Szczególny dzień!

Dziś jest dla mnie jakiś mój mały, szczególny dzień… Równo rok temu „poznaliśmy się” z Panem ze skrzydłami, właściwie to, zobaczyłam go po raz pierwszy na ekranie, a właściwie nawet nie jego, tylko jego imię i nazwisko. Nie będę tłumaczyć, po prostu- zobaczyłam. Odpisał mi coś, jakieś zdanie o regule logicznej. O dziwo, odpisał, bo nikomu wcześniej, ani później nie odpisywał. Oglądał moje zdjęcie…

Czuję, że na tym blogu przeoczyłam jakoś początek naszej znajomości. W zasadzie, nic tutaj nie wspominałam o naszych pierwszych spacerach po lesie, o rozmowach, o pierwszej kawie i o pierwszym buziaku, który był niekontrolowany i za który mój ukochany musiał się wstydzić przede mną. Miłe wspomnienia. Bardzo miłe, dla kogoś, kto przywiązuje wagę do posiadania takowej osoby „tylko dla siebie”. Muszę to nadrobić, zaległości na blogu w kwestii Pana ze skrzydłami.

Od ostatniego wpisu minęło trochę czasu, moje wątpliwości, cóż…poradziłam sobie z nimi. Pójście na studia, w ten cały zgiełk studentów i nauki dało mi nadzieję i choć czuję się zmęczona- poczułam się lepiej, zdecydowanie, poczułam, ze są ludzie, dla których są ważne również te tematy, które ważne są dla mnie i którzy to rozumieją. A nie od razu negują, więc poczułam swoją celowość i wzbił się we mnie jakiś zapał do pracy. Uznałam, że swoje potrzeby trzeba realizować. Poczułam się ważna, tak po prostu. Zwróciłam się też bardziej ku mojemu życiu i potrzebom. Czego wcześniej nie robiłam. Poczułam, że wraca do mnie moja wrażliwość, to wszystko- czego doświadczałam będąc młodszym człowiekiem, a czego mi bardzo brakowało w życiu od jakiś paru lat wstecz. Zajmując się jakimiś dziwnymi problemami, nie umiałam się skupić na życiu, a może „życie” wydało mi się po prostu za trudne, aby się na nim skupić, więc wolałam inną drogę? Nie wiem… W każdym razie dziś czuję się w miarę okej i cieszę się an kolejny zjazd na uczelni, choć ma on trwać 4 dni i być bardzo męczący… Pewnie uda mi się też zobaczyć z Panem ze skrzydłami. Bo od dwóch tygodni się nie widzieliśmy i bardzo mi go brakuje. Wczorajszego dnia też byłam na fajnym wydarzeniu kulturalnym, ale o tym już innym razem…

11987691_rozpromieniona-krolowa

Hasło na blogu oraz powrót Łapacza Krokodyli i całej trupy…

Witajcie! Teraz już spokojnie mogę powitać tych, którzy są jakby ze mną od powstania tego blogu i nie przestają mnie czytać. Wyróżnienie? Nie chciałabym nikogo wyróżniać, po prostu, tych parę osób mi wystarczy. Kilka dni temu podjęłam decyzję o założeniu hasła na blog.

Wracam po krótkiej nieobecności…  Przywalili mnie stertą materiałów, projektów, badań psychologicznych, bo przenieśli nas na 3 rok studiów w zakresie materiału jaki mamy zrealizować. Jest tego mnóstwo, grupa nic nie chcę robić, nie chcę sobie pomagać, jest dennie, ogólnie proszę i piszę do nich aby się zainteresowali ale zero reakcji.

Dużo się ostatnio wydarzyło w życiu osobistym, a to Pan ze skrzydłami wymaga uwagi, a to…

Odezwał się po raz drugi Łapacz Krokodyli. Znów, po tygodniu, tak po prostu, bez cześć, bez przywitania. Chodziło o zdjęcia z pokazów, które mam…potem jednak rozmowa zeszła na inny tor. Popisaliśmy trochę…

Potem dołączyli pozostałe chłopaki z jego sportowej trupy.

Ma być w tym roku jakiś przełomowy rok w ich pokazach jazdy konnej, kaskaderki na koniach. Dowiedziałam już jestem „przygarnięta” jako stały bywalec pokazów, na których on jest, no więc dostałam zaproszenie od niego…

Czy pojadę…?

