Pada śnieg, a na drzewach kwitną kwiaty… Inny scenariusz i światło… dla Anonimowego

Pada śnieg, a na drzewach kwitną kwiaty… siedzę w swoim saloniku, bo na zewnątrz zrobiło się jakoś ciemno. Mija kolejny, spokojny wieczór. Spokojny? Myślę o blogu, tyle się już na nim wydarzyło, aż dziw bierze… na dworze robi się coraz większa zawierucha śnieżna, kiedy obok, rozwijają się piękne, wiosenne kwiaty o białych płatkach. Przyszła wiosna, ale jaka… szara, może tak szara jak wciąż moje dni…

Wyznaczam sobie kolejne cele, których nie umiem zrealizować… Coś mnie dręczy, choć ostatnio byłam spokojna, aż nad wyraz spokojna… Niczego nie musiałam.

Przedtem przyszły myśli, których nie chciałam, tak bardzo nie chciałam. Pierwszy raz pomyślałam, że mogłabym zostać sama, całkiem sama. Panie ze skrzydłami… to nie tak, że ja chcę Cię nie chcieć. Nie chcę Cię nie chcieć, po prostu czasem nie rozumiem sytuacji, czasem to wszystko wydaje mi się być zbyt dziwne, nie takie, jak zakładałam, nie tak bowiem wyobrażałam sobie swoją miłość. Życie pisze różne scenariusze, nie wszystkie muszą zgadzać się z moimi wyobrażeniami, wiem to. Czasem po prostu smutno mi, że jesteś… taki, a nie inny… Myślałam, że będziemy śpiewać piosenki, chodzić po dachach i łapać motyle. Tak raczej nie będzie…. Choć tak bardzo nie chcę zostać sama. Potrzebuję Cię…Tyle Cię już nie widziałam i tęsknię bardzo…

Święta minęły rodzinnie i energicznie. Pierwszy dzień świąt spędzony cały z rodziną. Mama nie rozumiała, że nie chcę już z nimi jechać na weekend, bo wolę zostać z Panem ze skrzydłami. Trochę dobrego jedzenia, jakaś odmiana, bo wokół ludzie. Potrzebuję ludzi, całe dnie spędzam teraz w samotności. To nie jest miłe. W drugi dzień świąt zrobiłam sobie intensywny dość trening jeździecki. Co prawda mojemu koniowi nie chciało się tak bardzo galopować, ale trening zaliczam do tych bardziej udanych. Potem spacer po moim lesie… zrobiłam kilka zdjęć rozwijających się  kwiatów i zbierających nektar pszczół.

swiece-kwiaty-43794

Łapaczu krokodyli… Nie wiem czemu, zawsze potrafisz poprawić mi humor. Nawet wtedy, kiedy nie mogę usnąć całą noc i trzęsie mnie z nerwów. Z resztą, cała ta zgraja jest świetna… Jedyni, którzy zawsze odpiszą i nie zawodzą… Jest mi dziwnie, ale cieszę się.

Anonimowy… wpisem na swoim blogu uświadomiłeś mi jakże ważną, ba, najważniejszą rzecz- życie jest tak kruche, tak niewidoczne czasami dla innych, tak niepozorne… jak płomień świeczki lub skrzydła motyla unoszące się na wietrze… A ja przejmuje się takimi błahostkami. Za ten wpis Ci dziękuję. Może powinnam bardziej skupić się na tym, co istnieje poza moim pragnieniem idealności. Powinnam się wyciszyć… Choć potrafię być spokojna i nie odczuwać żadnego napięcia, a potrafię w ciągu jednego dnia czuć całe trzęsące się ciało, mięśnie, ból głowy… To chore. To tak bardzo przykre Anonimowy co piszesz, być może pomyślisz, że to dla kogoś obcego zupełnie nieistotne, ale zrobiło mi się autentycznie przykro i smutno.

Nie wiem, czy ten wieczór zaliczę do udanych… Potrzebuję światła… i posyłam je również do Ciebie Anonimowy…

światło

Reklamy

Zabezpieczony: Dwie drogi i… stawianie czoła największym wrogom!

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

A propos jazdy na oklep… Wpis z dedykacją dla Ani!

A propos jazdy na oklep, to po przeczytaniu wpisu o Jarmarku Cysterskim i niezawodnym instruktorze nauki jazdy na cielaku, moja własna nauka jazdy na oklep mi się przypomniała. A, że dzień dziś był dość chłodny, ale za to popołudniem słoneczny, zainspirowana tym wpisem i 20160921_164026znaleziskiem na blogu u Ciebie, postanowiłam dziś również na oklep sobie pojeździć. Co prawda jazdy extreme nie było, bo rano deszcz popadał i podłoże mokre, tak aż nam się się kopyta ślizgały, ale wsiąść i odprężyć się udało 🙂

Jazda konna na oklep zawsze mi pomaga, kiedy bolą mnie jakieś mięśnie.  To piękny nie tylko sport, ale i relaks, i choć galopować i cwałować lubię, to niekiedy potrzebne mi właśnie takie spokojne godziny na grzbiecie wierzchowca, można wtedy albo się odprężać do woli albo też przemyśleć ważne sprawy w ciszy i spokoju, wczuwając się swym ciałem w ruch ciała konia.

Czytając opis nauki jazdy na cielaku mój własny, drugi w życiu upadek mi się przypomniał… A spadłam tylko dwa razy w życiu. (Jeżdżę siedem lat, w tym uczyłam swojego konia.) Wsiadam sobie kiedyś na oklep, jeszcze nie zdążyłam przełożyć nogi, a koń już galopem ruszył. No więc położyłam się na nim, łapiąc się kurczowo grzywy i jadę, jadę, ale się mu zachciało skręcić w tym galopie, a na leżąco ciężko się jedzie, jeszcze jak człowiek nie złapał równowagi , no więc siła odśrodkowa mnie wyrzuciła z tego zakrętu, obrót o  sto osiemdziesiąt stopni i leżę na plecach 🙂 Eh… jak to się latać w krótkim czasie nauczyć można 🙂 A co w tym najdziwniejsze, dobrze, że miałam choć toczek ( zazwyczaj jeżdżę bez, ale coś mnie podkusiło, aby włożyć tym razem) i ten toczek nieszczęsny, niby chroniąc moją głowę, jeszcze bardziej mi przyłożył w potylicę podczas upadku. Taki paradoks, że bardziej od toczka bardziej bolało niż sam upadek. No ale cóż zrobić, jak się biedne konisko czegoś wystraszyło. Wstałam i wsiadłam raz jeszcze…

Innym razem znów jeździłam sobie na oklep w letni dzień, moja mama przyglądając się mojej jeździe stwierdziła, że przecieram powrotne szlaki. Tyle lat ewolucji, od Indian, ludzie starali się, męczyli, pracowali, żeby ułatwić sobie życie i wymyślić siodło,  a ja jeżdżę bez… 

Fotografia prosto spod kopyt dla Ciebie 🙂

P.S. A propos kapelusza kowbojskiego, to mam już dwa, jeden mam kupiony bardzo dawno temu, a drugi musiałam kupić w tym roku, bo ten pierwszy pożyczyłam ojczymowi na wakacjach. Biedę miałam go dostać podczas tych wakacji do rąk, wiec…. kupiłam sobie drugi. Tak myślę, że może zacznę kolekcjonować 🙂