Nowy, lepszy rozdział…

Zaczynam pisać po dłuuugiej nieobecności. Nigdy chyba do tej pory nie zaniedbałam tak blogu. Ale nie zamierzam się tłumaczyć, po prostu, najwidoczniej, miałam taką potrzebę… Teraz widzę, iż na przestrzeni miesięcy wszystko toczy się w inną stronę niż pragnie tego moje serce, ale mimo wszystko… choć może nie spełniają się wszystkie moje marzenia, jest bardzo dobrze, chyba najlepiej, z tych wszystkich sytuacji, jakie mogłam w życiu przeżyć.

Nawet nie wiecie, jak minęły mi Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok. Otóż, w święta nie poczułam jakoś magii świąt. Wyrwałam się od poczucia jakiegoś wyjątkowego wydarzenia, a tak się cieszyłam przed świętami.Przypominało mi się wszystko to, co zdarzyło się rok temu… W oczekiwaniu na M. zakładałam tego bloga, słuchałam w kółko Riders on the strom i zastanawiałam się, co przyniesie mi kolejny rok wpatrując się w małą choinkę… Taka taktyka… W tym roku przed świętami ogarnęła mnie jakaś pustka, tylko ferwor obowiązków, nikt nie pomógł przygotować świąt, wszystkim musiałyśmy się zająć same, tylko ja i babcia. Świąteczny czas jakoś przeleciał mi przez palce i spędziłam go w wyczekiwaniu, bo nie mogłam nawet zobaczyć się z Panem ze skrzydłami.

Jedynym mocnym impulsem było… napisanie do Łapacza krokodyli… odpisał, złożyliśmy sobie życzenia… ja nie wiem, co ma takiego w sobie, ale poczułam się lepiej. Potem magia świąt zgasła i pojawiła się dopiero kiedy kilka dni później przyjechał Pan ze skrzydłami. Sylwestra spędziliśmy już razem, patrząc na pokaz sztucznych ogni… Cieszę się, że go mam. Choć jego pierwsze przyjazdy były dla mnie emocjonalnie wykończające. Kończyły się bólem żołądka i niemożnością zaśnięcia. Dlaczego ja tak bardzo boje się odrzucenia? Wciąż i wciąż i wciąż… a jednak wiem, że jeśli nie zaryzykuje, to nie przekonam się nigdy. Dlatego nie można zamieniać serca w twardy głaz…

Na święta zawitał M. Oczywiście nie u mnie tylko u mamy i ojczyma. Nie chcę się z nim widzieć, nie potrzebuję go  oglądać i czuć, jak narasta we mnie złość, okropna złość, która zniszczy mój spokój i stabilność.Mówią, że się zmienił, jakoś nie chce mi się w to wierzyć…A nawet jeśli, to jest już za późno. Od wakacji nie mam z nim kontaktu, niech tak pozostanie. Tak jest mi dobrze, choć to wszystko, co się teraz dzieje, wydaje się mi być szaleństwem…

