Randka…

Ten tydzień był szalony. W głowie kołatało mi tyle różnych myśli, że nie sposób ich zliczyć. Ostatni post był  o tym, że poznałam pewnego pana D. I od tej pory cała ta depresja związana z Top Gunem minęła. Jakoś się uspokoiłam, uporządkowałam swoje myśli, nie, nie leczę się wcale innym facetem, jestem sama. Po prostu zrozumiałam, że na jednym świat się nie kończy i, że mogę być jeszcze kiedyś dostrzeżona i akceptowana, mogę fajnie spędzać czas, mogę o nim nie myśleć, mogę nie mieć flash backów, mogę iść dalej…

Przez ten tydzień próbowałam się skontaktować jakoś z panem D. Jednak odpowiedział tylko na jedną wiadomość i dalej zamilkł. Pomyślałam sobie, no cóż, trudno, jego strata. Jednak wczoraj o dziwo sam się odezwał i tak,  jak to wykazywał tydzień temu, chciał się spotkać. Więc umówiliśmy się na spotkanie. Przed spotkaniem jeszcze musiałam podjechać na uczelnię, załatwić dwie sprawy i choć miałam mieć cały dobry dzień, spotkałam na uczelni Top Guna… Najpierw mnie nie zauważył, potem zauważył, potem chciał pocałować, więc się odsunęłam, poczułam tylko jego oddech na moich ustach, a potem powiedział, że ma coś dla mnie i wyciągnął z plecaka witaminy. Mało myśląc wzięłam je, choć teraz myślę, że do niczego mi one nie są potrzebne, ale dla świętego spokoju… Potem powiedziałam mu, że muszę już iść, chciał iść ze mną, ale przecież nie zabiorę go na randkę z D. ,odsalutowałam i poszłam swoją droga z uśmiechem na ustach. Jednak poczułam, że pod tym uśmiechem coś było. Coś we mnie, jakiś smutek… smutek, że mimo wszystko go straciłam? Nie wiem, nie chcę myśleć już w kategoriach „o, jaki fajny facet”… Przez ten tydzień poukładałam sobie wiele rzeczy w głowie, między innymi to, że mi nie zależy, że nie muszę mieć z nim kontaktu, wręcz zaczęło mnie to denerwować, że do mnie pisze. Stwierdziłam, ze mam swoje życie i nie muszę z nim być złączona non stop. Odzyskałam przez ten czas swoją indywidualność. A dziś, dziś poczułam jakiś smutek, choć wiem, że on nigdy chyba nie widział we mnie kobiety, tylko koleżankę, a ja mam już dość po tylu miesiącach bycia koleżanką.

Potem zaraz poszłam na spotkanie z D. Przyszedł, choć wątpiłam w to, czy przyjdzie. Poszliśmy na kawę i coś zjeść. Nawet przyjemnie się rozmawiało. Poczułam jakąś taką świeżość w tym wszystkim, jakaś nowa osoba… choć nie weszliśmy na tematy bardzo osobiste, jak poprzednio to było po prostu miło się spotkać i porozmawiać. Potem szedł na basen, a ja wracałam do domu. Na pożegnanie go przytuliłam, sam się zapytał, czy go przytulę…

Powiedział, że się odezwie. Sama jeszcze nie wiem, co o nim sądzić. Może jest za wcześnie na jakieś osądy? Ale miło mi w jego towarzystwie.

Z drugiej strony wydarzyła się też rzecz bardzo dziwna. Odnowiłam stare kontakty i znalazłam też tam niejakiego pana A, który podczas jeszcze mojej depresji, dzwonił do mnie i pytał się mnie, jak się czuję i się o mnie troszczył. Jemu opowiedziałam o całej tej sytuacji z Top Gunem, o tym, co mi zrobił…o tym, że mam depresje, że bardzo źle się czuję. W pewnym momencie zaczęłam traktować go jak brata, bo był ze mną, wspierał mnie ostatnio, rozmawiał. Z tym, że ja myślałam, ze on również myśli o mnie jako o koleżance i niczego więcej nie oczekiwałam. Bo i teraz przyjęłam taką postawę, że niczego nie oczekuję. Traktuję ich jako kolegów, ale nie wierzę od razu, że coś z tego będzie… Nie robię sobie żadnych nadziei, bo nie chcę się już więcej rozczarowywać. Muszę też dać sobie czas dla siebie. Ostatnio, na samym końcu mojej depresji, bardzo chciałam, by Top Gun wiedział, jak ja cierpię, jak bardzo mnie zranił, jak nie mogę przeżyć kolejnego dnia bez bólu psychicznego, ale potem sobie pomyślałam, że on i tak tego nie zrozumie. Może w tym jest trochę mojej winy, bo gdybym zerwała od razu kontakt to może coś by do niego dotarło. Teraz jest już na to za późno. On mnie nie będzie w tym wspierał, nie będzie rozmawiał, on to ma gdzieś. Kiedy zaczęłam mu coś mówić…. Powiedział mi tylko, że jestem silna, że dam sobie radę i tyle. Zrezygnowałam z mówienia mu o tym. On nie wie co mi zrobił i nie zdaje sobie nawet z tego sprawy, przeszedł nad tym do porządku dziennego, to dlaczego ja nie mogę? Niech sobie żyje w tej swojej nieświadomości… słodkiej. I niech nadal pomaga ubogim i bezdomnym, tylko jedną osobę, która na to na prawdę nie zasługuje, bo przy nim była i jest, i która na prawdę go kochała odrzuca cały czas… Nie rozumiem tego, ale jak czegoś nie rozumiem to trzeba to zostawić…

