Odbudowuję poczucie własnej wartości…

Nie, nie będę pisać o „Tylko nie mów nikomu” Sekielskiego, choć na Waszych blogach zawrzało od wypowiezi na temat tegoż filmu. Szczerze powiedziawszy ja nie mam siły nawet go obejrzeć…

Jak już pisałam Top Gun poleciał wczoraj na ćwiczenie do Słowenii. Miał się nie oddzywać, ale najwidoczniej nie wytrzymał, bo już po 3 godzinach ciszy miałam wiadomość od niego. Odpisałam po godzinie, od tej pory jest cisza… Więc odpoczywam od rozmów z nim. Te jego konwersacje się zmieniły po jednej rozmowie, którą sam zaproponował. Przegadaliśmy wtedy dwie godziny, powiedział mi też wtedy, że byśmy sie dogadali i, zapytał co by było gdyby się pojawiła myśl o mnie, tak, jak to już pisałam na blogu. Od tej pory pisze do mnie ciągle… dzień w dzień, dziś jest pierwszy dzień, gdy nie napisał.

Obecnie dużo piszę na blogu, codziennie bowiem pojawiają się w mojej głowie nowe myśi, które chcę jakoś uporządkować.

W tym całym myśleniu, o tym, że on nigdy mnie nie kochał i o tym, że odbiera sobie szczęście i szansę na lepsze życie, pojawiła się wreszcie myśl o mnie, czego ja chcę, że ja też jestem ważna. Wcześniej tego nie dostrzegałam. Miałam swoje uczucia kompletnie gdzieś, pytałam siebie tylko jak on mógł mi to zrobić i rozpaczałam z tego powodu, że nie bedzie tak dobrze jak myślałam, bo on tego nie chce. Nie widziałam uczucia, którym go obdarzyłam, że ono też jest w tym wszystkim ważne, i, jeżeli dla niego się nie liczy to nie liczy się w ogóle. A to przecież nie tak. Bardzo spadło mi poczucie własnej wartości, bardzo… prawie w ogóle go nie było, poczułam się jak zwyczajny śmieć, jak zabawka, którą się można pobawić i wyrzucić. Teraz po mału dochodzę do siebie, uświadamiając sobie, że przecież to, że ja chciałam to też jest bardzo ważne, bo ja przecież też mam jakąś wartość, a to, że ktoś to odrzuca nie przesądza o moim braku warości… Cieżko mi odnaleźć się samej, samotnej… Do tej pory zawsze ktoś był, a teraz zostałam całkowicie sama, ale może to też nie przesądza o mojej wartości? Nie wiem, dlaczego mam takie chore myślenie. A moze to tylko kwestia przyzwyczajenia? Po prostu, przez ten cały czas przyzwyczailiśmy się do siebie…

Wypisałam podanie na praktyki, zrobię sobie je, mam też taką bardzo cichą nadzieję, że może po praktykach uda mi się zostać w firmie. Cóż, też pójdę do mundurówki i trochę mnie to podłamuje, czy to wszystko nie będzie kojarzyć mi się z nim z tym wszystkim, co między nami kiedyś było…  Udaje mi się nie myśleć cały czas o tej sprawie z nim, jego kobietami, powoli zaczynam zajmować się własnym życiem i sprawami, którę muszę załatwić. Może to działanie leków, a może mojej interpretacji tego wszystkiego. Staje się jakaś spokojniejsza. Nie wiem, czy nie wróci to do mnie, kiedy to ćwiczenie się skończy i Top Gun wróci do swojego normalnego życia, ale póki co do niedzieli mam spokój i staram się tym cieszyć. Nie chcę już żyć jego życiem, jak to było do tej pory, chcę żyć swoim życiem, tak bez zaangażowania. Wróciłam do pracy, powoli zaczynam koncentrować się na sobie…Powoli siebie dostrzegam w tym całym bałaganie, powoli się wyłaniam…

Edit:

Top Gun jednak napisał, nie podczas pierwotnego tworzenia wpisu, ale wkrótce po tym…

art-2436545_960_720

Facebook zablokował mi konto :(

Jak wiecie nie tak dawno, bo 3 dni trmu pojawiłam się na fejsbuku jako Bluesowa Dziewczyna, oraz stworzyłam też stronkę dla swojego bloga, tak, aby móc wrzucać tam najnowsze wpisy… Niestety fejsbuk skasował mi konto, a wraz z nim całą stronkę. Nie mogę się zalogować ani niczego napisać, trwa cały czas jakaś weryfikacja…ale my#lę, że konto zostanie po prostu najzwyczajniej w świecie skasowane… Smutno mi z tego powodu, bo wreszcie znalazłam do Was jakiś kontakt, gdzie mogłam podzielić się cząstką siebie, a tu takie coś. Też tak mieliście?

