Spotkałam się z nim!

Jakiś czas temu umówiłam się z F. na spotkanie, o czym tu pisałam. Miało być to w niedzielę, ponieważ ja pracuję i nie mam zbyt wiele czasu, tylko taki termin wchodził w grę… ale z tym nie było problemu bo on się dostosował.

W sobotę byłam na wycieczce i choć było miło i przyjemnie to w głowie ciągle miałam to jutrzejsze spotkanie z nim. Na wieczór się popłakałam. Wiedziałam, że może mi się spodobać, a wiedziałam też, że nie pozwolę się sobie tak od razu w pełni zaangażować, bo to przecież rodzina Top Guna… może mnie w każdej chwili zranić, bo może być i w tym aspekcie podobny do niego…

„Nawet mnie nie znasz, ale obiecaj
Poświęcisz jedną chwilę, albo dwie
Kiedy obejmiesz, poczuję siłę
Tak trudno będzie się pożegnać z życiem tym..”

Przyjechał do mnie wczoraj rano… Wysiadł, przyniósł  i dał mi czekoladki. To było miłe, bo od nikogo w życiu na pierwszym spotkaniu nie dostałam czekoladek. Spędziliśmy prawie cały dzień razem na rozmowie, jedzeniu, śmianiu się, oglądaniu zdjęć, głaskaniu zwierzaków. Zegar wybił w końcu 18:24 i myślałam, że będzie się zbierał już do domu, kiedy on, ku mojemu zdziwieniu zaproponował spacer… więc poszliśmy na spacer laskiem. Opowiadał mi o swojej pracy, o swoich młodzieńczych  przygodach z kolegami, opowiadał mi też o Top Gunie… Choć unikałam tematu jak mogłam. Dowiedziałam się kilka smutnych prawd o nim. Nie dostał się do wojska dlatego, że jest taki wspaniały, tylko, że jego szwagier jest komendantem policji i zagadał z kim trzeba było…  Dodatkowo dowiedziałam się, że nigdy nie byłam dla niego ważna jako partner do rozmowy, bo F. był dla niego w tej kwestii ważniejszy…. I ostatnio pogadali sobie na temat relacji Top Guna z kobietami i podobno ma być dobrze, ale co to oznacza, tego nie wiem… Przyznam, że zrobiło mi się smutno, ale nie dałam tego po sobie poznać. Nawet nie wiem czemu, przecież nie powinno mnie to już ruszać… Sprawa z Top Gunem to sprawa  skończona.

Nie wiem, jak to się stało, ale… powiedziałam F. o Panu ze skrzydłami. Powiedział, ze sam chciał wiedzieć, ale nie miał odwagi się zapytać o to, czy byłam kiedykolwiek w związku i jakim… Może źle zrobiłam, podobno o byłych się nie rozmawia… Sama nie wiem, gryzę się z myślami teraz. On to wszystko zaakceptował, powiedział, że to przecież nie moja wina, że szukałam miłości i czułości i za moją czułość on nie miał prawa mi czegoś takiego robić, by mnie poniżać, czy uderzyć w twarz…Powiedział mi, że teraz już będzie lepiej i już czegoś takiego nie będę przeżywała, na pewno…

O Top Gunie i naszej dziwacznej, pokręconej relacji mu nie powiem, żeby się nie poczuł jak plaster na Top Guna,że jest tylko lekiem na zranienie, więc przynajmniej na razie mu nie powiem. Nie chcę go ranić i mówić mu, że o mało nie przespałam się z jego wujkiem, a teraz przychodzę do niego… To mogłoby go zranić, gdyby się jednak zaangażował w jakiś sposób, a tego na razie nie wiem. Uważam, że to nie fair.

Do czasu tego spotkania żyłam tylko nim, zastanawiałam się jak to będzie, targały mną różne emocje. Rano było chyba najgorzej. On nie mógł jeść, ja w miarę, ale był jednak stres, w końcu to siostrzeniec Top Guna. A wczoraj, po tym spotkaniu z nim, poczułam jakiś spokój wewnętrzny, że wszystko jest dobrze. Przy nim mogę być sobą. Tak spokojnego i jakiegoś takiego wrażliwego człowieka jeszcze nie spotkałam na swojej drodze. On jest jeszcze bardziej wrażliwy jak Top Gun i jeszcze mocniej wszystko przeżywa, każdy mój gest, spojrzenie, dotyk, jak mi o tym pisał dziś, to aż zrobiło mi się ciepło. Jak na koniec uściskałam go na pożegnanie to objął mnie i nie chciał puścić i tak staliśmy przytuleni z dobre pół minuty nie mogąc się rozstać, a wiedzieliśmy, że za chwilę to nastąpi. Napisał mi potem, że nie chciał odjeżdżać, że tak mu było dobrze ze mną…