Zastanawiałam się też ostatnio nad tym, co się ze mną działo przez ten czas od kwietnia… Doszłam do wniosku, że przeżyłam epizod depresyjny, kolejny już i bardzo ciężki. I wyszłam z niego. Jestem z siebie dumna. Nie czuję już takiego bólu psychicznego.

***

Wczoraj odbyłam też rozmowę z panem A. To była dziwna rozmowa. Wiem, że się o mnie stara, ale nic z tego nie będzie. Pan A. po raz pierwszy przez pół godziny przekonywał mnie wraz z kolegą, że marihuana jest dobra i powinnam zacząć ją palić, a już na pewno nie uważać ją za narkotyk… I mówi mi to facet 24 lata, który chciał być ojcem dla dziecka swojej poprzedniej dziewczyny z innego związku… A jego kolega też mnie chciał przekonywać, jednak co drugie słowo zaczynało się na k, już nie mogłam tego słuchać… I tak sobie pomyślałam o różnicach w potrzebach kobiet i mężczyzn w tym wieku. Oczywiście nie wszystkich, mam nadzieję, choć takowych nie wiedzę na chwilę obecną, ale jednak… Kobieta by chciała, żeby ktoś był, żeby przy niej trwał, czuwał, żeby ją wspierał, żeby potrafił dać z siebie coś dla tego związku, żeby był oddany, żeby można z nim było porozmawiać, żeby rozumiał, żeby chciał tego samego… A mężczyźni czasem zachowują się jak duże dzieci, które wiecznie chciałyby się tylko bawić, czasem nie zważając na konsekwencje…  Na koniec padło jeszcze takie zdanie, że się różnimy, ale to musi się zmienić… Na co tylko odpowiedziałam, że ja się  nie będę dla nikogo zmieniać i swoich poglądów również nie.

Potem posmutniałam tylko, bo pojawiła się myśl, że szkoda, że nie wyszło z Top Gunem. Jesteśmy czasem jak dwie krople wody. Spojrzymy na siebie i już wiemy o co chodzi. Ale może tak musi być?

Z tego wszystkiego wysunął mi się taki wniosek, że lepiej być samemu, niż ładować się w kolejne dziwne relacje… A tymczasem czekam na wiadomość od D.

dress-864107_960_720

Reklamy

Coś się zmieniło, jest spokojniej!

To dziwne, ale wybory coś między nami zmieniły. To był w ogóle jakiś dziwny dzień. Nie rozmawialiśmy ze sobą dwa dni wcześniej. Byłam w tym czasie w szpitalu, zawsze kiedy tam byłam, pisaliśmy, rozmawialiśmy, to wszystko mi się przypominało. To miejsce, przypominało mi rozmowy z nim, te szczerze rozmowy i śmiechy, żarty, dowcipy. W dniu wyborów napisałam do niego, wysłałam mu buźkę i znak zapytania. Odpisał takim tekstem, że wyszło, że nie potrafimy ze sobą nie rozmawiać dłużej niż dwa dni… że za sobą tęsknimy… Ten dzień był dla mnie dobry, jakby pierwszy raz poczułam, że ta sytuacja się stabilizuje i choć może nigdy nie będziemy razem, nie musimy być to jednak jest między nami coś bardzo dziwnego, może to po prostu zwykła przyjaźń i poznanie siebie?