Zabezpieczony: Przerwa od… życia? Czasami leżę w nocy i nie mogę zasnąć…

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Kowbojskiej przygody ciąg dalszy -opowieść prawdziwa!

…Bo kowbojskie życie nie zawsze jest przepełnione słońcem…

Ostatnimi czasy moja nadzieja jakby była położona na wadze… To jej przybywało, to zaś ubywało. Zwątpienie jest jak tygrys, który tylko czeka aby rozszarpać tę piękną damę w słonecznym kapeluszu, zwaną nadzieją… Bo w sumie, kogo z zewnątrz obchodzi, czy dziewczyna ze słonecznego rancha wstała pewnego dnia zadowolona? Kogo interesuje czy się uśmiechnęła? Czy jest szczęśliwa? Słoneczne rancho jest samowystarczalne… Tak zawsze mi mówiono…
Jakiś czas temu obejrzałam pewien film o którym wspominałam. Tytuł tego filmu brzmiał „Człowiek w ogniu”, opowiadał o losach małej Pity, dziewczynki z zamożnej rodziny i jej ochroniarza. Dwójka ta zaprzyjaźniła się, a kiedy dziewczynka została porwana, jej obrońca zaczyna zdawać sobie sprawę, iż to właśnie ta mała istota odmieniła całkowicie jego życie na lepsze. Postanawia więc zabić wszystkich, którzy stoją za porwaniem. Jak to określa w filmie jego przyjaciel „W życiu trzeba mieć do czegoś talent. On ma talent do śmierci…”
Cały film trzymał mnie może przez dzień, ale… zobaczyłam w nim też coś bardzo ważnego. Do jakich granic potrafi posunąć się człowiek , by ocalić kogoś, kogo zna tak na prawdę przez chwilę, a zmienia on jego życie. I przypomniała mi się jedna osoba, która na chwilę obecną pokazała mi, że życie może być przyjazne… I nie do końca rozumiejąc czemu, poczułam, że chciałabym mu podziękować. Nie wiedziałam jak, gdzie go szukać, nie wiedziałam o tym człowieku nic, poza tym, że był przebrany za kowboja…Przecież ludzie się widzą, potem rozjeżdżają, zapominają, każdy ma swoje życie, tak już jest. Nie wiem dlaczego, ale tym razem znowu moje „ideały” wyciągane z filmów wzięły górę nad wydawałoby się zdroworozsądkowym działaniem….

I zaczęła się droga po omacku, droga, która nie wiedziałam, gdzie prowadzi… Oczywiście niektóre osoby powtarzały mi, żeby dać sobie spokój i zostawić sprawę, bo tylko wyjdę na idiotkę lub ulicznicę… Ale ponieważ już jakiś czas temu stwierdziłam, że każdy ma prawo do swojego zdania, oszczędnie dzieląc się informacjami na ten temat, postanowiłam… że mu podziękuję. Miałam cel, nie wiedziałam jednak, co z planem.