 

Dziwnie się jakoś czułam odpisując na kolejne wiadomości. Choć to tylko „znajomość”, to jednak jakoś niepozorne zdarzenia zeszłego lata, o których nikt otwarcie nie powiedział nigdy, (jak to określił  zgrabnie Morfeusz- „mięta przez rumianek”) gdzieś tam są…i myślę, że on o tym wie, choć nie wiem czy tak akurat to odbiera.

 

O Łapaczu Krokodyli czy też Kowboju ( zapraszam do wpisu z dedykacją dla Lenki z realnie-lb.blog.pl) pisałam kiedyś:

Z Łapaczem Krokodyli to… długa historia… Poznałam go na wakacjach i był jedyną odskocznią od tego, co przeżywałam wtedy z M. Moja rodzinka też nie specjalnie wyrażała chęć przebywania ze mną, a , że nadarzyła się okazja porozmawiać z największymi w Polsce gwiazdami woltyżerki konnej, no to… poszłam sobie do nich. I w sumie… wszystko zaczęło się od rozmowy. Nie sądziłam, że są to tacy otwarci, życzliwi i mili ludzie. Byłam w szoku. I tak od rozmowy do rozmowy, o koniach i innych pierdółkach… w pewnym sensie zaprzyjaźniliśmy się, choć nie wiem, czy mogę to tak nazwać… W pewnym sensie miałam wrażenie, że był to niewielki podryw, bo przyznać trzeba, że piękny z niego facet. Choć nie wiem, czy to pasuje… przystojny jest zabójczo, tyle. 😛 No i świetnie jeździ konno, już nie wspominając o tym, że potrafi np. jechać na koniu głową w dół, trzymając się tylko na rękach, z nogami wyprostowanymi w górze i to w szybkim galopie. Hm… I o dziwo w ogóle się tym nie szczyci. Bardzo fajni ludzie 🙂 Jeśli się zna to środowisko i wie co i jak, jaki stosunek mają ludzie, którzy się wybili,( a w większości są to zatwardziali buce lub wymądrzający się instruktorzy), na prawdę, potrafią zadziwić nie tylko jazdą ale i usposobieniem oraz nastawianiem do ludzi i zwierząt. (…) Po raz pierwszy od długiego czasu poczułam się po prostu fajnie. Gwiazda jeździectwa  może się ze mną bawić, rozmawiać, śmiać, żartować, po prostu… miło spędzać czas. Co tam jeszcze w tej relacji miało być lub było to… nie zostało nigdy powiedziane, więc nie będę tego ugłaśniać 😛  Są sytuację, nie do końca „jasne”, a i tak zainteresowani wiedzą o co chodzi. Ale czy tak było, czy nie? Nie mnie to osądzać, ja mogę tylko za siebie mówić, a być może troszkę go pokokietowałam, choć normalnie tego nie robię w stosunku do facetów. Ale oczywiście to własnie ta sfera, do której się nie przyzna 😛 Choć najdziwniejsze było to, iż nie dał nic po sobie poznać, że…. ma dzieci… Dowiedziałam się potem, dopiero z innego źródła… Pojechałam na jeszcze jeden występ, wybawiłam się wtedy w gronie koniarzy, pooglądałam co ludzie potrafią robić z końmi, no i oczywiście zobaczyłam Łapacza 🙂 I choć wiem, że z tego nic większego nie będzie, to jestem mu baaardzo wdzięczna, i uwielbiam spędzać czas w tym gronie. To są tak zakręceni, pozytywni wariaci, eh… za każdym razem nabieram energii do życia, łapie ją, a nawet czerpię całymi garściami.” 

france19

Ucieszyłam się jak dziecko, nie wiem, lubię go… tak po prostu.

Niestety, Pan ze skrzydłami zaczyna coś węszyć pismo nosem i choć niczego złego przecież nie robię to jednak podjęłam decyzję o… założeniu hasła na blog. Są tutaj bardzo osobiste treści, a po co ma dojść do niepotrzebnych nieporozumień między nami, gdyby on to znalazł no i osoby z którymi mam kontakt obecnie. Jest to też dobre rozwiązanie ze względu również na moją obecną dzialalność piśmienniczą, którą chcę jakoś rozwinąć, czy to w sieci czy też pza nią.