Przyglądam się sobie też, jak zachowuje się po lekach. W zeszły piątek miałam fazę „Nienawidzę go! Ale może nie odchodzić ode mnie, jednak cieszę się, że się od niego uwolniłam, denerwuje mnie. Dość tej żałoby, nie mogę tak żyć. Trzeba iść dalej. Może jeszcze spotkam kogoś wrażliwego i dobrego.” Z piątku na sobotę noc była bardzo ciężka. Znowu miałam flash backi, całą noc nie mogłam spać, rozmyślałam o tym, co było oraz o tym, jakim jest palantem, że nie widzi tego, że jestem dla niego taka dobra. Później pojechałam do szpitala do pacjentów. Ten dzień był ciężki i smutny, choć godziny jakoś się nie dłużyły i nie czułam takiego zmęczenia.  W sobotę nie odzezwałam się do niego ani słowem. W nocy spałam w miarę dobrze.

A tu wstawiam jedną piosenkę, która bardzo dobrze oddaje mój stan z piątku:

 

Jednak w niedzielę nastapił  jakiś przełom, może to wszystko już mnie tak nie rusza? Choć flash backi nadal mam ze spotkania z nim, z wiadomości od niego, z rozmów… Jednak poczułam, że coś się zmieniło we mnie, nie reaguję już na pisanie z nim czy rozmowę tak emocjonalnie. Nie zastanawiam się już, czy powinnam to robić. Nie telepie mnie już na samą myśl odpisania mu. Może to dla mnie lepsze? Przegadaliśmy w sumie w niedzielę cały dzień, o zwyczajnych tematach…

Ciężko mi uporać się z potrzebami, które w sobie mam. Mam w sobie potrzebę, a dokłądniej potrzebę bliskości, a ona prowadzi mnie do złego, choć sama w sobie zła nie jest. Wiem to, ale i tak ją mam. Regulujemy sobie soba nawzajem emocje. Jemu, kiedy jest źle, dzwoni do mnie i jest lepiej, a mnie kiedy jest źle pogadam czy popiszę z nim i też jest lepiej. To jak branie narkotyków, to takie uczucie, jakby można było naćpać się drugim człowiekiem.

Od tych wyborów zrobiło się jakoś spokojniej. Nie wiem, czy to akceptowanie sytuacji, ale powiedziałam sobie, że poczekam co czas pokażę, pewnego dnia po prostu, albo z nim będę albo nie.  Parę dni temu jeszcze tak bardzo bałam się tej myśli, że on odejdzie do innej. W sumie, nadal się jej trochę boje, ale jeżeli tak zrobi, będzie kompletnym dupkiem i palantem, a poza tym, ja przetrwam, jakoś… Na razie jestem wolna i zamierzam to też jakoś wykorzystać. Przypomniała mi sie pewna historia, o której tutaj jeszcze nie pisałam. Jakiś czas temu, a dokładniej wtedy, kiedy rozstawałam się z Muzykiem i poznałam Top Guna, poznałam też pewnego chłopaka, Ł. Pisał do mnie bardzo długie listy, pełne takiego wrażliwego spojrzenia na świat. Ja wtedy mu w pewnym momencie nie odpisałam i kontakt się urwał. Pomyślałam sobie, że może warto te znajomość jakoś odnowić? Napisałam do niego pierwsza, odezwał się po dwóch dniach, z informacją, że odpisze mi coś wiecej jak przeżyję, bo również przeżywa zawód miłosny i jest mu bardzo ciężko… Cóż, chyba nie pozostaje mi nic innego jak również danie mu czasu…

Oprócz niego jest jeszcze inna osoba, z którą wiem, że nic nie będzie, ale przynajmniej mogę z nim pogadać. Ma o dziwo na imię tak samo jak Top Gun i jest raczej stabilny choć zagubiony, ma niskie poczucie własnej wartości. Ale stara się mnie wspierać w tym wszystkim, choć w taki prosty sposób.

Dziwnie się czuje z tym spokojem wobec tej sytuacji. Czyżby ta wyprowadzka jego utrzymanki dała mi jakąś złudną znowu nadzieję? Nie chcę tak myśleć… Z drugiej strony nie zakładam też snowu najgorszego, tylko nie wiem, czy to aby jest realne. Dla mnie zawsze najgorsze scenariusze były najbardziej realne i aby nie popaść w jakąś iluzję właśnie, trzymałam się ich. Ale może te trochę mniej ciemne też są możliwe i realne? Tego nie wiem. Chyba z tą myślą mi lepiej. Może być tak, lub inaczej. Wmawiam sobie, że cokolwiek się nie zadzieję, dam sobie radę. Czasami jeszcze przychodzi taka myśl, że przecież to jest już niemożliwe, żeby było dobrze, że on musi odejść… wcześniej czy później, ale nie wiem, co o tym sądzić. Z drugej strony boje się, że zaczynam się w to wszystko znowu wplątywać. Tym razem jednak widzę, że rodzina to akceptuje, bo widzi, że trzymam się lepiej, tylko nie wiem do czego to prowadzi. Jednak na razie nie chcę o tym myśleć, nie muszę przecież wszystkiego od razu wiedzieć. Wiem, że to jest bez przyszłości, ale czy wszystko musi mieć przyszłość?

digital-art-398342_960_720.png

Pie****lnąć tym wszystkim! Szczera rozmowa z terapeutką.

