Czy ja chcę jeszcze się zakochać?

Dziś mam dzień, że udaję….

Udaję, że wszystko jest w porządku, przed wszystkimi, przed całą rodziną… Tak właściwie nie jest. Udaję, że jest okej, a w duszy mam ochotę krzyczeć, płakać i wyć. Chyba nie z tęsknoty, a z bólu psychicznego… Ten stan trwa odkąd mnie zostawił. Znowu cierpię, cały czas, non stop, w każdym dniu… Cierpienie opuszcza mnie tylko wtedy, gdy mocno mnie coś zaabsorbuje, a to zdarza się rzadko, bo ze skupieniem mam problem, mam strasznego lenia. Znowu boli…

W mojej ocenie tak się po prostu nie robi. Teraz widzę, jak bardzo się różnimy. Zaczynam czuć, ze bym się z nim nie dogadała, nawet, gdyby chciał wrócić, po prostu nie. Bo tak się nie robi. Nie przekreśla się wszystkich cudnych chwil, o których mnie zapewniał, nie przekreśla się wspólnych wspomnień, nie przekreśla się w jednym momencie tylu słów wypowiedzianych. To wszystko nic dla niego nie znaczyło? Zupełnie nic? Dla mnie bardzo wiele… I w moim poczuciu moralności tak się po prostu nie robi! Nie dzwoni się do kogoś i nie informuje, że „już Cię nie chce, odejdź, wyrzucam Cię na śmietnik.” Jak zużytą rzecz, jak psa, którego się wygania, zostawia w lesie przywiązanego do drzewa… Jak coś niepotrzebnego, nic nie znaczącego…. Tak się nie robi! Mamy inne poczucie moralności i sumienia. Zupełnie inne… Nie daje się komuś nadziei, a potem mu się je brutalnie odbiera, to jak operacja na otwartym sercu.

Wczoraj, zrobiłam sobie kąpiel, potrzebowałam tego, trochę luksusu dla ciała… Zaczynam się sobą opiekować, zaczynam zwracać uwagę na siebie… Wcześniej tego nie robiłam, w tym całym zatraceniu się w „związku”, a  raczej „pseudozwiazku”, który jak szybko się zaczął, tak szybko się skończył. I właśnie podczas tej kąpieli myślałam sobie o jednej, bardzo ważnej teraz dla mnie rzeczy…. Czy ja teraz, na ten czas i na ten stan psychiczny chciałabym faceta? I jaki on by miał być? I doszłam do wniosku, że z jednej strony bym bardzo chciała kogoś mieć, z drugiej strony się boję… Nie będę potrafiła zaufać, ale już mniejsza z tym, zastanawiam się po prostu nad tym, czy kogoś poszukać, może z kimś porozmawiać, czy dać sobie czas?

Mój idealny facet?

Hm… no mógłby być żołnierz, bo się już przyzwyczaiłam, ale do tego by był czuły, rozumiejący, potrafił być romantyczny… Jednym słowem taki jak były z początków znajomości, tylko, żeby był taki cały czas! Zastanawiam się też, czy ja jestem w stanie teraz się zakochać, kochać kogoś? Chociaż, z drugiej strony, nie musiałaby być to od razu wielka miłość, a mogłoby być poznawanie siebie…. Jeżeli bym kogoś poznała, kogo bym chciała poznać, może nie bolałoby tak bardzo? Może oderwałabym myśli? Może weszłabym w jakąś nową sytuację i nawet jakbym się na chwilę zauroczyła to wydzieliłyby się jakieś hormony pozytywne? Tylko, że z drugiej strony, że jeśli spotkałabym znowu swój ideał, a on mnie by nie chciał, to by znów bolało. Ale jednak dochodzę do wniosku, że tak, chciałabym z kimś być, kochać kochaną, jeszcze się tak naprawdę zakochać, tak jak ostatnio… Tylko może nie w takim tempie.