Znalazłam jednak kontakt do jednego z kowbojów, nie wiedziałam, czy jest aktualny, czy w ogóle tacy ludzi będą chcieli ze mną rozmawiać. Jednak spróbowałam. Okazało się, że wszystko działa, byli zadowoleni, że komuś podoba się to, co w życiu robią. Potem poprosiłam ich o jakąś wiadomość co z kowbojem, z którym nawiązałam najlepszy kontakt. Odparli jednak, iż nie pomogą w odnalezieniu kontaktu do niego, bo widzieli go dopiero drugi raz na oczy… I tutaj zadziało się coś zdumiewającego. Nie wiem, czy za sprawą mojego daru, czy też umiejętności podejścia ich, zgodzili się, nawet z chęcią, sami z siebie, aby „załatwić” numer do tego pana, o który nie prosiłam ich wyraźnie, ani nawet nie błagałam jako fanka. Miał być numer… Przy okazji było jeszcze sporo śmiechu, bo biedacy myśleli, że po prostu, jakaś dziewczyna szuka kolesia po połowie miesiąca od imprezy… Więc otwarcie przyznali, że nie chcą obwieszczać jego nieoczekiwanego ojcostwa 🙂 Lepiej dadzą numer… Pamiętam, że pół nocy się wtedy śmiałam, w sumie to nie wierząc chyba, że to wszystko dzieje się naprawdę. Tyle było we mnie emocji, różnych, ale przeważnie dobrych i pozytywnych. Życie nabrało jakiegoś smaku… Ludzie zaczęli być życzliwi, mili, żartobliwi, a we mnie rosła nadzieja na to, że może uda mi się jeszcze skontaktować z kowbojem. Gdzie, ja i taka akcja?? Wiem, że od młodości miałam łeb do różnych takich spraw, ale… to są jednak ludzie, którzy grają w filmach, w zachodnich produkcjach, ja nie byłam z tego środowiska. A może jednak, byłam…?

Potem jednak mijały dni, w tym czasie wyjechałam w góry, odpoczęłam, brałam życie z dystansem, na luzie, wszystko było jakieś inne, lepsze, milsze. Kiedy bierze się życie z dystansem do siebie i otoczenia wydaje się ono być łatwiejszym, na prawdę. Wiec takie też było. Jednak wiadomość z numerem nie przychodziła. Zaczęły się jakieś dziwne teksty w moją stronę, że mam to zostawić, że to nierealne, że być może nie udało im się zdobyć tego numeru. Jejku, kiedy teraz to sobie przypominam… to była świetna akcja…
Zostawiając to wszystko, co słyszałam bezustannie dookoła, napisałam raz jeszcze do jednego z najlepszych kaskaderów konnych w Polsce, z pytaniem czy udało się coś namierzyć. Boże… Facet z tytułami mistrza szukał dla mnie jakiegoś kolesia. Czułam się wtedy tak bardzo inaczej. Poczułam jakiś nagły przypływ siły i energii, że mogę dokonać czegoś dużego, że stać mnie na to. Pierwszy raz też od sytuacji z M. zaczęłam się otwierać, do zupełnie obcych mi ludzi, ale oni rozumieli… Na prawdę, doceniam taką życzliwość. Pomijając fakt, że około trzynastej napisałam z gratulacjami, a o 21 już całkowicie byli ulegli na moją prośbę… Pożartowaliśmy.

kowbojka nnu

Kto powiedział, że dziewczyna nie może?

Po moim pytaniu okazało się jednak, iż niczego nie udało im się jeszcze namierzyć. Nadzieja opadła, no cóż, tak bywa. Pomyślałam wtedy, iż będę musiała czekać rok, na kolejną taką imprezę plenerową. Ten najlepszy jednak szybko stwierdził, że napisze do szefa młodego kowboja z zapytaniem. SZEFA!- A to oznacza najlepszego, bardzo znanego na całą Europę, słynnego i rozsławionego człowieka w branży jeździeckiej. Człowiek, który robi filmy w całej Europie i jest natychmiast rozpoznawalny przez każdego, kto choć z pokazami konnymi miał styczność… Po prostu, bos jeździecki, taki jakby przywódca całej grupy, jeśli porównać do… mafii. Przepraszam za porównanie, ale chyba to najtrafniejsze porównanie, jakie przychodzi mi do głowy. To na prawdę, bardzo wpływowy człowiek w tym środowisku.
Zamarłam… Okey, jeden z najlepszych kaskaderów w Polsce, który tez ma swoją firmę ma pisać w mojej sprawie do Bosa? I co on mu powie? „Bo jakaś dziewczyna szuka kaskadera z Twojej grupy, bo się widzieli na imprezie?” Yyyy… Nie wiedziałam w ogóle, jak ten człowiek zareaguje, jak się zachowa, czy jest sens. Nie chciałam, żeby to odbiło się aż o pracę i szefostwo… A tu sprawa miała się potoczyć przez jakiś czas między dwoma większymi ludźmi z branży. Niekiedy miałam nawet taki pomysł, żeby sama napisać do bosa o ten numer, ale z drugiej jednak strony wiedziałam, że mogę mieć niewielkie szanse na to, iż w ogóle kontakt dostanę… Ten drugi był bliżej tego środowiska, a i może znali się na tyle aby móc sobie porozmawiać. Tylko bałam się, jak B. mu to wszystko przedstawi, bo jak wiedziałam, w żartach nie przebierał, a i jego żarty były trochę z pogranicza… Ale cóż, trudno, stwierdziłam, że zaryzykuję i poprosiłam, żeby jeśli może, ściągnął ten numer od szefa…