Pojechał jakoś bardzo szybko… Potem wróciłam do normalności ale jakiś niedosyt pozostał. Na odchodne powiedział mi do następnego razu, więc pewnie chciałby się jeszcze raz spotkać, cieszę się z tego!

Cieszę się, że na reszcie jest dobrze! Dzięki niemu przestaje myśleć co zrobił mi Top Gun, o tej całej jego poplątanej sytuacji, nie chcę już jej rozwiązywać w żaden sposób, nie chcę się w nią mieszać,poczułam wreszcie, że mam swoje życie i prawo do tego, aby go mieć, mieć swoje sprawy i inne osoby wokół siebie niż Top Gun.

O dziwo, jak wcześniej, przed poznaniem F. moja rodzina była przeciwna tej relacji, tak po jego poznaniu poczułam, że mam ich wsparcie. Tego też się bałam, że go nie zaakceptują i, że jeśli byśmy się zaangażowali to musielibyśmy się temu wszystkiemu przeciwstawić, ale teraz myślę, że może aż tak źle nie będzie.

lovers-1676972_960_720

Nie wiem, jak będzie, nie robię sobie nadziei i planów choć rozmawiamy o planach na przyszłość każdego z nas, czy o tym, że chcielibyśmy mieć rodzinę, bo to najważniejsza wartość w życiu, wspierający się i kochający wzajemnie ludzie. I o takich bardzo dalekich marzeniach, że i on i ja chcielibyśmy mieć i córkę i syna w przyszłości.  F. opowiedział mi też, że nie miał jakby stałego związku, pisał z jedną dziewczyną, spotkał się z nią po roku, gdzie w międzyczasie był na służbie przygotowawczej do wojska, ale nie pasowali do siebie, ona go wyśmiewała i jego wartości również. Od tej pory nie miał nikogo…

Cieszyła mnie ta szczera rozmowa z nim, w końcu widzieliśmy się pierwszy raz… a poczułam jakieś ciepło od niego i akceptację, że mogę się otworzyć i nie zostanę odepchnięta.Oboje też się sobie spodobaliśmy. Bardzo się z tego cieszę. F. mnie nie denerwuje, nie robi mi jakiś dziwnych akcji, czuje się dobrze, nawet zasłabnięcia minęły. Jest dobrze i spokojnie! 🙂

 

 

Reklamy

Przestać oczekiwać czegokolwiek… Tak łatwiej.

Cały czas się do mnie dobija…  Nie wiem dlaczego? Znalazł sobie powiernika? Mówi, że jestem dla niego bliską osobą… Wczoraj coś tam popisaliśmy. Przedwczoraj też. Dzisiaj jest cisza, na szczęście, ale pewnie się odezwie za jakiś czas… Facet jest niestabilny, z jenej strony mówi mi, że co by było, gdyby pojawiło się miejsce dla mnie, z drugiej, wczoraj powiedział mi, że myśli o kochance… To niech sobie myśli, w samotności. Nigdy nie wiem, co mu odbije. Czas się już chyba wyrwac z tego wszystkiego. Powoli przestaje myśleć, że jeste fajnym facetem, a zwykłym palantem, który nie wie, czego chce… a najlepiej to by chciał wszystkie mieć. Powiedziałam mu, że ta kochanka też jest nie fair, najprawdopodobniej go wykorzystała i tyle, trzeba to zostawić i iść dalej, a nie rozwalać sobie życie bo ciągle będzie miał takie sytuacje, gdzie będzie cierpiał, a on się jeszcze maże, że to za krótki czas, że ma ranę, która boli… W sumie, trochę to rozumiem, bo po Indianerze też byłam rozbita totalnie (Wpis: „Zdrada boli tak bardzo, ze nie można oddychać.” Sprzed lat.) Ale trzeba się w końcu zebrać i spojrzeć na tę sytuację racjonalnie. Może czas mu pomoże tak na to spojrzeć? Czy on na prawdę nie widzi, tego, co dla niego robie? Że mimo tego wszystkiego, co mi zrobił, zamiast wziać jak prawie każda inna laska, kopnąć kolesia w dupę, tak, żeby leciał daleko jeszcze mu próbuję pomóc w tej całej sytuacji, dlatego, że mi go po prostu żal, bo jest głupi. Daje się jednej wykorzystywać, a drugiej sobą pomiatać… Ale tak, jak pisałam wcześniej, daje temu wszystkiemu czas… tak mi chyba lepiej… a czy będzie tak, czy tak, mam nadzieję, tylko, że przeżyję…