Codziennie zasypiam z myślą i budzę się z myślą, że zostałam potraktowana jak zużyta rzecz… Ciężko mi z tym. Czekam na spotkanie z terapeutką, może coś mi podpowie. Tym czasem trwam i nie wiem, co mam za bardzo robić. Chciałabym z kimś porozmawiać, ale boję się zawodu, boję się, że znowu się zawiodę, że nikt mi nie podpasuje, że nikt nie będzie zainteresowany…. Tyle razy już zostałam potraktowana w taki perfidny sposób, że się tego znów obawiam. Komuś trzeba zaufać, tak sobie mówiłam… No to zaufałam i mam teraz, tym bardziej, że on sam jakby roztoczył taką aurę bezpieczeństwa, o której już pisałam… Przykro mi z tego powodu… znowu dałam się nabrać…Czuję się jak naiwna kobieta, po prostu…

Myślę sobie teraz o górach… Chciałabym tam jechać, gdzieś się wyrwać, gdzieś pójść, może dałoby mi to jakieś wytchnienia, choć wątpię. Co jest w głowie, w głowie zostanie, gdziekolwiek będę, ale może byłoby choć trochę lżej?

375px_kopalnia-wiedzy-gdzie-w-gory-na-weekend-2-kopalnia-soli-wieliczka-700x465

Powracająca przeszłość…

Przeżyłam weekend. I choć jest stabilnie, to jednak był on dla mnie bardzo ciężki zarówno psychicznie, jak i fizycznie… Zdałam najcięższy egzamin jaki może być na tych studiach, dodatkowo oczywiście spotkałam się z Top Gunem… Bo też miał zjazd. Generalnie o tym chyba chciałam tu napisać, bo było to dla mnie bardzo ciężkie. Chyba najcięższe niż do tej pory. Pierwszego dnia w ogóle się do niego nie odezwałam, on do mnie też nie. Omijaliśmy się całkowicie, nawet nie siedzieliśmy ze sobą w ławce. Potem na pożegnanie on mi pomachał, ja wzruszyłam ramionami. Przegrałam walkę ze sobą i napisałam do niego z zapytaniem, co to miało znaczyć. Odpisał, że się mnie boi, bo tak go traktuję, że strach podejść. Eh, czyli to moja wina, ze nawet przywitać się ni potrafi? Z drugiej strony doszłam do przerażającego wniosku, ze ja potrzebuję tego, żeby on przyszedł, żeby się przywitał i żeby zabiegał o moją uwagę. To chore. Na drugi dzień wstałam smutna i zła, rozczarowana tym, że ma mnie w dupie, bo tak na początku myślałam, z drugiej strony to było miłe, że się mnie boi. Ten dzień to była całkowita walka ze sobą. Oj, była ona okropna! Podejść do niego, czy nie podejść, zagadać, czy nie zagadać, nie lubię się z nikim kłócić, jeśli on uważa, ze nic się nie stało, to może udawajmy, że tak jest? Sama nie wiedziałam, co o tym myśleć. Z jednej strony coś mnie do niego ciągnęło, z drugiej wiedziałam, ze to bez sensu. Na szczęście, wygrałam te walkę i nie poszłam na spotkanie z nim, akurat zdarzyło się to przypadkowo… Nie wiem, czemu tym razem tak bardzo ciągnęło mnie do Top Guna. Nigdy tak nie miałam, może dlatego, ze mnie odrzucił znowu w sobotę? Jak coś jest niedostępne, to ciągnie jeszcze bardziej, taki mam chory mechanizm. Było mi bardzo źle z tym, że nie mogę jakoś załagodzić tej sytuacji z soboty, jakoś się z nim „pogodzić” ale nie mogłam tego zrobić. Na wieczór napisał mi, ze zawszę mogę do niego przyjechać i zawsze będę u niego mile widziana, zaprosił mnie do siebie, ale tego nie zrobię, bo wiem, jakby się to skończyło… Obiecałam sobie już nie podejmować żadnych kroków wobec tej sytuacji, która i tak jest już porąbana. Nie chcę już tego zmieniać, zabiegać o jego względy i w ogóle, o niego, nie nie nie! Koniec. I muszę Wam powiedzieć, że tę walkę wygrałam! Nie podjęłam żadnych kroków, nie poszłam na zajęcia, nie napisałam do niego, choć tak bardzo tego chciałam, wygrałam ze sobą. On się odezwał. I potem to jakoś już się potoczyło. Zaczęliśmy rozmawiać, niby w przyjaźni, udawałam , że jest okej, bo wiem, że on nie zrozumie co mi zrobił i to jest w tym wszystkim najstraszniejsze, że on nic z tego nie rozumie…. nic! Kompletnie. Potem pojechał z kolegami na policję, tam dali mu tytoniu do żucia, zaczął wymiotować, okropnie się poczuł. Potem przyjechali  na uczelnie, trzęsło nim jak osiką, czuł się bardzo źle. Przyszedł do mnie na przerwie taki trzęsący się cały i skulony… Chwilę pogadaliśmy, o F, że to jeszcze dziecko umysłowe. Wcześniej jeszcze napisał mi, ze kupiłam sobie kota zamiast chłopa… Po takich tekstach wiem, że z nim bym nie wytrzymała w związku, jest złośliwy i chamski. Ale żal mi go było, jak go tak telepało… Opowiadał mi, że wyprowadził swoją byłą z depresji i się nią zajmował jak był w takim wieku co F. jeszcze pracował i wynajmował dom  utrzymywał ich, takie dorosłe życie już prowadził. No i teraz panna jakoś funkcjonuje i ma się dobrze, wiec wnioskuję, że nadal ma z nią kontakt, co za świr! Potem się pożegnaliśmy. Powiedział mi, abym się trzymała. Jakoś lepiej mi było i jest z tą myślą, że się z nim nie kłócę, ale żal mi tego wszystkiego i przykro mi, że nadal ma kontakt z byłą. Chociaż w sumie, co mnie to obchodzi? Nic, dobrze tylko, że z nim nie jestem. Tylko w nocy mam koszmary o nim… Patrzyłam na niego w ten weekend i mówiłam sobie w uchu, „ty nawet nie wiesz jak bardzo cie kochałam… nigdy się o tym nie dowiesz, nie zdajesz sobie nawet sprawy z tego, że byłeś dla mnie całym światem, każdy kawałek twojego ciała i myśli… i wszystko to spieprzyłeś…” Zachciało mi się płakać.

