Wizyta M.,odzyskane życie i pierwszy dobry dzień!

Cierpiałam… ostatnimi czasy bardzo cierpiałam. Do tego stopnia to było cierpienie, że nie mogłam żyć, nie mogłam bytować bez myśli o tym wszystkim, co się stało, powracały flash backi z najgorszych słów, które padły z jego ust… Wtedy czułam się okropnie! Gdzieś na przełomie tego cierpienia z miłości do niego pojawiła się myśl, by odejść od niego, albo przynajmniej powiedzieć mu jak bardzo cierpię i odejść,bo nie będę mogła tego znieść będąc z nim w kontakcie, gdyby w jego życiu znowu pojawiła się ona… któraś z jego kobiet. Nie mogłam już znieść tego cierpienia, tego, ze mi na nim zależy a w zamian mam tylko odtrącenie i odrzucenie.Kiedy nagle dowiedziałam się, że… przyjedzie do mnie M.! Tak, ten sam M. za którym tęskniłam cały okrągły rok, ten sam M. z którym spędziłam jedne z najcudowniejszych wakacji w moim życiu… Pomyślałam „jeszcze on mi teraz tu potrzebny”. Bałam się, nie wiedziałam co mam robić, ale musiałam jakoś to przyjąć… Ojciec wyrzucił go z domu, bo podobno poszedł do jakiejś dziewczyny na noc, kiedy miał z nim coś robić, ojczym przywiózł go tutaj, do rodziny i od tej pory mieszka tutaj. Muszę Wam powiedzieć, że wiedziałam, że nic z tego nie będzie.Nie nastawiałam się nawet na to… on ma teraz swoje życie, ja swoje, ale szczerze pozytywnie mnie zaskoczył swoim zachowaniem. Nie ma szkoły, rzucił ją gdy miał 18 lat, ma tatuaże na rękach ale dorósł, umie się zachować. Choć chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, co się stało… kiedy zapytałam o samopoczucie powiedział, że wszystko jest dobrze, może dlatego, że było mu wstyd? Nie wiem. Nie gadałam z nim zbyt długo, zachowałam się tak samo jak on na wakacjach. Poszłam czytać notatki i zignorowałam go. Nic się między nami nie wydarzyło, zachowujemy się jak przystało, ale to już nie to. To już nie mój M. Cóż, może tak musi być? Nie liczyłam na nic z jego strony i dobrze mi z tym. Nie czekałam chyba już na nic tego dnia. Wiedziałam, ze muszę zostać sama… Przez to całe cierpienie tak mocne i silne chyba pogodziłam się ze stratą Top Guna. Choć myślałam, ze to nigdy nie nastąpi. Ten ból, który mnie przeszywał, był bardzo duży, szczególnie po ostatnich rozmowach, kiedy zostałam odrzucona w słowach, że „on nie wie, co mnie czeka, ale wierzy, że sobie poradzę, bo kto jak nie ja? Taka dziewczyna!”

W międzyczasie narobiłam trochę głupot, pisałam z paroma facetami, których poznałam w sieci, jeden nawet chciał związku, również był z organizacji militarnej, ale potem się wycofał, gdyż przeraziła go moja historia, nie chciał nikogo skrzywdzić znowu, z resztą był o 2 lata młodszy… Było mi trochę przykro, nie powiem, że nie, ale jakoś to przeżyłam. W międzyczasie pozałatwiałąm sobie dużo spraw uczelnianych, bardzo ważnych, wytyczając sobie ścieżkę do jakiejś tam kariery naukowej. Nie zauważyłam jednak tego…

W tym dniu natomiast, kiedy miał przyjechać już M. pogodziłam się ze swoją samotnością, z byciem samą, ze swoją historią, a może moją i Top Guna? Pogodziłam się z tym, że będę sama… Cóż, próbowałam poukładać sobie życie z mężczyzną, kolejny raz, nie wyszło, takie rzeczy się zdarzają, ten największy ból i rozpacz minęły. Flash backi jeszcze zostały i to one powodowały, ze mój nastrój był obniżony… ale pogodziłam się, że z tego nic nie będzie. Potem pojawiły się myśli, że przecież ustawiłam sobie sprawy z nauką, sprawy z praktyką, że przecież nie wszystko jest tak złe, mimo wszystko, mam spokój odnośnie studiów, mam spokojną głowę o to, co ze mną tam będzie… i zaczęłam to powoli doceniać.

