Święta- problem…religijności i wyznania!

Temat na napisanie tego wpisu wpadł mi do głowy wczoraj, zupełnie spontanicznie. Nie ukrywam, te Święta będą dla mnie… trudne. Ale ne z powodu odejścia kogoś bliskiego, a właściwie to zupełnie na odwrót, z powodu jego przyjścia.

Większosć ludzi cieszy się na święta, stroi choinki, pakuje prezenty. Ostatnio byli u nas sąsiedzi, którzy odwiedzają nasz dom co roku, przynosząc własnoręcznie robione pierniczki i jakieś wino, wraz z życzeniami. To są zawsze miłe wizyty, więc je lubię, czuję wtedy atmosferę zbliżajacych się świąt i tę wzajemną życzliwość, którą ludzie obdarowywują sie na wzajem. Kiedy tak ostatnio na nich patrzyłam, poczułam, że zazdroszczę im takiej rodziny i zgodności. Ci  ludzie po prostu potrafią się dogadac i robą to już od lat. Dobrze im ze sobą… ich dzieci rosną w spokoju i zainteresowaniu oraz zdroworozsądkowym podejsciu. Zastanawiałam się wtedy dlaczego ja musiałam się znaleźć w tak dziwnej rodzinie, dlaczego matka nie chciała się mną zajmować? Niby mi to kiedyś wyjaśniano, ale jak dla mnie te wyjaśnienia są niepełne i niezrozumiałe. Nie rozumiem intencji, dla której opuszcza się własne dziecko… może to wina mojego ograniczonego myślenia, ale nie potrafię!

Kiedy patrzę na uśmiechniętych ludzi, rodziny cieszące się swoją obecnością na święta, czuję się… rozdarta. Rozdarta pomiędzy tym, co czuję, a tym co „powinnam”, czego się wymaga ode mnie u mnie w domu. Moi dziadkowie są starsi, pewnych rzeczy zrozumieć już nie potrafią i nie chcą. Mojego własnego podejścia do religii też nie…

Raligia… to temat bardzo trudny i rozległy, wszak wiele ludzi pokończyło profesury pisząc parcę na ów temat i działajac w tym kierunku, a w koło możemy czytać o religie668trwajacych w ostatnich laatch zamachach i zbrodniach popełnianych poniekąd w imię religii i Boga, którego tak naprawdę nie znamy. Ja jednak chciałabym się skupić na tym kawałeczku tematu, który dla mnie jest bardzo bliski w tym momencie. Mianowicie, nie wiem, czy wcześniej pisałąm już o tym, ale mój ojczym okazał się (po latach swoją drogą, powrócił do praktyk) być Świadkiem Jehowy. Z tego też względu, czasami czytam o tym wyznaniu, by móc go zrozumieć. Wcześniej nie wiedzieliśmy, czemu cytuje z pamięci strony i cytaty z Biblii. Bowiem członkowie tej religii opierają się jedynie na tym, co zostało napisane w piśmie i interpretują je na spotkaniach w Sali Królestwa. Dla mojego ojczyma reigia ta okazała się być zbawcza w kontekście tego, ze pozwoliło mu to, jako młodemu chłopakowi, który nie miał rodziców- „wyjsć na ludzi”. Poznać podstawowe zasady moralne, społeczne, skategoryzowac oraz ubrać w słowa najważniejsze życiowe cele. Pokazała wartosć rodziny i drugiego człowieka. I choć, wielu uznaje tę wiarę za swoistą sektę, ja myślę, że w jego przypadku, przynależnosć do wspólnoty Świadków pozwoliła otworzyć mu oczy na dobro i podstawowe prawa etyczne, a także pomaga w nałogu, bo zakazuje jakichkolwiek używek. Niestety,  moje prababcia gdy się dowiedziała o wyznaniu ojczyna, nie mogła tego zrozumieć, i pogodzić się z faktem, iż „mamy w rodzinie innowiercę”. Prababcia jest bowiem osobą bardzo wierzącą, choć nie w znaczeniu kościelnej dewotki. Dużo się modli, wiara też dała jej siłę przezwycieżyć życiowe zakręty, liczne żałoby w których musiała być, nawet po śmierci swojego własnego dziecka. Pamiętam, że kiedyś taka nie była. Kiedyś tolerowała wszystkich i lubiła, cóż, demencja daje się we znaki.

