Szczęście i beznadzieja we mnie…

 

05.08.2019:

Myśli mi się mieszają. Od czasu kiedy poznałam F. mam niemały mętlik w głowie. Na początku zapaliła mi się czerwona lampka-przecież to jego siostrzeniec, ten kontakt nie może dobrze się skończyć. I chciałam odpuścić, ale mimo wszystko, po stracie Top Guna byłam sama, samotna i lepiej mi było, gdy ktoś się do mnie oddzywał. Tak zaczęliśmy rozmawiać… A on był tak podobny do Top Guna!

Potem wyslalam mu zdjęcia, nie spał calą noc. Top Gun też widzi, że młody się chyba zakochał i pisze mi to. W czwartek lub piątek pierwszy raz poczułam coś takiego, czego nie czułam od bardzo dawna. Spokój, najprawdziwszy spokój. Poczułam, że nie muszę się szarpać, że komuś na mnie zależy… Że nie jestem taka samotna. To było piękne!

Wczoraj rozmawialiśmy o spotkaniu…. Chce się z nim spotkać by go poznać, zobaczyć jaki jest w rzeczywistości, zanim zacznę sobie wyobrażać na jego temat Bóg wie co, a potem się zawieść… Choć chyba już zaczęłam… On też jest takiego zdania, aby się poznać i potem nie rozczarować bo jak się nie pozna człowieka to zaczynamy sobie coś wyobrażać a potem to może okazać się nieprawdą. I jest rozczarowanie. A jeżeli się go pozna, można go tylko zaakceptować bądź nie. Ale doszliśmy do wniosku, że chcemy się poznać.  Mimo całej sprawy z Top Gunem i Top Guna z boku.

Kiedy mu napisałam, żeby do mnie przyjechał, odpisał, że poczuł takie coś jakby uderzenie w ściane, taki ucisk w środku z termy i podekscytowania.. Zapytałam go, co by było, gdybyśmy się sobie spodobali?  Odpowiedział również pytaniem, czy to byłoby źle, gdybyśmy się sobie spodobali? Napisał mi, że jest ciekawy mojego głosu, zachowania. Napisał też, że mu się podobam. Jednak chciałby, żeby ktoś w nim dostrzegł piękno jego wnętrza a nie tylko wyglądu. Zastanawiam się czy mogłabym mu to dać? Chyba tak…

W końcu ma te cechy, które tak bardzo pokochałam w Top Gunie… Tak sobie o tym myślę, że gdybyśmy się sobie naprawdę spodobali to byłabym naprawdę szczęśliwa! Miałabym wreszcie te cechy, które tak pokochałam w Top Gunie, ach! I gdyby to wszystko wyszło, to wreszcie wiedziałabym, że to wszystko co przeszłam z Top Gunem, to całe moje ogromne cierpienie, to, że nie mogłam podnieść się z łożka, miałoby sens. Bo gdybym wtedy się poddała i zerwała kontakt całkiem z Top Gunem nie poznałabym F.

Na razie chcemy sie poznać i zobaczyć czy siebie akceptujemy, czy sie sobie podobamy… Nic na siłę, jeśli nie będzie zakochania z dwóch stron to będzie to kiepskie, dlatego trzeba się przekonać czy coś takiego się wytworzy. Bo to musi być zakochanie a nie relacja „żeby tylko ktoś był”. Tak bym chciała przynajmniej. Do tej pory nikt prawdziwie mnie nie kochał… Zawsze to ja kochałam, starałam się, dlatego teraz bym chciała aby jeżeli juz to aby było to albo z dwóch stron albo wcale. Ale z tego co widzę to jemu też zależy na mnie.

Mam takie momenty, że czuję coś bardzo pozytywnego, jakąś euforię, coś takiego, co rozpiera od środka. A za chwilę wydaje mi się, że to nie ma sensu, to się nie uda… Przychodzi zwątpienie. I tak sobie trwam na tej huśtawce…

08.08.2019:

Wczoraj miałam dzień zwątpienia. Mamy się spotkać w niedzielę. Wydaje mi się, że w niedzielę wszystko się rozpadnie w drobny mak. Dlatego wiem, że muszę się cieszyć chwilą, która trwa obecnie, tym, że mam z nim kontakt, tym, że jemu zależy.