Nazajutrz natomiast miałam ostatnie egzaminy, gdy je zdałam byłam bardzo zadowolna z siebie. Zaczęłam dostrzegać coś pozytywnego w tym wszystkim, zaczęłam dostrzegać inne sfery życia niż tylko faceci wokół. Byłam z siebie bardzo dumna! Mimo wszystko, mimo tego całego bólu i rozpaczy jaką miałam w sobie dałam radę zdać ostatnie egzaminy i zakończyć pozytywnie bardzo jeden kierunek studiów! A dodatkowo, to co się stało, bardzo mnie zadowoliło.  Poznałam pewnego Pana. Jeszcze nie wiem, jak go nazwę. Mianowicie, podszedł do mnie jeden chłopak, sam z siebie, ze starszej grupy na uczelni… Podszedł i powiedział mi, że wie, gdzie mieszkam, bo kiedyś mu mówiłam. Byłam bardzo zaskoczona, bo nie przypominam sobie, abym mu kiedykolwiek coś takiego mówiła, gdyż nigdy wcześniej z nim nie rozmawiałam… Zaczęliśmy rozmawiać o życiu, o byłych, o nauce. On się teraz broni więc opowiadał mi o przebiegu jego studiów na uczelni. Zapytał się gdzie mój kolega? ( Top Gun, bo przecież zawsze pewnie widział nas razem, jeżeli mnie obserwował wcześniej, a pewnie tak było), ale odpowiedziałam, że nie wiem. Nawet miło się z nim rozmawiało. Napisaliśmy egzamin, a później odprowadził mnie sam z siebie na przystanek… w ostatnim momencie wcisnęłam mu swój telefon, bo widziałam, że bardzo chciałby się ze mną jeszcze spotkać, ale nie wiedział, jak się ma o to zapytać. Więc zadziałałam pierwsza. Ma pisać, jak coś. Może napiszę, więc czekam. Przez ten cały czas czułam, że nie zasługuję na zainteresowanie, potem na miłość, na relację z nikim, moja wartość bardzo upadła… Tak wiem, powinnam ją oprzeć na sobie, nie na mężczyznach i to jest mój cel na terapię. Póki co tego jeszcze nie umiem, chyba…

A Top Gun… dałam mu czas, wiem, że dla niego czas płynie inaczej niż dla mnie… Nie wiem, czy kiedykolwiek to wszystko się wyjaśni, ale czuję się już lepiej. Dziś Top Gun miał wypadek, jechał 200 na godzinę  i wjechał w oko cyklonu, prawie go odwróciło… Cieszę się z moich własnych sukcesów i patrzę na swoje życie, nie czuję się już tak mocno w nim związana. Wczoraj dostałam też prezent z mojej pracy, za wkład jaki włożyłam w pomoc ludziom. Ucieszyło mnie to. Wczoraj był piękny dzień, dobry… pierwszy od 30 kwietnia dobry dzień… Nie przerażają mnie już tak zwykłe, codzienne czynności, nie mam już tak dużo flash backów, choć się zdarzają i wtedy momentami mi ciężko… Ale jest stabilnie i spokojnie. Cieszę się tym. No i czekam na wiadomość…

blushing-4213963_960_720

 

Reklamy

Przystanąć w pędzie…

Od weekendu czułam się jakoś źle… coś mi przeszkadza, nawet nie wiem do końca co to jest. Jestem zmęczona…  tyle nauki przede mną, nie mam nawet czas na wytchnienie, nauka, praca, nauka praca, nauka, praca i tak w kółko. Wieczorem padam zmęczona na łóżko. A jednak załapałam mimo to kontakt z sobą( przy takim trybie pracy czasem go tracę i wtedy też mi nie wygodnie), i coś uwiera. Dużo stresu, dużo zmęczenia i jakaś pustka. Top Gun stara się mnie pocieszyć jak umie, czasem zauważam, że już nawet to mi nie pomaga. Czasem już nawet relacja z nim nie daje tyle pozytywnych wrażeń, co kiedyś… nie dawała, przynajmniej przez weekend. Wczoraj jednak wszystko się jakoś zmieniło. Po tej pustce nastąpiło jakieś wyciszenie, może dlatego, ze już nie muszę iść do ludzi, których nie lubię? Przy których czuję się po prostu źle? Chyba nikt nie chce przebywać w takim miejscu. W weekend pójdę do innych, pewnie będzie lepiej…

Chcę odsunąć od siebie wszystkie myśli, które mi nie dają spokoju, które mnie usilnie gnębią,na tym traci się tylko życie, a nie o to w życiu chodzi, by tracić kolejne dni…Na razie, jakoś o dziwo mi się to udaje i nie zaprzątam sobie głowy niepotrzebnymi rzeczami, tak jakbym wreszcie nie dopuszczała swego perfekcjonizmu do głosu. Czuję się z tym jakoś lepiej, jakoś lżej mi z tym. Dość już mam wyrzucania swoich myśli na śmietnik… Dałam też sobie czas, nie wymagam od siebie nie wiadomo czego, to przynosi taki spokój…

plaza-morze-bialy-lato

Święta- problem…religijności i wyznania!

Temat na napisanie tego wpisu wpadł mi do głowy wczoraj, zupełnie spontanicznie. Nie ukrywam, te Święta będą dla mnie… trudne. Ale ne z powodu odejścia kogoś bliskiego, a właściwie to zupełnie na odwrót, z powodu jego przyjścia.

Większosć ludzi cieszy się na święta, stroi choinki, pakuje prezenty. Ostatnio byli u nas sąsiedzi, którzy odwiedzają nasz dom co roku, przynosząc własnoręcznie robione pierniczki i jakieś wino, wraz z życzeniami. To są zawsze miłe wizyty, więc je lubię, czuję wtedy atmosferę zbliżajacych się świąt i tę wzajemną życzliwość, którą ludzie obdarowywują sie na wzajem. Kiedy tak ostatnio na nich patrzyłam, poczułam, że zazdroszczę im takiej rodziny i zgodności. Ci  ludzie po prostu potrafią się dogadac i robą to już od lat. Dobrze im ze sobą… ich dzieci rosną w spokoju i zainteresowaniu oraz zdroworozsądkowym podejsciu. Zastanawiałam się wtedy dlaczego ja musiałam się znaleźć w tak dziwnej rodzinie, dlaczego matka nie chciała się mną zajmować? Niby mi to kiedyś wyjaśniano, ale jak dla mnie te wyjaśnienia są niepełne i niezrozumiałe. Nie rozumiem intencji, dla której opuszcza się własne dziecko… może to wina mojego ograniczonego myślenia, ale nie potrafię!