Chcę się cieszyć tym wszystkim co jest dokoła a nie robić sobie problemów. Po za tym, blog ten już swoje świetne chwile przeżył i wystarczy mi teraz kilka najbliższych osób. Tak jak już pisałam, chciałabym też w blogosferze rozwinąć inną działalność niż „wyżalanie się na blogu”. A za dużo znaków charakterystycznych mam. Konie, pokazy, pisanie wierszy, to wszystko mnie w pewien sposób „zdradza”, pozwala na rozpoznanie, jeśli ktoś zna mnie osobiście.

Moje małe radości i mała wojna…

Dzisiaj taki miły dzień. Cały prawie z Panem ze skrzydłami. Brakowało mi już jego osoby… Rano dobre śniadanie, potem czekanie aż się rozpogodzi całkowicie, wszak miał być dziś ładny dzień, taki ciepły, prawdziwie wiosenny… I był, w pewnym momencie. W południe wybraliśmy się na dość długi spacer. Widzieliśmy dziś parę ciekawych rzeczy i osób. Łażenie po moim lasku jest przyjemne i uspokaja.  Lubię się tam cieszyć słońcem i wyczuwalną już wiosną. No i obecnością Pana ze skrzydłami…

Najpierw wszedł na drzewo, nazrywać bazi… Zrywacie już bazie? Wszakże świąt wielkanocnych jeszcze nie ma, ale bazie są takie ładne i miłe w dotyku… Lubię je, to taka jedna z oznak prawdziwie już nadchodzącej wiosny i choć mają zaraz przekwitnąć, to chciałam je mieć 🙂 Więc wariat mało myśląc wszedł na drzewo, a po chwili miałam dość duży bukiet bazi. Tak nietypowo dostać bukiet… bazi, ale zawsze bardzo miło 🙂 Choć to już nie pierwszy raz, kiedy Pan ze skrzydłami wchodzi na drzewo… Dostałam już jemiołę, taką rosnącą dość wysoko, z brzozy, (jemiołę trzeba policzyć razy dwa) oraz hubę (też razy dwa) taką ładną, dość dużą. Później, już idąc z całym bukietem bazi zobaczyliśmy cały szereg facetów niosących broń i ubranych w mundury, grających w pospolita grę przeprowadzaną na terenach pagórkowatych. Musze przyznać, że dziwnie się poczułam, widząc kogoś uzbrojonego w środku lasu. Wiedziałam, że grają w to już od lat na tych terenach, ale nigdy nie widziałam takiego zastępu „sztucznie uzbrojonych” facetów z bliska w środku lasu. Pan ze skrzydłami kiedyś w to również grał, więc przypomniały mu się nastoletnie lata i zaczął opowiadać… opowieści nie było końca 🙂 Przeszliśmy wiec drogą prawie cały las dookoła… Po drodze jeszcze spotkaliśmy motocyklistę, ale raczej w ogóle nas nie zauważył, tylko zjechał z pagórka i pojechał w inną stronę, robiąc niemały hałas. Kiedy byliśmy z drugiej strony lasu, usłyszeliśmy, jak dwie grupy się spotkały i zaczęły do siebie strzelać kulkami. A maxresdefaultPan ze skrzydłami dalej ciągnął swoje opowieści… W końcu rozmowa zeszła na to, dlaczego ludzie mają potrzebę zabawy w wojnę i chęci doświadczenia takiego przeżycia, aby się bronić, uciekać czy atakować. W końcu doszliśmy do drogi, gdzie można z niej szybko dojść do mojego domu, ale oczywiście poszliśmy w drugą stronę. I szliśmy, szliśmy, zaczęła się przed nami rozciągać otwarta przestrzeń… w końcu doszliśmy do jakiejś betonowej drogi, ciągnącej się w środku lasu i łąk. Stwierdziliśmy, że fajnie będzie nią przejść , no więc szliśmy tą betonową drogą, kompletnie nie widząc gdzie idziemy (miała być to droga powrotna, bo zmierzała ona w tą stronę, mniej więcej), jednak po jakimś czasie zaczęła odbijać całkowicie w inną stronę niż zamierzaliśmy iść. Zboczyliśmy więc z niej i znaleźliśmy się na jakiejś polnej ścieżce, która nie wiadomo było dokąd prowadzi. W oddali tylko widniały słupy, które wyznaczały pozostawanie w  dość bliskiej odległości od domu. Ale nagle ścieżka się skończyła i byliśmy w dolinie, gdzie naokoło nie było widać kompletnie nic poza górkami. Górki były bardzo strome, wyjeżdżone przez motory i można było podejrzewać, że nikt tędy nie chodzi. Jakoś udało nam się wyjść na górkę, choć z bukietem bazi i bardzo śliskimi butami nie było to łatwe. Potem moim oczom ukazał się już znajomy krajobraz. Więc ruszyliśmy w stronę domu, kiedy nagle znów zobaczyliśmy tych z bronią, idących jeden za drugim, w momencie gdy przeskakiwali z jakiegoś pagórka na drugi pagórek. Coś do siebie krzyczeli, co było dziwne, bo raczej nie powinni, bo w asg się nie krzyczy, tak, aby grupa, która ma przygotować zasadzkę nie wiedziała, gdzie znajdują się ich potencjalne „ofiary”, które mają złapać. Poobserwowaliśmy ich aż do momentu kiedy cała grupa znalazła się na innej górce. Tuż potem przyjechał motocyklista, wjechał na stromą górę i towarzystwa już nie widzieliśmy. Ruszyliśmy więc niespiesznym krokiem do domu. O dziwo za całym towarzystwem, które już skryło się za górą biegła sarna… co było dla nas dziwne, bo raczej zwierzęta uciekają od ryku motoru czy odgłosu strzelania kulkami. Tylko kruk leciał w stronę przeciwną. Szliśmy dalej, kiedy zauważyliśmy, że w naszą stronę idzie facet z chartem. Tego charta już raz widzieliśmy, będąc na spacerze kilka miesięcy temu w podobnej okolicy. Jednak nie zważywszy na drogę, w którą chciał skręcić facet, skręciliśmy z naszej ścieżki, tak, aby znaleźć się w pobliżu domu i ruszyliśmy już w celu powrotu. Jednak pogoda była ładna, ptaki śpiewały, a więc aż tak ogromnie się nam do domu nie spieszyło… Kiedy nagle wyrwał nas tylko głos faceta „do nogi, powiedziałem”, który wołał na psa patrzącego w naszą stronę i chcącego pewnie podejść by nas obwąchać. Facet… ewidentnie nas poznał, ale widok obejmującej się w środku lasu parki i trzymającej w rękach cały bukiet bazi dziewczyny wywarł na jego twarzy jedynie uśmiech, choć cały czas udawał, że patrzy na psa. Nasze miny były… też go poznaliśmy, niestety…..  🙂