alexandra-gorn-331551-900x400

Szukając zrozumienia…

Dziś będzie krótko i na temat. Nie mam jakoś weny pisać długiej notki. W piątek byłam na uczelni. Stoję przed drzwiami, patrzę, w moją stronę idzie Pan D. Ucieszyłam się, bo pomyślałam, że może zaproponuje byśmy gdzieś razem wyszli później i poszli porozmawiać, jakoś tak, cieszyłam się, że go widzę. Jednak nie, przyszedł, przywitał się, weszliśmy razem na salę. Potem ja wyszłam pierwsza, on został, szepnęłam mu tylko „pa”. Poszłam, siadłam na krzesłach i coś sprawdzałam w internecie, a po pewnym czasie patrzę, idzie D. Rozmawia przez telefon i wychodzi po schodach. Zawołałam go więc, a on nic. Drugi raz, też nic. Przeszedł koło mnie, usiadł na zewnętrznych schodach i rozmawia przez komórkę. Wyszłam więc z budynku i starałam się jakoś zwrócić jego uwagę, ale nic nie zadziałało, w końcu stanęłam tak, aby mnie widział, ale i to nie odrywał wzroku wpatrzonego gdzieś w dal. Pomachałam mu, wreszcie zauważył i mi odmachał, powiedział, że jest teraz cały czas zajęty i tyle. Więc odwróciłam się i poszłam. Tak skończyła się nasza znajomość. Żadne z nas już nic nie napisało. Zawsze to aj musiałam zaczynać rozmowę, teraz już nie będę. Nie zależy mu, udaje, że mnie nie zna, więc niech tak pozostanie.