Kiedy patrzę na uśmiechniętych ludzi, rodziny cieszące się swoją obecnością na święta, czuję się… rozdarta. Rozdarta pomiędzy tym, co czuję, a tym co „powinnam”, czego się wymaga ode mnie u mnie w domu. Moi dziadkowie są starsi, pewnych rzeczy zrozumieć już nie potrafią i nie chcą. Mojego własnego podejścia do religii też nie…

Raligia… to temat bardzo trudny i rozległy, wszak wiele ludzi pokończyło profesury pisząc parcę na ów temat i działajac w tym kierunku, a w koło możemy czytać o religie668trwajacych w ostatnich laatch zamachach i zbrodniach popełnianych poniekąd w imię religii i Boga, którego tak naprawdę nie znamy. Ja jednak chciałabym się skupić na tym kawałeczku tematu, który dla mnie jest bardzo bliski w tym momencie. Mianowicie, nie wiem, czy wcześniej pisałąm już o tym, ale mój ojczym okazał się (po latach swoją drogą, powrócił do praktyk) być Świadkiem Jehowy. Z tego też względu, czasami czytam o tym wyznaniu, by móc go zrozumieć. Wcześniej nie wiedzieliśmy, czemu cytuje z pamięci strony i cytaty z Biblii. Bowiem członkowie tej religii opierają się jedynie na tym, co zostało napisane w piśmie i interpretują je na spotkaniach w Sali Królestwa. Dla mojego ojczyma reigia ta okazała się być zbawcza w kontekście tego, ze pozwoliło mu to, jako młodemu chłopakowi, który nie miał rodziców- „wyjsć na ludzi”. Poznać podstawowe zasady moralne, społeczne, skategoryzowac oraz ubrać w słowa najważniejsze życiowe cele. Pokazała wartosć rodziny i drugiego człowieka. I choć, wielu uznaje tę wiarę za swoistą sektę, ja myślę, że w jego przypadku, przynależnosć do wspólnoty Świadków pozwoliła otworzyć mu oczy na dobro i podstawowe prawa etyczne, a także pomaga w nałogu, bo zakazuje jakichkolwiek używek. Niestety,  moje prababcia gdy się dowiedziała o wyznaniu ojczyna, nie mogła tego zrozumieć, i pogodzić się z faktem, iż „mamy w rodzinie innowiercę”. Prababcia jest bowiem osobą bardzo wierzącą, choć nie w znaczeniu kościelnej dewotki. Dużo się modli, wiara też dała jej siłę przezwycieżyć życiowe zakręty, liczne żałoby w których musiała być, nawet po śmierci swojego własnego dziecka. Pamiętam, że kiedyś taka nie była. Kiedyś tolerowała wszystkich i lubiła, cóż, demencja daje się we znaki.

Pan ze skrzydłami, mój ukochany natomiast jest zdeklarowanym ateistą, twierdzącym, że Boga nie ma, jest tylko nauka, która potrafi wszystko wyjaśnić w sposób logiczny i za pomocą praw fizycznych i matematycznych możemy opisać cały wszechświat. Więc to jest jedyne i słuszne wyjaśnienie naszego istnienia i istnienia wszystkiego tego, co nas otacza. Ideologia Kościoła zaś jest nielogiczna, krzywdząca dla człowieka i zmuszająca do wierzena w coś, co nieistnieje, pod batem „pójścia do pekła”. Cóż, na temat Kościoła i tego, co głosi, możnaby napisać dużo, ale, żeby móc cokolwiek napisać, trzeba by najpierw dokładnie zapoznać się z wszelkimi źródłami, księgami i zapiskami, a do tych akurat zwykły człowiek ne ma dostępu… Cóż, fakt, twierdzenia głoszone przez Kościół nijak często mają się do rzeczywistości ludzi żyjących w czsach obecnych, a Biblia mówi do nas obrazami. Dodatkowo, powstała w czasach gdy na świecie nie było praktycznie żadnej naukowości, a ludzie, by tłumaczyć sobie świat i zjawiska na nim zachodzące sięgali po mity, baśnie czy inne opowieści. Zatem wiele zjawisk, które my dziś dobrze znamy i umiemy opisać, mogło być dla nich cudem, o którym opowiadali i zapisywali jako wcześniej niemożliwe, gdyż nie potrafili tego racjonalnie wytłumaczyć. Co więcej, tekst został spisany pięćdziesiąt lat po śmierci Chrystusa, więc autentycznosć tamtych wydarzeń rzeczywiście tak, jak one przebiegały, jest bardzo niewielka i przepuszczona przez system poznania świata i jego odbioru ludzi, którzy pismo spisywali. Pan ze skrzydłami mówi, że musieli nieźle ćpać, aby takie coś wymyślić. Jednakże faktem jest, że Jezus Chrystus żył naprawdę i jest to też postać historyczna. Tak jak z resztą Mahomet i inni, których dana religia w danym obszarze uznaje za proroków.

