Żołnierz…

Jestem właśnie na jednostce. Piszę ten post z kancelarii. Dziś bowiem wydarzyło się coś dziwnego… poznałam pewnego żołnierza. Nie powiem… Spodobał mi się. Z wywiadu, którego musiał udzielić do badań okresowych dowiedziałam się, że nikogo nie ma. To najważniejsze, bo trójkąty to już nie dla mnie. Mam ich dość. Prócz tego skończył inżyniera na Wat i jest inteligentny w rozmowie. Natomiast w rozmowie z koleżanką z biblioteki dowiedziałam się, że dużo czyta… W tym również o psychologii.

Rozmawiałam z nim tylko chwilę, ale powiedział mi, że chciałby kiedyś skończyć psychologię, dla siebie, z pasji. Rozmawialiśmy też o moich badaniach do pracy. Zgłosił chęc uczestniczenia w nich. To by było interesujące…

Dziś rozmawiałam o nim z koleżanką z biblioteki i powiedziała, że ma do niej przyjść, przynieść jej stroik do gitary… Więc postara się go zagadać o numer telefonu, tak, abym mogła go jakoś zwerbować sobie na te badania, żeby jakiś kontakt z nim był. Zobaczymy czy w ogóle będzie chciał dać numer telefonu i czy pozwoli mi podać… Pewnie to nie wypali ale nie zaszkodzi spróbować… A pobawić się mogę w podchody, pewnie i tak z tego nic nie będzie, ale przynajmniej będę wywiady do pracy magisterskiej…

Edit 15.30  22 październik 2019:

Właśnie przed chwilką go widziałam, jak wychodził z jednostki. Po cywilu ubiera sie dość pospolicie bym powiedziała, bo w dres… No i pali papierosy… Hm… Ale co tam. Wygląd można zmienić, fajki rzucić, a co w głowie, to zostanie…

wojsko-mundury

Przystanąć w pędzie…

Od weekendu czułam się jakoś źle… coś mi przeszkadza, nawet nie wiem do końca co to jest. Jestem zmęczona…  tyle nauki przede mną, nie mam nawet czas na wytchnienie, nauka, praca, nauka praca, nauka, praca i tak w kółko. Wieczorem padam zmęczona na łóżko. A jednak załapałam mimo to kontakt z sobą( przy takim trybie pracy czasem go tracę i wtedy też mi nie wygodnie), i coś uwiera. Dużo stresu, dużo zmęczenia i jakaś pustka. Top Gun stara się mnie pocieszyć jak umie, czasem zauważam, że już nawet to mi nie pomaga. Czasem już nawet relacja z nim nie daje tyle pozytywnych wrażeń, co kiedyś… nie dawała, przynajmniej przez weekend. Wczoraj jednak wszystko się jakoś zmieniło. Po tej pustce nastąpiło jakieś wyciszenie, może dlatego, ze już nie muszę iść do ludzi, których nie lubię? Przy których czuję się po prostu źle? Chyba nikt nie chce przebywać w takim miejscu. W weekend pójdę do innych, pewnie będzie lepiej…

Chcę odsunąć od siebie wszystkie myśli, które mi nie dają spokoju, które mnie usilnie gnębią,na tym traci się tylko życie, a nie o to w życiu chodzi, by tracić kolejne dni…Na razie, jakoś o dziwo mi się to udaje i nie zaprzątam sobie głowy niepotrzebnymi rzeczami, tak jakbym wreszcie nie dopuszczała swego perfekcjonizmu do głosu. Czuję się z tym jakoś lepiej, jakoś lżej mi z tym. Dość już mam wyrzucania swoich myśli na śmietnik… Dałam też sobie czas, nie wymagam od siebie nie wiadomo czego, to przynosi taki spokój…

plaza-morze-bialy-lato

Kochanie, poznaj moich rodziców…

Wróciłam po komunii siostry Pana ze Skrzydłami. Poznałam jego rodziców i muszę stwierdzić, że spotkanie to przebiegło poprawnie, choć nie wylewnie. Oboje nie są wylewnymi osobami, więc i rozmowy ograniczyły się do minimum. Porozmawialiśmy chwilę i jeszcze raz potem na komunii, na sali. Wbrew temu, co mówił mój ukochany, okazali się być mniej groźni i mniej zaczepliwi. Matka to dość prosta kobieta, mało kobieca i dość specyficzna osoba. Kiedy dałam siostrze Pana ze Skrzydłami książeczkę  do malowania z końmi, ponieważ też lubi te zwierzęta, rozległo się po domu zdziwienie Matki

-Łoo, jakie szkapy! Będziesz malować!

