A teraz się śmieję, że trzeba było porządnego kowboja, żeby ujeździł moje emocje…

Wiele się ostatnio dzieje, nie nadążam zapisywać, rozprawiać się z myślami, a już jest kolejna rzecz i kolejna, większość o dziwo pozytywnych! Moje życie się zmieniło… zrobiło duży obrót. Jak możecie nawet zauważyć, zmiany trwają, bo postanowiłam zmienić szatę graficzną blogu. I postanowiłam, że będzie weselsza, więc wybrałam zieloną 🙂 Żeby przypominała mi o dobrych chwilach. A w nagłówku mam moją nową ekipę 🙂 Fajna, prawda? 🙂 Ha ha 🙂 Chce mi się śmiać, to chyba dobrze! Zmiany, zmiany, zmiany… a wszystko zaczęło się od… obojętności. Całkowitej, nie wyuczonej, tylko obojętności z bezsilności wobec sytuacji. Przed obojętnością była jeszcze faza, że nie wiedziałam, kim jestem, nie wiem, czy może odczuliście to w moich poprzednich wpisach. Była obojętność, bardzo silna, obojętność wobec relacji, wobec moich bezproduktywnych starań. Wpis o obojętności był bardzo potrzebny i bardzo ważny, kiedy patrzę na to  z dzisiejszej perspektywy. To był całkowity, choć bardzo niepozorny początek mian. Wydawałoby się, że lecę w dół. Hm… może czasami trzeba zrobić dwa kroki w tył, a to one staną się jednym krokiem do przodu? Potem był szereg zmian, w myśleniu, zachowaniu, zastanawianiu, rozumieniu czy też niezrozumieniu, patrzeniu na świat, granicach. Czuję, że mój horyzont się przesunął na tyle, iż widzę na prawdę więcej, a przede wszystkim widzę siebie!  I choć może zabrzmi to dość egoistycznie, to czuję, że teraz… jestem ja! Zostawiłam cały świat, ten świat, którego ruszyć nie mogłam, a bardzo chciałam. I choć on nie drgnął z miejsca, nic znaczącego się w nim nie wydarzyło, to wydarzyła się rzecz zaskakująca i dla mnie całkiem nowa. Potrafiłam postawić siebie w centrum mojego życia. Fenomen! Nie zważając na to, jak zareagują inni, jak do tego ustosunkuje się matka, czy dziadkowie będą zadowoleni… Po prostu, ja i moje życie. Nigdy nie byłam egoistką, wręcz odwrotnie, szło mi na altruizm, wiec raczej nie obawiam się, że zapomnę o innych, ale nauczyłam się tego, że sama dla siebie mogę być ważna i dać sobie prawo do bycia zadowoloną i radosną, kiedy od dziecka uczono mnie, aby zamartwiać się problemami innych.  O poszczególnych zmianach jeszcze będę tu pisać, żeby sobie to wszystko poukładać w całość. Najważniejsze już napisałam, czuję się lepiej. Jakby coś ciężkiego, co wlokłam za sobą przed lata spadło mi z szyi. I teraz właśnie zastanawiam się, jakim cudem? O predyspozycjach psychicznych i pracy z samym sobą już wiem, mówili mi to kilka dobrych razy na terapii. Z resztą co się ostatnio działo na terapii też opiszę, bo myślę, że też opisania jest warte 😉 Terapia terapią, nie neguje jej nieskuteczności, być może przez jakiś czas miałam przeniesienia, ale wydaje mi się, że nie tylko terapeuci i ja mamy tu zasługi… Wiadomo, ja mogłam ze swoim życiem zrobić, co chciałam, chciałabym się dalej kisić w emocjach, mogłam to zrobić, przecież wolno mi, kowboj-drukarnia-czestochowawolno mi rozpaczać, wolno płakać, wolno się poddać. Cieszę się, że tego nie zrobiłam, ale nie zrobiłam tego, bo zobaczyłam coś, a właściwie kogoś, kto pokazał mi zupełnie inną, nową stronę życia, nową perspektywę, nowy horyzont… I choć sama musiałam to wykorzystać w pracy nad sobą, (choć myślę, że to dopiero początki), to jednak bez tej osoby byłoby mi bardzo ciężko i myślę, że nigdy nie osiągnęłabym takiego stanu „zrzucenia bagażu” w takim tempie.  To był moment, chwila, w zasadzie nawet nie pamiętam która! Dotarło do mnie, że może być dobrze, mogę się fajnie bawić, mogę mieć na coś wpływ, mogę układać swoje życie jak chce, mogę robić „co mi się podoba”, co kocham, mogę mieć własne cele, własne poglądy, mogę żyć tak, jak ja tego chcę. Poczułam się wolna, jakby nagle ograniczenia zniknęły, nawet w towarzystwie mojej Mamy, przy której zawsze jakoś czułam się spięta i odczuwałam presję, że muszę „trzymać fason”.  Miałam to totalnie gdzieś. Mam prawo być sobą 🙂 I zobaczyłam, że mogę być lubiana i akceptowana taka, jaka jestem, nawet przez gwiazdy jeździectwa, a nie przez M., który niczego tak naprawdę jeszcze nie osiągnął. Choć nie chcę tutaj zaniżać wartości, bo każdy z nas jest na swój sposób wyjątkowy, choć wyjątki od tej reguły też się zdarzają :-P, to myśle, że nie ma czego porównywać. M. jest na etapie imprez z grupą i tylko tyle na razie ma, no i wszystkie przegrane mecze w tym sezonie… Jeden zremisowany. Jeszcze dużo się musi nauczyć, jeśli chodzi o życie i zrobienie czegoś ze sobą w tym życiu. Ludzie, którzy niczego ze sobą nie chcą zrobić są… jak świnia. Co jej dasz, to zje, kiedy wypuścisz, to wyjdzie… żadnej charyzmy.