Pan ze skrzydłami, mój ukochany natomiast jest zdeklarowanym ateistą, twierdzącym, że Boga nie ma, jest tylko nauka, która potrafi wszystko wyjaśnić w sposób logiczny i za pomocą praw fizycznych i matematycznych możemy opisać cały wszechświat. Więc to jest jedyne i słuszne wyjaśnienie naszego istnienia i istnienia wszystkiego tego, co nas otacza. Ideologia Kościoła zaś jest nielogiczna, krzywdząca dla człowieka i zmuszająca do wierzena w coś, co nieistnieje, pod batem „pójścia do pekła”. Cóż, na temat Kościoła i tego, co głosi, możnaby napisać dużo, ale, żeby móc cokolwiek napisać, trzeba by najpierw dokładnie zapoznać się z wszelkimi źródłami, księgami i zapiskami, a do tych akurat zwykły człowiek ne ma dostępu… Cóż, fakt, twierdzenia głoszone przez Kościół nijak często mają się do rzeczywistości ludzi żyjących w czsach obecnych, a Biblia mówi do nas obrazami. Dodatkowo, powstała w czasach gdy na świecie nie było praktycznie żadnej naukowości, a ludzie, by tłumaczyć sobie świat i zjawiska na nim zachodzące sięgali po mity, baśnie czy inne opowieści. Zatem wiele zjawisk, które my dziś dobrze znamy i umiemy opisać, mogło być dla nich cudem, o którym opowiadali i zapisywali jako wcześniej niemożliwe, gdyż nie potrafili tego racjonalnie wytłumaczyć. Co więcej, tekst został spisany pięćdziesiąt lat po śmierci Chrystusa, więc autentycznosć tamtych wydarzeń rzeczywiście tak, jak one przebiegały, jest bardzo niewielka i przepuszczona przez system poznania świata i jego odbioru ludzi, którzy pismo spisywali. Pan ze skrzydłami mówi, że musieli nieźle ćpać, aby takie coś wymyślić. Jednakże faktem jest, że Jezus Chrystus żył naprawdę i jest to też postać historyczna. Tak jak z resztą Mahomet i inni, których dana religia w danym obszarze uznaje za proroków.

Moja rodzina, poza moja mamą, której życie akrat potoczyło się w trochę bardziej skomplikowany sposób, jest wierząca. Jako wychowujaca się w rodzinie chrześcijańskiej, kiedy byłam dzieckiem, chodziłam do Kościoła, uczyłam się modlitw i robiłam te wszystkie praktyki, jakie robi dziecko, a później nastolatka. Tak naprawdę kryzys zaczął się w drugiej klasie gimazjum? Jakoś tak… może w trzeciej, nie pamiętam dokładnie. Jakoś przestałam zwracać uwagę na „działanie Boga w moim życiu”, wcześniej jakoś potrafiłam to powiązać. Nie dziwię się, choć dopiero od jakiegoś roku zaczęłam to rozumieć w pełni. Babcia wiele rzeczy potrafi i chce wyjaśniać snami itp. zjawiskami, które w ogóle nie mają wpływu na większosć naszego życia, a przynajmniej nie na nasz los. Co prawda, ja też doświadczyłam różnych dziwnych „zbiegów okoliczności” i nad tym też czasem się zastanawiam… Intuicja? Przeczycie? czy w ogóle istnieje coś takiego? Podświadomość, podprogowość? Ale co to ma wspólnego do snu, dzięki którwmu poznałam co wydarzy się za 2 dni?Mój własny scenariusz? Pamiętam, że wtedy go nie miałam.