Co do mnie, wczoraj miałam dzień, gdy przestałam czegokolwiek oczekiwać od życia. Od niego też. Ta myśl przyniosła mi spokój. Wiem, może i jest brutalna, ale muszę na razie przynajmniej swoje marzenia schować głęboko do szuflady i rozstać się z nimi, przynajmniej na jakiś czas. Wtedy się nie zawiodę. Może to zaprzeczanie, może robienie sobie wbrew, ale kiedy mnie tak bardzo rozwalają, to może lepiej ich nie przywoływać? Nie myśleć o tym, że kiedyś chciałam być szczęśliwa. Cóż, wpłw mam tylko na siebie, nie na innych, nie wejdę do ich mózgów… Może nie muszę mieć tego, czego pragnę? Może moje życie musi po prostu wyglądać inaczej? Bez bliskich osób, bez rodziny, z resztą, chyba nie mogło to skończyć się dobrze… niechciana przez matkę, oddana do dziadków, na całkowite odludzie, gdzie przez całe dnie nie da się uświadczyć czasem nawet żywej duszy? To jak miałam kogoś poznać? Może mnie po prostu takie życie jest nie pisane? Chciałam walczyć o swoje marzenia, nie wyszło… Z jednym się totalnie rozmijaliśmy, chcieliśmy zupełnie czegoś innego, a z drugim, kiedy chcemy tego samego to i tak nie może mi tego dać…

Zastanawiam się, czy jeszcze aby kogoś w swoim życiu poznam? Może tak, może nie… Takiego podobnego i chcącego tego samego, co ja. Szczerze, na dzień dzisiejszy wątpię… ludzie dziś nie pragną prawdziwych uczuć, wszystko jest jakieś na szybko i aby tylko było. Ludzie są dziwni… nie rozumiem ich w większości… z resztą, gdzie mam go poznać? Nie ma nawet chyba takiego miejsca… a przynajmniej ja tam nie bywam. Top Gun mi mówi, że ofiarowane dobro powraca, ale ja w to już chyba nie wierzę…

Uczucia mi się mieszają, raz bym chciała, a raz nazywam go zwykłym palantem, bo taka jest prawda… Mam kołowrotek emocjonalny, jak on w stosunku do niej. Jakie to wszystko jest popieprzone. On myśli o niej, czasem o mnie, ja myśle o nim. Chciałabym już nie myśleć, wymixować się z tego raz na zawsze. A najlepsze jest to, że i on i ja sobą nazwajem sobie regulujemy emocje jak nam źle…

A może mnie już tam nie ma? W sumie, jego słowa już na mnie tak nie działają… Trochę jeszcze mam w emocjach smutku, szczególnie jak mówi o niej, ale wiem, że tak, czy inaczej rcjonalnie będę mu musiała pozwolić odejsć i kiedyś się z tego ocknąć, wypisać, raz na zawsze… Przecież nie będę wiecznie jego terapeutą jak mu źle? Już nawet nie wiem, jaka jest relacja między nami, ale nie chcę o tym rozmawiać, nie mam na to siły. Raz mi wysyła całuski, raz rozmawia o niej, potem mnie przeprasza, a potem się śmieje… Tak bardzo chciałabym przestać już o tym myśleć i zacząć iść swoją drogą, gdziekolwiek ona prowadzi…