Potem zachęcała mnie do obejrzenia małego kucyka, który urodził się niedawno, ale Pan ze skrzydłami stwierdził, że widziałam przecież więcej koni niż ona i aby dała spokój, bo to nie jest dla mnie atrakcją. W gruncie rzeczy jednak chodziło o to, aby mógł ze mną pobyć sam na sam. Po tym stwierdziłam, jak się potem okazało, z resztą słusznie, że Mama mojego faceta jest prostą kobietą, żyjącą cały swój żywot na wsi, rozlataną i nieco roztargnioną, zajmującą się tylko małą siostrą pana ze skrzydłami, która jest chora na zespół Downa. Podobnież mama klnie jak szewc, ale ja tego nie odczułam, bo widocznie musiała się powstrzymywać w moim towarzystwie.

Ojciec natomiast zachowywał się w moim towarzystwie bardzo kulturalnie i grzecznie. Obserwując go dostrzegłam, że baaardzo zasadniczy z niego gość i choć Pan ze skrzydłami wiecznie się z nim kłóci, bo jak twierdzi człowiek ten nie potrafi być dobrym ojcem, a może nawet i w ogóle ojcem, to przy mnie zachował pozory i stworzył wrażenie bardzo kulturalnego człowieka.  Choć poglądowo jest jak dla mnie też dziwny. Wmawiał mi na przykład, że pan ze skrzydłami i tak do niczego w życiu nie dojdzie, nic nie zdobędzie. Człowiek ten żyje w głębokim podobnież przekonaniu, iż jeżeli ktoś jest ateistą to Bóg na łożu śmierci wyśle po niego samą śmierć, bo tak opisywał niegdyś umierający w jego rodzinie dziad, pradziad… a i za życia niczego nie osiągnie, bo wszystko dane jest przez Boga… Stara się też pana ze skrzydłami wychowywać tak zasadniczo, podczas gdy ten ma inne podejście i poglądy na świat. Ojciec natomiast twierdzi, że ten się przemądrza i, ze w niczym nie ma racji, a teorie naukowe, które nieraz porusza w rozmowach to hipokryzje i miała nadzieję, że kiedy pójdzie na studia wybiją mu te głupoty z głowy… nie wie on jednak, ze właściwie to pan ze skrzydłami na studiach znalazł potwierdzenie dla swoich niektórych poglądów…

Pamiętam, kiedyś siedzieliśmy w kawiarni gdzie zawsze udawałam się z Chomiczkowa, to była nasza pierwsza kawa, pierwsze spotkanie. Mówił mi wtedy o tym, że ojciec kiedyś powiedział mu, że go nienawidzi i, że nie jest już jego synem. Stwierdził, że są słowa takie, których po prostu nie powinno się nigdy mówić, nawet w emocjach. Natomiast na sali komunijnej to ojciec z uporem maniaka twierdził, że to to pan ze skrzydłami powiedział, iż nie jest ich synem. Na nieszczęście, choć siedziałam na honorowym miejscu, zaraz przy rodzicach małej, to pomiędzy jednym a drugim, co nie było zbyt komfortowe… bo oczywiście wywiązała się ostrzejsza wymiana zdań.

Oprócz rodziców w domu, obok pokoju pana ze skrzydłami, który już dawno wyniósł się na dół od rodziców, mieszka jeszcze babcia, staruszka nie może chodzić, ledwo porusza się po mieszkaniu swoim i nie jest uciążliwa. Ma swoją kuchnię i pokoik. Niestety babcią nikt się nie zajmuje zbytnio. Całymi dniami siedzi i patrzy na trwam lub się modli. Mama nie schodzi za często na dół, jedynie raz na dzień wieczorem, zajrzeć co tam u babci, nie robi też śniadań, obiadów czy kolacji. W lodówce było tylko 6 knopersów, więc musieliśmy zamówić pizzę, aby mieć kolację. Są jeszcze dwa psy, 2 koty i kury… Jamniczek pana ze skrzydłami polubił mnie od razu choć twierdził (pan ze skrzydłami), że nie lubi obcych i nie toleruje nowych przybyszów w domu.

