak wryty i się na mnie patrzy… Ha ha 🙂 W końcu przyszedł czas wracać. Dojeżdżamy już w rejony domu, no i trzeba się jakoś poodwozić. Ojczym więc zaproponował, żeby pan Blond, który był drugim kierowcą jechał do miejsca zamieszkania  Małej i M. a on podrzuci mnie do domu i dojedzie w tamto miejsce. Ekipa w drugim aucie się zgodziła, więc nie było szans, żeby się pożegnać z panem Blond, co lekko mnie zasmuciło, bo akurat jemu uścisk dłoni się należał za ten dzień. No ale cóż, nic nie zrobię… Trudno. Nagle dzwoni telefon, odbieramy, a tam ekipa z drugiego wozu- Wiesz, jednak pojedziemy za wami, bo Blond chciał zobaczyć jej konia…  I moja mina- szok!

W rezultacie u mnie na rancho zjawiliśmy się całą ekipą, łącznie z M. i Blond. M. czuł się baaardzo zażenowany przy mojej rodzinie, nie wiedział, gdzie się ma schować. Wszakże trzy dni temu twierdził, że nie wie, gdzie mieszkam, co mnie bardzo zdenerwowało! No i dobrze! To zobaczył i sobie przypomniał. Kurde, demencja wieku młodego…  Blond za to, jak wyskoczył zza kierownicy to był oczarowany wręcz moim koniem! I chyba z piętnaście razy mówił, jaki on to jest piękny! M. za to ani nie pogłaskał mojego niuńka, odszedł ze swoim wujkiem na bok od grupy i nie powiedział ani słowa do nikogo. Panu Blond jednak mogłam złożyć uścisk dłoni w podziękowaniu za miły dzień. M. na koniec, kiedy odjeżdżali pomachał… i na tym na razie kończy się jego historia w moim życiu.

W głębi duszy cieszyłam się, że jestem już w domu…

 

Reklamy

Ktoś kiedyś mi powiedział, że coś się kończy, coś się zaczyna… Niezwykła przygoda czy zmiana na dłużej?

Żyję! To chyba najlepsze słowo, jakim mogłam określić swój stan podczas wyjazdu i po nim. Wcale nie z przyczyny całkowitego zagubienia… Dziwne, prawda? Wróciłam już parę dni temu, jednak jakoś odruchowo odkładałam pisanie na blogu. Mechanizm oporu, no cóż, w końcu pragnę napisać tu o paru baaardzo ważnych dla mnie rzeczach. Ten wpis jest dla mnie trudny, dlatego proszę o wyrozumiałość z Waszej strony, ale czytając komentarze i patrząc na Wasze sylwetki wierzę, że jej nie zabraknie. Na wstępie napiszę tylko, że ten wyjazd przynajmniej na chwilę obecną całkowicie zmienił moje życie i mnie…