Ostatnio też pisałam sobie przez jakiś czas z pewnym mężczyzną z pewnego forum, bardzo chciał mnie poznać, chciał zobaczyć, czy do siebie pasujemy, wysłał mi zdjęcia i w pewnym momencie odmówiłam mu związku. Facet jest wkręcony w kolejne dziwne relacje z przyjaciółką, a ja nie zniosę kolejnych kobiet wokół jakiegoś kolesia, po prostu nie, to za bardzo boli. Znowu ażebym mogła być skrzywdzona i odrzucona na rzecz innej kobiety? Nie, podziękuję…

Znowu poszło o kobietę tak w zasadzie. Wypisywał do mnie wiadomości opisujące ją, raz, ze jest dla niego niedobra, bo on ją kocha a ona jego nie, drugim razem, że jednak jest dobra bo to jego serdeczna przyjaciółka i był z nią w Chorwacji bo ona pojechała tam dla jakiegoś faceta a on za nią. Ona teraz kocha tego Chorwata a on cierpi… Znowu inna kobieta, znowu która go nie kocha i on cierpi… Jakbym widziała lustrzane odbicie mojej historii…tyle, że jego nie kocham. Więc mu powiedziałam, albo kończysz z nią i się możemy poznać, albo nie. A on na to, że że jej nie zostawi. Dlatego powiedziałam mu wyraźnie nie. A on nadal mówił, żebyśmy się poznali…

Potem wyszło, że ma osobowość schizotypową, na dodatek wierzy w reinkarnację, pisać też niestety nie potrafi, robi byki, i nie za bardzo rozumie kontekst wypowiedzi wiadomości, które do niego pisałam. No więc szczerze… na co mi taki koleś? Znowu przyjaciółki i udręka, że mnie z nią zdradzi, albo nie rozumie co do niego mówię… Dlatego się odcięłam.

Powiedziałam sobie, że nie będę ani piątym kołem u wozu, niechcianym i odrzucanym, ani rzeczą, od której się ludzie muszą oganiać, jak od natrętnej muchy. Jeśli ktoś nie chce to nie, on też ma się starać. Nie będę nikogo usprawiedliwiać, bo potem cierpię tylko..

Czuję, że moje myśli znów uciekają w stronę depresji… wiem, że one są chorobowe, ale jednak są. Kto czytał moją historię relacji z Top Gunem wie, przez co przeszłam i, że teraz zaczynam od nowa wszystko… Dziś właśnie znów miałam przed oczami jego kłamstwa, jego odrzucenie względem mnie i aż łza mi spłynęła po policzku…to jeszcze czasem wraca i za bardzo boli…

Wydaje mi się, że nigdy nie będę szczęśliwa, że ludzie mnie nie chcą, odrzucają na każdym kroku, że jeżeli już spotkam kogoś innego, to on i tak mnie odrzuci. Czuję się tak, jakbym była dziewczyną gorszej kategorii. A przecież radzę sobie w życiu, studiuję 2 kierunki, mam wiele pasji, jestem inteligentna, wiele osób mówi, że ładna, mam zasoby, jak mówi mi terapeutka, a mimo to moje poczucie własnej wartości leci w dół. Zastanawiam się, co robię nie tak? Czy ja przyciągam dziwnych, niepoukładanych ludzi, czy po prostu mam szczęście na takich trafiać…

Jedynym dobrym wydarzeniem jest to, że załatwiłam sobie notatki z filologii polskiej! Będę mogła się w domu na spokojnie uczyć i spełniać swoją pasję do pisania i literatury. Na studia przy tylu kierunkach już nie wystarczy mi czasu ale na zerknięcie na notatki na pewno, a zawsze chciałam się rozwijać w tym kierunku.

