Napisałam wiadomość.

Napisałam do żołnierza. Ułożyłam nie za długą, nie za krótką wiadomość o tym, że kontaktuje się w sprawie badań i że wydaje mi się, że chce aby praca była ciekawa i on mógłby wnieść coś ciekawego. Wiadomość poszła… Nie odpisał nic, ale może choć przeczytał… Wiadomość zamieniła się w MMS i nie wiem czy odczyta, ale powinien umieć…

Co bardzo mnie dziwi, nie czuje stresu. Ani lęku. Teraz już nie. Jeżeli nie odpisze, przestanie mi zależeć… Odpuszczę… Widocznie tak ma być. Pomaga mi w tym to myślenie, że może w życiu kogoś poznam, ale raczej nie. Że i tak nic z tego nie będzie. Straciłam nadzieję. Po Top Gunie straciłam nadzieję na jakikolwiek zdrowy  związek…w ogóle na związek. Ale tak mi chyba dobrze, nie stresuje się, nie mam drgawek, nie myślę tylko o tym, nie jest to dla mnie koniec świata kiedy kogoś nie będzie… Po prostu, będę sama, jak zawsze… Przyzwyczaiłam się już do tego stanu. Przynajmniej nikt mnie nie rani, ani ja nikogo nie ranię. Chciałabym kogoś poznać, mieć z kim porozmawiać, z kim wyjść… Ale nie bedę już szukać na siłę. Nie mam na to sił. I tak potem wszystko się zkiepści jak zwykle. Nie ma już nadziei na lepsze jutro. Już nic nie ma… Tylko poczucie, że jestem sama dla siebie…

Nie odpisał cały wieczór. Pojawiła się myśl, by wysłać drugą wiadomość, ale nie chciałam być nachalna. Jednak biorąc pod uwagę to, że tamta była MMS i mógł jej nie odczytać, wysłałam drugą wiadomość, już na luzie bo i tak przecież nie odpowiedział. I to był strzał w 10. Odpisał od razu i nawet nie był zdziwiony, że do niego pisze. Nie pisaliśmy już nic więcej o badaniach, od razu zaczął rozmowę o czymś innym, tak jakby wiedział, że to podryw i wchodził w to. Zaczęliśmy się śmiać i napisał mi, że cieszy się, że do niego pisze… I okazał się przy tym całkiem rozumny! Jej, co za miłe uczucie, że ja znowu nie muszę tylko wychodzić z inicjatywą i ciągnąć jak kota za ogon aby się otworzył… Akurat źle trafiłam bo był na służbie dyżurnej, na dobówce (TG też to miewał) i był zajęty, więc najpierw odpisywał sporadycznie ale za to w nocy, jak poszłam spać, wyślał mi 9 wiadomości. 😉 Więc chyba jest zainteresowany rozmową… Niestety, rozmowa się urwała bo ja poszłam spać, ale odezwałam się do niego dziś, pod wieczór, bo w ciągu dnia miał plan odsypiać wczorajszą służbę 24 godzinną. Okazał się być dla mnie miły i przyjazny. To dużo. Mam nadzieję, że uda się załapać z nim dalszy kontakt. 😉 Na razie się nie angażuje. Daleko mi do uczuć. Ciekawa jednak jestem jak się to dalej potoczy…

5892388_dd2ad

Niespodziewany powrót Top Guna…

Zdążyłam się z niego wyleczyć, zdążyłam zacząć żyć dalej… By dowiedzieć się w niedzielę, że on… Chcę do mnie wrócić. Powiedział to siostrzeńcowi. F. Powiedział, że chciałby się pozbierać i napisać do mnie, spotkać się…Nie daje już rady, że ciągle coś w nim tkwi, że czuje się źle, że cierpi po moim odejściu… Chciałby dowiedzieć się co u mnie, ale tego chyba nie zrobi, bo nie wie, jak ma się odezwać do mnie… Siostrzeniec napisał mi, że widzi, co się z nim dzieje. Jest rozwalony emocjonalnie po rozstaniu ze mną. Nie jestem mu obojętna i cierpi. Został w końcu sam… Całkiem sam… Żadnej z nas już nie ma…

Na co ja napisałam mu, że on miał już swoją szansę, wtedy kiedy się spotykaliśmy, kiedy mnie całował, kiedy się tuliliśmy, kiedy całował mnie w czoło, przytulal do siebie i mówił te wszystkie mile rzeczy, kiedy rozmawialiśmy o rodzinie i dzieciach… A wiedział jaka ma sytuację. To był jego czas. Ja musiałam to zostawić za sobą, bo to byłoby toksyczne…