Pan ze skrzydłami mnie kocha, daje mi to odczuć, za co jestem mu wdzięczna i sprawia, że czuję się zadowolona z obecnej sytuacji. W zasadzie to wydaje mi się być taki, jak zakładałam w myślach, iż powinien być mój facet, pod względem osobowości, charakteru i całej wewnętrznej struktury. Cholernie inteligentny, dowcipny, mądry… a nawet bardzo mądry…. prawie z każdej dziedziny posiada jakąś wiedzę i mogę z nim o wszystkim porozmawiać. Począwszy od stylu koszenia trawnika, a skończywszy na umiejscowieniu elektronów w eksperymentach fizycznych… O historii i tym, co działo się na świecie w poszczególnych latach może opowiadać godzinami, gdyż to jego pasja,  ale nie chce mnie zadręczać tymi opowieściami dość często, choć miło się tego słucha… Na dodatek zaradny życiowo, głodny wiedzy, ale potrafi być też troskliwy i opiekuńczy oraz, co jest bardzo dziwne… łagodny. Generalnie Pan ze skrzydłami to urodzony naukowiec, ale z głową… Nie będzie może zamykał się w swoim laboratorium i odgradzał od innych, ale po skończeniu studiów już ma w planach doktorat i myślę, że to całkiem realne założenie, bo wiedzę ma ogromną… choć nie obnosi się z nią na prawo i lewo. Potrafi za to być niemiłym i wiele ludzi mówi mu, że jest chamem. Co mnie dziwi, bo ja nigdy nie odczułam takiego zachowania. Choć może to przez to, iż ludzie nie potrafią zachować do siebie dystansu, a Pan ze skrzydłami nie boi się ponosić konsekwencji wypowiedzianego przez siebie zdania na jakiś temat. Mówi komuś wprost, co myśli i już, choć nie uznałabym tych słów z chamskie, może jednak czasem są bardziej dosadne. I chyba jestem jedyną osobą, do której nie wyrazi krytyki… Aż czasem dziwie się, kiedy patrzę na to, jak zachowuje się do innych dziewczyn w szkole, (które oblegają go, bowiem po pierwszej sesji okazało się, kto jest najlepszy w grupie, no i oczywiście Pan ze skrzydłami jest w samej czołówce), a do mnie. Nie muszę się przesadnie starać, zabiegać, po prostu, zawsze jest.

Znalezione obrazy dla zapytania jack i rose rozmawiaja na titanicu

Musiałam, ha ha, nawet imiona się w pewnym sensie zgadzają  😉

I choć, boję się, że ta sielanka może się skończyć, to dobrze mi na razie i chciałabym, aby to potrwało jak najdłużej… Bo niestety, pan ze skrzydłami to… urodzony logik! On jest tak logiczny, że chyba nie spotkałam jeszcze tak racjonalnie myślącego człowieka. Każdy wniosek musi mieć prawdziwe przesłanki, itp. Jest również świetny w myśleniu stricte analitycznym, taki umysł, no a ja? Urodzona humanistka! I kiedy pierwszy raz to dostrzegłam, myślę „Boże… po co mi to było, przecież my się w życiu nie dogadamy, statystyk i humanista, to nie ma Znalezione obrazy dla zapytania miłoścszans nawet. Inne percepcje świata…” I nawet teraz wydaje mi się czasem, że to jest szaleństwo, przecież to zupełnie inne spojrzenia są na świat, choć poglądy mamy bardzo podobne. Jednak zastanawiałam się czy jakieś uczucie może przetrwać i spowodować, że nie będzie kłótni nawet jeśli strony mają różne spojrzenia na świat i sposób myślenia? Trudne zadanie, ale postanowiłam, że spróbuję, bo jeśli nie, to nie będę wiedzieć. To tak jakby polonista miał dogadać się z matematykiem… pod warunkiem, że mają takie same poglądy na świat.

Co prawda czasem pojawiają się rozmowy o ślubie, kredytach, stawianiu domów, stajni dla większej ilości zwierzaków, itp. Jednak co z tego wyjdzie, nie wiem, tutaj potrzebny jest czas… Zaczynam się do niego przyzwyczajać, może to źle, może dobrze… Trochę się boję, choć robi wszystko, żeby tak nie było… Potrafię się otworzyć na tyle, na ile czuję się bezpiecznie…

Sesja oczywiście poszła mi dobrze i wszystko zaliczyłam z bardzo dobrymi ocenami na pierwszych terminach, choć o moich przykrych obserwacjach, których dokonałam właśnie podczas niej, kiedyś napiszę. A na razie… zabieram się za pisanie czegoś innego…

Reklamy

Ludzie na studiach inni są…

Na kilka chwil wyłączyłam się z życia… Przez ten czas zrobiłam parę fajnych rzeczy, uspokoiłam się, choć być może tylko względnie, byłam na uczelni… Tak, można powiedzieć, że żyłam. Na zewnątrz. W środku już ciężej. Najpierw moją głową targały różne myśli, takie, że aby je przyćmić, musiałam usnąć, potem zaś nie miałam czasu myśleć o czymkolwiek poza pragnieniem snu i odpoczynku. Nie ma to jak mieć weekend w poniedziałek… 🙂 

Wyciszyłam się, nabrałam dystansu do sprawy, która sprawiała, że nie mogłam się uspokoić, dostałam też zapewnienie, że nie jestem odrzucona. To chyba ułatwiło całą sprawę w znacznym stopniu. Przeżyłam. Zawsze po wykładach czuję pustkę, taką pustkę z pytaniem „co dalej?”, bo przecież nie miałam czasu zaplanować nawet jednego dnia lub chociażby pomyśleć, co chciałabym robić przez czas „teoretycznie wolny”. 