Dzisiejszy dzień znów wydaje mi się jakiś smutny i przygnębiający, czyżby znów wróciła depresja? Czuje się tak, jakby mnie nie było w życiu…

fashion-2309519_960_720

 

 

Potrzeba bliskości, mocne wkurzenie na niego i rozstanie Top Guna z nią!

Dzisiaj pojawiła się taka myśl, że może rzeczywiście to jest taki czas, aby przyjrzeć się sobie. Chciałabym też tak bardzo zostawić cały ten bałagan za sobą i iść naprzód, sama czy też nie. Dziś pojawiła się z rana tęsknota za nim, a może za tymi wszystki dobrymi chwilami, które już miałyby nigdy nie wrócić. Tak, tęsknie za nim… tak zwyczajnie, po ludzku. Może to minie. W końcu to 8 miesięcy z mojego życia… Ostatni raz tak tęskniłam za M. Z Panem ze skrzydłami było jakoś inaczej, po prostu widziałam, że mnie nie kochał, wiedziałam, że już dłużej z nim nie wytrzymam, z tym, jak mnie traktuje. Może minęło za mało czasu, musi go minąć więcej?

Chciałabym móc uwierzyć w to, że na prawdę on mnie nigdy nie kochał, a sam w  sobie jest debilem, jeśli nie widzi, co chciałam mu ofiarować. Że dla niego nasze rozmowy nie miały tak emocjonalnego ładunku jak dla mnie. Z takim myśleniem mi łatwiej, bo pozwala pójść do przodu, zająć się swoimi sprawami. Tylko, czy aby przypadkiem nie mam co do tego już watpliwości?

Przyglądam się mojej potrzebie bliskości, to, o czym także wczoraj mówiła mi terapeutka. Jak silna ona jest, dzisiaj chciałabym, żeby jej nie było. To ona mnie więzi w jego życiu, w tej całej sytuacji. Gdybym nie miała tej cholernej potrzeby bliskości, to by mnie już tam dawno nie było, potrafiłabym to olać i wrócić do siebie, do swojego życia. Choć w tym wszystkim dostrzegam też jedną małą rzecz, zaczynam dostrzeagać takie małe rzeczy, których wcześniej nie dotrzegałam, zaczynam doceniać np. to, że świeci słońce, że mogę wyjść na dwór. Tylko za jaką cenę?

Mam depresję i moje myślenie zrobiło się czarne, jutro idę do lekarki, zobaczymy czy zostawi leki, czy je odstawi…

Wczoraj jeszcze odpowiedziałam Top Gunowi na jego pytanie, chwilę popisaliśmy o wyborach, powiedział, że cieszy się, że się zgadzamy w kwestaich tu poruszonych. Choć nie wiem, co to miało znaczyć… W wielu rzeczach się zgadzamy, podobnie myślimy, mamy podobne poglądy, tylko co z tego? Zawsze myślałam, że kiedy przyjdzie ten moment, rozmowy o politycznych poglądach, będe się stresować, że się nie zgodzimy, ze wyjdę na jakąś dziwną ze swoimi poglądami, a muszę przyznać, że wczoraj nie zależało mi już na tym, co on sobie o mnie pomyśli, przecież to już i tak chyba nie ma znaczenia? Może sobie myśleć co chce. I to nic nie zmienia. To nie ze mną jest coś nie w porządku, jak myślałam na samym początku, tylko jak już to z nim! Ze mną jest wszystko w porządku i tej myśli się trzmam. Jestem jaka jestem, nie pracuję w wojsku, jak jego kochanka, nie mam metra siedemdziesiąt pięć, jak jego kochanka, nigdy do niego nie przyjechałam, jak jego kochanka, interesuje się czymś innym niż Top Gun, wyglądam inaczej i inaczej myślę, podejmuję inne dezycję, ale to nie jest powód, aby mnie nie kochać i mnie nie chcieć! A ja mu chciałam tyle dać, co za palant! A przecież ze mną wszystko jest w porządku, z tego powodu nie jestem przecież „tą gorszą”, nie tak jak myślałam na początku…

Od jakiegoś czasu zastanawiam się, co czuję upały człowiek? Mam wrażenie, że upadam…a może to nie tak? Nie chcę o sobie tak myśleć. Po prostu, potrzebuję pomocy i mam prawo po nią sięgnać, to nie oznacza, że jestem gorsza! Przeżywam godzenie się ze strata i moje stany mogą być bardzo różne teraz… ale mam prawo z nimi ekspetymentować, także na nim.