Dopadł mnie stres ale poczułam też radość. Wiem, to może źle. Ale cieszę się, że już nie dałam się złapać w jego sidła. Nie rusza mnie to. Czuję ulgę i radość. A on.. Niech cierpi. Niech zobaczy jak to jest cierpieć, jak to jest stracić to, na czym człowiekowi tak bardzo zależy… Jak to jest stracić plan na życie, cała nadzieję i miłość, jak to jest zostać w pustce i w niej żyć. Może potrzebuje tego doświadczyć na własnej skórze by zrozumieć co zrobił? Choć on chyba tego i tak nie zrozumie nigdy… Jak to jest budzić się rano i nie mieć po co wstać z łóżka.

Zostawiłam to za sobą i jestem wolna! Wolna od niego! Napisałam F., że nawet nie chce go widzieć… Nie chcę się z nim spotkać. Nie chcę, żeby mnie cokolwiek z nim łączyło. Jestem wolna i pro uje spojrzeć w przyszłość. Jego przy mnie nie było kiedy zdychałam, kiedy czułam się fatalnie, kiedy wylądowałam na lekach, kiedy świat stracił kolory… Kiedy nic nie miało już sensu. On wybrał swoją drogę. Niech teraz idzie do swoich kobiet, do swojej kochanki, którą tak kocha, niech ona go przygarnie. Tylko, że ona tak samo ma go gdzieś… Może się na nim poznała już wcześniej?

Dla mnie to temat zamknięty. Nie chcę z nim być ani mieć kontaktu. Zranił mnie i oszukał. Odebrał cała nadzieję, ale się podniosłam. Idę dalej. Patrzę w przyszłość. Nie próbuję już trzymać się kurczowo przeszłości. Jestem z siebie dumna! Wczoraj powiedziałam to terapeutce, ucieszyła się, choć zazwyczaj jest poważna i nie okazuje radości. Czuję, że idę do przodu. Powiedziałam też F. prawdę o tym, co między nami było z Top Gunem. Znowu był w szoku bo nie wiedział, że to tak daleko zaszło. Napisał mi też, że Top Gun nie nadaje się do założenia rodziny i on sam sobie tego nie wyobraża, jakoby Top Gun miał założyć własną rodzinę.

Chłopak, z taką samą historią jak ja nie okazał się lojalny. Okazało się, że przespał się dwa razy z inną, wtedy, kiedy mnie opuścił. Dla mnie jest to sprawa jasna. Zrobił to samo, co Top Gun, więc raczej nie mamy o czym rozmawiać w kwestii dalszego poznawania się…

Plącze się w relacjach. Ale chciałabym kogoś mieć, nadszedł taki czas, że chciałabym patrzeć w przyszłość, może z kimś innym, dla kogo byłabym ważna…Terapeutka mówi, że mam zasoby i potrafię obdarować kogoś prawdziwą miłością, że to piękne… Jakoś wzrasta moja wartość przez jej słowa…

woman-570883_1280

 

 

Randka…

Ten tydzień był szalony. W głowie kołatało mi tyle różnych myśli, że nie sposób ich zliczyć. Ostatni post był  o tym, że poznałam pewnego pana D. I od tej pory cała ta depresja związana z Top Gunem minęła. Jakoś się uspokoiłam, uporządkowałam swoje myśli, nie, nie leczę się wcale innym facetem, jestem sama. Po prostu zrozumiałam, że na jednym świat się nie kończy i, że mogę być jeszcze kiedyś dostrzeżona i akceptowana, mogę fajnie spędzać czas, mogę o nim nie myśleć, mogę nie mieć flash backów, mogę iść dalej…