Co do studiów, muszę przyznać, że inaczej je sobie wyobrażałam… Większość z grupy to ludzie dorośli, a nawet starsi, więc choć staramy się wszyscy zachować kontakt koleżeński, jest to utrudnione ze względu na wiek i zupełnie inny sposób życia. Na pierwszym zjeździe, na którym byłam, było mi tam źle… Siedziałam i pytałam się,” co ja tu robię?” Nie mogę powiedzieć, żeby było fatalnie, niektórzy chcą się uczyć, jest dostęp na bieżąco do notatek, jest pomoc, jeśli ktoś czegoś nie rozumie. Ale kontakt z tymi ludźmi za pierwszym razem ograniczał się do miłego pytania, jak tam leci, czy wszystko wiesz z wykładu i kto, gdzie pracuje. Niby normalne, dobre… ( A może to ja za dużo wymagam?) Ja mam też inne porównanie z w sumie nowo poznaną drużyną sportową (jeździecką) i tam wszyscy rozmawiamy na równi, kiedy się pośmiejemy to jest fajnie, jakoś tak wszystko weselej. I ja właśnie tak podeszłam do grupy z uczelni. A to do tego zagadam, a to do tamtego, nawet, jeśli kogoś nie znam, czy jest innej narodowości. Natomiast moja grupa nie przejawia raczej takich chęci. Powstały grupy, czy pary i choć komunikujemy się ze sobą wszyscy życzliwie, to jednak wyodrębniają się grupy i to akurat normalne, bo raczej każda grupa tak funkcjonuje. Z drugiej jednak strony troszkę mnie to dziwi, bo wydawało mi się do tej pory, że ludzie dorośli będą potrafili stworzyć jeden zespół. No cóż, trudno jednocześnie wymagać od takich osób, żeby chcieli nawiązywać głębsze znajomości ze „smarkami”.  Bo chyba trochę za takich uważają te parę młodych osób, które się znalazły w tej grupie. 

Z racji tego, że kiedy zaczęły wyodrębniać się pary i grupki, ja zagadywałam do wszystkich, nie mając jakiejś jednej grupy, z którą bardzo przebywałam, w efekcie tego, jakoś zostałam na boku,nie zawierając „bliższego kontaktu” z nikim, a powierzchowny ze wszystkimi, dlatego wyklad-tablica-notatki-duzopierwszy zjazd wydał m się ciężki. Jedynymi osobami, z którymi przebywałam w miarę często i z którymi najczęściej rozmawiałam, były dziewczyny poznane na inauguracji, młode, tak samo jak i ja. I są one w miarę fajne, potrafię się z nimi dogadać w sprawach uczelni, ale po jakimś czasie zobaczyłam, że jednak nie nadajemy na tych samych falach. Mówią mi, że analizują pewne rzeczy, że mają predyspozycje do bycia terapeutkami, a potem śmieją się z rzeczy, która mnie nie wydaje się śmieszna i prawdę mówiąc, dla mnie jest to humor z zakresu gimnazjalisty… Nie oceniam takiego zachowania, ale wydaje mi się, że chyba mentalnie zostały one jeszcze w szkole średniej. 