Dziś też bardzo mocno wkurzyłam się na Top Guna, bo znowu zaczął coś mówić o swojej utrzymance, jak to nie byli na spotkaniu z jednym politykiem, napisałam mu, że chyba się pomyliłam co do jego wyczucia, bo on tego nie rozumie, więc muszę wyłożyć mu kawę na ławę, że jeżeli chce, to może dalej się bawić z nią i być wykorzystywany, tylko niech mi już o tym nie mówi, bo mnie to żywo wkurwia bardzo, bardzo mocno! Na co on odpisał, że nie ma jej! Jest w swoim rodzinnym mieście, wyjechała 3 tygodnie temu, jeszcze przed jego wyjazdem na ćwiczenie do Słowenii i na razie niespieszno mu, aby ten stan zmieniać. Więc mu napisałam, że mnie zaksoczył, myślałam, że nigdy tego nie zrobi, nie pozbędzie się jej (przynajmniej jak na razie). Choć wiem, że ona może wrócić.. że on może nie wytrzymać samotności w domu, w końcu tyle czasu z nią spędził. Mimo wszystko napisałam, że mu gratuluję tej decyzji, że niespieszno mu ze zmianą tego stanu, że w jego życiu jest kilka dni normalności. Odpisał, że z tą normalnością to różnie, bo nie służy mu siedzenie samemu w czterech ścianach. On też nie potrafi być sam? Napisał mi, abym nie chwaliła dnia przed zachosem słońca, więc nie wiem, czy to miało oznaczać, że ona wróci? Może Top Gun wytrzyma… zobaczymy. Widzę, że te izolacja też nie będzie łatwa. Ale przynajmniej jakieś działanie już podjął, choćby na trochę…

Czasami sobie myślę, że życie w tym ciągłym lęku i strachu co on zrobi jest koszmarem. Że gdybym teraz miała z nim być, tak bardzo bym się tego bała, że chyba nie była bym w stanie… To chyba byłoby dla mnie za ciężkie do udźwignięcia. To jest dla mnie za ciężkie… Potrzebuję stabilizacji, a nie wiecznej huśtawki i obaw o przyszłość… Choć z drugiej strony wiem, że takie związki mogą być dla mnie zwyczajnie ciekawsze, przypominając mi to wszystko, w czym dorastałam. Dziś też po raz pierwszy dałam sobie prawo do złości na niego i do pokazania mu tej złości… Nie wiem, co on o mnie pomyśli, ale tu znowu wracam do tej myśli, że wszystko ze mną w porządku, mam prawo być zła na niego, kiedy mówi mi o tych kobietach, czy mu się to podoba, czy nie. Zawsze myślałam, że jak będę okazywać złość to ludzie mnie będą odrzucać… a to przecież nie tak… I to nie jest powód, by mnie odrzucać czy dalej ranić! Więc nadal wychodzi na to, że jest palentem.

Ja, taka zła na niego… Przybieram chyba czarną szatę:

woman-530484_960_720

Odbudowuję poczucie własnej wartości…

Nie, nie będę pisać o „Tylko nie mów nikomu” Sekielskiego, choć na Waszych blogach zawrzało od wypowiezi na temat tegoż filmu. Szczerze powiedziawszy ja nie mam siły nawet go obejrzeć…

Jak już pisałam Top Gun poleciał wczoraj na ćwiczenie do Słowenii. Miał się nie oddzywać, ale najwidoczniej nie wytrzymał, bo już po 3 godzinach ciszy miałam wiadomość od niego. Odpisałam po godzinie, od tej pory jest cisza… Więc odpoczywam od rozmów z nim. Te jego konwersacje się zmieniły po jednej rozmowie, którą sam zaproponował. Przegadaliśmy wtedy dwie godziny, powiedział mi też wtedy, że byśmy sie dogadali i, zapytał co by było gdyby się pojawiła myśl o mnie, tak, jak to już pisałam na blogu. Od tej pory pisze do mnie ciągle… dzień w dzień, dziś jest pierwszy dzień, gdy nie napisał.