Wpis z 20.05.2019 r.

Dzisiejsza poranna rozmowa z nim spowodowała, że jestem cała roztrzęsiona, a musiałam z nim pogadać, bo załatwia mi praktyki. W sumie, nie wiem nawet dlaczego to robi. Chce mi pomóc?

Znowu jest gorzej. W tygodniu było lepiej, kiedy zajmowałam się swoimi sprawami, w weekend kiedy musiałam tam iść, oglądać tych ludzi, wśród których się poznaliśmy było mi ciężko. Jeszcze te pytania, gdzie on jest? Bo nie przyszedł na zajęcia i musiałam im tłumaczyć, że poleciał na ćwiczenie do Słowenii.

Nasz kontakt jakoś osłabł… dziś z nim rozmawiam, niby o neutralnych sprawach, czuję, że jest rozwalony w środku, smutny, przybity… Powiedziałam mu o tym, że się męczę. Od jakiś kilku dni, z w zasadzie od soboty chyba mam taki zamiar by powiedzieć mu, że mnie skrzywdził i, że przez niego się męczę. Powiedziałam tylko, że się męczę przez niego. Powiedział przepraszam, ale wie, że to nic nie zmieni. On też się męczy, już nie wiem w sumie przez co, chyba przez kochankę i to, że go zostawiła, ale co mnie to obchodzi?

Na początku, kiedy rozmawialiśmy miałam nadzieję na uratowanie tego, choć bolało, bardzo. Potem jakiś smutek, potem wyszłam na prostą, odcięłam, urwałam kontakt i było mi tak dobrze przez dwa dni, dziś znowu wszystko wraca. Dziś mam taką wielką ochotę pierdolnąć tym wszystkim i po prostu o nim zapomnieć. A wiem, że tak się nie da…

Na wieczór znowu on zaczął rozmowę. Chwilę popisaliśmy, było mi już jakoś lepiej, spokojniej. Uczę się nie reagować aż tak intensywnie na niego. Nie wychodzi mi to najlepiej… Ale mogę tak przecież nie reagować…

Znalazłam też jedną piosenkę, którą polubiłam:

Wpis z 21.05.2019r:

Rano pojechałam do terapeutki, nowej, bo u dotychczasowego terapeuty już terapii nie mogę odbywać. Myślałam, że będzie gorzej, ale nawet pozytywnie mnie zaskoczyła. Porozmawiałam z nią szczerze… chyba pierwszy raz wżyciu odbyłam taką szczerą rozmowę o tym, z terapeutką, że czuję się gorsza, że potrzebuję bliskości, że nawet jeśli relacja jest byle jaka to i tak jest we mnie ta potrzeba bliskości, bo lepsze to niż nic, o tym, że nie mogę określać swojej wartości przez bycie z kimś lub nie bycie, a to robię, że poczułam, że coś we mnie jest nie tak, że mam kołowrotek emocjonalny, raz chcę mu pomóc, raz mi go żal, a za chwilę mnie wkurwia i to tak intensywnie…

Nie powiedziała mi „zrób tak, czy tak”. Nie naciskała na urwanie kontaktu z nim na siłę, powiedziała mi o granicach, o zaopiekowaniu się sobą, o tym, że mogę sobie poeksperymentować, co mam z tym wszystkim zrobić, dała mi wolność. Tą wolność, na którą chyba czekałam, której od niej oczekiwałam, ale z drugiej strony zapytała czy ten plan, który ja mam w głowie jest realny? Nie wiem, tego nie wiem…