Dziś czuję się po prostu rozbita… ten cały natłok informacji, przeróżnych informacji, napływających do mnie przez ostatni rok, apropo wiary, religii i samych poglądów mnie Boze-Narodzenie-to-nie-tylko-czas-dla-zakochanych.-8-powodow-dla-ktorych-warto-byc-singlem-podczas-swiat_articleprzygniata… Czuję sie rozdarta. Całe życie wmawiano mi istotę Istnienia Boga, z drugiej na studiach pokazują nam potęgę nauki, która rzeczywiscie, jawi mi się o wiele potężniejsza i logiczna, niż tezy głoszone przez Kościół. I nie wątpię, że tak jest, że wszelkie wyliczenia matematyczne czy fizyczne znajdują potwierdzenie w otaczającym nas świecie. Jednak wydaje mi się, że nawet, jeśli wszechświat powstał przez przypadek, jak zakłądają naukowe teorie to przecież „Coś, Ktoś” ten przypadek musiał/o spowodować. Może ja zbyt mocno chcę wierzyć w swego rodzaju „humanistyczność” tego śwata, ale to istoty żywe w jedyny sposób udowodniły, że sa tak poteżne, by dominować nad przyrodą nieożywioną tego świata… Być może takie rozumowanie jest słabe, ale jest.  Nauka i jej potęga ukazuje potęgę tej Istoty Wyższej, jakkolwiek rozumianej? Dla mnie coś w tym jest…

Dochodzę do ładu? Sama nie wiem już w co ja wierzę… Pan ze skrzydłami mówi, że każdy kryzys jest wartościowy, bo pozwala dojsć do wniosków i odrzucenia Boga albo silniejszej wiary. Ale ja ani jednego ani drugiego tak na prawdę nie chcę… Jestem zawieszona? Tak przynajmniej się czuję, jakbym lewitowała między ziemią, a niebem i nie mogła wyjść z tego stanu… babcia mówi mi, że u Pana ze skrzydłami to przejściowe, bo przecież komunijny, bierzmowany… nie chce przyjać jego ateizmu do wiadomości. Ja wiem, że duży wkład w jego takowym podejściu jego ojciec, który wymuszał na nim wiarę, bez tłumaczenia jej. A przecież każdy człowiek potrzebuje racjonalnego, bądź też mniej wytłumaczenia. Moja dalsza część rodziny jeszcze nie wie, wiem, że kiedyś będę się musiała zmierzyć z powiedzeniem im o tym, nie wiem, jak dziadkowie na to zareagują. Nie chcę sprawiać im przykrości, ale z drugiej strony nie będę rezygnowała z kogoś, kogo kocham, na rzecz zadowolenia mojej rodziny. Nie chcę, aby poglądowo ten człowiek był taki jak ja, chcę aby mnie kochał i akceptował, a ja jego też będę… Inaczej nie „zrozumiemy” się, choć w pewnych aspektach to chyba niemożliwe… Po prostu, bądźmy wyrozumiali.