gothic-2777564_960_720

Moje życie w jakimś stopniu się skończyło razem z nim… Wszystko legło w gruzach…

Nie wiem, co mam myśleć, nie wiem, co mam czuć. Czy ta historia powinna się skończyć już? Pewnie tak, nie wiem czy będę potrafiła… Przyjechał do mnie we wtorek, 30.04. Poszliśmy na spacer do lasu, tam zaczął mnie miziać, dobierać się do mnie, powiedział, że chciałby się ze mną kochać. Złożył mi pocałunek na ustach, tak słodkiego pocałunku jeszcze nigdy w życiu nie dostałam… Potem ja go pocałowałam. Żałuję, ale nie wiedziałam, że to wszystko jest tak pokićkane. Było mi miło z nim, choć do niczego konkretnrgo nie doszło, w sumie to o  mały włos… A potem, potem kiedy poszliśmy do parku zaczął opowiadać. O swojej utrzymance, z która mieszka 5 lat, o swojej kochance, którą bardzo kocha, z którą planował przyszłość. Dał mi przeczytać swoje wuznania do niej, swoje wiadomości, to było upokarzające. Dostałam cios. Opowiadał o tym, jak się kochali. Kolejny cios. Pogadaliśmy chwilę w aucie, o tym, że gdyby nie ona, to myśli, że jakoś byśmy się dogadali… Ja powiedziałam mu, ze nie wiem już kim dla niego jestem. W końcu zaczeło mnie trząść i zwymiotowałam przy jego samochodzie z tego stresu. A potem, kiedy pojechaliśmy do restauracji dalej mnie tulił i trzymał za rękę. Na koniec spacer, w tym samym miejscu, co ostatnio też za rękę. Na koniec rozmowa, gdzie postanowilismy, że zostaniemy przyjaciółmi, bo chciałam, by choć między nami była jasność. Ale teraz ja już nie wiem, czy tego chcę… Mam totalny mętlik w głowie.Powiedział, ze potrzebuje czasu, ja chyba też.

Są chwile, kiedy nie chciałam pozwolić mu odejść, ale kiedy napisałam mu w kolejnym dniu prawdę, o ty, że był dla mnie kims wiecej niz tylko kolegą, napisał, ze nie zauważał dygnałów, albo takich nie dawałam. Gdyby tak było, , to czułby się zobowiązany opowiedzieć mi o swoim życiu, a dopóki myślał, że jesteśmy tylko kolegami to nie chciał mnie w to wplątywać. Myślał, że jest tylko kolegą. To wszystko przekreśla, bo wychodzi na to, że on mnie nie kochał, nigdy… Coś tam pisał, że w grudniu pomyślał, że może to czego chce jest blisko, ale potem spotkał się z kochanką i wszystko w nim odżyło. Teraz podobno, kiedy zaczął się do mnie miziać, w lesie to ta myśl zaczęła kiełkować jak przebiśnieg przez zgliszcza na wiosnę… ale na drugi dzień napisał o tych sygnałach, co wszystko przekreśliło… bo ja się na prawdę otworzyłam i napisałam o tym, że chciałam, może nie otwarcie, i nie, że się w nim zakochałam, ale napisałam, ze miałam wtedy taką małą myśl jak on, a resztę zostawiłam czasowi… ale teraz to już nie ważne.

Wiem, że muszę pozwolić mu odejść, ale nie potrafię chyba, nie teraz… Nie wiem, co ja sobie wyobrażałam, przeciez on mnie nie kocha i nie kochał. Jak napisał, jego serce było gdzieś indziej. A czemu mnie dotykał, miział, głaskał, odwoził, pisał całe dnie? Chyba nie znajdę na to pyranie dobrej odpowiedzi…Napisałm, ze mimo wszystko dobrze było zrobić mi miło, ale ja wiem, że na tym niczego sie nie zbduje. On chciał som i rodzinę tylko z tamtą, swoją kochanką. On ją kocha i nie zmienię tego… Nawet nie wiem, czy chcę to zmieniać. Tylko dlaczego mi wcześniej o tym nie powiedział, na początku relacji? Najlepszym chyba jest się wycofać, tylko czuję się jak nikt, jakbym nie miała kompletnie dokąd pójść. Przeraża mnie rozstanie z nim definityne, przeraża mnie samotnosć, to, ze znowu jestem w punkcie wyjścia… mimo, że uwierzyłam, że marzenia o rodzinie mogą się spełnić. Powiedział, ze gdyy nie kochanka to pewnie teraz mówiłby tak o mnie, ze mógłby mi to wszystko dać, że życie jest popieprzone, że gdyby nie ona nigdy nie poznałby mnie, bo to ona go wysłała na studia… że mógłby mi dać rodzinę, dzieci, że myśli, że byśmy się dogadali, gdyby nie ona…

Wiem, że nie mam czego w nim szukać, wszystko upadło. Dziś mma dzień żalu, chyba do Boga, że to wszystko nie potoczyło się inaczej, że nie mógł być wolny, że nie możemy razem być. Tak, przyznaję, zakochałam się w nim, a on chyba nigdy mnie na prawdę nie kochał. To smutne, czuję zalegający smutek.