Dużo też mówiła o złości, że ja chociaż powinnam być wkurzona i w ogóle w pierwszej chwili powiedzieć „odejdź z mojego życia, nie chcę Cię znać”, a ja nie umiem. Mam w sobie tę złość, ale jakąś bierno-agresywną lub skierowaną na siebie. Stąd wymioty i takie złe samopoczucie. Powiedziała też, że może lepiej, że stało się to teraz niż później, bo później byłoby mi jeszcze bardziej żal. I, że nic nie dzieje się przypadkiem, może tak miało być, żebym wreszcie zaopiekowała się sobą, popatrzyła na siebie, żebym była gotowa coś usłyszeć. Bo może wcześniej nie byłam na to gotowa, a teraz, po tych wydarzeniach tak. W każdym bądź razie, przyszłam tam, chciałam porozmawiać, powiedziała, że to znak, że mimo wszystko jakaś część mnie jest dla mnie ważna. Powiedziała, że jest we mnie ta złość, która być powinna tylko muszę sobie dać czas, by ją poprzeżywać. To normalne, że najpierw chciałam to wszystko ratować, potem jakoś się odcięłam, a teraz już sama nie wiem czego chcę. To proces, który się toczy i będę zmienna, ale mam do tego pełne prawo. Poza tym, tyle jest we mnie teraz emocji, smutku, żalu, po stracie, że w tej swojej „żałobie” mogę po prostu raz chcieć kontaktu, choć mi w tym źle, a raz go nie chcieć. Mogę raz odebrać telefon, uznać, że to nie jest dla mnie dobre, a potem jeszcze odebrać 3 razy, aż nie dojrzeję do tego, że to ten moment, by to zakończyć. Powiedziała, że przecież mogę o sobie decydować  tak, jak zechcę, nawet jeśli się trochę jeszcze pobiczuję… aż nie dojrzeję co z tym zrobić, aż nie poczuję, że to jest ten moment. Powiedziałam jej też, że wnerwia mnie już słuchanie jego wywodów na temat tamtych kobiet i nie zamierzam tego robić, owszem, mogę z nim pogadać o neutralnych rzeczach ale nie o nich. To mnie też rani i boli i nie będę sama siebie krzywdzić. Przyznała mi rację, przecież ja też byłam jedną z nich, wybranką (choć ja nie wiem czy tak było) i mam pełne prawo nie mieć ochoty na słuchanie o nich. Mówiła też, że to nie jest normalne, że wymiotuję, kiedy były dzwoni do mnie… Powiedziałam też szczerze, że nie wierzę, że spotka mnie już coś dobrego, że kogoś poznam, że czuję się tak, jakby wszystko się już skończyło… Powiedziała, że popracujemy nad tym moim czarnowidztwem. Ustaliłyśmy też cele na terapię: Zmiana przekonań o sobie, na takie, że jestem ważna i wartościowa nawet jak zostaję sama. Popracowanie nad tym, aby odciąć się od myślenia o jego kobietach, wzbudzenie w sobie trochę złości, popracowanie nad czarnowidztwem. Powiedziała, że to realne cele do terapii, więc mogę dać radę.

Czuję się jakoś lepiej, jestem spokojniejsza. Tak, jakby moje życie zaczynało zależeć ode mnie, a nie od innych osób, ich samopoczucia, decyzji, uwag, przemyśleń itd. Dowiedziałam się też, że są organizowane spotkania dla osób oczekujących na terapię pogłębioną, pierwsze jest 12 czerwca. Może się wybiorę? O dziwo jak kiedyś nie lubiłam tego ośrodka, tak teraz jakoś lepiej mi, gdy tam idę, coś się zmieniło, może przez te wydarzenia? Kiedyś uważałam, że muszę sama sobie dać ze wszystkim radę, że przecież sobie poradzę, że mam jakąś wiedzę i muszę na niej bazować, tylko chyba… zapomniałam o uczuciach, które są i żadna wiedza nie sprawi, że się nagle zmienią. Teraz nie wymagam od siebie nie wiadomo czego. Pierwszy raz w życiu chyba dopuściłam myśl do siebie, że tak, chcę aby ktoś mi pomógł,że nie zawszę muszę być silna i niezależna od pomocy innych, dobrze się czuje na tej terapii. Może to przyniesie jakieś skutki?

Wczoraj miałam taki dzień, że bardzo chciało mi się palić… choć nigdy nie paliłam, to bardzo dziwne uczucie. I tak samo, choć mówiłam sobie, że nigdy w życiu nie będę paliła, jakby mnie ktoś wczoraj poczęstował papierosem, jest szansa, żebym wzięła… Mimo wcześniejszych, bardzo mocnych postanowień. Coś się we mnie zmienia, czasem mam wrażenie, że upadam, ale może nie? Może to zwyczajna droga do dojrzewania do bycia z sobą? Kiedyś miałam w głowie stworzony idealny świat, teraz odkrywam, ze świat nie jest wcale taki idealny, a ten, który ja tworzę też idealny być nie musi…

Zaraz może odpowiem Top Gunowi na jedno pytanie, które wczoraj mi zadał…

Na dodatek, co gorsza, coś mnie pobiera, od dzisiejszego poranka źle się czuję. Mam nadzieję, że mi przejdzie i, że nie rozchoruje się na weekend.

