Można tęsknić za facetem…

Dwa ostatnie dni są dla mnie jakieś przełomowe. W końcu czuję, że zaczyna się coś dziać. Wróciłam do starych, zakurzonych miejsc. I muszę przyznać, że nie wiem dlaczego, może to nuta ciekawości, a może po prostu realizuje swoją tęsknotę za dawnymi czasami w ten sposób. Po praz pierwy chyba w życiu też na poważnie poczułam się bardziej staro… Odświeżyłam też muzykę, którą lubię… niby nic nadzwyczajengo, ale dała mi jednak jakiegoś kopa. Młodość pewnie nie mija, to my spychamy ją na dno i o niej zapominamy, ona jest ciągle w nas, o ile zdecydujemy się do niej dotrzeć. Przypomiały mi się dawne czasy. No dobrze, nie tak dawne, ale miłe dla pamięci. Czułam się dobrze. Jednak wieczorem coś mnie naszło, aż w końcu poznałam co to jest… tęsknota. Zwyczajna ludzka tęsknota. Nie sądziłam, że kiedyś jeszcze ją poczuje. Od końca Pana ze skrzydłami myślałam, że to koniec, definitywny. Żadnych relacji, żadnego angażowania, po co? Skoro i tak nie wychodzi. Świat teraz to zlepek jakiś tworów, mniej lub bardziej kształtnych, zwanych ludźmi, których ni chu.. nie zrozumiesz. Udało mi się wytrwać w tym postanowieniu do teraz… kiedy po prostu zaczęłam tęsknić. Top Gun nie odzywał się od trzech dni. Przez ten cały czas zdążyłam przyzwyczaić się do jego obecności, chyba do niczego wiecej. Po prostu był. Tyle mi wystarczało. Teraz jakoś zamilkł i nie wiem czym to jest spowodowane, pewnie jutro się odezwie. A na razie, po prostu się sobie trochę dziwie. Zwyczajnie tęsknię za facetem.

Reklamy

Stare rockowo-bluesowe opowieści…

Wszysttko się pozmieniało, wartości, ulice… Pamiętam, ze kiedy miałam 17 lat płyty i utwory takich zespołów jak OZ, Dżem czy Azyl P. mogły się tylko modlić o szczęśliwe zakończenie kolejnego dnia, tak były wyeksploatowane. I nie… o dziwo nie jestem dzieckiem lat 70 ani 80, dopiero końcówki tych kolejnych…kiedy to już zespoły te umierały albo śmiercią naturalną albo nienaturalną, tak, czy inaczej… umierały. Okre tamtej muzyki minął bezpowrotnie. Widzę to teraz, jakoś kiedy miałam te naście lat, a zaczęło się od słuchania Dżemu, tego nie widziałam, nie wiem, dlaczego, to był mój świat, po prostu tak bardzo mój, to co leciało w radio yło jeszcze podobne, stopniowo zaczęło być inne… aż do teraz, kiedy już kompletnie nie znam piosenek z radio, to jest zupełnie obcy świat, inna galaktyka można by powiedzieć. Czy się zatrzymałam? Tak, chyba tak, ale widzę to teraz, wtedy, kiedy odktywałam te kolejne piosenki, były one dla mnie niemal tak świeże jak poranne bułki.

Ostatnimi latami jakoś zaczęłam zauważać, ze przecież tamte czasy minęły a to, co jest teraz to trochę jak zgnilizna… niekiedy jeszcze można odkryć te dobre, stare wartości, wartości ewoluują, zmieniają się, stare zanikają, nowe jeszcze się nie wytworzyły… co jest więc dzisiaj wartością? Czasem pytam się siebie, czy żyłam w iluzji? Iluzji śwata, który nie istniał? I na tą myśl jakoś przykro mi się robi, gdy spojrzę na „moje” ulubione utwory… Jakoś tak nie mogłam ich nawet słuchać z tego powodu, ale dziś. Dzis po raz pierwszy pomyślałam soebie, ze nawet jeśli, to była iluzja, to warto było nią żyć, bo przynajmniej dopatrzyć sie mogłam prawdziwych wartości, przyjaźni, wspólnego tworzenia przez tych ludzi wielkich dzieł, które coś nisły, dziś muzyka nie nieie żadnego większego przekazu, żadnych wartosci, reflekcji, spojrzenia na świat…zastanowienia…

I bez względu na to, czy to dziś prawda, czy też nie, we mnie wciąż żyją rockowo-bluesowowe opowieści…

 

 

I wiele innych…

Bluesowe Opowieści powracają!? Co się dzieje!?