Dowiedziałam się też, że F. Szykuje dla mnie niespodziankę na niedziele. To było takie miłe. Top Gun nigdy nie szykował dla mnie niespodzianki przez ten cały rok znajomości.

Wczoraj też byłam niemiła dla Top Guna. Zapytał się mnie co tam u F. Chcialam mu odpisać, że dobrze i urwać temat, ale napisałam, czy sam mu nie może napisać? Na to Top Gun mi odpisał, że napisał mu, że spotykamy się w niedzielę. Już się dowiedział, eh… Nie chciałam by się dowiedział przed spotkaniem, tylko po, ale w sumie, co to zmienia… Z Top Gunem i tak już skończyłam i muszę to zaakceptować…

Boję się spotkania z F. choć czekam też na niego z jakimś ustęsknieniem. Jest tak podobny do Top Guna, nawet z wyglądu a tęsknię za tym wyglądem, bardzo. Wiem, że Top Guna nie zobaczę wcześniej niż w październiku, z resztą, nie chcę już go widzieć. Wszystko się rozpadło…

I chciałabym mu to zaśpiewać:

„Twój pewny krok, każde spojrzenie
Ukrywa coś, znów gubisz się sam
Zabieram ci ostatnią nadzieję, wiem
Nie powiódł się twój misterny plan
Skąd w tobie ten gniew
Powiedz to
Skąd w tobie ten chłód
Zaskoczę cię, wiem
Mówiąc to, że między nami jest już skończone

I mimo, że masz u stóp cały świat
To wszyscy widzą
Twój każdy dzień wypełnia ból
Nie łatwo jest tak zapomnieć gdy żal
Jeszcze nie minął
Bez cukru życie poznaj znów
Tylko pieprz i sól”.

Praca mnie zabija, zabija całe szczęście jakie w sobie mam, nie ma już tej euforii, ale nadal czuję spokój. Mam na głowie tyle obowiązków, że nie wiem czasem do czego mam ręce włożyć, ale jest dobrze. Czasem zastanawiam się jaką niespodziankę F. dla mnie szykuje. I czasem nie wierzę, że to się dzieje na prawdę… Gdyby to wyszło, miałabym wszystkie te cechy, które tak bardzo pokochałam w Top Gunie. A myślałam, że w życiu jest tylko jeden taki cud, i drugiego takiego nie będzie…

„Horoskopy mówią, że ułoży się, chyba nie mnie.
Mnie chyba nie
W życiu tylko jeden cud
Już nie będzie go
Wargi gryźć do samej krwi
Z bólu w niebo wyć…”

Dla mnie tym cudem był Top Gun. Pokochałam go najprawdziwszą miłością jaką mogłam i nikt po nim tak mi się nie podobał, choć próbowałam sobie znaleźć kogoś zupełnie innego… to nie było to. Po prostu nie, aż nie poznałam F. Wtedy coś drgnęło.

Mam mętlik w głowie… nie wiem, czy mam się cieszyć czy smucić, z jednej strony chciałabym się cieszyć, ale z drugiej nie wiem czy mi wolno, przecież jeszcze nic się nie stało, nie zadziało, po prostu rozmawiamy. Trwam w jakimś dziwnym zawieszeniu… w oczekiwaniu, ale wiem jedno. Jest mi lepiej!

 

Dziwię się sobie… Wpis z poziękowaniem dla Mary Kot i Morfeusza!