Zapewne jesteście ciekawi jak wyglądał ciąg dalszy relacji z M. Przed wyjazdem dużo było we mnie lęku, obaw, że jeśli nie poskłada się ta relacja znowu zostanę sama, odrzucona, odtrącona, że nic nie będzie miało sensu. Na początku rozwiązywania całej, rocznej zagadki muszę przyznać, że wielu rzeczy się spodziewałam, ale nie spodziewałam się tego, co przeżyłam. Wiedziałam, że może być mu trudno, ciężko, że może nie umieć poskładać naszej relacji, rozmowy, słów i emocji, ale nie sądziłam, że cała sprawa będzie miała taki przebieg. Kiedy tam zmierzałam rano dnia pierwszego, zanim jeszcze go zobaczyłam czułam, że coś się we mnie gotuje. Kumulacja tęsknoty, niepewności, nowości… Przecież nie widziałam go tak dłużej ponad rok. Pierwsze spotkanie, jak to będzie, przytuli, pocałuje…? Kiedy już go zobaczyłam jakoś to wszystko opadło. Przyszedł, przytulił, było dobrze… Wstąpiła we mnie wiara w to, że może to wszystko poskładamy. jechałam tam z nadzieją, jednak po tym pięknym początku M. nie odezwał się do mnie ani słowa. Przez cały pierwszy dzień. Wiedziałam, że być może jest mu trudno, ale z moich obserwacji wynikało też, że świetnie się bawi w towarzystwie swojego wujka. Próbowałam nawiązać jakąś rozmowę wychodząc do niego przed sklep, kiedy reszta towarzystwa zajęta była zakupami, a on z synem koleżanki jego wujka stał na zewnątrz, ale on tylko wzruszył ramionami i „uciekł” do rodzinki… Zostałam sama z tym chłopakiem, nie będę przecież lecieć za gówniarzem. I chcąc nie chcąc nawiązała się dyskusja z panem Blond, któremu też nie wypadało mnie tam zostawić. O nauce, studiach, ludziach, psychologii… Po kilku minutach gadania „od słowa, do słowa” wywiązała się taka świetna rozmowa, że nie mogli nas z niej wyrwać, kiedy chcieli jechać w inne miejsce. Bowiem pan Blond był drugim kierowcą. Chłopak okazał się tak świetny, wesoły i chętny do rozmowy, że żałowałam, iż nas tylko odwozi, a nie zostaje na wakacje… Ale ta część jeszcze znajdzie swój dalszy ciąg.

Wracając do M. przeżyłam całkowity szok. Pan M. nie odezwał się do mnie ani słowem podczas całego wyjazdu! Dwa razy próbowałam nawiązać jeszcze rozmowę, która była durną rozmową…

– Co się z Tobą dzieje?
-Nic.
– Jak to nic? Nie odzywasz się, nie piszesz, nie ma z Tobą kontaktu.
Cisza, po czym -Zajęty swoimi sprawami.
– Aha. Czyli masz to wszystko w dupie!?
-Nie no, nie przesadzaj.
-Wiesz, w mim rozumowaniu, jak się kogoś lubi czy zna to można mieć mnóstwo swoich spraw, ale skontaktować się można, no chyba, że według Ciebie mam złe pojęcie relacji przyjaźni czy…
Po czym wstał i znowu odszedł, co odebrałam trochę jako odpowiedź „Nie truj już”.

Wiecie co, spodziewałabym się wszystkiego, ale tak chamskiego i lekceważącego zachowania od gówniarza, bo tak to trzeba nazwać, nie spodziewałabym się! Za tyle mojego zainteresowania…

Po tych kilku zdaniach rzuconych lekceważącym tonem i po obserwacjach, jak zachowuje się w stosunku do swojego dziadka, który zafundował mu wakacje, zabrał go, przywiózł, rodziny, zrozumiałam, że jemu nie zależy ani na mnie, ani na rodzinie. Dla niego liczy się teraz tylko dobra zabawa. Nie odpisywał, bo ma nas głęboko gdzieś. Nie mogłam placzace-oko.gifzrozumieć natomiast jakim cudem chłopak nad wyraz dojrzały, inteligentny i subtelny mógł się tak diametralnie zmienić…  Druga próba rozmowy też była niewypałem i zakończyła się takim samym zlekceważeniem, bo po moim zwróceniu uwagi na jego zachowanie się obraził… No tak, cała rodzina udaje, że nie widzi problemu, wszyscy go głaskają, a jedna księżniczka się odważyła postawić i powiedzieć prawdę. Jak to możliwe? Wielkiemu zawodnikowi pierwszej Ligi!

