Pojechane Młode Wilki

wilki-wynuzajace-sie-z-ciemnosci-samica-i-samiec-wilk-wilczyca

Czerwiec 2012 roku,

Wtedy właśnie widziałam go po raz ostatni. Rano w radio grali jakiś singiel Wilków. Pamiętam ten dzień dość dobrze, choć już z lekka zamazują mi się twarze, słowa i gesty. Patrzyłam jak odchodzi bez pożegnania. Nie mogłam się z nim pożegnać, choć chciałam. Zazwyczaj się nie żegnam, jest to nadzieja na kolejne spotkanie. Tego dnia chciałam, jednak nie miałam możliwości wypowiedzieć ani słowa. W głębi wiedziałam, że nie mogę zrobić niczego więcej. Powłóczyłam za nim wzrokiem. Wyszedł szybko i energicznie. Tamtego wieczoru był już pięćset kilometrów stąd… Odszedł fizycznie, choć nie mentalnie. W notatniku, który wtedy prowadziłam, napisałam „Czuję, że zostałam sama, a to przecież chyba nie tak. (…) Muszę przecież jakoś dalej żyć. (…) Dla mnie coś skończyło się bezpowrotnie, a to wszystko nie tak, może ja za bardzo wierzę swoim myślom?” Czasami miałam wrażenie, jak gdybym zaraz miała obudzić się z jakiegoś koszmaru, złego snu i zobaczyć inną rzeczywistość.  Odszedł. Razem z nim odeszła cząstka mnie. Została tylko pustka i wiele pytań, na które nigdy potem nie dostałam odpowiedzi. Zakończył się pewien etap mojego życia.

***

(Właśnie niedawno otworzyłam stary, zakurzony notes…)

Do tej pory poznaliście autorkę blogu jako młodą dziewczynę, mającą wewnętrzne rozterki, zapisującą swoje przemyślenia na kartach tego blogu. Do głowy jednak przyszedł pomysł opisania tego wszystkiego, co widziałam, słyszałam, przeżyłam czy też co było w mojej psychice zanim zaczęłam pisać blog. Ta wersja może różnić się od tego, co zostało tutaj napisane od tej pory, jednak jest równie prawdziwa. Kim jest więc prawdziwa autorka? W tym projekcje znajdą się też pisane przeze mnie opowiadania, miniaturki i wiersze. 

Zapraszam Was więc w tym miejscu do wejścia w świat, z którego chyba nikt nie wraca do końca normalny… 

10 sierpień, 2016 rok

Reklamy

Nasz rock’n’roll’owy świat…

Życie bywa zabawne i zdumiewające. I choć nie popadam od stanu otępienia do stanu euforii, to jednak pewne czynniki powodują, że coś zaczyna mnie cieszyć. A dokładniej może nie coś, a ktoś. A już zupełnie dokładniej mówiąc sam fakt, iż moje założenia, sposób patrzenia na świat zaczyna mieć swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. I choć przez wielu ludzi uważany za irracjonalny i nieprzystosowany do tego świata sposób odbioru rzeczywistości, to jednak coś się zaczyna sprawdzać…

Owszem, jestem dziwakiem, autsajderką życiową i w sposobie myślenia i w stylu życia. Bo azylbandkto dzisiaj żyje na kształt muzycznych lat 80? Choć w części, żyje ktoś? Może ktoś żyje, ale raczej wszystko i wszyscy poszli do przodu. Dużo się zmieniło, nawet w sposobie życia zbuntowanych jednostek. W tamtych czasach zbuntowane jednostki ćpały, pisały teksty piosenek, chodziły po ulicy w płaszczach, nosiły długie włosy lub irokezy, spotykały się w piwnicach, piły alkohol, gadały o wartościach, o życiu, o tym, że są nieszczęśliwe, że nie czują się akceptowane… Taki oddział Zamknięty, Azyl P. i mnóstwo innych na przykład.

Żyje tak ktoś jeszcze?

A ja właśnie żyję… I choć nie ćpam, jak na chwilę obecną, momentami potrafię być bardzo psychodeliczną osobą, co z resztą powiedziała mi moja przyjaciółka. Hm… Przyjaciółka, z którą nie mam kontaktu od połowy maja. Jakieś sms-y przelotem, tyle. A mimo wszystko wiem, że pozostaje moją przyjaciółką. Nie może być inaczej, po tym wszystkim, co przeszłyśmy razem. Ona też jest z tych, co tak żyją, więc nasza przyjaźń i relacja również są inne, dziwaczne, niezrozumiane. Potrafimy miesiącami ze sobą nie rozmawiać, a potem nagle spotkać się w małej kawiarni i mówić o wszystkim tym, co nas boli, gnębi i przytłacza… Płakać na małej, miejskiej ławce i godzinami gadać o tym, że chcemy szaleć…   I powiem Wam, dobrze mi z tym! Nie chcę tutaj stwarzać obrazu jakiegoś wielkiego, nieosiągalnego psychodelika, ale tak właśnie trochę jest.  Żyję inaczej niż ludzie w dobie komputerów, telefonów, elektroniki… I choć ludzie mówili mi wiele razy, że to absurd, ja tak nie myślę… Potrafię też być do bólu pragmatyczna, potrafię zaskakiwać, a chcę… być sobą!