Dziwię się sobię. Wydawało mi się, że po takim ciosie jaki dostałam będę leżeć i płakać pół roku, a tu, ku mojemu zaskoczeniu jakoś funkcjonuję, może to też za sprawą leków, ale nie jest ze mną najgorzej, tak jak przewidywałam. Umiem zająć się swoimi sprawami, umiem nie myśleć o tym, co było. W sumie, coraz częściej łapię się na tym, że myślę sobie, że nie mam do czego wracać, nie mam czego wspominać, bo to nie była miłość, po co więc do tego wracać? To trochę smutne, po pół roku nie mam do czego wracać, bo wszystkie wspomnienia z nim okazały się być niesłuszne, były po prostu moją pomyłką, ale ta myśl pozwala mi chyba iść przed siebie, nie oglądając się za siebie. Choć co noc mi się śni i wypisuje do mnie stale, nawet z Słowenii, czuje się jakaś spokojniejsza… Odizolowałam się też od tematu związków i miłości, ale to chyba normalne… i dobrze mi tak. Kiedyś myślałam, że jest idealny, teraz widzę, że taki idealny nie jest i to chyba też daje mi wolność…

Dziękuję też Mary Kot za to, że ze mną jest w tych trudnych chwilach i za piosenkę, którą mi wysłałać. Jest wbrew pozorom pozytywna i potrafiła postawić mnie choć trochę na nogi, spojrzeć na to wszystko w innym świetle… Jeśli to czytasz to wiedz, że jestem Ci wdzięczna. 🙂

Dziękuję również Morfeuszowi za owocne rozmowy, za zrozumienie, poświęcony czas, to dla mnie ważne.

Wstępnie dostałam się na praktyki do wydziału kryminalnego. Z jednej strony się ciesze, bo wyjdę do ludzi, będę miałą swoje własne życie i zajęcie, a może kogoś poznam? Z drugiej strony trochę się obawiam, bo choć ma być to praca biurowa, czy podołam zadaniom? A już najgorszej jak znowu ktoś mnie rozwali, a ja będę musiałą tam jechać, dlatego chyba już teraz nie dam sie rozwalać nikomu… nawet jemu i jego dziwacznemu życiu…

A teraz wstawiam piosenkę, którą dostałam właśnie od Mary, a która pomaga mi jakoś się pozbierać co dnia i działać:

 

 

Wreszcie radość i śmiech…

Poprzedni tydzień był dla mnie ciężki, tysiące myśli wirowało mi w głowie, tych rezygnacyjnych też…Dodatkowo jeszcze zmęczenie, takie całościowe, bo czekały mnie dwa dni na wyjeździe  i mieszkanie w trudnych warunkach, oraz wykłądy po 12 godzin. Drugie dwa na miejscu, bałam się jako to wytrzymam, choć już nie raz wytrzymywałam. Ale najgorsze z tego wszystkiego, że po tych 3 dniach, w ostatnim, miałam się spotkać z Top Gunem, a nie chciałam się tak męczyć przed spotkaniem go. Nie chce, by widział mnie w takim stanie, dlatego było mi też smutno z tego powodu, ale cóż… mus to mus. I tak więc trzy dni spędziłam w całkowitym zabieganiu, a wczoraj nastała ta chwila, dla której chyba warto było poświecić te 3 dni… ale o tym zaraz…

Po rozstaniu się z Muzykiem zapadła między nami kompletna cisza na dwa dni. Nikt do nikogo się nie odezwał. Choć czułam się w tym wszystkim jakoś nieswojo. Nie chciałam go ranić, chyba zraniłam, tak napisał. Musiałam to sobie chyba przemyśleć, przecież na początku było z nim dobrze, potem stał sie jakiś dziwny. W głowie kołatał mi się cały czas ten czas, kiedy to trawa była bardziej zielona a niebo bardziej niebieskie… zakochałam się w nim? Swego czasu… potem jednak to mnie opuściło, nie umiałam, nie potrafiłam, on był jakby z innego świata…ja zasuwałam całe dnie, on nie robił nic… nie umiałam się z tym zgodzić. Nie rozumiałam jego słów, nie wiedziałam o co mu chodzi, keidy przedstawiał mi tylko sweoje strzępki myśli, czułam sie jak w gabinecie, jakbym była jego terapeutą. I wieczne mówienie o śmierci, że kiedyś to zrobi… nie zniosłam tego.

