Kim jestem, a kim chce być?

Ostatnimi dniami, a właściwie przez ostatni tydzień czuję się emocjonalnie jak w wirze… jakbym się hustała na huśtawce. Rano jest dobrze, a za chwilkę już nie. To wykańczające. Chciałabym by było choć trochę stabilniej.

Czasem mam wenę aby tu pisać, czuję wtedy motywację i chęć do działania. Czasem napiszę parę zdań i na tym poprzestaję, a czasem wchodzę, otworzę pusty arkusz, popatrzę na niego i wychodzę,nie umiejąc poskładac myśli, nie wiedząc zupełnie, co chciałabym napisać… Apropo tego, co napisałam wczoraj, zaczęłam bardziej zastanawiać się nad swoimi wewntrznymi procesami, myślami. Wczoraj wieczorem sięgnęłam do tematu, który zawsze był dla mnie bolesny i sprawiał mi dużo przykrości, dręczył moje sumienie, choć nie wiem dlczego…

Stworzyłąm obraz siebie „dla ludzi, dla innych” , który nade wszystko chcę zrealizować i pokazać innym w kontaktach z nimi. Z lęku…

„Mój Wilk znowu przyszedł… On już chyba gdzieś we mnie mieszka.”

Od dawna nie czuję się sobą. Jest dobrze, do momentu, kiedy trzeba „siebie” pokazać… Wtedy zamiaram i ogarnia mnie lęk. Nie mam problemu z wystąpieniami publicznymi, przemówieniami, bardziej chodzi o codzienne sytuacje, o ocenę, o to, że ktoś zobaczy moją słabość, rozpozna ją w moich oczach, w tym, jak się zachowuje. A dlaczego to dręczy sumienie?

Bo nie cierpię kłamstwa, oszustwa. Choć sama też nie raz kłamałam, niecierpiąc siebie za to. Ale nie ma osoby dorosłej na świecie, która tego nie zrobiła choć raz w życiu. Są bowiem sprawy szlachetne… Nienawidzę tego w sobie. Chciałabym być prawdziwa, a czasem nie potrafię, bo boję się, że ktośmnie skrzywdzi, że porzuci. Więc zakładam znów moją maskę i idę dalej. Miejscem, w którym zawsze o tyle, o ile mi się to udało, byłam prawdziwa- jest ten blog. W sumie… w życiu też staram się być prawdziwa… są po prostu rzeczy, których nie robię, z obawy, z lęku i strachu, że ktoś pozna moją prawdę. I choć moja historia nie wydaje się być jakaś masakryczna, a sama ja nie jestem jakimś złym człowiekiem, to chyba nadal nie umiem sobię wyobrazić, że można by mnie było tak całkowicie pokochać, polubić, z tym wszystkim w środku.

girl-3180072_960_720

Maska…

Nastał pierwszy dzień spokoju od poprzedniego wpisu. Jeszcze kilka dni temu czułam, że spadł na mnie armagedon. Takiego napływu złości i tylu bodżców, które mnie drażnły , dawno nie czułam. Ostatnie dni minęły mi fatalnie. Choć było to dla mnie dziwne doświadczenie, zazwyczaj jestem raczej spokojna. A może raczej… tłumiąca złość… to lepsze określenie. Dziwnie się czułam w tym wszystkim, jakby działo się to obok mnie, a jednak tak wyraźnie to czułam, jakbym nie była sobą…? A może właśnie to ja? Powoli zaczynało do mnie dochodzić, że to ja.

Czuję, że otworzyła się jakaś furtka, którą ciężko będzie zamknąć. Wodziłam wzrokiem po ludziach i chciało mi się płakać… „Co ja tu robię?” „Po co ja tutaj jestem?” Tysiące jakiś niewypowiedzianych nigdy chyba sprzed samą sobą pytań. Potem myślałam, długo… w nocy. Kiedy wreszcie wiedziałam, ze zostanę sama, wtedy było lepiej, choć coś mnie bolało we wnętrzu. Dawno już nie czułam bólu psychicznego… już chyba zapomniałam, jak on wygląda, jak się go odczuwa. Chciałam zasnąć, aby go tylko nie czuć, na chwilę była ulga, a rano, znów budziłam się z nim i czułam, że potowarzyszy mi przez większość dnia, tak jak w dniu poprzednim. Taki maraton bólu. Czułam coś tak silnego, jakby gdyby zaraz miało mnie rozerwać od środka, jaky coś w moim wnętrzu kołatało i krzyczało, tak głośno, a ja nie mogłam tego wypuścić na zewnętrz. To były bardzo męczące momenty. Teraz już się uspokoiło… Nawet nie wiem kiedy… to działo się tak szybko. Wiem, że coś się że mną podziało, że chyba nie wytrzymałam napięcia.

Nigdy od nikogo nie dostałam przekazu, że mogę pozwolić sobie na słabość, na bycie sobą, na wyrażanie prawdziwych myśli. Zawsze miałam być taką silną, niezależną od  nikogo, niepotrzebującą nikogo, samowystarczalną, podtrzymującą cały świat… to straszne, gdy tak teraz o tym myślę…

„Gdy tak na prawdę taka nie jestem.  Ale sama sobie nie dałam przyzwolenia na bycie inną.”

Dotarło to do mnie w cierpieniu i gwałtownym bólu. To straszne co ja sobie sama zrobiłam… Uwierzyłam w to, co mi mówiono.

Nigdy nie było czasu na rozmowę, nigdy na pokazywanie prawdziwych uczuć, na przeżywanie czegokolwiek, kiedy ja miałam calkiem inne potrzeby. Sama sobie nie dałam wiec przyzwolenia na bycie sobą. Bo będą sie martwić, bo mnie nie zrozumiają, bo będzie źle… bo ktoś pomyśli, że to jego wina i się załamie. Bo mój świat się załamie przeze mnie. Miałam być niezależna i nie czuć nic, niczego nie potrzebować.

Dziś wiem, że tak nie jest. A co najbardziej mnie przeraziło, zdałam sobie sprawę, że to wszystko, „na czym” żyłam, to tylko maska. To ona mnie chroniła, sprawiała, że pozornie czułam się bezpiecznie. Pozornie, no właśnie… pozory. Wszystko było pozornie, tak, aby mieć poczucie, że przecież jest dobrze. Aby wszyscy byli zadowoleni i czuli się spełnieni. Tak, jak z diagnozą depresji, idzie się po leki, zażywa i …jest dobrze… pozornie… niektórzy tak robią. Nie wiem, jak zacznę żyć, ale chcę inaczej. Chcę coś zmienić. Musze przestać się obwiniac i dopuścić do siebie te pragnienia, które ukrywałam przez wiele lat, wiele czasu… Bo w końcu, one są moje, całkowicie. Tego zranionego i opuszczonego dziecka , które boi się porzucenia i w środku jest delikatne, jak dopiero co rozwijający się kwiat. Chcę tego przyzwolenia, na błędy też, na bycie sobą, a nie idealizacją mnie, jaką widzą moi bliscy… Boję się jak zareagują bo wiem, że nie rozumieją, ale inaczej, nie zacznę żyć…

mask-3233020_960_720