Potem wróciliśmy do domu.

Kiedy wieczorem poszłam odprowadzić Pana ze skrzydłami do auta zaczęło okropnie padać, zdążyliśmy przejść tylko z domu do auta, kiedy już rozpadało się na dobre. Wcisnęłam się więc jakoś do samochodziku, przez drzwi kierowcy. Kierownica się zablokowała 🙂 I tak już byłam zmoknięta…

Teraz siedzę i słucham jak deszcz stuka o dach domu… Takie dni są fajne. Po prostu fajne, choć nic w nich nie ma szczególnego… A może uczę się cieszyć z małych drobnostek? Ciągle na nowo i na nowo, ale to ważne. Jutro zaczynam coś nowego, to moje postanowienie.

Dobrej nocy wszystkim czytającym tego bloga.

Mały, wielki początek! I… Wilki! ;)

Kochani moi! Z radością chciałam Wam napisać, iż prawdopodobnie już niedługo będziecie mogli przeczytać, to, co udało mi się do tej pory naskrobać w wirtualnym notatniku mojego komputera. Jestem bardzo zadowolona z takiego obrotu sprawy. Zawsze bowiem chciałam być w jakiejś grupie ludzi piszących i wreszcie się udało 🙂 Nie wiem, czy powstanie tutaj link prowadzący do stronki, gdzie będą moje teksty, ( nad tym się jeszcze zastanowię, bo może lepiej będzie porozsyłać maila tylko stałym czytelnikom.) Chodzi mi o zachowanie anonimowości i utrzymanie mego blogu w pełnej tajemnicy. Za dużo tu emocji, wspomnień, osobistych przeżyć. Nie chcę, aby ktokolwiek z osób, które znam dowiedział się o tym blogu. 