W co ja wierzę? W zasady etyczne, z których większość z nich nie kłóci się na dobrą sprawę z religią. Przecież przykazania są dobrymi zasadami moralnymi, a dla niektórych z nich można znaleźć odniesienie nawet w teoriach naukowych. Przecież żadne zwierzę nie zabija innego osobnika tego samego gatunku… w normalnych warunkach, ale my dodatkwo jesteśmy ludźmi, mamy wykształconą i rozbudowaną psychikę, której nie mają zwierzęta. (Żyjąc w cywilizacji, możemy posiadać pewien kręgosłup morlany, posiadamy zdolność do oczuwania emocji złożonych… Choć ciekawi mnie egzystencja dzikich plemion, zamieszkałych wyspy… Też na pewno mają zdolność do odczuwania złożonych emocji, tylko sytuacja być może rzadko ich do tego zmusza. Przychodzi mi tutaj do głowy nazwa najbardziej odizolowanego, dzikiego i niebezpiecznego plemienia zamieszkujacego wypę Sentinel. Podobno zabijając oni każdego kto próbuje nawiązać z nimi kontakt.) Wierzę w to, że to, co mogę zrobić, jest lepsze od tego, co mogę powiedzieć, a jeśli swoim życiem moge pokazać, że jestem po prostu dobrym człowiekiem, że chcę nim być, bo nie zawsze przecież się da, to to czynię. Nie sądzę by Bóg, o ile istnieje, karał ludzi, za to, że w niego nie wierzyli, czy też że wierzyli w dobro nauki, które nam dał. Nie wiem tego, być może moje pojęcie Boga jest dziwne i nieakceptowane przez Kościół, ale moje doświadczenia i emocje, które musiałam przeżyć mnie zmieniły. A wolę patrzeć na ludzi horyzontalnie, niż wyznaczać granicę wiary czy religii. Jak obecnie widzimy, prowadzi to do otwartej wojny, w imię czegoś, co być może… nigdy się nie spełni. (Wierzenia Islamistów o dobrobycie w niebie, w zamian za śmierć niewiernego).

Zorganizowanie tych Świąt było dla mnie trudne, tak, by wszyscy mogliby być razem. Każdy wierzy w coś innego. I ma inne pojęcie wiary. Zaprosiłam Pana ze skrzydłami, choć jest niewierzący, przyjedzie… zrobił mi nawet stroik- choinkę z szyszek na święta. Ojczym nie będze na Wigilii, bo religia mu zakazuje i źle się z tym czuje. Dziwi mnie to, ale szanuje jego wybór. Za cel zaś objęłam sobie wytłumaczenie komu mogę, że to przecież tylko święta i kto ma chęć, niech wierzy w ich wzniosłośc i przeżycie duchowe-przecież to też piękne, jak człowiek potrafi coś przeżywać, a dla innych niech będzie to po prostu zwyka, lepsza kolacja. Przecież w Święta nie chodzi o to, aby zmagać się z problemem kto jakiego jest wyznania i wykłócać kto ma rację… ale to czas, by pobyć ze sobą, wspólnie, nacieszyć się sobą, pomimo wyznań, religii i wierzeń. Wszyscy przecież jesteśmy ludźmi… a święta to akurat taki czas, kiedy w większosci w naszym kraju ludzie mają wolne od pracy czy innych obowiązków, więc można spędzić go razem, w miły spoób. Święta to dla mnie czas na to, aby… zauważyć drugiego człowieka, pobyć z nim, porozmawiać, nacieszyć się nim, spojrzeć łagodniej, a nie ciągle się tylko modlić i spędzić całe święta albo w Kościele, albo zamknąć się od ludzi twierdząc, że są innego wyznania.

Pamiętam, kiedyś byłam na spotkaniu u Żydów, w trakcie ich Szabatu. Obchodzili oni swoje święto wraz z charakterystycznymi potrawami, też je zjadłam, a powiem nawet, że tak bardzo mi zasmakowały, że teraz czasem jem te przyprawy i dania w niedzielę, jak jest lepszy obiad. Być może jestem dziwna, ale nie rozumiem podejścia restrykcyjnego, tak jakby zjedzenie posiłku z osobami innego wyznania było złe, niegodne, czyniło zło? Jest to dla mnie dziwne… Sama chętnie poszłabym do wyznawców innych religii by spędzić z nimi trochę czasu, poznać ich tradycje, to jest przecież bardzo ciekawe. No, może do tych, których pewnie teraz macie na myśli nie koniecznie chciałabym isć, bo mogła by to być moja ostatnia już podróż… choć jak dla mnie, to jedna z najciekawszych religii świata.