Przez ten tydzień próbowałam się skontaktować jakoś z panem D. Jednak odpowiedział tylko na jedną wiadomość i dalej zamilkł. Pomyślałam sobie, no cóż, trudno, jego strata. Jednak wczoraj o dziwo sam się odezwał i tak,  jak to wykazywał tydzień temu, chciał się spotkać. Więc umówiliśmy się na spotkanie. Przed spotkaniem jeszcze musiałam podjechać na uczelnię, załatwić dwie sprawy i choć miałam mieć cały dobry dzień, spotkałam na uczelni Top Guna… Najpierw mnie nie zauważył, potem zauważył, potem chciał pocałować, więc się odsunęłam, poczułam tylko jego oddech na moich ustach, a potem powiedział, że ma coś dla mnie i wyciągnął z plecaka witaminy. Mało myśląc wzięłam je, choć teraz myślę, że do niczego mi one nie są potrzebne, ale dla świętego spokoju… Potem powiedziałam mu, że muszę już iść, chciał iść ze mną, ale przecież nie zabiorę go na randkę z D. ,odsalutowałam i poszłam swoją droga z uśmiechem na ustach. Jednak poczułam, że pod tym uśmiechem coś było. Coś we mnie, jakiś smutek… smutek, że mimo wszystko go straciłam? Nie wiem, nie chcę myśleć już w kategoriach „o, jaki fajny facet”… Przez ten tydzień poukładałam sobie wiele rzeczy w głowie, między innymi to, że mi nie zależy, że nie muszę mieć z nim kontaktu, wręcz zaczęło mnie to denerwować, że do mnie pisze. Stwierdziłam, ze mam swoje życie i nie muszę z nim być złączona non stop. Odzyskałam przez ten czas swoją indywidualność. A dziś, dziś poczułam jakiś smutek, choć wiem, że on nigdy chyba nie widział we mnie kobiety, tylko koleżankę, a ja mam już dość po tylu miesiącach bycia koleżanką.

Potem zaraz poszłam na spotkanie z D. Przyszedł, choć wątpiłam w to, czy przyjdzie. Poszliśmy na kawę i coś zjeść. Nawet przyjemnie się rozmawiało. Poczułam jakąś taką świeżość w tym wszystkim, jakaś nowa osoba… choć nie weszliśmy na tematy bardzo osobiste, jak poprzednio to było po prostu miło się spotkać i porozmawiać. Potem szedł na basen, a ja wracałam do domu. Na pożegnanie go przytuliłam, sam się zapytał, czy go przytulę…

Powiedział, że się odezwie. Sama jeszcze nie wiem, co o nim sądzić. Może jest za wcześnie na jakieś osądy? Ale miło mi w jego towarzystwie.

Z drugiej strony wydarzyła się też rzecz bardzo dziwna. Odnowiłam stare kontakty i znalazłam też tam niejakiego pana A, który podczas jeszcze mojej depresji, dzwonił do mnie i pytał się mnie, jak się czuję i się o mnie troszczył. Jemu opowiedziałam o całej tej sytuacji z Top Gunem, o tym, co mi zrobił…o tym, że mam depresje, że bardzo źle się czuję. W pewnym momencie zaczęłam traktować go jak brata, bo był ze mną, wspierał mnie ostatnio, rozmawiał. Z tym, że ja myślałam, ze on również myśli o mnie jako o koleżance i niczego więcej nie oczekiwałam. Bo i teraz przyjęłam taką postawę, że niczego nie oczekuję. Traktuję ich jako kolegów, ale nie wierzę od razu, że coś z tego będzie… Nie robię sobie żadnych nadziei, bo nie chcę się już więcej rozczarowywać. Muszę też dać sobie czas dla siebie. Ostatnio, na samym końcu mojej depresji, bardzo chciałam, by Top Gun wiedział, jak ja cierpię, jak bardzo mnie zranił, jak nie mogę przeżyć kolejnego dnia bez bólu psychicznego, ale potem sobie pomyślałam, że on i tak tego nie zrozumie. Może w tym jest trochę mojej winy, bo gdybym zerwała od razu kontakt to może coś by do niego dotarło. Teraz jest już na to za późno. On mnie nie będzie w tym wspierał, nie będzie rozmawiał, on to ma gdzieś. Kiedy zaczęłam mu coś mówić…. Powiedział mi tylko, że jestem silna, że dam sobie radę i tyle. Zrezygnowałam z mówienia mu o tym. On nie wie co mi zrobił i nie zdaje sobie nawet z tego sprawy, przeszedł nad tym do porządku dziennego, to dlaczego ja nie mogę? Niech sobie żyje w tej swojej nieświadomości… słodkiej. I niech nadal pomaga ubogim i bezdomnym, tylko jedną osobę, która na to na prawdę nie zasługuje, bo przy nim była i jest, i która na prawdę go kochała odrzuca cały czas… Nie rozumiem tego, ale jak czegoś nie rozumiem to trzeba to zostawić…

Zastanawiałam się też ostatnio nad tym, co się ze mną działo przez ten czas od kwietnia… Doszłam do wniosku, że przeżyłam epizod depresyjny, kolejny już i bardzo ciężki. I wyszłam z niego. Jestem z siebie dumna. Nie czuję już takiego bólu psychicznego.