Wizja spędzenia z nimi całych studiów trochę mnie zaniepokoiła i zasmuciła szczerze mówiąc. Lubię je, ale wiem, że się nie porozumiemy w sferze emocjonalnej nigdy. Miałam już takie znajome i się nie udało. Nie generalizuje, po prostu widać, że te osoby mnie nie rozumieją, czuć to w rozmowie. Potem „przykleiła się” do mnie czterdziestolatka, która jest bardzo zahukana i potrzebuje chyba kogoś, kto by ją prowadził. Akurat biorąc pod uwagę moje wcześniejsze doświadczenia, wiem, że się na to nie zgodzę. Za dużo siły i energii dałam komuś, kto to wykorzystał, potem odpłacając się fochem i oskarżając mnie o coś, czego nie zrobiłam. Każdy sam musi nauczyć dawać sobie radę, tym bardziej w takim wieku. Bardzo nie lubię „wiszenia” na innych. Inne osoby w ogóle nie wykazały inicjatywy rozmowy, po za może jedną, z mojej strony oczywiście, więc w rezultacie, przyglądając się na moją grupę tak smutno mi się zrobiło… Czy czeka mnie taki sam scenariusz jak w latach poprzednich? Rozmowa tylko z paroma osobami… 

Jadąc zastanawiałam się, co takiego jest we mnie, że nie potrafię znaleźć i zobaczyć odpowiedniej osoby, do jakiejś bliższej relacji, nie mówię tu o przyjaźni, ale o rozmowie o czymś konkretnym, nie powierzchownym, pomaganiu sobie, pójściu razem na przykład po kawę. Przecież a takich małych pierdół biorą się relacje, rozmowy, może nawet przyjaźnie, czy znajomości. Stwierdziłam jednak, na pierwszy rzut oka i wchodząc powoli w świat terminologii, że większość tych dziwactw leży chyba w procesach poznawczych i ich funkcjonowaniu, które jest inne u mnie niż u innych osób. To tak bardzo z grubsza, ale chyba coś w tym jest. Każdy jest inny, to fakt i każdy dla każdego może być dziwakiem. Jest jednak takie coś, co podpowiada nam wewnętrznie, po paru godzinach, czy dniach spędzonych z drugim człowiekiem, że albo od do nas pasuje i się dogadamy na różnych płaszczyznach, albo nie. Miałam tak z moją przyjaciółką Chomiczkową, myśmy jakoś intuicyjnie wiedziały, że się rozumiemy, choć ona jest inna niż ja…  W tej grupie nie znalazłam takiej osoby, choć zapewne Mama powiedziałaby mi, że to moja wina, bo i tak niczego nie wiem o nich. Prawda, mało o nich wiem, ale… jest takie coś jak intuicja, jeszcze nie wiem, na jakiej zasadzie to działa, może oczekiwań, może predyspozycji, ludzie się przecież też zmieniają, a nam wszystkim jest ciężko się zaklimatyzować. Być może okaże się, że osoba, która zrobiła na mnie takie wrażenie, za jakiś czas okażę się bardzo fajną.

Na razie było jak było i muszę przyznać, że było mi smutno z tego powodu. Została jeszcze jedna grupa , do której jakby ja pierwsza nie podchodziłam, bo jakoś niezręcznie mi było tak bezpośrednio, no… normy społeczne mówią, żeby się trochę hamować i choć jestem osobą „na wierzchu” otwartą, to jednak w środowisku akademickim nie chciałam sobie od razu wyrobić opinii, że startuję do wszystkich, bo takie plotki niestety w dużej mierze gdzieś tam idą. Mianowicie… chłopaki. Ale akurat się tak trafiło, że siedziałam sama, bo już wszyscy siedli w dwójkach czy grupach i jeden z konieczności siadł koło mnie… Po jakimś czasie na wykładzie zaczęła się dyskusja o… literaturze. Przegadaliśmy jakieś pół dnia, potem on poszedł do kolegi, a ja zostałam sama. Jednak ten jego kolega jakoś dziwnie zwrócił na mnie uwagę i pod koniec wykładów sam do mnie podszedł, ( nie wiem, czy coś mu powiedział, czy nie). Chłopak ma troszeczkę podobne pasje, jak ja. Jest miły, uprzejmy. Fajny z niego kolega. Dodatkowo jest w naszej grupie najlepszy z przedmiotów ścisłych, więc wcześniej moje koleżanki podchodziły do niego, żeby im wytłumaczył to, czy tamto zagadnienie, a myślę też , że przy okazji się pokazać… Sek w tym, że na tym koszmarnym przedmiocie ze mną siedział i wszystko tłumaczył…  Pierwszy natomiast jest niespełnionym artystą, który zawsze posiada w głowie chaos twórczy….  No cóż, ludzie się różnią…. Nie mniej jednak, nie wiem, jak to do końca działa, zazwyczaj w takich sytuacjach narastają jakieś napięcia. No i chyba tak też jest. Kiedy na ostatnim wykładzie siedziałam pomiędzy chłopakami, moje koleżanki z którymi wcześniej spędzałam trochę czasu nawet nie odpowiedziały cześć, kiedy im powiedziałam na odchodne… Eh… Dlaczego kobiety są takie, jeśli chodzi o facetów? Wiem, że nie wszystkie, ale… jednak chyba część jakiejś prawdy w tym stereotypie jest. To są młodzi ludzie, może dlatego też tak odbierają pewne sytuacje, tak, jakbym to ja „zostawiła je, dla kolegów”. Nie chciałam nikogo zostawiać, ale też, kiedy widzę, że nie znajdę takiego kontaktu, jaki bym chciała, to po co tam być?