Być może jestem idealistką… ale wolę patrzeć na człowieka całościowo, bo przecież ważne jest jakimi jesteśmy ludźmi. Dlatego z jednej strony nie potrafię zrozumieć takiego podejścia, z drugiej wierzę w to, że osoba wyznająca swoje zasady może się źle czuć i odczuwać dyskomfort, że robi coś wbrew temu, co wyznaje. Z trzeciej zaś strony… zaczynam rozumieć pobudki tego, co dzieje się na świecie… i czemu Islamiści chcą nas wytłuc.

Cóż, mnie też bliski jest ateista i nic na to nie poradzę. Nie będę go zmuszać ani przekonywać, bo rozumiem jego wyjaśnienia i przyczyny takiego stanu rzeczy. Pismo mówi „Idźcie i głoście…”. Być może to niezgodne z pismem, ale byłabym nie fair w stosunku do niego… i mogłoby to pogorszyć tylko nasze relacje. Być może jestem za bardzo szczegółowa… ale nie chce go stracić tylko dlatego, że ktoś wierzy w coś zupełnie innego. Te święta, ogólnie czas świąt w Kościele katolickim dlatego jest dla mnie trudny. Moja rodzina nie wyobraża soie tego, że mogę mieć takie poglądy, też o nich głośno nie mówię. Smutne jest tylko to, że nie chcą postarać się zrozumieć, jako dziecko miałam ich za bardziej wyrozumiałych i otwartych ldzi, a jako starsi robią się zamknięci na inność drugiego człowieka i na zmianę poglądów. Babcia stara sie jescze zachować zdrowy rozsądek, ale widzę, że też potrzebuje już zwrócić sie do Boga… taki wiek. Może za dużo od nich wymagam?

Pan ze skrzydłami dał się przekonać, że przecież to tylko święta i nie musimy ich huczniez21163086Q,Zwierzeta---swieta---swietna-zabawa- obchodzić w Kościele, w futerku i garniaku, o jedenastej na Mszy. Tylko żeby do mnie przyjechał, więc przyjedzie. Gorzej, że w dzień po świętach mamy kolędę i będzie jeszcze mój chłopak… akurat przychodzi proboszcz, który jest doktorem… No to sobie…porozmawiają…

Coś czuję, że te święta to będzie istny kogel-mogel…

 

 

 

Wróciłam…

Wróciłam! Wracam również do pisania i do Was po dłuższym weekendzie. Zapewne jesteście ciekawi jak było… a więc było super! W tym miejscu można pomyśleć, iż znów będę pisać o tym co tam ze mną i z Panem ze skrzydłami, ale właśnie wokół tej relacji obraca się znaczna cześć mojego teraźniejszego życia. Było bardzo miło, przyjemnie, zabawnie, wesoło i kolorowo. Pozwiedzaliśmy zoo, rynek i pewną dzielnicę Ostrawy. Nie zapomnę momentu, kiedy wybraliśmy się na rynek i zaskoczyła nas burza (oczywistością jest, iż nie mieliśmy przy sobie parasola). Tę burzę spędziliśmy pod małym daszkiem jakiegoś supermarketu, jedząc kręcone lody włoskie. A później szukając parasola, przy dwóch pozostawionych w plecaku Pana ze skrzydłami, który to został w domu. Potem maszerowanie 30 minut w deszczu by znaleźć się w hotelu, który wyglądał nieco jak prl-owski hotel. Ale generalnie, to była jedna z najlepszych wycieczek na jakich byłam! Była… wolność! Nigdy bowiem nie pisałam tutaj o tym, ale w moim domu wiecznie panuje atmosfera zagrożenia, przed którym trzeba się uchronić, a ponieważ mieszkam z dziadkami, ci, być może ze względu na swe życiowe doświadczenia zawsze za wszelką cenę chcieli mnie chronić przez rzekomo mającym nadejść niebezpieczeństwem na każdym kroku. Więc… gdy zapada zmrok jest niebezpiecznie, jak jest tłum ludzi jest niebezpieczne, gdy zostaje sama w domu jest niebezpiecznie itp. Ciągle w zasadzie jest niebezpiecznie.