***

Wczoraj odbyłam też rozmowę z panem A. To była dziwna rozmowa. Wiem, że się o mnie stara, ale nic z tego nie będzie. Pan A. po raz pierwszy przez pół godziny przekonywał mnie wraz z kolegą, że marihuana jest dobra i powinnam zacząć ją palić, a już na pewno nie uważać ją za narkotyk… I mówi mi to facet 24 lata, który chciał być ojcem dla dziecka swojej poprzedniej dziewczyny z innego związku… A jego kolega też mnie chciał przekonywać, jednak co drugie słowo zaczynało się na k, już nie mogłam tego słuchać… I tak sobie pomyślałam o różnicach w potrzebach kobiet i mężczyzn w tym wieku. Oczywiście nie wszystkich, mam nadzieję, choć takowych nie wiedzę na chwilę obecną, ale jednak… Kobieta by chciała, żeby ktoś był, żeby przy niej trwał, czuwał, żeby ją wspierał, żeby potrafił dać z siebie coś dla tego związku, żeby był oddany, żeby można z nim było porozmawiać, żeby rozumiał, żeby chciał tego samego… A mężczyźni czasem zachowują się jak duże dzieci, które wiecznie chciałyby się tylko bawić, czasem nie zważając na konsekwencje…  Na koniec padło jeszcze takie zdanie, że się różnimy, ale to musi się zmienić… Na co tylko odpowiedziałam, że ja się  nie będę dla nikogo zmieniać i swoich poglądów również nie.

Potem posmutniałam tylko, bo pojawiła się myśl, że szkoda, że nie wyszło z Top Gunem. Jesteśmy czasem jak dwie krople wody. Spojrzymy na siebie i już wiemy o co chodzi. Ale może tak musi być?

Z tego wszystkiego wysunął mi się taki wniosek, że lepiej być samemu, niż ładować się w kolejne dziwne relacje… A tymczasem czekam na wiadomość od D.

dress-864107_960_720

Coś się zmieniło, jest spokojniej!

To dziwne, ale wybory coś między nami zmieniły. To był w ogóle jakiś dziwny dzień. Nie rozmawialiśmy ze sobą dwa dni wcześniej. Byłam w tym czasie w szpitalu, zawsze kiedy tam byłam, pisaliśmy, rozmawialiśmy, to wszystko mi się przypominało. To miejsce, przypominało mi rozmowy z nim, te szczerze rozmowy i śmiechy, żarty, dowcipy. W dniu wyborów napisałam do niego, wysłałam mu buźkę i znak zapytania. Odpisał takim tekstem, że wyszło, że nie potrafimy ze sobą nie rozmawiać dłużej niż dwa dni… że za sobą tęsknimy… Ten dzień był dla mnie dobry, jakby pierwszy raz poczułam, że ta sytuacja się stabilizuje i choć może nigdy nie będziemy razem, nie musimy być to jednak jest między nami coś bardzo dziwnego, może to po prostu zwykła przyjaźń i poznanie siebie?

Przyglądam się sobie też, jak zachowuje się po lekach. W zeszły piątek miałam fazę „Nienawidzę go! Ale może nie odchodzić ode mnie, jednak cieszę się, że się od niego uwolniłam, denerwuje mnie. Dość tej żałoby, nie mogę tak żyć. Trzeba iść dalej. Może jeszcze spotkam kogoś wrażliwego i dobrego.” Z piątku na sobotę noc była bardzo ciężka. Znowu miałam flash backi, całą noc nie mogłam spać, rozmyślałam o tym, co było oraz o tym, jakim jest palantem, że nie widzi tego, że jestem dla niego taka dobra. Później pojechałam do szpitala do pacjentów. Ten dzień był ciężki i smutny, choć godziny jakoś się nie dłużyły i nie czułam takiego zmęczenia.  W sobotę nie odzezwałam się do niego ani słowem. W nocy spałam w miarę dobrze.