Teraz staram się przenieść to wszystko, czego nauczyłam się i czego doświadczyłam tam, w przeciągu paru dni na moje życie codzienne. Taki miałam plan i on zaczął się realizować, a może lepiej brzmi zaczęłam go realizować. Ha ha, przestałam sobie ciągle umniejszać, może chwalipiętą nie zostanę, ale miło czuć, ze coś zależy ode mnie. Sprawczość w życiu jest baaardzo ważna. Miałam to zaburzone i to mocno, teraz to widzę, ale dobrze, że to widzę i cieszę się z tego bardzo. Nie wiem, czy ktoś pamięta wpis pisany już jakiś czas temu pt. „Znaleźć coś, w co będę mogła uwierzyć”? Właśnie znalazłam! Jakoś nie do końca wierzyłam w to, co mówili do mnie na terapii, jakieś takie nierzeczywiste mi się wydawało. I pewnie było dla mnie, na tamten czas. A jak sama znalazłam to, w co wierzę , to uwierzyłam, że można inaczej… No tak, jak stwierdzili po pierwszych spotkaniach, trudny ze mnie przeciwnik i tak czy siak, zrobię po swojemu. Ważne, żeby efekty były podobne 🙂 Teraz się śmieję, ze trzeba było porządnego kowboja, żeby ujeździł, a właściwie zajeździł moje emocje. W rzeczywistości jestem bardzo wdzięczna temu chłopakowi, za to, ze mogłam zobaczyć życie z innej perspektywy i wykorzystać to dla siebie 🙂

Są chwile, w których boję się, że wrócę  do starego marazmu. Ale to lęk… może wypływający z doświadczeń, trochę z predyspozycji. Na razie, o dziwo, trwam sobie na podobnym etapie zadowolenia i poczucia mojego, własnego celu. Jasne, są chwile, że ktoś popsuje mi humor i daje je sobie też przeżywać. Bo nie chcę znów popaść ze skrajności w skrajność, że teraz będę od siebie ciągle wymagać zadowolenia. Chyba nikt nie jest zawsze zadowolony… Są także chwile, kiedy przypominają mi się te dobre chwile z M. To była chyba druga osoba po Indianerze, z którą zżyłam się tak bardzo… Wtedy jest mi najzwyczajniej w świecie przykro. Czuję żal do niego, ale wiem, że on tego i tak nie zrozumie. A ja z kolei nie zrozumiem jego zachowania, a jeśli czegoś nie jestem w stanie zrozumieć, to lepiej nie poświęcać temu uwagi zbyt dużej, bo tylko nakręcę się w myśleniu. Po chwili te obrazy się przesuwają i znowu jestem tutaj, u siebie…

Z tego, co mi wiadomo, a wiadomo mi przypadkiem, bo nie interesuje się jego losem, ta historia może, może mieć jeszcze swój dalszy ciąg za jakiś ładny kawał czasu, bo przecież jesteśmy rodziną…  Ja na razie tego nie chcę, on niczego nie rozumie. I niech tak pozostanie na chwilę obecną. Pomyślałam sobie za to, że napiszę do chłopaków. Myślę, że jakaś miła wiadomość z gratulacjami byłaby na pewno miłym akcentem 🙂 Oni nawet nie wiedzą, co oni zrobili… Szczególnie jeden, o którym potem Mała rozgłaszała wieści, że jest „moim kowbojem”! Ale o kowboju  jeszcze może będzie 😉

A ja Was zostawiam z muzyczką i pędzę na jazdę 🙂 Takie mam ostatnio widoki, przez cały czas 🙂

Reklamy

Nie ma dwóch takich samych zachodów słońca… tęsknię za wolnością.