Gdybym miała określić jego zachowanie w kilku słowach, bo rozciągać tego nie będę, gdyż już nie mam na to siły napisałabym, że rozpieprzył wyjazd nie tylko mnie, ale całej ekipie. Ekipie, o której pisać już tutaj w szczegółach nie będę, ale dla mnie to była zgraja…. Jeden chciał pierdzieć i podpalać to, dziewczyny chodziły i śpiewały ona lubi pomarańcze, wódka i piwo to na porządku dziennym, choć nie mogę powiedzieć, pijani nie byli. Jednak we mnie osobiście to wywołuje lęk, jak powiedzieli na terapii, uzasadniony. W tym też pił M., któremu ekipa oficjalnie kupowała trunki. Fajnie! Poczułam się oszukana, bo przecież zapewniał mnie, że nie pije. Do tego, kiedy już siedzieliśmy przy tym piwie, (ja przy kawie) skompromitował się zupełnie, kiedy zaczął gadać coś o prezerwatywach. ( Chciał się nastolatek pochwalić, że słyszał o czymś takim…) i zrobił z siebie totalnego mówiąc okropnie ci**la w moich oczach, kiedy chwalił się, ile to on nie może wypić i w ogóle to fajne miejsce tu jest, ale zarąbiście by było, jakby on tu przyjechał z dziewczyną i ze swoją ekipą, z kumplami.

-Co ku**wa? Z kim? Pal sześć z kumplami, wiadomo, że młode to się chcę wyrwać, ale z  dz…??? To po jaką cholerę mówił, że mnie kocha i w ogóle? Ja do tych słów konkretnych podeszłam z dystansem, wiadomo, jak to jest w takim młodym wieku, ale przyznam szczerze byłam w szoku. Jeszcze w maju dawał jakieś jednoznaczne znaki, a teraz…

Ale powiedzcie sami, jakim głąbem trzeba być, żeby siedzieć z osobą, z którą się kiedyś miało „dobry kontakt”, widzieć, że chce porozmawiać, wyjaśnić i gadać takie rzeczy. Ja nie wiem, czy ta laska istnieje, czy tylko tak powiedział, szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie to już teraz… Ale cały wyjazd był pełen takich akcji, nie poznawałam go. To nie był M., którego znałam.  Zrozumiałam, że tamtego chłopaka już nie ma… Wiele robił demonstracji, fochów, był obojętny na wszystkich i wszystko, poza wujkiem i jego koleżanką, którzy robili mu śniadanie do łóżka, co dla mnie było kosmosem. Przecież sam mógł sobie  robić śniadania. Nie chciał się z nami bawić, chodzić, oglądać, nic go nie cieszyło, nie interesowało. To było coś w rodzaju – „Po co w ogóle zabraliście mnie na wiochę?” Wszyscy byli źli, z nikim nie gadał praktycznie oprócz wujka, który jest na jego poziomie intelektualnym, przynajmniej dla mnie… Gadali więc o bąkach, karuzelach, autkach… Wtedy też rozumiałam, że to jeszcze dzieciak, tylko nie wiedziałam znowu, jak to możliwe, żeby przez rok się cofnął w rozwoju? Moja pasja do koni również „oberwała”, właściwie pojechaliśmy tam oglądać najlepszych jeźdźców Polski, ale dla niego to było nic nie warte. Nie warte odrobiny zainteresowania. Chęci, żeby zobaczyć coś innego, nowego też w nim nie było. Potrafił leżeć dupą do góry przez cały dzień, dosłownie, kiedy myśmy chodzili, zwiedzali, jeździli w tereny na koniach. Nie witał się ze mną, nie mówił dobranoc, nie mówił nic w zasadzie…  Foch na wszystko. Fajnie, że nie wie nic, co na tych wakacjach się działo… A działo się dla mnie bardzo dużo!

Przez jego zachowanie w pierwszym momencie byłam w szoku, nie potrafiłam tego zrozumieć, czułam się odrzucona, pozostawiona sama sobie i widziałam, że ma mnie gdzieś, że w ogóle go nie obchodzę. Straciłam ostatnią nadzieję na w miarę bliską osobę, na kumpla, na przyjaciela, którym był kiedyś. Był też we mnie ogrom złości, kiedy widziałam takie zachowanie, ale wiedziałam, że przez swoją złość niczego mu nie wytłumaczę, to jeszcze dziecko. Przestałam tłumaczyć. Pamiętacie wpis o obojętności? To był dobry wpis. Przez pierwsze dni próbowałam zobojętnieć na jego zachowanie. A potem… potem wydarzyło się coś niesamowitego dla mnie…