Ludzie, ach ludzie…

Trzeba Wam wiedzieć, że oprócz tego, że lubię pisać, jestem też niezłym obserwatorem rzeczywistości i istot wokół mnie żyjących. Na przestrzeni swojego życia, choć nie jest ono zbyt długie, zauważyłam, iż często udaje mi się wyciągać trafne wnioski z obserwacji. Kiedyś nawet pamiętam, że pisałam felieton na ten temat, ale kiedy to było… Pomyślałam sobie, że skoro mam bloga, nie będę gderała tutaj cały czas o sobie. A obserwacji dokonuję mnóstwo, każdego dnia. te zaś z kolei rodzą różne przemyślenia. Życie mimo swojej podłości jest inspirujące i to każdego dnia.

Na początek wypadałoby więc zidentyfikować przedmiot badań, a więc moich obserwacji- a więc nic więcej tylko ludzi… Tylko? A może aż? Jednak cóż można o ludziach napisać? Ba… napisać można i to cały doktorat, może i więcej. Myślę, że większość z nas nie zdaje sobie dogłębnie sprawy z tego, kim jest człowiek. No bo kim jest? Matką, żoną i kochanką? Facetem, kochankiem, mężem i ojcem? Otóż nie- człowiek jest ssakiem. Ssakiem, który potrzebuje jeść, spać, pić, rozmnażać się i oddychać. Dzisiejsze obserwacje skłoniły mnie do refleksji. Biorąc pod uwagę czystko fizyczną i biologiczną stronę życia obecnie ludzie nauczyli się żyć w brudzie. W brudzie, niechlujstwie i bałaganie, a co najlepsze, albo najgorsze i najbardziej przerażające- dobrze im z tym!

Przyznać trzeba, że świat ma wiele oblicz. Są duże centra handlowe, są szkoły, są kościoły, parki, alejki, jeziora, uliczki, małe sklepiki… jest tysiące miejsc na świecie. Piszę o tym, aby nakreślić, że nie wszystkie miejsca są brudne, poklejone od piwa, z petami wokół i brudne-ulice-polska-3_2275160puszkami po coca-coli leżącymi na ziemi. Ale wyjdźmy na ulicę nie dużego miasta… Na zwykłą ulicę przed blokiem, co zobaczysz? Wszystko to, o czym tu wyżej napisałam.   Gorzej być może, jeśli przed Twoim blokiem znajduje się przystanek autobusowy lub tramwajowy… Przemierzając codziennie ulice małych, polskich miasteczek  zauważam niechlujstwo i śmieci na każdym kroku. Nie chodzi mi tutaj też o „sru-tu tu-tu” na temat ochrony środowiska, opiewania wielkim patosem zieleni czy gatunku zagrożonego żaby. Chodzi mi tu o ludzi głównie. Ulice są tylko początkiem, aby wejść do naszych domów, aż wreszcie zajrzeć pod ubranie każdego z nas… Możecie w tym miejscu posądzić mnie o skrajny naturalizm, ale tak jest. Jesteśmy brudni!