Po dwóch dniach napisał, że zadałam mu tyle różnych emocji… chwilę pogadaliśmy. dszłam do wniosku, że w jakiś sposób go lubie ale na pewno już nie jak faceta może jako kumpla, do porozmyślania o życiu. Teraz… rozmawiamy normalnie i choć on twierdzi, ze już i tak wszystko skończone to jednak czuje od niego, że coś w nim jeszcze pozostało, jakiś sentyment do mnie, jakieś myśli… napisał mi, że nie chce mnie tracić. Nigdy wcześniej nie uznawałam znajomosci po relacji, która miała być trwała, teraz sama nie wiem, w sumie, nic mi nie zrobił. Cóż, napisałam mu otwarcie, że każdy musi szukać swojej miłości, bo zupełnie inaczej ją postrzegamy i tego nie da się przeskoczyć…

Wczoraj zaś spotkałam się z Top Gunem. Ten człowiek chyba ma jakieś dobre fluidy, bo przy nim jestem tak naładowana energią, jak nie byłam przez dwa lata! Nie czułam tego od czasu kiedy spotkałam kowbojów! Przepełnia mnie taka bardzo pozytywna energia! Możemy się pośmiać, pożartować, porozmawiać na poważne tematy, pobawić…

Top Gun zaczął mnie na poważnie i tak zauważalnie podrywać, to też jego koledzy mają niezły ubaw… bo z jednej stroy taki twardziel, a z drugiej coraz to bardziej okazuje mi zainteresowanie i troskę. Chodzi ze mną wszędzie, czeka na mnie, odprowadza, przyprowadza, siedzi koło mnie non stop, a wczoraj nawet robił mi zdjęcia, jak to twierdził, „żeby mieć” 🙂 Wczoraj napisał  mi też tekst, na który nie za bardzo wiedziałam jak mam zareagować, bo zamiast zaimka „ty” wyświetlił mi się zaimek „moja…” i to jest już raczej jednoznaczne, ale trochę mi nie wypadało tej rozmowy ciągnać w takim charakterze, bo generalnie to staram się być na tyle „elegancka” na ile potrafię, gdy kogoś poznaje, a nie „rzucać się” na kogoś nowego, jak to robi dużo dziewczyzn teraz.  Tylko, najlepsze jest to, że rozmawiajac z nim czuje jakbyśmy byli podobni choć w innych zakresach działalności. A może to jego pozytywne wariactwo mnie tak ujmuje? W grupie już i tak wszyscy się na nas patrzą, jak na parę, bo wszędzie nas widać razem… na wykładach i na przerwach. Wczoraj tak poczułam, że mogę się śmiać, bawić, czuć radość, tak bardzo mi brakuje taich momentów w moim życiu… Ale i tak największą zabawę mają jego koledzy :).

girl-1357485_960_720

A apropo kolegów, to przypomniała mi się taka piosenka Oddziału Zamkniętego 🙂

W sumie… też jadamy w barze mlecznym i spacerujemy 😉

I stało się…

Stało się, rozstałam się całkowicie z Panem ze skrzydłami. Musiałam… Przez te pół roku, kiedy tutaj nie pisałam, stałam się jgo ofiarą, a on moim katem, psychicznym. Nie mogłam pozwolić, zeby mnie zniszczył… całkowicie. Byłam dla niego bezużyteczna, bezwartościowa, mająca złe poglądy na życie, tylko jego zdanie było jedyne i prawdziwe. Jedyny słuszny pogląd. Krytykowana na każdym kroku i poniżana…zawsze samotna, bez akceptacji, z wymogami z jego strony, których jego zdaniem nie spałniałam, pozostawiona sama sobie…i ze swoim bólem, bo zadawał mi ciosy jeden po drugim, nie zdając sobie sprawy, jak bardzo mnie rani, miałam się podnieść i znieść kolejny i kolejny…. Teraz kiedy na to wsystko patrze widzę, jaki był to okropny koszmar.  I choć w nocy spałam tylko kilka godzin, a dzień dziś wydawał się mniej barwny niż zazwyczaj, czuję ulgę… uwolniłam się. Nie spłynęła ani jedna łza, nie czuje nawet smutku, czuję słuszność swej decyzji i ulgę, czuję, że zaczynam coś nowego…