Moja rodzina, poza moja mamą, której życie akrat potoczyło się w trochę bardziej skomplikowany sposób, jest wierząca. Jako wychowujaca się w rodzinie chrześcijańskiej, kiedy byłam dzieckiem, chodziłam do Kościoła, uczyłam się modlitw i robiłam te wszystkie praktyki, jakie robi dziecko, a później nastolatka. Tak naprawdę kryzys zaczął się w drugiej klasie gimazjum? Jakoś tak… może w trzeciej, nie pamiętam dokładnie. Jakoś przestałam zwracać uwagę na „działanie Boga w moim życiu”, wcześniej jakoś potrafiłam to powiązać. Nie dziwię się, choć dopiero od jakiegoś roku zaczęłam to rozumieć w pełni. Babcia wiele rzeczy potrafi i chce wyjaśniać snami itp. zjawiskami, które w ogóle nie mają wpływu na większosć naszego życia, a przynajmniej nie na nasz los. Co prawda, ja też doświadczyłam różnych dziwnych „zbiegów okoliczności” i nad tym też czasem się zastanawiam… Intuicja? Przeczycie? czy w ogóle istnieje coś takiego? Podświadomość, podprogowość? Ale co to ma wspólnego do snu, dzięki którwmu poznałam co wydarzy się za 2 dni?Mój własny scenariusz? Pamiętam, że wtedy go nie miałam.

Dziś czuję się po prostu rozbita… ten cały natłok informacji, przeróżnych informacji, napływających do mnie przez ostatni rok, apropo wiary, religii i samych poglądów mnie Boze-Narodzenie-to-nie-tylko-czas-dla-zakochanych.-8-powodow-dla-ktorych-warto-byc-singlem-podczas-swiat_articleprzygniata… Czuję sie rozdarta. Całe życie wmawiano mi istotę Istnienia Boga, z drugiej na studiach pokazują nam potęgę nauki, która rzeczywiscie, jawi mi się o wiele potężniejsza i logiczna, niż tezy głoszone przez Kościół. I nie wątpię, że tak jest, że wszelkie wyliczenia matematyczne czy fizyczne znajdują potwierdzenie w otaczającym nas świecie. Jednak wydaje mi się, że nawet, jeśli wszechświat powstał przez przypadek, jak zakłądają naukowe teorie to przecież „Coś, Ktoś” ten przypadek musiał/o spowodować. Może ja zbyt mocno chcę wierzyć w swego rodzaju „humanistyczność” tego śwata, ale to istoty żywe w jedyny sposób udowodniły, że sa tak poteżne, by dominować nad przyrodą nieożywioną tego świata… Być może takie rozumowanie jest słabe, ale jest.  Nauka i jej potęga ukazuje potęgę tej Istoty Wyższej, jakkolwiek rozumianej? Dla mnie coś w tym jest…

Dochodzę do ładu? Sama nie wiem już w co ja wierzę… Pan ze skrzydłami mówi, że każdy kryzys jest wartościowy, bo pozwala dojsć do wniosków i odrzucenia Boga albo silniejszej wiary. Ale ja ani jednego ani drugiego tak na prawdę nie chcę… Jestem zawieszona? Tak przynajmniej się czuję, jakbym lewitowała między ziemią, a niebem i nie mogła wyjść z tego stanu… babcia mówi mi, że u Pana ze skrzydłami to przejściowe, bo przecież komunijny, bierzmowany… nie chce przyjać jego ateizmu do wiadomości. Ja wiem, że duży wkład w jego takowym podejściu jego ojciec, który wymuszał na nim wiarę, bez tłumaczenia jej. A przecież każdy człowiek potrzebuje racjonalnego, bądź też mniej wytłumaczenia. Moja dalsza część rodziny jeszcze nie wie, wiem, że kiedyś będę się musiała zmierzyć z powiedzeniem im o tym, nie wiem, jak dziadkowie na to zareagują. Nie chcę sprawiać im przykrości, ale z drugiej strony nie będę rezygnowała z kogoś, kogo kocham, na rzecz zadowolenia mojej rodziny. Nie chcę, aby poglądowo ten człowiek był taki jak ja, chcę aby mnie kochał i akceptował, a ja jego też będę… Inaczej nie „zrozumiemy” się, choć w pewnych aspektach to chyba niemożliwe… Po prostu, bądźmy wyrozumiali.

W co ja wierzę? W zasady etyczne, z których większość z nich nie kłóci się na dobrą sprawę z religią. Przecież przykazania są dobrymi zasadami moralnymi, a dla niektórych z nich można znaleźć odniesienie nawet w teoriach naukowych. Przecież żadne zwierzę nie zabija innego osobnika tego samego gatunku… w normalnych warunkach, ale my dodatkwo jesteśmy ludźmi, mamy wykształconą i rozbudowaną psychikę, której nie mają zwierzęta. (Żyjąc w cywilizacji, możemy posiadać pewien kręgosłup morlany, posiadamy zdolność do oczuwania emocji złożonych… Choć ciekawi mnie egzystencja dzikich plemion, zamieszkałych wyspy… Też na pewno mają zdolność do odczuwania złożonych emocji, tylko sytuacja być może rzadko ich do tego zmusza. Przychodzi mi tutaj do głowy nazwa najbardziej odizolowanego, dzikiego i niebezpiecznego plemienia zamieszkujacego wypę Sentinel. Podobno zabijając oni każdego kto próbuje nawiązać z nimi kontakt.) Wierzę w to, że to, co mogę zrobić, jest lepsze od tego, co mogę powiedzieć, a jeśli swoim życiem moge pokazać, że jestem po prostu dobrym człowiekiem, że chcę nim być, bo nie zawsze przecież się da, to to czynię. Nie sądzę by Bóg, o ile istnieje, karał ludzi, za to, że w niego nie wierzyli, czy też że wierzyli w dobro nauki, które nam dał. Nie wiem tego, być może moje pojęcie Boga jest dziwne i nieakceptowane przez Kościół, ale moje doświadczenia i emocje, które musiałam przeżyć mnie zmieniły. A wolę patrzeć na ludzi horyzontalnie, niż wyznaczać granicę wiary czy religii. Jak obecnie widzimy, prowadzi to do otwartej wojny, w imię czegoś, co być może… nigdy się nie spełni. (Wierzenia Islamistów o dobrobycie w niebie, w zamian za śmierć niewiernego).

