Mój wielki przełom… 19 kwietnia.

Taki oto wpis, zamieściłam na swoim facebookowym profilu, wszak mój i mogę pisać co chcę. Chciałam i tutaj Wam pokazać, bo jest dla mnie niezwykle ważny… Wtedy właśnie zdecydowałam się być ze sobą w pełni szczera i pisać o tym, co tak naprawdę czuję…

„Naszło mnie dziś na wieczorne pisanie… Staram się od jakiegoś czasu poskładać ten dzień do kupy. Nie jest mi łatwo… Dzisiejszy dzień przyniósł mi kalejdoskop najróżniejszych emocji. Rano wstałam, byłam pełna motywacji i energii, wybrałam się pojeździć autem, aby powoli się wprawiać do jazdy samochodem. Poszło mi nawet nieźle, tylko raz mi zgasł, a ogólnie, jak na początki, za kółkiem, radzę sobie okej,potem byłam z siebie dumna, że coś mi się udało. Powoli wprowadzam moje motto zamieszczone niżej w życie. Jeśli coś Ci się nie udało, to znaczy, że coś Ci się nie udało, a nie, że zawalił się świat… Mam prawo do pomyłek i porażek, a przecież to tylko jazda autem, a nie obsunięta noga w drodze na Mount Everest… Nikomu raczej za kółkiem krzywdy nie zrobię i to mnie cieszy. Potem powrót. W głowie kłębiło się tyle myśli, że miałam wrażenie, że doświadczam jakiegoś „myślotoku”. Doznałam euforii, puściłam muzykę i zaczęłam wykonywać do niej ruchy przypominające taniec, miałam pomysły na kolejne notki tutaj i wiersze… Później jednak ogarnął mnie tak paraliżujący lęk, strach i tak ogromne napięcie, że nie byłam w stanie niczego zrobić…

Biorę oddech. Myślę o tym, by jakoś się uspokoić, doprowadzić do ładu… Nie potrafię. Wydycham powietrze, na parę razy, tak pulsacyjnie. Płuca nie współgrają z mięśniami… Jestem jakby w wielkim uścisku czegoś z zewnątrz, Każdy ruch jest jakiś sztywny… A w środku mnie roznosi, w swoim wnętrzu słyszę tylko jak coś popycha mnie do działania, jednak nie mogę, nie… Lęk jest silniejszy… W końcu wychodzę na spacer… Tak dopiero się uspakajam… Odpuszczam sobie ten dzień, działanie w tym dniu. Takie dni nie są dobre do działania, nie potrafię się w takie dni zmobilizować do niczego, jestem jakby dętka, wyzuta z mobilizacji, wyzuta z emocji, nie przeżywam ich już jakby, są jakby daleko ode mnie, są jakby zamrożone.

Wróciłam ze spaceru, odbyłam pewną długą rozmowę, już mi lepiej, w między czasie wpadam na pewien pomysł… I dochodzę do sedna mojego dzisiejszego lęku….

Boję się… Oceny, oceny tych wszystkich, którzy to czytają, tak, boje się facebooka, a raczej ludzi, którzy tu są i ich opinii na mój temat… Jeżeli dobrze pójdzie, za jakiś czas powinna ukazać się moja pierwsza książka, z poezją, tomik wierszy… I ludzie, którzy będą mnie czytać mogą trafić na mój profil, przeczytać moje wpisy, o tych gorszych dniach, o moich słabościach… Przecież zawsze miałam być silna, tak mnie nauczono… Aby nie okazywać słabości. Ktoś mógłby powiedzieć, „to po co to piszesz dziewczyno”? Piszę to po to, by zmierzyć się z własnymi lękami, lękiem przed oceną, lękiem przez to, że ktoś to zobaczy, że odsłonie swoje wnętrze, że odsłonię się jako człowiek. Może po części jako pisarka, która wydała swoją książkę, a po części jako człowiek. Chciałabym, aby to zostało dobrze przyjęte, w końcu wszyscy jesteśmy ludźmi…Wszyscy przeżywamy swoje wielkie, małe tragedie, wszyscy mamy problemy… Ja zdecydowałam, że chcę o nich pisać, by pozbyć się wiecznego wstydu, by stopniowo przestać się bać opinii innych… By wreszcie zmierzyć się z własnym lękiem, który przez lata mnie paraliżował do tego stopnia, że nie podejmowałam żadnych działań… To będzie trudna droga, a może bardziej proces. I pewnie przy jego trwaniu będą się działy różne rzeczy, ale… chcę spróbować. I jeśli będziecie mnie w tym wspierać, będzie mi bardzo miło! Tak, czy inaczej, chciałabym aby to się udało. To mój pierwszy tak odważny krok w życiu…aby pokazać swoje wnętrze szerszej grupie ludzi… zostawiając za sobą cały wstyd i zakrywanie twarzy… Nie będzie łatwo, wiem to, ale może to pozwoli mi się uwolnić od niektórych emocji i spojrzeć na siebie łagodniej. Chciałabym być w końcu dla siebie dobra i nie winić się w kółko, bo przecież, to co się stało w moim życiu, to nie moja wina…Zostałam wplątana, nie moją decyzją w ciąg jakichś nieprzychylnych mi zdarzeń… Pragnę teraz zacząć intensywnie odkrywać siebie… Sytuacja uczuciowa ustabilizowana, teraz czas dla mnie… Chciałabym się odważyć…”