Cały dom jest stary i „niedokończony” w tym sensie, że nie ma tam takiego porządku, jaki ja lubię. Na środku holu leży mata- a to niech leży, po co ją chować. Tu gdzieś rozwalona podłoga, brakło paneli, to niech tak zostanie. W pokoju, gdzie mogłam rozłożyć swoje ubrania pachniało tylko starością i były krzesła, stare krzesła, z poprzedniego umeblowania holu na górze, których ojciec nie dał wyrzucić… Na stole jakiś materiał, czy to obrus…? Nie wiem, troszkę podobne to było… Ale w sumie to nie o tym chciałam…

To, jak zachowywał się Pan ze skrzydłami wprawiło mnie w niemały szok… Chłopak „skakał” koło mnie, jak koło jakiejś księżniczki. Miałam wszystko, to co chciałam i czego potrzebowałam nawet bez wychodzenia z pokoju. Rano robił mi śniadanko do łóżka i herbatę… choć nie wiem, skąd brał jedzenie… pewnie z kuchni babci…  Nigdy w życiu bowiem nie widziałam tak zachowującego się wobec mnie faceta, z resztą w mojej rodzinie model i role są zupełnie inne. Kiedy rozbolała mnie głowa, 15 minut przed komunią, kiedy wszyscy byli już przed kościołem, to podjechał ze mną do apteki i kupił mi tabletki, żeby nie musiała mnie boleć na komunii. Opiekował się mną jak mógł… Do tego wszystkiego, co zaobserwowałam… rodzina ma go za parobka i nie jest to tylko codzienność przy święcie, ale na co dzień… na komunii, na sali, musiał być za kelnera, roznosić jedzenie, podawać, zbierać, znosić, znów rozkładać, po komunii odwieźć sąsiadkę, rozpakować skrzynki, które zostały po komunii, opiekować się siostrą, babcią, która nie może chodzić. No i jeszcze mną, choć nie oczekiwałam tego… kiedy zapytałam go, czy często tak biega, stwierdził, przecież to normalne. Nie chciałam mu jednak powiedzieć, że rodzice się nim zwyczajnie w świecie wysługują i zwalają na niego obowiązki, które mógłby choć częściowo wykonywać ojciec…  Przecież chłopak jeszcze pracuje na 3 zmiany- nocka, rano i po południu i się uczy, eh… Szkoda mi go, ale wiem, ze tego nie zmienię. Kiedy już i tak był cały mokry i spocony a chciałam herbaty, która została na dole, bo musieliśmy iść na górę pilnować małej, to zszedł na dół i mi ją przyniósł, choć była 22.00 w nocy i oboje już ze zmęczenia półsiedząc leżeliśmy po prostu na sobie nawzajem, bo nie mieliśmy już siły na nic. A potem… potem jeszcze o 22.30 znosił z rodzicami skrzynki z jedzeniem, które zostało z komunii…

Nie rozumiem niektórych sytuacji mających miejsce u niego w domu, niemniej jednak fajnie było się obudzić rano w ramionach kochanego faceta i dostać całusy na powitanie, a potem śniadanie do łóżka. Wreszcie poczułam, że nie jestem samotna i sama, że ktoś przy mnie jest i komuś na mnie naprawdę zależy…

I choć komunia była naprawdę  czasami hardcore to  mimo wszystko zapomniałam o tym, co zaczęło gnębić mnie przed wyjazdem. A kiedy mnie odwoził i jechaliśmy z powrotem puścił mi taką jedną piosenkę… podejrzewam, że z tego nieciekawego czasu jego życia… po jej przesłuchaniu stwierdziłam, „ach, aleśmy się dobrali… ” Wiele więcej się wydarzyło, ale o tym… już wkrótce… A teraz zapraszam do posłuchania, mnie się spodobała…

Chomiczkowa i ja…

Dzisiaj będzie krótko, taki mam zamiar. Mam za sobą zły czas, zrobioną masę projektów do szkoły i… zero nauki do egzaminów. Nawet nie opracowałam żadnego z zagadnień, a przecież mówiłam sobie, że opracuję wcześniej, żeby później mieć luźniejszy czas. Eh, moja psychika chyba nie wyrabia. Ale dlaczego? Przecież wreszcie jest dobrze. Mimo to, cały czas czuję raz wzrastające, raz opadające bardziej napięcie. Sama już nie wiem, czym ono jest spowodowane. Chęcią poukładania, ale czego? Może siebie…