Pamiętasz ile razy, jadąc w wieczornym autobusie, zmęczony po całym dniu pracy odsuwałeś się od delikwenta siedzącego naprzeciwko ciebie, gdyż nie dało się na niego patrzeć lub oddychać tą cudowną wonią? Ja doświadczam tego uczucia dość często z racji tego, że zmuszona jestem przemieszczać się w dużej mierze autobusami. Niestety, człowiek jako ssak wydziela przeróżne śluzy, pot, łój, łzy, a nawet mleko, kał czy mocz…   Ale nie to jest „najgorsze” , to, co osobiście mnie przeraża to fakt, iż w dzisiejszych czasach nauczyliśmy się akceptować  swój brud i niechlujstwo. Ludzie się po prostu nie myją i to zbyt często. Oczywiście nie chcę generalizować, ale mam wrażenie, że świat wyraźnie się podzielił. Z jednej strony mamy wysublimowane wybiegi, piękno modelek, piękno 27f0592a000ed68d4aee26e0wybujałe, która wpajają nam media jako ideał piękna. Ale któż z nas patrząc na piękną dziewczynę z reklamy zastanawia się w tym momencie, że ona tak samo wydziela wszystkie wspomniane wyżej śluzy? Poci się, wymiotuje, wydziela kał i mocz…? Chyba nikt… Z drugiej strony w przesiąkniętych potem autobusach jadą spoceni ludzie, często w ubraniach noszonych tygodniami, inni wyrzucają puszki po piwie czy pepsi na przystankach czy chodnikach, jeszcze inni rzucają pety gdzie popadnie…  Tak niestety wyglądają dzisiaj nasze ulice… Bo wychodząc z budynku w wielkim mieście zobaczymy… dokładnie to samo.

Z drugiej strony człowiek ma swoją duchowość. Psychikę tak różną od wszelkich innych organizmów żyjących na naszej planecie… Stworzyliśmy rzeczy wielkie. Choć może i zbyt wielkie, gdyż gdzieś zasłyszałam pogląd, że cywilizacja była błędem i teraz staje się zagrożeniem dla ludzi. O zdolnościach psychiki ludzkiej i jej możliwościach pisać tutaj nie będę, wiemy przecież, że jest wielka. Jednak, co mnie zastanawia, ludzie w dobie zaniedbania się czysto fizycznego, zaniedbali się również psychicznie. I tutaj znów moim punktem obserwacyjnym będzie ulica. Kto w zwykły, biały dzień, idąc zwyczajnym, szarym chodnikiem, zaczyna nagle dyskutować o pojęciach abstrakcyjnych? Wiadomo, że nastolatki i młode dziewczyny zawsze plotkowały o chłopakach, o miłości, w ich tego słowa znaczeniu, ale żeby o innych ideach to nie słyszałam…  Ale to temat na kolejną notkę. Zapewne są jeszcze duże miejsca na tym świecie, gdzie ludzie rozmawiają ze sobą o rzeczach ważniejszych niż to, gdzie iść na zakupy, albo które skarpetki są ładniejsze… Rzecz jednak w tym, że ulice zarówno małych, jak i dużych miast wypełniają różni ludzie. Niestety, najczęściej jednak społeczność tworzą ludzie nie zastanawiający się nad egzystencjonalizmem szeroko pojętym. Nie twierdzę, że każdy musi bawić się w filozofa, ale może fajnie czasem wiedzieć skąd przychodzimy i dokąd zmierzamy…?

Człowiek jest więc złożoną istotą. Zawiera w sobie i dogłębną fizyczność i psychiczną sferę swojego życia. Szkoda, że tą drugą tak często odsuwamy w zwykłym, codziennym życiu na dalsze palny, skupiając się tylko na tym, co tu i teraz, gdy tak na prawdę cały nasz byt i egzystencję określa to, co mamy w głowie.