A tu wstawiam jedną piosenkę, która bardzo dobrze oddaje mój stan z piątku:

 

Jednak w niedzielę nastapił  jakiś przełom, może to wszystko już mnie tak nie rusza? Choć flash backi nadal mam ze spotkania z nim, z wiadomości od niego, z rozmów… Jednak poczułam, że coś się zmieniło we mnie, nie reaguję już na pisanie z nim czy rozmowę tak emocjonalnie. Nie zastanawiam się już, czy powinnam to robić. Nie telepie mnie już na samą myśl odpisania mu. Może to dla mnie lepsze? Przegadaliśmy w sumie w niedzielę cały dzień, o zwyczajnych tematach…

Ciężko mi uporać się z potrzebami, które w sobie mam. Mam w sobie potrzebę, a dokłądniej potrzebę bliskości, a ona prowadzi mnie do złego, choć sama w sobie zła nie jest. Wiem to, ale i tak ją mam. Regulujemy sobie soba nawzajem emocje. Jemu, kiedy jest źle, dzwoni do mnie i jest lepiej, a mnie kiedy jest źle pogadam czy popiszę z nim i też jest lepiej. To jak branie narkotyków, to takie uczucie, jakby można było naćpać się drugim człowiekiem.

Od tych wyborów zrobiło się jakoś spokojniej. Nie wiem, czy to akceptowanie sytuacji, ale powiedziałam sobie, że poczekam co czas pokażę, pewnego dnia po prostu, albo z nim będę albo nie.  Parę dni temu jeszcze tak bardzo bałam się tej myśli, że on odejdzie do innej. W sumie, nadal się jej trochę boje, ale jeżeli tak zrobi, będzie kompletnym dupkiem i palantem, a poza tym, ja przetrwam, jakoś… Na razie jestem wolna i zamierzam to też jakoś wykorzystać. Przypomniała mi sie pewna historia, o której tutaj jeszcze nie pisałam. Jakiś czas temu, a dokładniej wtedy, kiedy rozstawałam się z Muzykiem i poznałam Top Guna, poznałam też pewnego chłopaka, Ł. Pisał do mnie bardzo długie listy, pełne takiego wrażliwego spojrzenia na świat. Ja wtedy mu w pewnym momencie nie odpisałam i kontakt się urwał. Pomyślałam sobie, że może warto te znajomość jakoś odnowić? Napisałam do niego pierwsza, odezwał się po dwóch dniach, z informacją, że odpisze mi coś wiecej jak przeżyję, bo również przeżywa zawód miłosny i jest mu bardzo ciężko… Cóż, chyba nie pozostaje mi nic innego jak również danie mu czasu…

Oprócz niego jest jeszcze inna osoba, z którą wiem, że nic nie będzie, ale przynajmniej mogę z nim pogadać. Ma o dziwo na imię tak samo jak Top Gun i jest raczej stabilny choć zagubiony, ma niskie poczucie własnej wartości. Ale stara się mnie wspierać w tym wszystkim, choć w taki prosty sposób.

Dziwnie się czuje z tym spokojem wobec tej sytuacji. Czyżby ta wyprowadzka jego utrzymanki dała mi jakąś złudną znowu nadzieję? Nie chcę tak myśleć… Z drugiej strony nie zakładam też snowu najgorszego, tylko nie wiem, czy to aby jest realne. Dla mnie zawsze najgorsze scenariusze były najbardziej realne i aby nie popaść w jakąś iluzję właśnie, trzymałam się ich. Ale może te trochę mniej ciemne też są możliwe i realne? Tego nie wiem. Chyba z tą myślą mi lepiej. Może być tak, lub inaczej. Wmawiam sobie, że cokolwiek się nie zadzieję, dam sobie radę. Czasami jeszcze przychodzi taka myśl, że przecież to jest już niemożliwe, żeby było dobrze, że on musi odejść… wcześniej czy później, ale nie wiem, co o tym sądzić. Z drugej strony boje się, że zaczynam się w to wszystko znowu wplątywać. Tym razem jednak widzę, że rodzina to akceptuje, bo widzi, że trzymam się lepiej, tylko nie wiem do czego to prowadzi. Jednak na razie nie chcę o tym myśleć, nie muszę przecież wszystkiego od razu wiedzieć. Wiem, że to jest bez przyszłości, ale czy wszystko musi mieć przyszłość?