Zorganizowanie tych Świąt było dla mnie trudne, tak, by wszyscy mogliby być razem. Każdy wierzy w coś innego. I ma inne pojęcie wiary. Zaprosiłam Pana ze skrzydłami, choć jest niewierzący, przyjedzie… zrobił mi nawet stroik- choinkę z szyszek na święta. Ojczym nie będze na Wigilii, bo religia mu zakazuje i źle się z tym czuje. Dziwi mnie to, ale szanuje jego wybór. Za cel zaś objęłam sobie wytłumaczenie komu mogę, że to przecież tylko święta i kto ma chęć, niech wierzy w ich wzniosłośc i przeżycie duchowe-przecież to też piękne, jak człowiek potrafi coś przeżywać, a dla innych niech będzie to po prostu zwyka, lepsza kolacja. Przecież w Święta nie chodzi o to, aby zmagać się z problemem kto jakiego jest wyznania i wykłócać kto ma rację… ale to czas, by pobyć ze sobą, wspólnie, nacieszyć się sobą, pomimo wyznań, religii i wierzeń. Wszyscy przecież jesteśmy ludźmi… a święta to akurat taki czas, kiedy w większosci w naszym kraju ludzie mają wolne od pracy czy innych obowiązków, więc można spędzić go razem, w miły spoób. Święta to dla mnie czas na to, aby… zauważyć drugiego człowieka, pobyć z nim, porozmawiać, nacieszyć się nim, spojrzeć łagodniej, a nie ciągle się tylko modlić i spędzić całe święta albo w Kościele, albo zamknąć się od ludzi twierdząc, że są innego wyznania.

Pamiętam, kiedyś byłam na spotkaniu u Żydów, w trakcie ich Szabatu. Obchodzili oni swoje święto wraz z charakterystycznymi potrawami, też je zjadłam, a powiem nawet, że tak bardzo mi zasmakowały, że teraz czasem jem te przyprawy i dania w niedzielę, jak jest lepszy obiad. Być może jestem dziwna, ale nie rozumiem podejścia restrykcyjnego, tak jakby zjedzenie posiłku z osobami innego wyznania było złe, niegodne, czyniło zło? Jest to dla mnie dziwne… Sama chętnie poszłabym do wyznawców innych religii by spędzić z nimi trochę czasu, poznać ich tradycje, to jest przecież bardzo ciekawe. No, może do tych, których pewnie teraz macie na myśli nie koniecznie chciałabym isć, bo mogła by to być moja ostatnia już podróż… choć jak dla mnie, to jedna z najciekawszych religii świata.

Być może jestem idealistką… ale wolę patrzeć na człowieka całościowo, bo przecież ważne jest jakimi jesteśmy ludźmi. Dlatego z jednej strony nie potrafię zrozumieć takiego podejścia, z drugiej wierzę w to, że osoba wyznająca swoje zasady może się źle czuć i odczuwać dyskomfort, że robi coś wbrew temu, co wyznaje. Z trzeciej zaś strony… zaczynam rozumieć pobudki tego, co dzieje się na świecie… i czemu Islamiści chcą nas wytłuc.

Cóż, mnie też bliski jest ateista i nic na to nie poradzę. Nie będę go zmuszać ani przekonywać, bo rozumiem jego wyjaśnienia i przyczyny takiego stanu rzeczy. Pismo mówi „Idźcie i głoście…”. Być może to niezgodne z pismem, ale byłabym nie fair w stosunku do niego… i mogłoby to pogorszyć tylko nasze relacje. Być może jestem za bardzo szczegółowa… ale nie chce go stracić tylko dlatego, że ktoś wierzy w coś zupełnie innego. Te święta, ogólnie czas świąt w Kościele katolickim dlatego jest dla mnie trudny. Moja rodzina nie wyobraża soie tego, że mogę mieć takie poglądy, też o nich głośno nie mówię. Smutne jest tylko to, że nie chcą postarać się zrozumieć, jako dziecko miałam ich za bardziej wyrozumiałych i otwartych ldzi, a jako starsi robią się zamknięci na inność drugiego człowieka i na zmianę poglądów. Babcia stara sie jescze zachować zdrowy rozsądek, ale widzę, że też potrzebuje już zwrócić sie do Boga… taki wiek. Może za dużo od nich wymagam?