Kończy się nam powoli czas świątecznych światełek, choinek, migających ozdób, które tak bardzo lubię. Dziś wracam myślami do przeszłości. Przypominają mi się różne obrazy, wspomnienia, dni, miesiące, wreszcie lata… Tak bardzo tęsknię dziś do wędrującego po błękicie nieba słońca. Tego letniego słońca. Kiedy świeci słońce świat wydaje się bardziej 20150929_174801radosny. Mimo wszystko. Potrafiłam być smutna, mimo tego, że świeciło słońce tak jasne, że oślepiało wszystkich wokół. Dziś jednak tęsknię do tamtych chwil. Czasu spędzonego na moim małym ranchu, oderwanym trochę od codziennej rzeczywistości miast, aglomeracji, tłumu. Brakuje mi tego codziennego pogrążania się w myślach przy wpatrywaniu się w kolejny, cudowny, magiczny zachód słońca nad moją krainą… Tak, jest w tym jakaś nieopisana magia. Kiedyś będę musiała to jeszcze raz tutaj opisać, tylko dokładnie. W mojej krainie nie ma dwóch takich samych zachodów słońca. Chyba nigdzie na świecie nie ma dwóch takich samych…

Pamiętam, że zawsze to zachodzące słońce budziło we mnie masę rozterek, masę pytań, masę myśli… o sens i cel istnienia. Myślę, że u każdego z nas z wiekiem to się zmienia. Mamy przecież różne motywacje, różne aspekty życiowe i różnorakie podejście do życia. Jeżeli kiedyś obserwowaliście słońce, które co dzień wstaje i zachodzi czy nie przyszło Wam do głowy pytanie dlaczego? Mnie przyszło, choć czasami myślę, że to zbyt wielkie pytanie jak na moje rozmyślania. Świat jest przecież ciągłą tajemnicą… Dlaczego coś przemija, nieustannie? Wszystko gdzieś dąży, do czegoś zmierza. Ale do czego…? Te pytania stawiali sobie już w starożytności i co śmieszne nadal nie otrzymaliśmy jednoznacznej odpowiedzi. Można by rzec vanitas vanitatum et omnia vanitas. W kontekście jakże znanego,ludzkiego przemijania słowa te powinny nas pogrążyć. Jeżeli wszystko jest marnością, a życie człowieka może zgasnąć w każdej chwili? Myślę, że człowiek kiedyś, bardzo dawno temu zdał sobie sprawę ze swojej kruchości wobec świata, przemijania i wszystkiego co wokół. Wobec zachodzącego słońca też. A jednak je nadal podziwiam…

I kiedy tak zachwycam się blaskiem, czerwonej kuli, która ma za chwil kilka schować się bezpowrotnie, tajk,, jak jeszcze nigdy tego nie robiła i robić nie będzie, pojawiają się pytania „po co ja tu jestem?”, „po co żyje?”  a wreszcie „po co ja rano w ogóle wstałam z łóżka? ” Po to, żeby słuchać mądrzejszych od siebie co dzień? Na pewno. Ale po co jeszcze? Co jest celem mojej egzystencji? Śmierć? To i tak się stanie, nie mam na to wpływu. Jest to jedyna rzecz, której możemy być w życiu pewni. Zapewne zastanawialiście się nad tym nie raz. Na czym tak naprawdę polega życie? Czym jest…?

Określenie celu swojego bytowania jest dość ważnym procesem dokonującym  się w każdym z nas niejednokrotnie. Pytanie „po co żyję?” jest fundamentalnym pytaniem, tak naprawdę retorycznym, bo nikt nigdy jeszcze nie postawił na nie jednoznacznej odpowiedzi. Jest to pytanie bardzo subiektywne, które każdy z nas powinien skierować do siebie samego a dokładniej do swego wnętrza. I równie subiektywnie sobie na nie odpowiedzieć, gdyż odpowiedź ta z pewnością będzie uzależniona od jego myśli, postrzegania samego siebie czy sytuacji…

Wiele razy widzę, jak ludzie wobec tego, co spotyka ich na drodze mówią „a no cóż, przecież trzeba jakoś żyć.” Tylko co to zdanie ma oznaczać? Co to znaczy „jakoś żyć”? Czyli wstać rano, iść do łazienki, potem zrobić śniadanie, do szkoły/pracy, wieczorem do domu, kolacja, no może trochę z rodziną, bo by wypadało, albo i nie… i spać? I rano znowu to samo? Życie często zamyka się tylko do funkcjonowania, nie zastanawiamy się tak naprawdę „Po co”? Gonimy za pieniędzmi, godnym życiem, po to, aby utrzymać rodzinę, zapłacić rachunki, pomalować pokój. To takie banalne, ale prawdziwe. Brak nam często jakiejkolwiek refleksji nad bytem naszym i innej materii. Kiedy patrzę na moich bliskich czasem mam wrażenie, że dali się wciągnąć tej machinie. To smutne. Ja nie potrafię tak żyć, nie potrafiłabym nie myśleć, nie zastanawiać się…  Te poszczególne czynności, które zawsze wykonujemy, owszem, składają się w jakąś całość, ale to jest całość, którą tworzymy my. Nasze działania. Nasze życie. A życie według mnie to nie tylko spanie czy jedzenie i wypełnianie obowiązków. To coś więcej… Przynajmniej dla mnie, osoby, która czuje, że żyje, kiedy patrzy na zachód słońca, bo wtedy, przez tę nieograniczoną przestrzeń i myśli w mojej głowie czuje się choć trochę wolną…

I dziś tak bardzo tęsknię do tej wolności…