I w tej odwadze życzcie mi szczęścia…

9852666066a7dfc2c7758c7d5b5e70a9

Przykrości i twórczość…

Czas się zatrzymał… Tak przynajmniej mi się wydaję, nie pisałam tu długi czas… Robię coś innego. Wreszcie wzięłam się za pisanie esejów i wierszy, pokazywanie ich ludziom, to przyjemne, choć jak na razie przyciąga do mnie samych dziwaków… Nie wiem co mam takiego w sobie… Na dodatek niedawno pokłóciłam się z mamą, zwyzywała mnie bo do niej nie pisałam, nie słucham się jej i spotykam z chłopakiem, kiedy mam z nikim się nie spotykać, to było jeszcze wcześniej, teraz Soldier pojechał pilnować granic, więc siedzę sama w domu. Ona się ze mną pokłóciła… o niego…było mi bardzo przykro. Nie mogę tego zrozumieć. Kiedy wreszcie jestem szczęśliwa, kiedy matka powinna się cieszyć ze szczęścia swojego dziecka, ona się ze mną kłoci… Powiedziała mi, że mam się z nim rozstać i go nie przyjmować… Popłakałam się.

Za dwa dni porozmawiałyśmy już spokojniej… Wyjaśniłyśmy sobie dużo rzeczy, ale jeszcze nie wszystko, okazało się, że moja matka kompletnie nie ma pojęcia co mi zrobiła tym, że piła alkohol, że mnie nie wychowywała, że nie była przy nie kiedy dorastałam. Powiedziała mi, ze dziwi się nie, bo przecież ja nie miałam żadnych obowiązków. Zrobiło mi się też przykro… Myślałam, że to rozumie, ale jak widać nie… Podczas tej rozmowy wytłumaczyłam jej, ze relacja z Soldierem jest dla mnie ważna i nie zostawię go, bo ona sobie tego życzy… I pokazałam wiadomości, jakie do mnie pisze chłopak. O tym, że mnie kocha, o tym, że zawsze mogę na niego liczyć, o tym, że mnie nie zostawi, że dopiero przy mnie czuje, co to prawdziwe szczęście i jak to jest naprawdę się zakochać… Dopiero po tych wiadomościach odpuściła temat i nie dręczy mnie już wiadomościami o treści, że mam go zostawić i zakazać mu się zbliżać do mnie… Nie wiem dlaczego tak mówiła, nawet go nie poznała, bo kiedy chcieliśmy do niej jechać, zabroniła nam przyjeżdżać do niej , bo miała nieposprzątane…

5832_l2

Teraz jest już dobrze, jednak biorąc pod względy całość sytuacji, przykro mi, że tak się zachowała. Rodzina chłopaka wstawiła się za nim i powiedziała mi, że ma przeze mnie ich chłopak nie cierpieć. A moi rodzice? Jakby ich nie było. Poczułam się jakbym była sierotą, nawet nie chcieli go poznać… Wiem, ze Żołnierz nie jest taki, że zwraca na to uwagę, w końcu jak powiedział, ze mną będzie żył, nie z moją matką i ojczymem, ale mnie jest przykro i wstyd przed jego rodziną…  Chciałabym, aby było rodzinnie, ale to moje marzenia z dzieciństwa, które się już nie spełnią. Muszę zbudować swoją rodzinę, rodzinną i rozumiejącą swoje potrzeby…

Kwarantanna nie byłaby dla mnie w ogóle straszna, gdyż jestem typem introwertyczki, lubię mieć czas dla siebie i zająć się swoimi pasjami… O tyle, o ile przy tym mogłabym się spotykać z Żołnierzem… bo tylko on mi do szczęścia teraz potrzebny… Ale boję się, sama nie wiem… Pilnuje granic, jest w wielkiej grupie kolegów, może się zarazić… Boję się o niego, o siebie…

Z dobrych wiadomości zaś to, że kwarantanna mi… służy! Stworzyłam nowe miejsce w sieci, zaczęłam pisać poezję, obecnie szukam kogoś kto utworzyłby muzykę do moich słów… Ktoś coś?

A Wam jak mijają wiosenne dni?