Od wczoraj jestem na lekach, zaczynam brać przeciwdepresyjne. Przede mną 3 egzaminy cieżkie, nie wiem jak dam radę, jak sobie poradzę. Boje się, boję się samotności.Nie wiem, czy mam do niego pisać, czy nie… Wczoraj nie czułam takiej potrzeby, ale wiem, ze muszę zająć się sobą, ale ale czy potrafię o tym wszystkim i o nim nie myśleć? Po pół roku myślenia? A on codziennie myślał o kochance… to też mi pokazał w wiadomości…To smutne, czuje się oszukana.

Jutro mam sie z nim widzieć, nie wiem co mam robić, ja się zachowywać.Powiedział mi jeszcze, że mogę zawsze na niego liczyć, że jestem fantastyczną osobą. Mówienie komplementów przeplata sie z odrzuceniem. Nie wiem, co mam o tym myśleć. A może jutro po prostu dokończyć mówić mu prawdę? I dlatego nie możemy się już kontaktować. Jutro się okaże, czy w ogóle przyjdzie do mnie. Czuje się taka samotna… Moze gdzies tam w świecie czeka na mnie mężczyzna, który będzie w stanie mnie kochać i czuć to tylko do mnie? Tak, zębym poczuła smak prawdziwej miłości? Tak, zęby wszystkie marzenia się ziściły, ale wiem, że ciężko takiego znaleźć, wejsć w taką relację, choć moze z Top Gunem było tylko tak ciężko. Mozę są osoby, które inaczej rozmawiają, inaczej załaywiają sprawy, bardziej otwarcie?

Cały czas mam w głowie to, co o niej mówił, w jakich superlatywach, o wyglądzie, że wyglądają praktycznie  tak samo… To boli, tak bardzo boli. Ja się emocjonalnie zangażowłam, a on? Chyba nie. Dlatego to nie ma przyszłości. Choć moze za chwilę zmieni zdanie, jest chwiejny. Boli mnie to wszystko, smuci i przeraża. Przykro mi, bo władowałam w to całe swoje emocje, całe zaangażowanie, myśli…

Byłam u swojego dawnego terapeuty, tam też mi powiedzieli, żey to zostawić. Mam coraz większy mętlik w głowie. Nie wiem, jak się jutro zachować. Czy mam w ogóle odpusywać, jak będzie pisał, czy nie? Jak się przy nim zachować?

Gdy ja podejmuję decyzję o zerwaniu to jakoś mi łatwiej, przemyśle to i jest dobrze, a;e gdy ktoś mnie odtrąca to nie radzę sobie… ze stratą, nie radzę. Choć i tak mi lżej,, gdy powiedział, żę nie zauważał sygnałów, bo zdaje sobie sprawę, że nie mogę liczyć na nic, chyba. To smutne, ale przynajmniej wiem, na czym stoję. Wiem, ze z drugiej strony moim marzeniem jest, by wrócił. ale muszę się od tego odciąć, tak po prostu. Chyba tak będzie lepiej. W emocjach mam co innego niż w racjonalnym myśleniu. Mam siebie za to nie winić, jak powiedział mi terapeuta. Tylko nie wiem, czym się kierować. Dzięki tej relacji już wiem przynajmniej, ze chcę i potrzebuję opiekuńczego faceta…

To, że będę się teraz denerwować  i tak niczego nie zmieni. Gdybym nie wiem ile razy wymiotowała i się trzęsła, a mam tak co rano… Nie wiem, jak mam dalej żyć…

 

 