digital-art-398342_960_720.png

Sam sobie zabiera szczęście i szansę na lepsze życie…

Obudziłam się jakaś spokojniejsza. Myśl o tym, że on mnie nie kochał jakoś mnie uspokaja. Może nawet nie ma do czego wracać, skoro to nie była miłość? Przeżyłam kilka fajnych chwil, tego nikt mi nie odbierze. Dziś natomiast zdałam sobie sprawę z jednej ważnej rzeczy, popatrzyłam w tym wszystkim również na niego. Do tej pory wydawało mi się, że tylko ja jestem tu poszkodowana. Ale patrząc na niego wiem dziś jedną orawdę i chce mi się z niej śmiać. Nie, nie odczuwam już litości patrząc na niego. Zdałam sobie właśnie sprawę z tego, że on mógłby mieć wszystko to, czego tak bardzo pragnie. W końcu tyle razy, mówił mi o tym, że pragnie rodziny, dzieci, ciepła, bliskości, miłości… I mógłbg to wszystko mieć. Mógłby to dostać ode mnie. Ale on wolał tę osobę, którą spotkał i, która byłaby mu w stanie to wszystko dać, olać i zignorować. Odbierając sobie samemu szansę na szczęście i spełnienie marzeń, na osobę, która naprawdę by go kochała i przy nim była w dobrych i złych chwilach. On sam tego nie widzi, że spotkał kogoś, kto mogłby mu wiele dać, pomimo tego, że bardzo go zranił i zachowywał się nadal nie fair. Bo ciągle przy nim byłam, mimo, że wszystko się zawaliło. Ale zawaliło się nie tylki dla mnie… Dopiero teraz to widzę. Wcześniej patrzyłam na to tak, jakby moja miłość nie miała żadnej wartości. Teraz widzę, że ma. Ale on sam sobie to wszystko odebrał. Ja wiem, że można pwiedzieć, że mnie nie kochała więc i szczęścia by w tym nie widział, ale z tego co mówił, co dla niego znaczy szczęście, mogłby to wszysto ode mnie dostać. Ale on mnie odepchnął. I tego nie widzi, że spotkał osobę, która na prawdę byłaby w stanie tak dużo poświęcić. Gdzie mogłby mieć jakieś plany, marzenia, które można by było zrealizować bo oboje pragniemy tego samego od życia. Nie zdaje sobie sprawy z tego, że sam odbiera sobie to co najcenniejsze, szczęście… Dlatego śmiać mi się chce z tego wszystkiego, z jego głupoty. On tego nie rozumie, więc jak już pisałam, trzeba to zostawić, a kochanie go, to robienie sobie przeze mnie samej jawnej krzywdy. Bo mogę się ciągle szarpać, zabiegać, prosić, być przy nim, tylko co z tego, gdy on tego nie widzi, gdy odpycha od siebie osobę, która mogłaby mu tyle dobrego dać… Gdy tego nie chce. Mogę z nim prozmawiać, jak z kolegą, mogę popisać, ale nie będę go ani kochać ani zabiegać… Nie będę już siebie ranić tym, że on po pierwsze nie rozumie, co mi zrobił, jak bardzo mnie to bolało, a po drugie, że nie rozumie, że sam sobie odbiera możliwość dostania tak wielu rzeczy ode mnie… W końcu to, co chciałam mu dać też nie jest bez wartości, tylko jest cenne i wartościowe…

W związku z tym wszystkim poczułam się jakaś spokojniejsza i zajęłam swoimi sprawami… Jeszcze parę dni temu bałam się wiadomości od niego, wyczekiwałam ich, ale równocześnie pod tym była jakaś obawa. Pytanie, o to jak się zachować i co odpowiedzieć. Dziś jestem jakby spokojniejsza. Oczywiście napisał do mnie z rana, jak codziennie. Ale nie mam jakoś wielkiej ochoty na pisanie z nim. Dopuszczam do siebie myśl, że mogę z nim nie pisać, nie żyć jego problememi i nie rozmyślać całymi dniami co ma w głowie…

beach-1836377_960_720

Top Gun właśnie przed chwilką odleciał do Słowenii, nie zdążyłam się z nim nawet dobrze i należycie pożegnać, ale jakoś mnie to nie boli… Oczywiście na pożegnanie wysłał mi całuski… Teraz nie będziemy mieli kontaktu, podejrzewam, że odezwie się raz, może dwa stamtąd przez sms. Resztę dowiem się po powrocie. Może to dobry czas, żeby trochę odpocząć od tego wszystkiego?