d7lEk9l94YAy1qGnJX

Na tym wyjeździe poczułam, że nie musi tak być, chyba po raz pierwszy w życiu. Tak, to bardzo smutne. Chyba po raz pierwszy w życiu mogłam jeść co chciałam, pić co chciałam i nikt nie ostrzegał mnie, że coś może mi się od tego stać. Jedliśmy więc owoce, zapijaliśmy wodą mineralną i nic nikomu nie było…Wreszcie poczułam tak w pełni, że mam na coś wpływ, że mogę coś wybrać, sama zdecydować. Że nikt nie chroni mnie przed niebezpieczeństwami, ale też one się wcale nie wydarzają…

Można błądzić uliczkami dużego miasta, śpiewać na środku ulicy i całować się na ruchomych schodach galerii ( tak wiem, jak to brzmi, ale nie mieliśmy nic złego na myśli, choć spojrzenia ludzi mówiły same za siebie) Eh, ci ludzie, wszystkie takie zachowania łączą z jednym zapewne..

Było wesoło, z lekka szalenie i bardzo pozytywnie. No i mogłam też poprzebywać przez jakiś czas z Panem ze skrzydłami, który jak zwykle troszczy się o mnie jak tylko może. Cieszę się, że go mam…

P.S. Dokładam kolejne postanowienie do pianych poprzednio:

Nie brać wszystkiego śmiertelnie poważnie i przestać patrzeć na wszystkie, nawet trudne sprawy przez pryzmat kłopotu, czyli w skrócie więcej luzu.

Kochanie, poznaj moich rodziców…

Wróciłam po komunii siostry Pana ze Skrzydłami. Poznałam jego rodziców i muszę stwierdzić, że spotkanie to przebiegło poprawnie, choć nie wylewnie. Oboje nie są wylewnymi osobami, więc i rozmowy ograniczyły się do minimum. Porozmawialiśmy chwilę i jeszcze raz potem na komunii, na sali. Wbrew temu, co mówił mój ukochany, okazali się być mniej groźni i mniej zaczepliwi. Matka to dość prosta kobieta, mało kobieca i dość specyficzna osoba. Kiedy dałam siostrze Pana ze Skrzydłami książeczkę  do malowania z końmi, ponieważ też lubi te zwierzęta, rozległo się po domu zdziwienie Matki

-Łoo, jakie szkapy! Będziesz malować!

Potem zachęcała mnie do obejrzenia małego kucyka, który urodził się niedawno, ale Pan ze skrzydłami stwierdził, że widziałam przecież więcej koni niż ona i aby dała spokój, bo to nie jest dla mnie atrakcją. W gruncie rzeczy jednak chodziło o to, aby mógł ze mną pobyć sam na sam. Po tym stwierdziłam, jak się potem okazało, z resztą słusznie, że Mama mojego faceta jest prostą kobietą, żyjącą cały swój żywot na wsi, rozlataną i nieco roztargnioną, zajmującą się tylko małą siostrą pana ze skrzydłami, która jest chora na zespół Downa. Podobnież mama klnie jak szewc, ale ja tego nie odczułam, bo widocznie musiała się powstrzymywać w moim towarzystwie.