Tak, zaczynam coś nowego, ale nie sama, a z Muzykiem. On przynajmniej teraz przy mnie jest, akceptuje mnie, nie krzywdzi, chce się całkowicie mi oddać, swoje myśli, słowa, czyny… podobno nawet życie. To nieprawdopodobne, jak jesteśmy do siebie podobni w funkcjonowaniu, w odczuwaniu i przeżywaniu życia, jak odbieramy świat i innych ludzi, jak czujemy… To niesamowite…No i to cały Indianer, nawet z wyglądu, jest tak podobny, ten uśmiech, ten sam kolor oczu, ta sama sylwetka…tylko z lepszą wersją jego wnętrza. I choć pojawiają się w mojej głowie obawy, całkiem ich sporo, to czuję, że bez niego byłoby mi ciężko, nie dlatego, że zostałam sama, ale dlatego, że czuje do Pana ze skrzydłami i do siebie żal, taki przejmujący żal. Do niego, że był moim katem, a do siebie, że dałam sie mu szantażować tak długo i ranić…

Dziś zaczynam na nowo… żyć…

woman-591576_960_720

 

 

„Jutro ruszę tam, w obcą stronę… Z wiarą, że choć raz uśmiechnie się los. I odzyskam myśli stracone. I jeszcze coś, jeszcze to coś…”

Przeniosłam blog. Blog, któremu w dniu dwudziestym pierwszym grudnia tego roku stukną dwa latka. To będą już trzecie święta z tym blogiem. Kiedy zobaczyłam wiadomość o usunięciu platformy blog.pl, byłam nieco zszokowana tym, że platforma, która miała i ma tylu użytkowników, nagle ma przestać istnieć. Poczułam też po niekąd smutek, z racji tego, iż w mojej głowie przemknęła myśl, że być może będę musiała rozstać się z tym blogiem na zawsze, a wszelkie wpisy i teksty tu zamieszczone, przepadną. Pisałam go przecież prawie dwa lata… I choć nie przynosił zysków, a liczba wejść, jak na taki okres czasu jest bardzo mizerna, (choć może spowodowane jest to tym, iż blog był jakiś czas zahasłowany), to przyzwyczaiłam się do niego. Z drugiej jednak strony , pomyślałam, że przecież nie jest on znaczącym miejscem, a większość treści dotyczy mnie samej, to też czy nie rozsądniej byłoby zamknąć blog równocześnie przy zamykającej się platformie blogowej? Wahałam się…

5928ac61417c98a349b3e1bb

Jednak, jak napisałam, we wpisie „pożegnalnym”, na pierwotnym blogu, pod adresem „Bluesoweopowiesci.uchwycone-chwile.pl „Jednak z uwagi na atmosferę, jaka się tutaj wytworzyła oraz grono wiernych czytelników mojego, jakże mizernego bloga, postanowiłam, że go przeniosę w inne miejsce, tak, by mógł dalej jakoś tam funkcjonować w blogosferze. Postanowiłam, że zostawię go ze względu czysto sentymentalnego, gdyż włożyłam w tworzenie tych tekstów dużo czasu, serca i myśli…”

Pisałam tu. Pisałam tutaj przez prawie dwa lata. Na platformie blog.pl (uchwycone-chwile.pl) mój blog, w dniu przenosin odliczył sobie 184 wpisy, 3 strony, 936 komentarzy i 13 837 wejść. To niewiele jak na bloga, który pragnie się rozwinąć, ale to bardzo wiele dla mnie, bo to aż 936 wpisów i dyskusji, na różne tematy. To pochylenie się 936 razy nad słowem tutaj napisanym. To czas i wysyiłek. Mój i Wasz. Być może nie wszystko to, co tutaj do tej pory napisałam jest prawdą, być może obraz rzeczywistosci jaki miałam i mam w swojej głowie myli się z faktycznym obrazem świata. Nie wiem, wiem, że dzięki temu w jakiś dziwny sposób się zmieniłam i być może rozwinęłam, choć troszkę. Blog ten nie ma zasadniczego tematu, a wiele treści jest jakby sama w sobie całością. Ale może tak musi być. Przestałam sie upierać przy jednej wersji.