Nazajutrz numer był! Miałam numer do ulubionego kowboja! Boże, ile emocji we mnie było, ile wiary, ile nadziei w to, że życie nie musi być szare i ponure, no i zadowolenia.
Wreszcie czułam, że żyję! Wiedziałam kim jestem, wiedziałam czego chcę… Czułam spokój i tylko spokój. Przestałam wreszcie skupiać się na własnych problemach, zaczęłam zauważać świat dookoła, który wydał się… o dziwo pozytywny. Trochę pechowo, dziadkowie robili akurat remont drzwi i malowanie pokoju, stąd też atmosfera w domu była… lekko mówiąc okropna, krzyki, wrzaski i nerwy. I choć już potrafię się do tego zdystansować, to jednak trudno było mi obmyślać plan kolejnej fazy podziękowania.
Pamiętam, że na początku nie wierzyłam, że udało mi się znaleźć ten kontakt. Zwykle moje starania w życiu kończyły się fiaskiem, dlatego też moja radość była wielka. Nie tylko z samego kontaktu, ale też dlatego, iż poznałam życzliwych ludzi, którym się chcę… A przynajmniej chciało zadziałać. Pamiętam też, że mnóstwo było we mnie obaw, czy w ogóle mam się do niego odezwać i jak. Mogę wyjść na zeschizowaną fankę. Nie wiedziałam o czym w ogóle chciałabym z nim porozmawiać, nie miałam tematu. Chyba robiłam to wszystko tylko, żeby podziękować. Co prawda kowboj nie wiedział za co, bo myślę, że nie podejrzewał nawet i do tej pory nie podejrzewa, co zrobił, co mi pokazał i jaką dał nadzieję na to, że życie może być miłe i przyjazne.

Zdecydowałam jednak, że jeśli już powiedziało się A, trzeba powiedzieć też B. W końcu najlepszy kaskader nie po to ganiał za bosem jeździeckim, żebym teraz zrezygnowała. Napisałam… o tym, że mu dziękuję za możliwość przejażdżki na koniu, za fantastyczną zabawę i, że serdecznie pozdrawiam jego i jego konia. Potem nastał czas wyczekiwania na odpowiedź… Godziny się dłużyły, a nadzieja raz przychodziła, raz mnie opuszczała. W końcu byłam wyczerpana, czekaniem, remontem, zaczęła mnie boleć głowa i chciało mi się spać… czułam się bardzo zmęczona.