Cześć, czołem i tak dalej 🙂 Wracam do pisania, dzielenia się przemyśleniami, komentarzami, częścią mojego życia, esejami filozoficznymi i…wierszami :)Egzaminy pozdawane (mam taką nadzieję, więc mogę się wziąć za coś, co uwielbiam, a więc za pisanie.) Nie było mnie jakiś czas, jednak przez ten czas wcale nie odeszłam od świata bluesa, muzyki, rocka, tych historii i…wspomnień. Wręcz przeciwnie. Poznałam drugą z10197815Q,Oddzial-zamkniety-stronę tego jakże ogromnego, jak się okazało świata. A, że tworzywem dla piszącego jest praktycznie wszystko to, co znajduje się wokół niego, mam teraz sporo tematów i nowych przemyśleń, choć sądzę, że ze starych też przydałoby się coś poruszyć na łamach tego blogu. No nic, lepiej późno niż później…

W mojej egzystencji na tej ziemi sporo się ostatnio działo, jakieś strzępki suchych informacji dawałam Wam, drodzy czytelnicy, w biegu, pomiędzy odkładaniem jednej książki, a zaglądaniem do drugiej… Na szczęście to już mam prawie za sobą i teraz mogę skupić się na analizie tego wszystkiego, co się wydarzyło… Chyba o dziwo… dobrego! Aż sama się dziwię momentami. Pewnie część spełznie na nic, ale myślę, że warto choć pocieszyć się tą krótką chwilą…  W sumie to zaczęło się od tego, że… a masz! Przypadkowo, bardziej z nudów niż chęci zostania fotografem, założyłam sobie pewne konto… I w sumie sama nie wiem, jak to się stało, poznałam tam Nietoperza… Mimo usilnych moich wzbraniań, bo jak wiem z doświadczenia internetowe znajomości nie kończą się dobrze. Byłam w takich dwóch układach. Potem było szantażowanie, kłamstwa, poniżanie, żądanie nie wiadomo czego… ale o tym napisze innym razem. Zaczęliśmy pisać… ale nie chciałam się w tę znajomość „ładować” od razu, więc odpisywałam lakonicznie… Jednak jak dało się wyczuć, nalegał, pisząc nawet o moich pasjach, gdzie nie ma ogromnej wiedzy, a, że bardzo miło się pisało, tak krótkie rozmowy zamieniły się w długie listy, których treść była praktycznie o wszystkim. Stopniowo dowiadywałam się o nim wielu rzeczy, on o mnie też coś… To głupie, wiem. Zniechęciło mnie troszkę to, że pije, więc powiedziałam mu o moim urazie do alkoholu i częściowo o tym, co przeszłam w swoim życiu… Nie wiedziałam, czy dobrze robię, przecież go nie znam. Do tej pory czasem się nad tym zastanawiam. Nie mniej jednak stało się, wie. Ciężko mi komukolwiek zaufać… nawet bardzo.