Cieszę się na to jak małe dziecko… Muszę jednak poprawić parę tekstów, parę jeszcze napisać… Fajna zabawa to ale i też wyzwanie. Stworzyć coś nowego, od początku do… jakiejś części, to zupełnie nowa przygoda i duuużo blogowej pracy. Od nowa, ale, mam nadzieję, że będę się fajnie bawić wśród nowych ludzi, również piszących. Oczywiście Was moi drodzy nie zostawiam, próbuję tylko poukładać jakoś miejsca w sieci, żebym miała i bloga osobistego, gdzie będę anonimowa i stronkę z tekstami, esejami nie dotyczącymi życia osobistego w większej części, chyba, że w wierszach…

Dzisiejszy dzień przyniósł mi więc nadzieję, radość i poczucie początku czegoś nowego. Robi się „fajnie”. 🙂

Lenka pisze, iż wilki zaczęły się przemieszczać w te zimę… Teraz wchodzę na internet, czytam, szukam, ale nic takiego nie widzę. Jednak dotarłam do informacji, że ich ruja przypada własnie na luty, marzec. Być może ich wędrówki spowodowane są tym, że szukają samic do rozrodu w tym okresie. Eh… nie dają nam spokoju te wilki.

wilk

Więc tak tematycznie, nie wiedziałam, którą wybrać, bo dużo tego, ale padło na jedną z najbardziej znanych:

I piosenka, którą kocham, ze względu na tekst oraz przesłanie… 

A ja idę, szukać tekstów i przygotowywać się na  mały wielki początek 🙂

Miłego popołudnia wszystkim! 🙂

Szczęśliwy wieczór…

Dzisiaj jest taki szczęśliwy wieczór. Znowu czuję, że on przy mnie jest, że go mam. Być może to ułuda, marzenie… może nieracjonalny spokój… Czuję szczęście, pojecie kiedyś dla mnie nieosiągalne. Czuję, że spełniają się najskrytsze sny mojego dzieciństwa, realizuje się fascynacja wolnością, że życie przeobraża się w sen, o którym  śniłam cały czas, całe życie. To było niewyobrażalne dotąd… nadal nie jest wyobrażalne, magia z mojej głowy się spełnia. Ta wymyślona, wyimaginowana, dziecinna, ta, do której zawsze uciekałam, gdy było mi źle. Wiem, że to naiwne, ale chce to czuć… gdyż nie wierzę, że to się spełnia. 

Zapisuję to, bo wiem, że za chwilę to uczucie zniknie, że go nie będzie. Zostaną wątpliwości. Dziś ich nie mam i czuję się od nich wolna, całkowicie. To takie piękne. Za dużo wątpliwości wciąż, za dużo… Pamiętam pierwszą wiadomość, czułam to samo… Nie wiem co robię do końca, albo wiem… wchodzę w coś dziwnego… ale zgubiłam się w szczęściu. Czasami mam wrażenie, że jestem tylko kłębkiem irracjonalnych myśli i wrażeń, wymaginowanego świata w mojej głowie… w którym mi dobrze.

Kiedyś myślałam, że jeśli się zabiję, to nie przeżyję już niczego pięknego, co może mnie spotkać, choć nikle w to wierzyłam, a ta wiara gasła… To właśnie jedna z tych chwil dla których warto było żyć i cierpieć, nawet, jeśli jest dziwaczna, zwariowana, niedorzeczna i niepoprawna. Moje myśli się mieszają… Jak w jakimś wielkim kotle, ale… czuję, że żyję! 

Ktoś inny oddałby za to dziś dużo, może wszystko…  Ja mam wątpliwości, ale nie dziś… 

Puścili znów „Człowieka w ogniu”. Od tego filmu wszystko się zaczęło… Dzisiaj znów go oglądam, ale czy… to będzie już koniec?  

12 listopada ’16

Zamknęłam wszystkie stare rozdziały…

„Nie chcę wiele, tylko żebyś Ty, hej Joe, znów tu był! „