Dziś się cieszę, jutro bedę płakać…

Poczułam spokój. Jakoś tak dzisiaj. I choć Muzyk cały czas dopomina się o moje zainteresowanie oraz wyznaje mi swoje uczucia jakoś nie bierze to przewagi nad spokojem, który dziś czuję. W innych warunkach pewnie by mnie stresowało. Wczorajsza rozmowa z Top Gunem jakoś pozwoliła mi spojrzeć na świat łagodniej, przyjaźniej, żeby nie był już tak wrogi. Powiecie, że warunkuje sobie nastrój facetem… ale to , co tutaj opisuję to tylko skrawek mojego teraźniejszego życia, wszystkich relacji i złożonych interakcji na moje postrzeganie. Jednak chyba generalnie tak to jest, że jeśli jesteśmy akceptowani to świat jakoś nabiera kolorów… Dzieci zaniedbane w pewien spsoób w dzieciństwie wiedzą to najlepiej. I czasem naprawdę, nie chciałabym tak funkcjonować, bo wiem, ze nie jest to do końca zdrowe i dobre dla mnie, ale z drugiej strony, daje sobie na to przyzwolenie i przestałam się o to obwiniać… Po prostu, tak mam, w tym całym szaleństwie, znajdą sie też chwile kiedy się cieszę, kiedy mogę poczuć spokój, choć wiem, że te chwile przychodzą i odchodza, jakbym huśtała się na wielkiej huśtawce… w sumie, moje żeycie ma coś z tego, moje stany coś z tego mają. Dziś się cieszę, jutro będę płakać… Top Gun powiedział mi, że on też nie odnajduje się wśród ludzi. Nie wie o czym ma z nimi rozmawiać i jak podtrzymać rozmowę, jeśli jest ona o niczym lub na temat, który go niezbyt interesuje. Ja powiedziałam mu, że mam podobnie, na co on skwitował tylko, że nie ten intelekt i nie te tematy… To w ogóle takie niesamowite, że spotyka się kogoś tak zupełnie innego, z innego „świata”, innych zainteresowań, innego życia inagle okazuje się, że przez cały czas mieliście takie same lub podobne myśli, nawet w takich śmiesznych tematach. On lubi las, choć w nim biega na poligonach i ja lubię las i spacery po nim, ja się całe życie zastanawiałam dlaczego przy badaniu krwi nie można wykorzystać krwi z rany (szkoda mi było po prosu tej krwi ze skaleczenia, a kaleczyłam się kiedyś mocno przebywając całe dnie na dworze) i on tak samo całe życie nad tym myślał, bo też było mu żal tej krwi, że nie zostanie spożytkowana. 😉 I czasem z takich małych niuansów w sumie składają się nawet miłe i długie rozmowy. O poważniejszych rzeczach też rozmawiamy, o życiu, śmierci, przeciwnościach losu… ale na to musi być czas i miejsce, więc wtedy gdy uda się wyskoczyć na jakąś kawę czy jedzenie. Powiedziałam mu o niszczącej relacji z Panem ze skrzydłami, że dużo mnie to kosztowało… i mam wrażenie jakby od tego czasu zaczął jakoś inaczej się zachowywać… jakby czekał na tą opowiedź… „czy kogoś mam?”. W ogóle… dla mnie to dość dziwna relacja… ale i wydawać by się mogło, że ciekawa. W sumie, myślę dziś, że każda relacja jest inna i złożona w inny sposób. Z Muzykiem miałam kontakt cały czas i jakoś do nikąd on nie prowadził. On czasem pisał o czymś zupełnie abstrakcyjnym. A z Top Gunem potrafimy się czasem tydzień nie odzywać, nie pisać, nie rozmawiać,  bo i on jest zajęty i ja… a potem jak się spotkamy to jakby to wszystko toczy się „dalej”, na trochę wyższym poziomie wtajemniczenia… takie mam wrażenie. To nieco dziwne, ale w sumie mnie cieszy. Chce mnie kiedyś zabrać pokazać mi jednostkę i to, jak skaczą na spadochronie, albo na nocowanie w lesie pod gołym niebem 🙂 Taki pozytywny z niego wariat. W sumie, może będę się mogła kiedyś zacząć bawić, tak jak chciałam, ale nie miałam z kim…

Czemu zabrałeś mi wolność?

Dziś dzień jest jakby spokojniejszy… Nie ma tłumów ludzi, nie ma hałasu. Nie muszę się spieszyć i nawet już nie boję się, że się gdzieś spóźnię. Nie mam na to siły. Nie mam siły na lęk, na strach, na wycieńczające emocje. Dziś jestem jakoś dziwnie spokojna i dobra dla siebie. Dzisiejszej nocy postanowiłam, po raz już kolejny, że nie będę sama się wykańczać emocjonalnie. Jak na razie udało mi się w tym wytrwać… kilka godzin, co będzie dalej?