Obecnie dużo piszę na blogu, codziennie bowiem pojawiają się w mojej głowie nowe myśi, które chcę jakoś uporządkować.

W tym całym myśleniu, o tym, że on nigdy mnie nie kochał i o tym, że odbiera sobie szczęście i szansę na lepsze życie, pojawiła się wreszcie myśl o mnie, czego ja chcę, że ja też jestem ważna. Wcześniej tego nie dostrzegałam. Miałam swoje uczucia kompletnie gdzieś, pytałam siebie tylko jak on mógł mi to zrobić i rozpaczałam z tego powodu, że nie bedzie tak dobrze jak myślałam, bo on tego nie chce. Nie widziałam uczucia, którym go obdarzyłam, że ono też jest w tym wszystkim ważne, i, jeżeli dla niego się nie liczy to nie liczy się w ogóle. A to przecież nie tak. Bardzo spadło mi poczucie własnej wartości, bardzo… prawie w ogóle go nie było, poczułam się jak zwyczajny śmieć, jak zabawka, którą się można pobawić i wyrzucić. Teraz po mału dochodzę do siebie, uświadamiając sobie, że przecież to, że ja chciałam to też jest bardzo ważne, bo ja przecież też mam jakąś wartość, a to, że ktoś to odrzuca nie przesądza o moim braku warości… Cieżko mi odnaleźć się samej, samotnej… Do tej pory zawsze ktoś był, a teraz zostałam całkowicie sama, ale może to też nie przesądza o mojej wartości? Nie wiem, dlaczego mam takie chore myślenie. A moze to tylko kwestia przyzwyczajenia? Po prostu, przez ten cały czas przyzwyczailiśmy się do siebie…

Wypisałam podanie na praktyki, zrobię sobie je, mam też taką bardzo cichą nadzieję, że może po praktykach uda mi się zostać w firmie. Cóż, też pójdę do mundurówki i trochę mnie to podłamuje, czy to wszystko nie będzie kojarzyć mi się z nim z tym wszystkim, co między nami kiedyś było…  Udaje mi się nie myśleć cały czas o tej sprawie z nim, jego kobietami, powoli zaczynam zajmować się własnym życiem i sprawami, którę muszę załatwić. Może to działanie leków, a może mojej interpretacji tego wszystkiego. Staje się jakaś spokojniejsza. Nie wiem, czy nie wróci to do mnie, kiedy to ćwiczenie się skończy i Top Gun wróci do swojego normalnego życia, ale póki co do niedzieli mam spokój i staram się tym cieszyć. Nie chcę już żyć jego życiem, jak to było do tej pory, chcę żyć swoim życiem, tak bez zaangażowania. Wróciłam do pracy, powoli zaczynam koncentrować się na sobie…Powoli siebie dostrzegam w tym całym bałaganie, powoli się wyłaniam…

Edit:

Top Gun jednak napisał, nie podczas pierwotnego tworzenia wpisu, ale wkrótce po tym…

art-2436545_960_720

Kiedy niebo runęło na ziemię… Jakbym żyła na bezludnej wyspie…

Wstałam. Dziś z trudem otworzyłam znów oczy. Spadło kielka kropel, ale już jakoś mnie to nie rusza. Z tyłu głowy jeszcze wciąż mam, że powinno być okej. Nie jest. Potem zjałam śniadanie, jakoś zjeść musiałam, choć wcale nie miałam na to ochoty ani siły. Teraz piszę te słowa. Z innego miejsca, z telefonu… Z miejsca gdzie potrafię być bardziej szczera wobec samej siebie. Teraz się zastanawiam, ile dziewczyn jest takich jak ja, które opisują w internecie swoje życie? Multum. Ludzie przechodzą obok nich obojętnie, zazwyczaj…