Śniła mi się dziś Chomiczkowa. Tak mało tutaj o niej piszę. Mimo wszystko, lubię ją. Tyle 074ab4b4-8838-4f2d-8201-645a84a8b1e4_20100111012354_Konrad-bak63razem przeszłyśmy, może kiedyś napiszę tutaj o tym czasie. Zapraszam do wpisu „Załamana”. Tak, to był ciężki czas dla nas obydwu.

Teraz jak na to patrzę, żal mi jej, ja się jakoś wygrzebałam, choć troszkę… (Tutaj podziękowania dla Łapacza Krokodyli, który pomógł mi uwierzyć w to, że istnieje dobro oraz w to, że są dobrzy ludzie.) Ona… spotkała kogoś innego, w kim znów zobaczyła swojego faceta… Rozstała się z narzeczonym i wyrzuciła 3 lata swojego życia w jeden dzień. Może czasem tak trzeba? W to nie wątpię. Miała być szczęśliwa, znowu…

W zamian za to trafiła do dwóch szpitali, w tym momencie jest na środkach psychotropowych, a ja nie mam z nią zbyt częstego kontaktu.

Żal mi jej….

A tyle razem przeszłyśmy…

Teraz, kiedy o tym myślę, zastanawiam się czy może nikt nie powiedział tej dziewczynie jak żyć, jak ma się zachowywać? Co jest dobre, co złe? Kiedy człowiek nie ma jeszcze rozeznania czasem pomaga inny głos. Choć czasem też to nie jest dobre, jak w moim przypadku. Ja zawsze tęskniłam za większą wolnością, a ona za zainteresowaniem.

Szkoda, że nie mogłyśmy się podzielić… Szkoda.

O ludziach zajętych…

Świat dzisiaj funkcjonuje w zawrotnym tempie. Ciągłe zajęcia, szkoła, praca, na rodzinę nie ma czasu, z niektórymi ludźmi pozostają tylko jakieś przelotnie wymienione zdania. Ludzie są generalnie zajęci… listbardzo zajęci. Otóż wczoraj, późnym wieczorem otrzymałam wiadomość. List, którego się w ogóle nie spodziewałam od osoby, która nie odzywała się przez dość spory czas, więc uznałam tę relację za zawieszoną w próżni i nie czekałam na odzew. W wiadomości tej było napisane, iż osoba ta bardzo by chciała się ze mną spotkać, jednak do tej pory nie miała czasu, ażeby napisać. W dalszej części listu przeczytałam, iż nadal nie ma czasu, bo w tygodniu jest bardzo zajęta, a w weekendy oprócz pracy spędza czas z ludźmi, używając, a bardziej obrazowo rzecz ujmując (nad)używając pewnej substancji i na prawdę, nie miała czasu na spotkanie, choć bardzo chce. Nie wie też, co z tym zrobić, bo bardzo chciałaby porozmawiać, no ale nie wie jak to ugryźć, bo czasu tak mało. Do tego dołączone były jeszcze uściski. 

W pierwszym momencie doznałam lekkiego zdziwienia, a potem zaczęłam się śmiać. Ja też nie wiem, co odpowiedzieć…

Wszyscy dzisiaj są tak bardzo zajęci, tak bardzo zagonieni… I tak mocno osadzeni w swoich sprawach, że nie mają czasu na NIC. M. taki zajęty, jak sam mi powiedział „swoimi sprawami”, że znaku życia przez rok dać nie mógł. Swoją drogą, kurde, co to za sprawy… aż chciałabym wiedzieć, bo ciekawa jestem, jaka sprawa zajmuje aż cały rok! O N. to już nie wspomnę, taki zagoniony ten mój znajomy, że strach się nawet zapytać co robi. Nie ma czasu napisać czegokolwiek, bo tu praca, tu szkoła, mnóstwo obowiązków, nie ma szansy znaleźć czasu…. 

Szkoda… tylko, że przy codziennych treningach, pracy i pasji, jadąc przez pół Polski, po trzech występach w zbroi i pełnym oporządzeniu na prawie 30-stopniowym upale można znaleźć czas…