Pan ze skrzydłami dał się przekonać, że przecież to tylko święta i nie musimy ich huczniez21163086Q,Zwierzeta---swieta---swietna-zabawa- obchodzić w Kościele, w futerku i garniaku, o jedenastej na Mszy. Tylko żeby do mnie przyjechał, więc przyjedzie. Gorzej, że w dzień po świętach mamy kolędę i będzie jeszcze mój chłopak… akurat przychodzi proboszcz, który jest doktorem… No to sobie…porozmawiają…

Coś czuję, że te święta to będzie istny kogel-mogel…

 

 

 

„Avatar”, czyli kolejna historia miłości na tle tragedii…

„Avatar”, czyli historia wielkiej, zakazanej miłości, na tle ogromnej katastrofy…

Takimi słowami mogłabym określić ten film, wyreżyserowany przez Jamesa Camerona, twórcę tak często pojawiającego się na ekranach hitowego melodramatu jakim jest „Titanic”… Powstał w dwutysięcznym dziewiątym, a z jego obejrzeniem zwlekałam bardzo długo. Dopiero pod wpływem pewnego teledysku zrealizowanego do piosenki Nightwish pt. „Ever dream” , kiedy to zobaczyłam malownicze widoki krainy, w której zamieszkiwał lud Na’vi, zdecydowałam się obejrzeć cały film, by móc zrozumieć teledysk. Obejrzałam więc cały, prawie trzygodzinny film, by móc inaczej spojrzeć na trzyminutowy teledysk, cóż… po prostu ja.

Jake jest weteranem, sparaliżowanym od pasa w dół, jeżdżącym an wózku. Kiedy był zdrowy, był „zwykłym żołnierzykiem”, jak często o sobie mawia. Przez przypadek, jego brat, będący naukowcem badającym planetę zwaną Pandorą, zostaje zadźgany nożem na ulicy, a Jake, posiadający takie samo DNA leci na Pandorę, w zastępstwie za brata. Na stacji badawczej znajdującej się na Pandorze, poznaje dwa obozy. Pierwszy, któremu przewodniczy dr Grace- badaczka, która napisała książkę o ludzie tubylczym, żyjącym na planecie- Na’vi, chcąca poznać zwyczaje tego ludu i badać go oraz pułkownika, który chce przesiedlić plemię by zdobyć cenny materiał , w postaci tworzywa zwanego unabtainium  znajdujący się  na planecie. Na stacji tworzone są tzw. avatary, wyglądem przypominające do złudzenia ciała tubylców, hodowane z DNA człowieka i tubylca, którymi steruje się znajdując się w specjalnie przygotowanej do tego kopule, łącząc się z avatarem za pomocą neuronalną. Kiedy Jake budzi się w postaci avataru, odkrywa, iż może chodzić, a nawet biegać, co jest dla niego ogromną radością. Jake, Grace i jeszcze jeden mężczyzna schodzą w postaci avatarów na Pandorę, by pobrać próbki, jednak podczas tej wizyty Jake odłącza się od pozostałych, będąc goniony przez drapieżnika zamieszkującego Pandorę. Nastaje noc i badacze muszą wracać do stacji, czynią to więc nie znajdując Jake’a. Ten natomiast przemierza samotnie  bujny las Pandory, jednak zostaje zaatakowany przez tamtejsze , drapieżne zwierzęta. Z pomocą jednak nadchodzi mu przedstawicielka plemienia Na’vi, córka ich wodza. Kiedy jednak chce gdzieś go zaprowadzić, Jake spada z drzewa i znajduje się pośród ludu Na’vi, który nie jest do niego przyjaźnie nastawiony. W dalszej części filmu dowiadujemy się bowiem, iż Na’vi wiedzieli o operacjach przeprowadzanych na ich planecie i nie byli z tego faktu zadowoleni,nazywając atakujących ich ludzi „ludźmi z nieba” ,choć chętnie uczęszczali do szkoły, która utworzyła na Pandorze Grace , by uczyć ich angielskiego. Na’vi zabierają Jake’a do swego plemienia  i dają się mu przekonać, iż jest niegroźny a przybył na Pandorę w celu uczenia się ich życia i patrzenia na świat. Pozwalają avatar-sequels-delayedmu więc zostać, a szamanka plemienia nakazuje by Neytiri, córka wodza, która uprzednio uratowała mu życie, uczyła go ich życia. Tak też się dzieje. Jake poznaje coraz to nowsze zachowania i zjawiska będące świętością dla plemienia Na’vi. Uczy się jeździć na dziwacznych koniach jakie posiadają Na’vi, a także latać powietrznymi stworzeniami. Poznaje także ich język oraz wierzenia… Dowiaduje się o świętym  dla Na’vi Drzewie Dusz oraz o Eywie- bogini Na’vi. Budząc się i zasypiając w kapsule, żyjąc jako avatar Na’vi oraz jako Jake, jeżdżący na wózku, były żołnierz, znajdujący się na stacji Pandory, powoli zaczyna zatracać się w świecie Na’vi. Staje się pełnoprawnym członkiem plemienia, a także zakochuje w Neytirii, tóra odwzajemnia jego miłość. Zostają więc parą. W tym samym czasie, upływają trzy wyznaczone miesiące, które pułkownik wyznaczył Jake’owi do namowy Na’vi na przesiedlenie się. Gdyż cenny materiał, jakiego poszukuje grupa znajduje sie właśnie pod Domowym drzewem Na’vi. Pułkownik wysyła więc roboty i bultożery, mające zniszczyć drzewa i spowodować, że Na’vi opuszczą to miejsce. Na stacji badawczej dochodzi do rozłamu, gdyż Grace nie chce dopuścić, by machiny pułkownika zniszczyły dom Na’vi i najcenniejsze dla nich skarby ukryte w lesie. Twierdzi, iż istnieje sieć pomiędzy korzeniami drzew, a Na’vi, z którego plemię korzysta. Pułkownik jednak nie godzi się z tym i chce siłą odebrać Na’vi cenny materiał, w postaci zburzenia ich domu, oraz tego co posiadają, a potem zabicia plemiania. Jake chce ostrzec plemie, jednak zostaje odłączony i wraca do swego prawdziwego ciała. Prosi jednak pułkownika, iż przekona Na’vi do puszczenia Domowego Drzewa, które ma zostać znisczone. Ci jednak biorą go za zdrajcę i nie słuchają. W tym samym czasie Domowe Drzewo Na’vi zostaje ostrzelane, a przerażeni Na’vi muszą uciekać. W pożarze ginie ojciec Naitiri, która nie chce kontaktować się z Jake’em. Uciekający lud Na’vi kierują się w stronę Drzewa Dusz, ich świętego miejsca. Tymczaem avatar Jake’a pada na ziemię, a cały badawczy zespół jest schwytany i uwięziony przez pułkownika. Z pomocą jednak przychodzi jedna z dziewczyn będacych w oddziale pułkownika, która nie chce już zabijać Na’vi i niszczyć ich domu. Uwalnia ona zespół Grace, w którym znajduje się Jake, jednak sama Grace zostaje ranna przy akcji ucieczki uwięzionych. Jake szybko znów staje się avatarem i pragnie udowodnić plemieniu, iż jest po ich stronie. Udaje mu się okiełznać stwora fruwającego w przestworzach, o którym opowiadała mu Neytiri, iż jest to niebezpieczny i potężny stwór, a okiełznać udało się go tylko pięć razy w ciągu trwania plemienia Na’vi. Ostatnim, ktoremu się to udało był dziadek jej dziadka. Jake przybywa do ludu Na’vi na czerwonym Toruku. Tak zostaje Toruk Makto- osobą ujeżdzającą Toruka. Przygotowuje też plemię Na’vi do walki z oddziałami pułkownika. Raniona Grace umiera, mimo tego, iż Jake zanosi ją do Eywii. Bogini Na’vi nie ratuje badaczki, a Jake poleca na’vi zebrać inne klany, by stanąć do walki z bultożerami i maszynami pułkownika. Rozpętuje się wojna i mimo wielkich strat, Na’vi, z pomocą dzikich zwierząt, których wolę poniekąd nagle zsyła im Eywia, za wcześniejszą prośbą Jake’a i Na’vi wygrywają wojnę. Niestety wielu z nich ginie, w tym nowy następca wodza- Tsu They. Ginie także avatar z drużyny Jake’a. Podczas ostatniej bitwy, jaka rozgrywa się pomiędzy Jake’em a samym pułkownikiem, kiedy robot pułkownika ma zabić Jake’a, Neytiri uwalnia strzałę, która zabija pułkownika. Niestety, Jake budzi się i dusi, gdyż jego mały barak badawczy do którego został przeniesiony uległ zniszczeniu, a do środka dostaje się mieszanka gazów, w której ludzie nie potrafią funkcjonować. Znajduje go jednak Naitiri i podaje mu maskę. Potem Jake zostaje wybrany przez umierającego Tsy They na nowego przywódcę plemienia. Jake zostaje w plemieniu Na’vi, z Neytiri i innymi, kiedy budzi się przyniesiony pod Drzewo Dusz, za sprawą Eywi tylko już  jako avatar…