Wczorajszy dzień był w większości dniem dobrym, burzę przyniósł dopiero wieczór. Dodatkowo jestem wykończona ostatnim miesiącem czasu, gdzie watawałam o 7.00, kładłam się apać o 23.00 i tak cały czas. Nie było mnie w domu, w umyśle, ani w sercu… Nie było mnie nigdze, można by powiedzieć. Teraz… Dlaczego najbliźsi mi ludzie potrafią tak ranić? Właśnie dlatego, że są najbliźsi? Chomiczkowa… Miała być moją przyjaciółką. Poniekąd nią była. W chwili, gdy tu nie pisałam zorientowałam się, że chyba najzwyczajniej w świecie, ma mnie gdzieś. Jeśli jest szczęśliwa, choć trudno mi w to uwierzyć, to mnie nie potrzebuje. Byłam jako prywatna terapeutka… Egzystowałam przy niej jako pomoc, a kiedy tej pomocy nie potrzebuje, zostałam zwyczajnie olana. Było mi przykro, potem czułam na nią zwyczajną ludzką złość. Poczułam się w pewnym sensie zdradzona… Myślałam jednak, że ten temat uda mi się już zostawić. Trudno, chce zniknąć  z mojego życia, niech tak się stanie. Wczoraj znów jednak wszystko wróciło. Kolejny raz zobaczyłam i poczułam coś, czego bym się po niej nie spodziewała. Znów czuję złość, ale i żal i jakąś taką wszechogarniającą samotność…

Panie ze skrzydłami, kolejny raz mi pokazałeś, że nie możesz, nie chcesz mnie zaakceptować… Nie potrafisz… To takie smutne… Tyle czasu przecież już minęło… Tyle wspólnego czasu. Nie rozumiem do końca…

To boli, a najgorsze jest to, że wczoraj po raz kolejny poczułam się, jakbym znowu była sama. Samotna, na samotnej, bezludniej wyspie. Gdzie nikt mnie nie widzi, nie słyszy, gdzie nikt nawet nie chce się zatrzymać  i przycumować na brzegu. Najgorsze jest to, że czuję, że nie mam dokąd pójść…

Ostatnio poznałam parę nowych osób, podejmując się pewnych działań związanych ze studiami. Z paroma mam kontakt nadal, ale nie potrafię jakoś poczuć tej chęci otwartości, możliwości rozmowy… Szczerej rozmowy… Wiem, że głębsza relacja nawiązuje się z czasem o potrzeba zaangażowania obu stron, ale myślę, że jednak miałbym poczucie, że zawracam komuś niepotrzebnie głowę.

Ostatnio przychodzi do mnie też Indianer. W snach, w myślach… powracjaą wspomnienia. Śniło mi się, że go spotkałam. A potem nie mogąc złapać tchu biegłam na oślep po schodch, by go już więcej nie zobaczyć. Całkiem tak, jak gdybym się go bała. Może zraniłeś mnie za bardzo Indianerze? Podobno Cię tu nie ma, podobno wyjechałeś gdzieś daleko od mojego miasta… może nie będę musiała Cię oglądać… Chyba nie chcę. Dlaczego wracasz w moich myślach właśnie teraz? Dlaczego nie pozwolisz spać spokojnym snem?

Jakby to wszystko działo się poza mną, moją percepcją, spostrzeganiem. Jakby to wszystko za każdym razem chwiało moim bezlieczeństwem. Jakby nie było dla mnie na ziemi przyjaznego miejsca? Więc dokąd mam iść? Nikt ze szczerości mnie nie potrzebuje, nie chce, nie pragnie przy mnie być. Czuję po prostu szerzącą się wokół mnie pustkę, której nie potrafię niczym wypełnić… A może nikim…

sand-768783_1280