Wracając do tego, z czego się cieszę, muszę chyba napisać, że życie jest zabawne i przynosi wiele niespodzianek, gdyż myślałam, że nigdy więcej mnie to nie spotka. Zakładając tego bloga, jeszcze w grudniu czułam cholerną pustkę wewnątrz. Tworząc to miejsce , chciałam w nim zawrzeć wszystko to, co przeżyłam. A dlaczego to miejsce nosi tytuł „Bluesowe Opowieści”? Bo to miała być moja opowieść. Opowieść o dziewczynie rzuconej w rockowy i bluesowy świat. Świat, który straciła. Środowisko, które bezpowrotnie odeszło,…. za którym tęskni. Chciałam Wam to wszystko opowiedzieć, wyrzucić to gdzieś z siebie. Wtedy wiedziałam, że to, co tak naprawdę straciłam, czyli mojego przyjaciela, który miał być na zawsze, a razem z nim muzykę, cały nasz świat, który kochaliśmy oboje, już nie wróci. Wtedy żyłam jak zagubiona jednostka lat 80. Żyłam tą muzyką, tekstami, żyłam wartościami, o których oni  mówili, śpiewali. Ile czasu się spędzało na próbach, jak chłopaki grali, ile koncertów…

Został mi tylko „Wehikuł Czasu” Dżemu…

Po tym wszystkim dalej żyłam w „swoim świecie bluesa” , choć nie raz miałam ochotę stamtąd odejść, zostawić to, iść w inną stronę. Jakoś nie potrafiłam. Tyle, że zostałam sama w tej ideologii, w tej fascynacji takim zbuntowanym, niepoprawnym światem… Zakładając ten blog cały czas myślałam, ze będę tutaj pisać o samotności. Nie tej fizycznej, lecz właśnie tej mentalnej, która mi pozostała. Jednak właśnie, zupełnie niespodziewanie sytuacja się zmieniła i z tego się cieszę. Znalazł się ktoś, kto też tym żyje! Jak się pewnie domyślacie, tak, mam na myśli Nietoperza… I choć znam go dość krótko, to i mentalnie i ideologicznie się rozumiemy. Potrafi wysyłać piosenki, roztrząsać przekazy, próbował kiedyś pisać teksty. Co prawda żyje bardziej ostro niż ja, to jednak zupełnie na kształt takiej samej ideologii zbuntowanej jednostki lat 80. A więc wychodzi na to, że się da i może to nie całkowita bzdura, jak to powiedzieli mi kiedyś inni. Co prawda w jego życiu jest alkohol, o czym piałam już jakiś czas temu i wchodząc w relacje z nim, bałam się, że będzie to trudne dla mnie. Nie wiedziałam, jak mam do tego podejść. Ale teraz czuję, ze nie muszę w ogóle podchodzić, mieć jakiegoś stanowiska, czy tłumaczyć pewnych swoich zachowań względem alkoholu. On sam biedak broni mnie jak może przez złem tego wyboru, bo sam, choć w tym jest, to widzi, że czasami tak być nie powinno.

Nie wiem, może robi to też trochę bardziej ideologicznie? I tutaj trochę go rozumiem, bo w końcu oboje jesteśmy zakręceni w ten świat „innego” życia, muzyką, tekstami piosenek i charakterystycznym stylem życia. Nie wiem, dlaczego tak się stało, że go poznałam. Nie wnikam w to, nie chcę tego definiować. Nie potrzebuję w nim na razie mieć ani faceta, ani już w tym czasie uznać tego za wielką przyjaźń. Po prostu, dobrze mi, że jest. Tu i teraz i w takim wymiarze, jakim jest i mnie rozumie. Bardzo mi go przypomina. I chyba dlatego też cieszę się, że jest. To takie odczucie, jakby dostać część czegoś, co ktoś kiedyś ci odebrał. Zapełnia się część pustki. Pustki, o której miałam tu pisywać. Jakbym dostała działkę…  Cieszę się, że mogę znowu mieć choć część świata, za którym tęskniłam. Roc’n’roll-owego świata… Nie martwię się, co będzie jutro… Na razie…