„Avatar” jest skonsytuowany jak dobra bajka, opowiadająca o walce dobra ze złem, gdzie na końcu wygrywa dobro. Momentami fabuła filmu bywa bardzo naiwna, a całość przypominała mi historię Pocahontas, tym bardziej, że Na’vi są nawet podobni do Indian w niektórych zachowaniach. Jeżdżą też na koniach, strzelają z łuków…. kochają swoją krainę i chcą bronić jej przed odebraniem przez obcych, którzy weszli na ich teren. Wątek opowiadający o dziwnej, zakazanej miłości „obcego” przybysza Jake’a i córki wodza Naitiri też jest oklepany i pojawiał się już w wielu filamach. I choć wielu widzów może wzruszać, to jednak wydaje się zbyt pospolity i za dobrze znany. Mnie produkcja ta urzekła tylko dwoma rzeczami. Pięknymi, malowniczymi widokami i człowiekiem, który zatracił się w świecie „obcych” by zaznać szczęścia, którego nie miał na ziemi, wśród swoich. Kiedy Grace zapytała się, dlaczego przyleciał najedną z najniebezpiejszych planet i chce wziąć udział w niebezpiecznej misji odpowiedział, iż miał dośc tego, że nic nie może. Pragnienie wolności od kalectwa, a także poznanie uczuć, których wcześniej mu brakowało, przeniosły tego człowieka w inny świat, w inny wymiar. Jak sam stwierdził, wszystko się odwróciło, zdaję  się, że to jest tylko sen, a tamto to prawdziwe życie.