Jednak Nietoperz okazał się bardzo wyrozumiałym, umiejącym słuchać jegomościem, do tego potrafi chętnie pomóc, choć niekiedy wymaga to podjęcia konkretnych działań i wspiera, przynajmniej jakoś tak… mentalnie… Kiedy znowu zaczął do mnie wypisywać jakiś dziwny koleś, to go sprawdził tak po prostu, żebym wiedziała przynajmniej z kim mam do czynienia. Nawet bez mojej prośby, tak sam z siebie. Dawno już nie spotkałam takiej osoby, bezinteresownej i zawsze z miłym słowem.  Z drugiej strony jednak ta znajomość zaczyna mnie trochę przerażać… Bowiem Nietoperz to… ISTNA KOPIA INDIANERA! Kim on tak naprawdę jest i był dowiecie się myślę, w niedalekim czasie, choć to będzie jeden z trudniejszych dla mnie postów. Słucha takiej samej muzyki, tych samych zespołów… Właściwie to przez muzykę żeśmy się poznali i zaczęli rozmawiać. Gra, choć amatorsko i, co najlepsze z tego wszystkiego- Wyraża siebie za pomocą piosenek i ich tekstów!! Do tego ma podobne wartości co On z okresu, w którym jeszcze dobrze go pamiętam… Boże… Nie mogłam w to uwierzyć, chyba nadal w to nie wierzę! Wiem, że każdy jest inny, ale jak pierwszy raz po czterech latach dostałam… piosenkę zamiast zwyczajnych słów to nie mogłam jakoś pohamować wzruszenia tą sytuacją… Nie wiem, co o tym myśleć. Są na przykład takie chwile, w których ja o czymś myślę, a on dodaję piosenkę z takimi samymi słowami i z tym samym problemem… Nie potrafię tego pojąć, zrozumieć, 51120398001551364d99f312wytłumaczyć jakoś logicznie… Takiego czegoś doświadczałam tylko mając jeszcze kontakt z Nim. Potem nigdy więcej… I dopiero teraz, po tylu latach, kiedy zobaczyłam Nietoperza  uświadomiłam sobie, że tak cholernie mi tego brakowało. Wiem, że zapewne większość z Was powie, że to głupie. Bo być może tak jest… Kiedyś chciałam być pragmatyczna, teraz wiem, że nie potrafię. To jest takie poczucie czegoś tak dziwnego, że ciężko to opisać słowami. Poczucie zrozumienia? Poczucie, że ktoś rozumie mój dziwaczny świat? Kiedyś pisaliśmy sobie o inności wśród ludzi, o odrębności. Dwie minuty później zobaczyłam piosenkę mówiącą o tym, że dużo dzieli mnie i jego od innych ludzi. Zrozumienie bez słów? Ja nie wiem jak to się dzieje! Nie wiem, jak to możliwe! Mamy taki sam odbiór muzyki, tak samo ją czujemy… Dodatkowo „biegają” za nim wszystkie internetowe laseczki, te od słitfoci… tak jak za moim dawnym… Trochę mnie to odpycha, ale z drugiej strony… Podobne spojrzenie na świat, podobne założenia… i właśnie to coś, czego nie da się zapisać. A czułam to tylko przy Nim, inaczej chyba czuć nie mogłam, gdyż to była pierwszorzędna forma kontaktu… Wiem, to dziwne. Nie przejmujcie się, jeśli nie rozumiecie… Świat ludzi, którzy czują inaczej jest mocno skomplikowany… Ha, co więcej, byli na tym samym koncercie… Mam nadzieję tylko, że się nie poznali, choć jakoś nie mam na razie śmiałości pytać. Obawiam się, że musiałabym opowiadać, wyjaśniać, a sądzę, że to jeszcze nie ten etap. Z resztą to dla mnie ciężkie… Choć to śmieszne i może wydać się irracjonalne kompletnie…( może stwierdzicie, że mam nadinterpretację rzeczywistości, a może i tak jest), ale pierwszym takim słowem z jakimś ładunkiem zaangażowania się w relację (obojętnie jaką) było co? „Ufam Ci!” Dokładnie to samo usłyszałam od Niego… To samo! Te słowa brzęczą mi po dziś dzień w uszach… Choć już chyba nic nie znaczą… Potem było jeszcze coś w typie, że nie chce mnie skrzywdzić, ani zawieść. Nie wiem, na ile mam to brać do siebie. Myślę, że fajnie jest na dziś dzień, a co będzie… tego nie wiem. Gdzieś tam w myślach chciałabym się z nim spotkać za jakiś czas. Zobaczyć, czy moje wrażenie jest prawdziwe i czy na prawdę istnieje taki ktoś…?