tea-time-3240766_960_720

Dawne rozmyślania…

Z dawnych lat… o tym, jak zmienia się człowiek…

***

Wczoraj pisałam o przyjaźni. Przyznam szczerze, że byłam trochę zawiedziona sytuacją, która miała miejsce, a dotyczyła mojej koleżanki. Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, równo z zamieszczeniem na blogu cytatu „Nigdy nie walcz o przyjaźń, o prawdziwą nie musisz, o fałszywą nie warto”, na moim telefonie pojawiły się dwie nowe wiadomości od M. Kiedy zobaczyłam ten fakt, uśmiechnęłam się. Powinnam się cieszyć. Powinnam… i pewnie w głębi duszy się cieszę, ale z drugiej strony, po tym zdarzeniu stałam się jeszcze smutniejsza niż byłam przedtem. Resztę dnia spędziłam słuchając muzyki, bo nie potrafiłam zająć się niczym konkretnym. Czekałam czy napisze coś jeszcze, po mojej odpowiedzi. Czułam się tak, jakby zajęcie się czymś konkretnym było w tej sytuacji złe, tak, jakbym miała siedzieć i wiecznie czekać. Nie rozumiałam tego stanu oczekiwania, ale nie mogłam się na niczym skupić… Próbowałam jeszcze raz ogarnąć w myślach to wszystko, co się wydarzyło w wakacje, później ślub. Próbowałam odkryć motywacje takiego, a nie innego zachowania z jego strony- a przecież to nadaremne…bo i tak jej nie zrozumiem, o ja głupia! Dlaczego sama siebie zadręczam! Nie wiem, co się dzieje, ale od czasu ślubu stałam się jakaś nieswoja, moje myśli gdzieś uciekają, nie mogę niczego pojąć, zrozumieć tego wszystkiego. Mam wiele obaw, nie rozumiem sytuacji, w jakiej się obecnie znalazłam. Nie wiem, jak na to wszystko mam spojrzeć, kogo za kogo uważać, jak się zachowywać… Nie wiem! M. przypomina mi tak cholernie mojego najlepszego przyjaciela, za którym tak bardzo tęsknię… Mam totalny mętlik w głowie i od czasu do czasu po moich policzkach spływają łzy, chyba łzy zagubienia…

Dzisiaj dostarczono mi zdjęcia ze ślubu mojej mamy. Rodzina popadła w całkowitą wręcz euforię, wychwalając każde jedno ujęcie, każdą jedną postawę, każdy jeden ruch na fotografiach. Wszyscy się niezmiernie cieszyli, oczywiście mnie także zawołano do tego, jakże wesołego grona, abym cieszyła się razem z nimi… Oczywiście nie tu jest problem, bo powiedziałam, że się cieszę, że ładne, że ja brzydko wyszłam (rzeczywiście się sobie nie podobam) i tyle… Radość z tego co jeszcze słyszałam trwała około piętnastu minut, później na szczęście pojawiły się inne tematy. Więc mnie już nie męczono zachwytami… Czasem to, że nie okazuję euforii, radości nie oznacza, że się nie cieszę. Po prostu nie opowiadam o tym całemu światu, mówię raz i myślę, że osoby do których to mówię powinny przyjąć taki stan rzeczy. Później były jeszcze uściski, inne zachwyty, opowieści o nieskończonym szczęściu… Jednak sytuacja z dzisiaj uświadomiła mi jedną rzecz, która mnie wręcz przeraża. Zostałam wychowana w przekonaniu, że moja mama zawsze musi być obdarzana wszystkimi możliwymi komplementami, radością, zadowoleniem ze strony rodziny. W kilku słowach, mam robić wszystko, aby moja mama była szczęśliwa i zadowolona, gdyż nie miała prostego życia i przeszła przez wiele problemów.  Tę drugą część stwierdzenia jestem w stanie przyjąć. Ale z wychowania w takim założeniu wyszło tylko jedno. Całkowicie odsunęłam swoje życie na drugi tor, zawsze była tylko moja mama, która w obecnej sytuacji stała się jak moja siostra. To ją udało się szczęśliwie wydać za mąż, więc cała rodzina się cieszy, gratuluje itd. Szczęściu nie ma końca. A mnie w tym wszystkim nie ma. Nauczono mnie, że jej się to należy. Czasem w takich sytuacjach chciałabym po prostu zniknąć stamtąd. Zawsze z nas dwóch najlepsza była moja mama. Moja mama i reszta mojej rodziny tak naprawdę mnie nie zna. Nie dlatego, że z nimi nie rozmawiam, tak jak większość młodych ludzi. Akurat mam dobry kontakt z rodziną, ale oni mnie nie znają. W obliczu mamy jestem fajną, chyba wciąż jeszcze nastolatką, która mało wie o świecie, nie wie nic o relacjach damsko-męskich i uczuciach, zawsze jest radosna oraz wesoła i cieszy się jej niesamowitym szczęściem. Inni w ogóle nie posądzają mnie nawet o złożoność psychiki, o wewnętrzne problemy czy rozterki. Przecież wszytsko mi wytłumaczyli na drodze wychowywania, wiec mam tak żyć, a jeżeli tak żyję, to nie będę mieć problemów czy rozterek, bo zostały one rozwiane… Najwięcej o mnie chyba wie babcia, ale ona wie, nie za bardzo potrafi zrozumieć w jakich kategoriach ja myślę. Hm… przynajmniej jestem wdzięczna, że mogę powiedzieć czasem prawdę do kogoś. Z moją mamą… Nie, nie jestem zazdrosna o własną matkę, tylko po prostu obserwuję…