Jak ja dobrze znam ten stan :

Sen…On mnie nigdy nie kochał. Chyba pora się odkochać…

Dziś pierwszy dzień odpoczynku. Pozdawałam wszystkie egzaminy! Jestem z siebie bardzo dumna w tej kwestii, że przy takim stanie dałam radę pozałatwiać tyle spraw i objąć rozumiem tyle nauki. Miałam dziś sen… jak zwykle śnił mi się Top Gun, ale dziś jakoś inaczej. Śniło mi się, że się bardzo kłóciliśmy, że mówiłam mu jakim jest dupkiem i, że gdybym wiedziała od początku co kryje w zanadrzu, nigdy bym na niego nawet nie spojrzała. Czułam do niego żal i złość. To prawda, dużo jest we mnie tych uczuć w stosunku do niego… Wczoraj znów poprosił mnie, żebym mu wysłała swoje zdjecie, na dodatek w nocnej koszulce. Kiedyś bym się na to zgodziła, ale nie teraz… Zdecyodowanie odmówłam i napisałam mu, że gra na kilka frotów, żeby takie zdjęcia uzyskać.  I ciekawe ile ich ma na telefonie od ilu kobiet. Na co on zaprzeczył i powiedział, że może moje zdjecia usunąć, jeśli chcę. To tylko zdjęcia. Zapytałam się go po co one mu były, na co odpowiedział, że po nic, po prostu, gdybym mu teraz takie zdjęcie wysłała to by się uśmiechnął, a jak nie to luz, bo tylko się wygłupiał…

Wniosek z tego jest tylko jeden. On nigdy mnie nie kochał. On nie rozumie co mi zrobił. Nie rozumie tego, że zrobił mi dokładnie to samo, co kochanka zrobiła jemu. Dał mi nadzieję na lepzy czas, na inne, lepsze życie, na poważną relację, a potem mi to wszystko brutalnie odebrał. Nie rozumie tego… nigdy nie byłam dla niego ważna, może mi tylko tak się wydawało? Tak, jak mówił, nie chciał, żebym odebrała to jako to, że mnie podrywa, starał się mi pomóc jak mógł, nie myślał, że mógłby być kimś więcej niż tylko kolegą. Nigdy mnie nie chciał tak naprawdę. Fakt, przekraczał granicę, zachowywał się tak, jakby mnie chciał, ale moze nie miała tego na myśli? Może to była z jego strony zwykła pomoc, którą ja odebrałam jako chęć zbliżenia się? Tak czy siak, on tego nie rozumie. Szczerze myślałam, ze jest mądrzejszy, że dostrzega pewne sprawy, że wie, co mi zrobił, jak mnie zranił. Faceci nie są zbyt domyślni… Niestety, jest jeszcze większym palantem, że tego nie widzi.

Doszłam do wniosku, że chyba pora się odkochać, do tej pory mi na nim zależało, nawet po tym wszystkim co mi zrobił, chciałam być przy nim, jakoś go wspierać, bo też nie ma łatwo, ale widzę teraz, ze to bez znaczenia, bo on i tak tego nie rozumie… Niby wie, ze dużo dostał ode mnie, niby kiedyś coś takiego powiedział, ale nie rozumie tego, jak bardzo zranił moje uczucia i mnie samą. Dając mi nadzieję na lepsze życie, a potem ją brutalnie zabierając, jeszcze oświadczają, ze to nie miało być zbliżenie się do mnie, tylko zwykłą pomoc. Tego, że przekroczył granicę intymności która jest zarezerowwana dla zwykłej przyjaźni też nie rozumie… że to zaszło za daleko chyba też, a może rozumie, ale to już jego sprawa. Dalej robi to samo. Dalej przekracza te granicę intymności i twierdzi, że to tylko kolezeńskie stosunki…. Rano myślałam, że będę musiała stoczyć wojnę, z sobą, ze woimi uczuciami, zeby się z tego wyplątać, a przynajmniej nie dać wplątać znowu w ten „romans”, ale teraz widzę, że staje się jakaś spokojniejsza. Przestaje mi chyba zależeć na kolesiu, który błogo żyje w swojej nieświadomości, a ja? Ja biorę leki, płaczę po nocach i nie umiem spokojnie spać. Nie taka jest tego współmierna cena. Pora zacząć żyć swoim własnym życiem i nie przejmować się nim, bo o tego i tak nie zrozumie, moich uczuć do niego, tego, co mi zrobił, a jeżeli ktoś tego nie zrozumie to tak jak z Panem ze skrzydłami, trzeba go zostawić i pozwolić mu żyć w tej swojej nieświadomości. Nie zależy mi na tym, żeby mu cokolwiek udowadniać. On mnie nigdy nie kochał, ja jego tak, ale chyba nie teraz, dziś coś we mnie pękło, coś się zmieniło. Ta myśl jakoś mnie uwalnia od niego, oddalam się od niego chyba coraz bardziej…