Ojciec natomiast zachowywał się w moim towarzystwie bardzo kulturalnie i grzecznie. Obserwując go dostrzegłam, że baaardzo zasadniczy z niego gość i choć Pan ze skrzydłami wiecznie się z nim kłóci, bo jak twierdzi człowiek ten nie potrafi być dobrym ojcem, a może nawet i w ogóle ojcem, to przy mnie zachował pozory i stworzył wrażenie bardzo kulturalnego człowieka.  Choć poglądowo jest jak dla mnie też dziwny. Wmawiał mi na przykład, że pan ze skrzydłami i tak do niczego w życiu nie dojdzie, nic nie zdobędzie. Człowiek ten żyje w głębokim podobnież przekonaniu, iż jeżeli ktoś jest ateistą to Bóg na łożu śmierci wyśle po niego samą śmierć, bo tak opisywał niegdyś umierający w jego rodzinie dziad, pradziad… a i za życia niczego nie osiągnie, bo wszystko dane jest przez Boga… Stara się też pana ze skrzydłami wychowywać tak zasadniczo, podczas gdy ten ma inne podejście i poglądy na świat. Ojciec natomiast twierdzi, że ten się przemądrza i, ze w niczym nie ma racji, a teorie naukowe, które nieraz porusza w rozmowach to hipokryzje i miała nadzieję, że kiedy pójdzie na studia wybiją mu te głupoty z głowy… nie wie on jednak, ze właściwie to pan ze skrzydłami na studiach znalazł potwierdzenie dla swoich niektórych poglądów…

Pamiętam, kiedyś siedzieliśmy w kawiarni gdzie zawsze udawałam się z Chomiczkowa, to była nasza pierwsza kawa, pierwsze spotkanie. Mówił mi wtedy o tym, że ojciec kiedyś powiedział mu, że go nienawidzi i, że nie jest już jego synem. Stwierdził, że są słowa takie, których po prostu nie powinno się nigdy mówić, nawet w emocjach. Natomiast na sali komunijnej to ojciec z uporem maniaka twierdził, że to to pan ze skrzydłami powiedział, iż nie jest ich synem. Na nieszczęście, choć siedziałam na honorowym miejscu, zaraz przy rodzicach małej, to pomiędzy jednym a drugim, co nie było zbyt komfortowe… bo oczywiście wywiązała się ostrzejsza wymiana zdań.

Oprócz rodziców w domu, obok pokoju pana ze skrzydłami, który już dawno wyniósł się na dół od rodziców, mieszka jeszcze babcia, staruszka nie może chodzić, ledwo porusza się po mieszkaniu swoim i nie jest uciążliwa. Ma swoją kuchnię i pokoik. Niestety babcią nikt się nie zajmuje zbytnio. Całymi dniami siedzi i patrzy na trwam lub się modli. Mama nie schodzi za często na dół, jedynie raz na dzień wieczorem, zajrzeć co tam u babci, nie robi też śniadań, obiadów czy kolacji. W lodówce było tylko 6 knopersów, więc musieliśmy zamówić pizzę, aby mieć kolację. Są jeszcze dwa psy, 2 koty i kury… Jamniczek pana ze skrzydłami polubił mnie od razu choć twierdził (pan ze skrzydłami), że nie lubi obcych i nie toleruje nowych przybyszów w domu.

Cały dom jest stary i „niedokończony” w tym sensie, że nie ma tam takiego porządku, jaki ja lubię. Na środku holu leży mata- a to niech leży, po co ją chować. Tu gdzieś rozwalona podłoga, brakło paneli, to niech tak zostanie. W pokoju, gdzie mogłam rozłożyć swoje ubrania pachniało tylko starością i były krzesła, stare krzesła, z poprzedniego umeblowania holu na górze, których ojciec nie dał wyrzucić… Na stole jakiś materiał, czy to obrus…? Nie wiem, troszkę podobne to było… Ale w sumie to nie o tym chciałam…