Przyjechali kowboje! I w tym momencie stało się coś, o czym nigdy w życiu bym nie pomyślała! Właściwie to byli kaskaderzy konni, poprzebierani za kowboi. Jak wiecie mam w sobie dużo zamiłowania do Dzikiego Zachodu i tamtej kultury, koni, wolności i stepów. Czekałam więc na ich występy z niecierpliwością, chciałam choćby obejrzeć te cudne pokazy kaskaderki konnej najlepszych jeźdźców w tej dziedzinie w Polsce, a może nawet i w Europie. Chciałam choć mieć filmik, parę zdjęć… Wyszło trochę inaczej…

Zaprzyjaźniłam się z grupą najlepszych kaskaderów konnych w Polsce!! I poznałam tam człowieka, a właściwie to chłopaka, który zmienił całkowicie mój światopogląd! Myślę sobie, że on nie zdaje sobie z tego sprawy co zrobił, ale jestem mu bardzo wdzięczna! Gdyby nie on miałabym ciężkie wakacje…

Przy chłopakach całkowicie zapomniałam o wybrykach M. Oglądałam pokazy, jeździłam dyliżansem westernowym, dali mi swojego konia kaskaderskiego za 30 tysięcy do jazdy! Właściwie to właśnie ten  jeden mi dał…  a potem złapał się za ogon konia i jechał za mną 355c7568-fbf0-4328-a03e-f59588f2e006na butach. Cały czas śmialiśmy się i bawiliśmy! (W innym tego słowa znaczeniu niż piwo i impreza) Robiłam sobie z nimi zdjęcia, drugi dał mi swojego colta, podjechał na koniu, przytulił do zdjęcia, śmiał się. Potem tańczyli do Bonanzy, wygłupiali się ze mną… Najlepsi jeźdźcy Polski i najlepsi kaskaderzy! Którzy mogliby powiedzieć „odejdź małolato, robimy show i wyjeżdżamy”, bo to naprawdę są gwiazdy w tym środowisku jeździeckim. Oni mają tysiące, grają w filmach, jeżdżą za granicę… Rozmawialiśmy o koniach, o pokazach, samej kaskaderce konnej. Ludzie się gapili, co dziewczyna z kwiatem we włosach robi w grupie kowboi? Zdjęcia mi robili 🙂