samotnosc-670x419

A co gorsza, po tej dzisiejszej sytuacji dotarło do mnie coś jeszcze straszniejszego. Wstydzę się przed rodziną , a zwłaszcza przed moją mamą tego, że mogłabym być szczęśliwa! Przecież też jestem młodą kobietą, przecież też mogłabym przyprowadzić do domu kogoś, żeby go poznali, powiedzieć, że to jest mój chłopak, że chciałabym, aby go poznali. Przecież powinni się cieszyć…. W rzeczywistości ja sobie tego nawet nie wyobrażam! Nie wyobrażam sobie siebie z kimś, kogo by mogli poznać… Jak to, ja z kimś? Przecież to moja mama ma pierwszeństwo do szczęścia i do miłości. Oczywiście nie utożsamiam tutaj miłości ze szczęściem, bo to nie to samo, ale… To ona zawsze mogła opowiadać im o swoim szczęściu, dojrzałych wyborach jako dorosła kobieta ( Niedojrzałych też niestety trochę było w jej życiu, jednak tego nikt nie pamięta.), ale, że ja? Ja przecież zawsze byłam uśmiechniętym dzieckiem, nic nie wiedzącym o życiu… Które za wszelką cenę starali się chronić przed złem, a więc i przed złymi relacjami z osobnikami płci przeciwnej i przed swoimi własnymi życiowymi decyzjami też… Ta cała sytuacja wydaje mi się nienormalna. Przecież to ja powinnam właśnie rozpoczynać swoje dorosłe życie, wkraczać w swoje życie, podejmować swoje własne decyzje, nawiązywać swoje własne znajomości międzyludzkie ze wsparciem rodziny, a tutaj cała energia pomocy przy wkraczaniu w dorosłe życie i szczęście jest skierowana w stronę mojej mamy i jej męża oraz układaniu życia przez nich. Nie wyobrażam sobie zachowania mojej rodziny, gdybym to ja chciała zacząć inaczej żyć nich dotychczas. Przypuszczam, że by się tak nie cieszyli, bo przecież ja nie popełniłam w życiu błędu, tak więc wszyscy spodziewają się, że będę w swoim wkraczaniu w dorosłość nieskalana i czuję,że ode mnie tego oczekują. Zakładają,że u mnie to będzie raczej normalne, że będę robić to, co sobie zaplanowali czyli studia, a chłopaka to mam rozpocząć szukać z dniem otrzymania dyplomu ukończenia uczelni. Też bym chciała, bo wiem, że nauka to inwestycja w siebie, ale muszę przy tym jakoś żyć, zawierać znajomości, odnaleźć swoją drogę, swoje cele, to jest przecież moje życie! Ja nigdy nie zawiodłam, to nie ma się z czego cieszyć, bo nie zawiodę i to będzie normalne. Jak coś to wzmogą swoją czujność, zakazy, nakazy i dyktowanie co jest dobre, a co złe. Moja mama -zawiodła, ale wróciła, wiec jest ogromna radość. Cudownie, że wykazują się postawą ojca syna marnotrawnego, ale ja czasami chciałabym zniknąć. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której mogłabym kiedyś cieszyć się życiem z ich pełną akceptacją. Przecież jeżeli będę miała kiedyś kogoś bliskiego to chyba będę się ukrywać niestety… Nie wiem, jak to będzie dalej, wiem, że mam problem w związku z tym i ,że moje dalsze życie nie będzie łatwe. Nie wiem, czy będę potrafiła budować zdrowe relacje międzyludzkie, jeżeli sama sobie nie dam przyzwolenia i prawa do bycia szczęśliwą przed sobą i nie przyznam się kiedyś do tego przed innymi… Wiem tylko, że mam dwie drogi, jak z resztą z każdej sytuacji życiowej. Albo się poddać, albo walczyć dalej. Albo przyjmę postawę uległą i rzeczywiście zniknę w euforii i radości nad sytuacją życiową mojej mamy, odsuwając siebie na bok w przyszłości, albo będę walczyć, zawezmę się i bez względu na reakcję innych uznam, że moje poczucie satysfakcji w życiu też coś oznacza… Bardzo kocham moją rodzinę, bo tylko ich mam, a ze szczęścia mojej mamy bardzo się cieszę, bo przecież wiem, jak czuje się samotny człowiek, tym bardziej kobieta…Ale nie mogę z tego powodu odsuwać swojego życia na bok i uważać za niewartościowe…  Już samo to, że piszę bloga coś mi daje w tej sytuacji, bo mogę tu zapisywać swoje myśli, a nie zdanie innych, powoli sama dla siebie zaczynam uświadamiać sobie, że moje przemyślenia też coś znaczą… przynajmniej w tym moim, małym świecie.