To, jak zachowywał się Pan ze skrzydłami wprawiło mnie w niemały szok… Chłopak „skakał” koło mnie, jak koło jakiejś księżniczki. Miałam wszystko, to co chciałam i czego potrzebowałam nawet bez wychodzenia z pokoju. Rano robił mi śniadanko do łóżka i herbatę… choć nie wiem, skąd brał jedzenie… pewnie z kuchni babci…  Nigdy w życiu bowiem nie widziałam tak zachowującego się wobec mnie faceta, z resztą w mojej rodzinie model i role są zupełnie inne. Kiedy rozbolała mnie głowa, 15 minut przed komunią, kiedy wszyscy byli już przed kościołem, to podjechał ze mną do apteki i kupił mi tabletki, żeby nie musiała mnie boleć na komunii. Opiekował się mną jak mógł… Do tego wszystkiego, co zaobserwowałam… rodzina ma go za parobka i nie jest to tylko codzienność przy święcie, ale na co dzień… na komunii, na sali, musiał być za kelnera, roznosić jedzenie, podawać, zbierać, znosić, znów rozkładać, po komunii odwieźć sąsiadkę, rozpakować skrzynki, które zostały po komunii, opiekować się siostrą, babcią, która nie może chodzić. No i jeszcze mną, choć nie oczekiwałam tego… kiedy zapytałam go, czy często tak biega, stwierdził, przecież to normalne. Nie chciałam mu jednak powiedzieć, że rodzice się nim zwyczajnie w świecie wysługują i zwalają na niego obowiązki, które mógłby choć częściowo wykonywać ojciec…  Przecież chłopak jeszcze pracuje na 3 zmiany- nocka, rano i po południu i się uczy, eh… Szkoda mi go, ale wiem, ze tego nie zmienię. Kiedy już i tak był cały mokry i spocony a chciałam herbaty, która została na dole, bo musieliśmy iść na górę pilnować małej, to zszedł na dół i mi ją przyniósł, choć była 22.00 w nocy i oboje już ze zmęczenia półsiedząc leżeliśmy po prostu na sobie nawzajem, bo nie mieliśmy już siły na nic. A potem… potem jeszcze o 22.30 znosił z rodzicami skrzynki z jedzeniem, które zostało z komunii…

Nie rozumiem niektórych sytuacji mających miejsce u niego w domu, niemniej jednak fajnie było się obudzić rano w ramionach kochanego faceta i dostać całusy na powitanie, a potem śniadanie do łóżka. Wreszcie poczułam, że nie jestem samotna i sama, że ktoś przy mnie jest i komuś na mnie naprawdę zależy…

I choć komunia była naprawdę  czasami hardcore to  mimo wszystko zapomniałam o tym, co zaczęło gnębić mnie przed wyjazdem. A kiedy mnie odwoził i jechaliśmy z powrotem puścił mi taką jedną piosenkę… podejrzewam, że z tego nieciekawego czasu jego życia… po jej przesłuchaniu stwierdziłam, „ach, aleśmy się dobrali… ” Wiele więcej się wydarzyło, ale o tym… już wkrótce… A teraz zapraszam do posłuchania, mnie się spodobała…

Zastanawiam się…

Cały czas zastanawiam się, jak poukładać to wszystko. Wciąż nie mam pomysłu a moje myśli są niekiedy niczym lawina. Przyszedł czas wytężonej pracy i nauki. Zawalili nas stertą prezentacji, projektów i książek. Jedna z nich, kupiona niedawno ma 6 cm grubości i waży niemniej od mojego kota. Muszę to wszystko jeszcze przemyśleć. Być może tego potrzebuję, czasu… Tylko, że… on niczego mi nie daje.

Czasem myślę, co się ze mną dzieję… dlaczego tak bardzo blokują mnie niektóre rzeczy?

Pan ze skrzydłami leży chory, a raczej chodzi. Zaganiam go do łóżka, ale nie chce się posłuchać. Może za mało razy? Babcia patrzy na mnie zdziwiona, „czemu się o niego nie troszczysz?” słyszę, za mało, ciągle za mało…

Może ja już po prostu przestałam się troszczyć o ludzi? Całą swoją energię troski władowałam kiedyś, niepotrzebnie. Ludzie tego nie potrzebują. Teraz już nie mam sił by zaczynać od początku. Nie mam.