„Awatar” to jak dla mnie opowieść o poszukiwaniu szczęścia w w kontekście naukowych badań i tego wszystkiego, co daje ludziom inny świat, odkrycia i nowości. Jake choć był tylko narzdziem w rękach wielkich naukowców i odkryć badawczych, znalazł to, czego brakowało mu by być szczęśliwym, wolnośc, miłość i akceptację. Ta choć banalna historia prostego żołnierza jakim był Jake, pokazuje świat pragnień zwykłego człowieka, których w tym kontekście nauka zdaje się nie widzieć? Stwierdzono, iż niektórzy widzowie popadli w depresję po obejrzeniu tego filmu, z powodu braku możliwości życia na pandorze. Film bardzo dobrze obrazuje zadawane sobie od XIX wieku pytanie… wciąż to samo… serce, czy rozum?  O niemożności pogodzenia tych dwóch kwestii na planecie zwanej Pandorą, w zamyśle Jamesa Camerona już wiemy, a jak się to ma w kontekście naszego, ziemskiego życia…?

Summertime!

Już prawie jesienne, ciepłe i intensywne zachody słońca zawsze jakoś nastrajały mnie do podsumowań. Wtedy bowiem zawsze kończyły się wakacje, więc wyraźnie można było odczuć, że coś się kończy, a zaczyna coś zupełnie innego. Człowiek stawał wtedy też przed wyzwaniem kolejnego roku szkolnego, zadań i obowiązków, a więc pracy… Dzisiaj też jest taki wieczór, ostatnie jabłka pobłyskują w żółtym świetle zachodzącego słońca, na drzewach zobaczyć już można żółte, czerwone i brązowiejące liście, temperatura zaczyna spadać, świat przybiera jakby inny wymiar, kształt i zapach. Niedługo rzeczywiście zacznie się rok akademicki. Przypomina mi się teraz w głowie tekst, który pisałam dokładnie rok temu bez jednego dnia, bo 22 września, w ostatni dzień lata. Tak moi drodzy, jutro pożegnamy lato, które choć kapryśne początkiem i środkiem, pozwoliło się zapamiętać upałami i pięknym słońcem we wrześniu… O czym to ja pisałam w tamtym roku na innym blogu?

„Dziś ostatni dzień lata… mój wpis zaczyna się smutnym akcentem. 😥  Ogólnie w tygodniu nie mam czasu na pisanie na bloga, dziś jednak zrobię wyjątek, bo mija właśnie tydzień od założenia tego miejsca. Mam sentyment do dat i rocznic, zawsze miałam. Cóż, jestem sentymentalistką. Ostatni dzień lata 2015 roku zaskoczył mnie o dziwo miłą pogodą, pełną słońca i prawie jesiennego ciepełka. Muszę 20160921_181302przyznać, że uwielbiam to jesienne słońce, jest ono zupełnie inne od słoneczka, które świeci latem. Jest bardziej żółte i mam wrażenie, że cienie są dłuższe… Przyroda w takim świetle zmienia kolor na bardziej intensywny. Lubię te barwy, czuję wtedy , że coś się kończy, ale podoba mi się ten specyficzny klimat natury późnego lata. Ta bardziej chłodna atmosfera i cienie przeplatające się z żółtym słońcem. Taki obraz właśnie kojarzy mi się z Dżemem, Ryśkiem i podsumowaniem wakacyjnych przeżyć. Pamiętam, że w tamtym roku o tej porze byłam spokojniejsza. Ostatni dzień lata jest chyba dobrym dniem na podsumowania, tak mi się wydaję. 😉 To lato zapadnie mi do głowy mocno, myślę, że ze względu na poznanie M. i tego, że znów mogłam się poczuć tak jak wtedy, kiedy miałam naście lat i świat wydawał się łaskawszym, można się było bawić z lubianymi ludźmi. Właśnie tego lata towarzyszyło mi znów to uczucie „szaleństwa” (oczywiście w sensie pozytywnym), kiedy mogłam śmiać, bawić się i być po prostu sobą 😀 Tak jak wtedy, kiedy był ze mną mój przyjaciel… Na ten ostatni dzień lata zamieszczam filmik, który znalazłam ostatnio w sieci, a tak bardzo kojarzy mi się właśnie z wakacjami… W tym roku miałam okazję mieć przedsmak, tego, co (mam nadzieję) czeka mnie w kolejne wakacje. 🙂 Zamieszczam tutaj z nadzieją, że kiedy będzie mi po prostu smutno, to filmik właśnie przypomni mi moje podobne chwile (uchwycone), które miałam okazję przeżyć i, które będę miała może okazję jeszcze przeżywać, w jeszcze lepszej wersji, bo z całą ekipą, która się już chyba nie rozleci… :-)”

https://www.youtube.com/watch?v=8PoqUsvka0U

Tak… wreszcie nadszedł ten piękny czas aby zrobić dopełnienie tego wpisu. Brakowało w nim czegoś i teraz już mogę napisać zakończenie… Kolejne wakacje zapisały się w mojej głowie jako momentami trudne, a momentami najlepsze, jakie miałam. Zobaczyłam w tym roku, że można żyć inaczej, można być sobą, można mieć swój własny sposób na życie. 🙂 Mam fajne wspomnienia, dużo nowych i różnych doświadczeń. Obecnie jestem spokojniejsza, przestałam się zadręczać niepotrzebnymi myślami i realizuję swoje plany… Zaczęłam dostrzegać świat dookoła, pozostawiałam wszystkie niewygodne, nie do końca dobre dla mnie relacje. Czuję, że mam z powrotem czystą kartkę, czym ją zapiszę… jeszcze nie wiem, ale wiem na pewno, że w inny sposób niż dotychczas. A teraz czekam na piękną, złocistą jesień…