I nagle, spoglądając na telefon, zobaczyłam, że odpisał… Opanowała mnie radość. Ucieszyłam się, że chciało mu się odpowiedzieć. Pamiętał mnie dobrze. Napisaliśmy kilka smsów, potem już odpowiadał bardziej lakonicznie, może przez to, że był po trzech występach? Ja też już byłam bardzo zmęczona w tym dniu, nie miałam pomysłu o co mogłabym zapytać. Nic pomysłowego nie przychodziło mi do głowy. Zapytałam więc o pokazy. W ostatniej wiadomości odpowiedział, że kiedyś zobaczę. Nie wiedziałam, czy odpowiada tak lakonicznie bo jest już zmęczony, czy też może trochę wystraszony moimi wesołymi chyba wiadomościami i otwartością. Napisałam, że nie będę mu przeszkadzać, bo jutro pokazy i, że udanych im życzę. Nie odpowiedział już nic, ale wciąż byłam spokojna i zadowolona. Nazajutrz jednak przemyślałam sprawę… coś jeszcze nie dawało mi spokoju. Po dość długim namyśle wysłałam mu jeszcze wiadomość, w której
napisałam, że dziękuję za to, że mogłam zobaczyć, jak można żyć po swojemu i, że coś dzięki temu zrozumiałam. Nie odpowiedział nic. Zapewne po prostu nie wie o co chodzi. Dodatkowo wracał z Rzeszowa. Jak teraz o tym myślę, to wydaje mi się, że może trochę wyskoczyłam, ale z drugiej strony właśnie to chciałam mu napisać… Zebrało się we mnie jakieś napięcie. Nie wiedziałam, czy dobrze zrobiłam, czy nie… Wreszcie poczułam to wstrętne uczucie opuszczenia. Totalnego odrzucenia, którego przecież nie było, bo akurat kowboj jest bardzo przyjazną osobą, tylko, że… nieśmiałą… Może to wyglądać tak, że zlekceważył jakąś tam fankę… Tylko, że w tym całym „zabawnym gronie” był jeszcze jeden aspekt, dlaczego się czuł taki skrępowany? Do tego ten nie do końca posłuszny koń… Nie podejrzewam, że ten człowiek mógłby z perfidią kogoś tak po prostu „olać”. Może się wystraszył mojej otwartości… Bo akurat humor wtedy miałam bardzo dobry, a wtedy nie czuję żadnych blokad i jestem w stanie dużo powiedzieć. Może nie czegoś niesmacznego, ale żartobliwego na pewno, a on taki skryty… Chciałam się tylko zaprzyjaźnić i tak też tę rozmowę potraktowałam. Może zbyt otwarcie…

Nazajutrz poczułam, że coś mnie opuściło. Cała ta energia i pasja. Zaczęły mnie dręczyć jakieś dziwne myśli, co sobie pomyślał. Pojawiło się poczucie winy, które jeszcze do tej pory w sobie mam. Może coś zrobiłam nie tak? Ze zmęczenia człowiek robi też różne rzeczy, a byłam wyczerpana wtedy… Poczułam się jak jakaś… dziwnie się poczułam. Potem było poczucie wszechogarniającej ciszy i pustki. Jakbym coś straciła, grupę? Ludzi? Chyba tak… Życie stało się bardziej szare. Zaczęło mi brakować pewności siebie, a mój świat wydał mi się jakiś bardziej osamotniony. Znowu odezwał się mechanizm odrzuceniowy, który ciężko zniosłam. A nie sądzę, żeby on chciał mi dokuczyć. Może się bał, może nie wiedział co i jak… Chyba też ma problemy z otwarciem się na innych… A ja sama czułam, że zawaliłam. Może trzeba było podejść do tego inaczej, tylko skąd mogłam wiedzieć jak, kiedy przecież nawet go nie znam. Opowiedział mi parę rzeczy o swojej pasji, chwile się powygłupialiśmy, pouśmiechaliśmy na występie, tyle.
Po tygodniu walki ze sobą i z moimi myślami, które w efekcie sama sobie wytworzyłam czuję, że sprawa się przedawniła. I to jakoś jest dla mnie pocieszeniem. Może już zapomniał… Nie chciałabym, żeby pomyślał sobie o mnie coś przykrego. Miałam dobre intencje. Jednak rozmowa się urwała, coś zostało zawieszone w próżni. Sama nie wiem, co dalej. Niby wszystko skończone, podziękowałam… ale… takie niedokończenia nie dają mi spokoju. Zawsze chciałam wszystko kończyć, nie lubię takich rozmów, relacji, sytuacji… Wiem, że i tak najważniejsze co z tym zrobię w mojej głowie, ale dręczą mnie takie niedopowiedzenia. O jego życiu prywatnym nic nie wiem, nie chcę mu przeszkadzać w życiu, po prostu, nie lubię niedomkniętych drzwi, bo nie wiem, jak jest i potem zaczynam pisać scenariusze. To ciężkie chwile, kiedy pojawia się brak pewności, kiedy nie wie się, w co można wierzyć… Często byłam odrzucana, wiec z automatu takie myśli. A może to nie prawda?

I tu pojawił się w mojej głowie kolejny, na prawdę szalony pomysł… Ale… oni też tacy szaleńcy… 

                      Rodzina mówi mi, żebym zaczęła pracować w biurze detektywistycznym. Przyznam, że by mi się chyba podobało 😉 

Uf, napisałam… zbierałam się do tego wpisu od tygodnia… Troszkę mi lepiej.