I wtedy właśnie, dzięki chłopakom zrozumiałam bardzo ważną kwestię, mianowicie, że ja też mogę być fajna, lubiana, mogę się dobrze bawić, moja pasja też może być czymś, może być moim sposobem na życie, a jeśli ktoś tego nie lubi czy nie chce, to jest jego problem. M. tak samo zlekceważył ich pokazy, styl życia, choć on nie zdaje sobie sprawy ile ci ludzie włożyli w to serca, wysiłku i, że poświecili temu swoje życie.  I choć wiem, ze im na M. nie zależało, tak jak mnie, to jednak… mieli się załamać? No nie… Raczej pójść w swoją stronę. I ja chyba z nimi zrobiłam to samo! Co dla mnie było kosmosem, przecież tak tęskniłam za M. Nagle jakoś potrafiłam się zdystansować i zostawić tę sprawę. Nie chcę nikogo poniżać, dyskwalifikować na początku, ale zobaczyłam, że ja nie muszę zabiegać o względy M., który tak naprawdę jest jeszcze dzieciakiem i szajba mu odbija na razie i tak naprawdę nic jeszcze w życiu nie osiągnął, mogę porozmawiać z człowiekiem, który ma tytuł mistrza w kaskaderce konnej. Mogę się z nim świetnie bawić… I może mnie polubić osoba na prawdę wartościowa, przynajmniej w sporcie. Ale sądzę, że jako ludzie też są wartościowymi osobami, chce im się ze wszystkimi porozmawiać, pokazać, wytłumaczyć, powygłupiać się. Choć mogliby unieść się pychą. M. mnie zlekceważył, a ja zamiast się zamknąć w pokoju i płakać poczułam, że mam grupę ( I to jaką!)  i cel, nie czułam się samotna, a moja pasja też może być sposobem na życie, radość, samorealizację… Na razie w tym nurcie tkwię i o dziwo nadal nie czuję się samotna, choć skończyła się ważna dla mnie relacja… Nie myślę jakoś o M., choć czasami wracają dobre wspomnienia. Nie potrafię zrozumieć, jak do tego doszło, ze tak bardzo się zmienił. Ale, jeśli czegoś nie zrozumiem, to po co się nad tym głowić i rozwalać emocjonalnie? Może kiedyś zrozumie swoje postępowanie, ale to już jakby jego sprawa. Zmieniłam sobie jakby „przynależność”  do pewnej grupy i dobrze mi z tym. Może tych ludzi już nigdy nie spotkam, może nigdy już nie zobaczę, ale i tak myślę, ze było warto spędzić z nimi tych kilka dni i zobaczyć życie z innej perspektywy. Ach, gdyby codziennie można przeżywać takie przygody byłoby wspaniale 🙂 Grupa wariatów, wspaniałych jeźdźców, zapaleńców i życzliwych, mądrych ludzi. W szczególności jakoś tak wyszło, znów przez przypadek, że najbardziej złapałam kontakt z jednym, najmłodszym i najładniejszym jako facet… Muszę przyznać, że specyficzna uroda w typie południowym, ale dziewczyny się kleiły, ale on jak nie chciał to się nie bawił. Super był po prostu! To właśnie z nim się najlepiej bawiłam i jeździłam na jego koniu, a on się cały czas do mnie śmiał i uśmiechał. Czy to na pokazie batów, czy na pokazach kaskaderskich 🙂 A w rozmowie momentami był taki lekko speszony, jak się na niego spojrzałam… Ha ha czułam się w jego towarzystwie tak dobrze i radośnie, jak mało kiedy! Przemiły i sympatyczny. I w wieku może 20 kilka lat… Bez smartfonów, fejsbooków, ciągłego kontaktu ze znajomymi… Chłopak, który potrafi w dzisiejszych czasach żyć swoim życiem, swoją pasją, swoimi celami… Właśnie w nim zobaczyłam, że są jeszcze tacy pozytywni wariaci, którzy potrafią żyć swoim życiem i nie patrzeć na modę, trendy, nie podpisywać się pod większość. Normalnego chłopaka w takim wieku zobaczysz dziś na ulicy z telefonem w ręce, jego widziałam na ulicy, na koniu, z coltem w ręce… To samo pokolenie… I powiem Wam, że dużo złapałam właśnie takiej siły do życia, realizowania siebie, tego swojego zakręcenia w tym, co kocham. Dzięki niemu znowu czuję, że mi się chcę! Że mam na coś wpływ i, że chce mi się być z ludźmi. Co jest fenomenem, bo przecież po kolejnym „odrzuceniu” powinnam się wyizolować. Jest właśnie totalnie na odwrót. Zostawiłam tą relację, czasem mi jej szkoda, ale wiem, że nie mam już do kogo tam wracać, bo mojego M. tam nie ma. Jestem wolna i sama, ale mam tysiąc pomysłów, planów, chce mi się wyjść do ludzi, chce mi się wstać, żeby dalej realizować swoją pasję. Próbuje przenieść tę pozytywną energię na moje życie, po części chyba mi się to udaje… 🙂

Tutaj filmik z pokazów. Oglądajcie do końca, na końcu lepsza część mojej ekipy. W zasadzie cała ta ekipa moja, bo chłopaki ale pod koniec moja moja ekipa, przyjezdna 😉 Może wyłapiecie, o którego kowboja mi chodzi 🙂 Obstawiajcie 🙂

Dziękuję Wam kochani za przeczytanie mojego przydługaśca 🙂 Postaram się w najbliższym czasie pogalopować po Waszych blogach i zostawić ślad 🙂