To trochę smutne, że zostaję znowu sama, kolejny facet, który mnie nie kochał. Ale muszę jakoś dalej żyć… Załatwiam sobie praktyki ze studiów, on mi pomaga, załatwić praktyki w swojej jednostce, ale zaczynam to traktować jak tylko zwyczajną koleżeńską pomoc. choć przyznam, że trochę dziwnie się czuję, w końcu tam poznał swoją kochankę, za którą tak szalał… Chyba przestaje mi zależeć… po co ma mi zależeć na kimś, kto i tak mnie nie rozumie? Chciałam mu tyle dać, nawet teraz być i wspierać, ale on chyba tego w ogóle nie widzi, tego co się stało, że przy nim jestem, może trochę tak, ale nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bardzo mnie zranił, on chyba nie zasługuje na moją miłość…

Wysłałam mu też dziś słowa piosenki, którą wczoraj zamieściłam na fejsbuku, pomyślałam, a co mi zależy:

A dziś jadąc do lekarza widziałam całe pola rzepaku, to też takie zdjęcie 🙂

Zaczynam czuć trochę spokoju…

fog-3050078_960_720

Po spotkaniu słów parę…

Piszę te słowa z osobliwego miejsca, bo szpitala, gdzie raz na jakiś czas jeżdzę i to nie z przyczyn zdrowotnych a naukowych. Poprzedni pobyt tutaj wspomonam źle, bo byłam wtedy jakoś przepełniona smutkiem. Dziś natomiast odnalazłam odpowiedź na pytanie nurtujące mnie od lat… Dlaczego rozumiem niektóre przeżycia borderów… Bo możliwe, że sama takie po części mam… Kiedyś już się zastanawiałam nad tym, pisząc o tym tutaj na blogu.

A o spotkaniu z Top Gunem… Spotkanie się udało, doszło do skutku, było miło i przyjemnie, dałam mi wreszcie to co zrobiłam dla niego w okresie świąt. Ucieszył się, choć swoją radość wupowiedział w prostych żołnierskich słowach…natomiast to, co stało się po spotkaniu mnie zadziwiło… Jak zwykle przywiózł mnie do domu. Jednak za każdym razem gdzy mnie odwoził, a bywa to dość często na nasz harmonogram zajęć, nigdy, ale to przenigdy nie chciał wejść do mnie do domu. Zapraszałam go wiele razy, na kawę czy herbatę, bo tą pierwszą rzadko pija… Nigdy nie wszedł. Tym razem jednak musiał pomóc mi zanieść duże paczki, które mi przywiózł. No więc… Wziął je i pomaszerował do moich schodów. W domu czekał na nas dziadek. Biedak chciał te paczki zosstawić w przedsionku i zniknąć, ale niestety nie było tak dobrze bo jakbym potwm je do domu wniosła więc kazałam mu je wnieść troszkę dalej… Dziadek otwiera drzwi, a Top Gun stanął jak wryty z tymi paczkami. Dopiero po sekundzie widać było jak oprzytomniał, a ja go lekko popchnęłam no i wszedł do domu… Przywitał się, zoatawił paczki i… Tyle go widziałam, stwierdził, że musi już iść, jest bardzo zmęczony, jutro coś tam musi zrobić, a dziś to w ogóle położyć… No więc mało myśląc wzięłam go chwyciłam i przytuliłam na pożegnanie… Widać był w lekkim szoku, ale za chwilę już było dobrze, a potem na jego twarzy pojawił się uśmiech.

Wczoraj natomiast, nie odezwał się ani słowa, nie napisał, ani nie zadzwonił,  co skłoniło mnie do jakichś refleksji… Dziś jednak napisał z pytaniem jak tam spędziłam wczorajszy dzień więc może nadal chce rozmawiać, nie za bardzo tylko jeszcze dostrzegam powód dlaczego starszego już faceta miałaby tak stresować sytuacja wejścia do czyjegoś domu… Wszak cała sytuacja wydała mi się bardziej śmieszna niż straszna… Dzisiejszy dzień również upłynął mi na rozmowie z Top Gunem, choć już takiej na prawdę bardzo otwartej, znów… Coś czuję, że będzie o śmiechu, całowaniu i seksie cz. 3 tego wpisu…