Co do samego zamknięcia platformy blog.pl przez onet, który to jest jej właścicielem… Wczoraj, na pewnej stronie przeczytałam, iż onetowi nie opłaca się już zajmować sronką, dla której wyświetlenia spadły w zaskakującym tempie, a użytkówników jest 1/4 co w najlepszych latach prosperowania. Rolę komunikatorów zaś przejęły portale społecznościowe, takie jak Facebook, Twitter czy inne przekaźniki, jak np. Instagram czy Snapchat. Swojego czasu zastanawiałam się, czy aby nie założyć tam konta, jednak ostatecznie zawsze rezygnowałam. I to właśnie dla mnie jest padadoksem. Kto dzisiaj, z Was, blogerów, piszę w sposób czysto blogerski na Facebooku czy Twitterze? Raczej nikt, ewentualnie wrzuca się link do notki opublikowanej na istnejącym już, gdzieś indziej bogu. Facebook czy Twitter są to portale często odtwórcze, a nie twórcze, jak własny blog. Wobec tego, przyczyną, jaką pozostaje się tłumaczyć przed ludźmi zostaje tylko to, że ruch na blog.pl zmalał do tego stopnia, ze jest już nie opłącalny i strony nie opłaca sie utrzymywać, więc trzeba polecić użytkownikom, by się zawijali. Ale jak przeczytałam w artykule „Najlepsi sobie poradzą”. Oznacza to, że czytelnicy najlepszych i największych blogów pójdą za nimi. I to fakt, ale co z blogami takimi jak mój? Który istnieje dla paru osób na tej ziemi? I też jest dla mnie pewną wartością, bardziej sentymantalną niż merytoryczną? O takich onet już nie pomyślał…A nawet jak pomyślał to nie powiedział. Troche przykre. Nie każdy też (ta jak ja) korzysta z tych wszystkich przycisków, Facebook, Twitter, Instagram…

Smutno mi też z innego powodu. Wraz z rozstaniem się z blog.pl utraciłam na zawszę domenę „uchwycone-chwile.pl” a tak fajnie się to układało w adresie z moim blogiem. No i wszystko trzeba zaczynać od początku, ustawienia, parametry… Osobiście nie jestem biegła w systemie wordpress, to też zajęło mi to dobrych parę godzin. Szablonu mojego nie było, to też wybrałam podobny, ale i tu wszystko musiałam ustawiać ręcznie… Dobrze, że przynajmniej treści nie straciłam. I z tego wczoraj, po przeniesieniu swego bloga, bardzo się cieszyłam. Cóż, zaczynam coś nowego, w nowym miejscu, być może z nowymi osobami. Mam nadzieję, że stali czytelnicy znajdą do mnie jakąś drogę… Właściwie to chciałam zostać na blog.pl do stycznia, ale zdałam sobie sprawę, że potem, przez organizację świąt mogę nie mieć czasu na przenosiny bloga. Cóż, tutaj będą trwały jeszcze pewne dociągniecia, zmiany itd.

98390573Zmiany sa w życiu potrzebne i nawet czasem je lubie, ale przyznać musze, że ta była niespodziewana. Hm… zaczynam iść nową drogą, obieram nową ścieżkę i potrzebuję światełka w tym nieznanym mi jeszcze miejscu, gdyż jeszcze bardzo mało o nim wiem i wiele rzeczy jest dla mnie tu wyzwaniem. Jeśli więc zechcecie się podzielić swoimi „nowymi planetami”, gdzie się osiedliliście, będzie mi miło i ułatwi drogę, by Was znaleźć… Zatem zechciejcie mi napisać w komentarzu, gdzie mam szukać.

Być może sama też znajdę autorów ocalałych po tej eksplozji… Wyruszałm na poszukiwania…