Trudne oczekiwanie

Pogoda nas ma w tym tygodniu nie rozpieszczać. Ogólnie za oknem jest okropnie. Jedno spojrzenie przez nie wystarczyło, abym zaszyła się dziś w domu, z laptopem i… pisała. Może napiszę to opowiadanie o którym Ania S. pisała na swoim blogu jakiś czas temu? W końcu do końca października czas jest, a pomysłów mam mnóstwo, tylko, że… jak to ubrać w całość? Hm… zastanawiam się nad jakąś pożyteczną fabułą… Dużo się ostatnio wokół mnie dzieje, dużo planów, przemyśleń, sytuacji i obserwacji. Czuję, że mam niedosyt pisania. Nie tylko tego tutaj na blogu, ale również kawałków tych, które w jakimś tam, małym stopniu mogę nazwać zapiskami na wyższym 1279832323_by_Kris01_600poziomie niż pamiętnikarskie gnioty, jakich w sieci pełno (w tym moich). Ale jak się człowiek podzieli czymś ciekawym, fajnym albo okropnym, to lepiej mu jest.  Tak… ten blog zdecydowanie w większości stał się blogiem-dziennikiem, ale też taki poniekąd miałam zamiar. Gaź, mydło i powidło! Tylko trochę dziwnie mi tutaj wplatać jeszcze rzeczy, które piszę prócz przemyśleń.

Myślę też nad tym, co ma się wydarzyć… Czekałam na to cały miesiąc, teraz minie jeden dzień i całe oczekiwanie ze mnie zejdzie i gdzieś powędruje. To z jednej strony smutne, bo oczekiwanie  może być w pewnym sensie motywacją do działań, z drugiej zaś strony towarzyszy mi lęk, bo nie wiem, czego mogę oczekiwać. Powoli jednak chyba przełamuję ten lęk. Powiedziało się A i B, to trzeba powiedzieć i C. Choć to będzie dużo kosztować… Łapacz krokodyli podobno ma być, więc zapowiada się naprawdę ciekawe przedstawienie…

Sama nie wiem, czy dobrze robię, czy moje działanie ma jakiś większy sens. Może to tylko skutkizeschizowania na dobre? Tak, to jest wariackie… Napływają zewsząd wątpliwości i każdy dzień zbliżający mnie do tego wydarzenia przynosi niepewność. Niepewność odepchnięcia. Stary schemat. A tyle razy powtarzałam sobie, jadąc na wierzchowcu, że to bujda. Na razie w mojej głowie toczy się walka. Walka pomiędzy tym, co słuszne, a tym, co mną powoduje. Słuszne w znaczeniu otaczającego mnie, hermetycznego świata. 

Teraz żyję przygotowaniami gdzieś w głowie, trochę rozpraszają mnie studia i to, co dzieje się w domu. Hermetyczny świat, zamknięty niczym na klucz. Samowystarczalny… Nikt tu nie ma nic do powiedzenia… Zatracony kontakt z rzeczywistością. To ciężkie. Wczoraj już nie wytrzymałam tego panującego wokół napięcia. Popłynęły łzy, pierwsze od kilku miesięcy. Tak dawno nie płakałam. Czasem przypomnieć sobie smak łez jest czymś bezcennym. Wróciło uczucie bezsilności… dobrze, że na krótko, dziś już tego nie czuję. 

Zabieram się za pisanie czegoś…