Kiedy leży się, prawdopodobnie z nawrotem nerwicy, świat wygląda inaczej. Tak zabawnie, ale i przerażająco. Kiedy każdy najmniejszy ruch sprawia okropny ból w żołądku, a myśli krążą wokół kolejnej wizyty w szpitalu- którego szczerze nie cierpię. Boję się… że kolejny raz nie dam sobie rady, nie podniosę się, a ból nie minie. Myślę o swoim życiu. Czy ma ono jakąś wartość? Czy ono istnieje po coś? Czy i ja istnieję po coś? Patrzę na zielony sufit, nie wiem, jak zacznie się kolejny poranek. Wiem tylko, że jeszcze żyję… Mimo tysiąca myśli, niepoukładanych skojarzeń, zawirowań, emocji. Dla mnie to taka chwila zatrzymania i pochylenia się nad własnym życiem, choć może robię to za często?

Przedwczoraj znów wróciłam do bolesnych wspomnień, do tych najgłębszych, ukrytych gdzieś pod twarzą zadowolonej z życia dziewczyny. Kobiety… Nie lubię kiedy nazywa się nas Dziećmi. Dzieci często nie rozumieją, co przeżywają, szczególnie te małe. Czy ja jestem gorsza, jako kobieta? Żyję, radzę sobie, jak każdy człowiek, no, może nie każdy, ale w pewnych kwestiach pozostajemy podobni. A, że w pewnych nie? Cóż… nie zaplanowałam sobie tego, nie chciałam, aby tak było. Wolałabym cofnąć czas, ale nie da się. Wracam do wspomnień, do marzeń, które miałam kiedyś, którymi żyłam… Widzę, jak większość z nich zawaliła się, jak domek z kart. Stoję znów w tej kupce gruzu, przeszukując resztki wspomnień, wydobywając to, co jeszcze zostało, to, co da się uratować. Wyjmuje z popiołu każdą myśl, która mogłaby jeszcze ze mną pozostać… Choć na chwilę…

tapeta-dziewczyna-wypuszcza-ptaki-z-klatki-w-grafice-2d

Czuję, jakbym stała w miejscu, a świat obraca się wokół mnie i choć bardzo pragnę, nie mogę do niego biec, nie potrafię nadążyć, nie potrafię pozbierać myśli, nie umiem się odważyć żyć… Kiedyś nie byłam taka, kiedyś miałam tę odwagę… Losie, czemu mi ją zabrałeś? Pozbawiłeś mnie wolności, a skazałeś na grzebanie w popiele wspomnień? Te chwile są ciężkie, lecz są tylko moje, nikogo więcej. Kocham siebie za to i nienawidzę. Zawieszona nad powierzchnią ziemi, nie mogę jej dotknąć, ani wzlecieć ku górze… jak w Dziadach Mickiewicza. Choć, może… dzisiejszy dzień coś zmienił? Mam to miejsce. Zacznę powoli oswajać się z tym, co się ze mną dzieje, może choć tutaj znajdę znów choć parę osób, które powiedzą mi „nie jesteś sama”.

Nigdy nie dałam sobie szansy być słabą, być smutną… to takie nieprofesjonalne i niepasujące do mnie. Czuję jednak, że dziś we mnie coś pękło, tak mocno, że aż poczułam to w sobie. Nie chcę już dławić w sobie wstydu, lęku i tego, że przez lata potrafiłam milczeć. To wszystko mnie uwiera, sprawia, że nie mogę być wolna. Ale… najtrudniej pomóc samej sobie.

Patrzę na promienie słońca, widzę, jak świat powolutku budzi się do życia po przeciągającej się zimie i gdzieś tam w środku dziękuję za ten dzień, niby taki sam, jak wszystkie inne, a jednak zupełnie odmienny- bo jest on moją kolejną szansą na próbę zawalczenia o siebie.

                                                        „O, gdyby tak wszyscy ludzie,                                                                                                              mogli przeżyć taki jeden dzień,                                                                                               gdy wolność wszystkich, wszystkich zbudzi…                                            I powie idźcie tańczyć, to nie sen…”

                                      „Sen o Victorii”

notatki, 10.03.2018r.

 

„Avatar”, czyli kolejna historia miłości na tle tragedii…

„Avatar”, czyli historia wielkiej, zakazanej miłości, na tle ogromnej katastrofy…

Takimi słowami mogłabym określić ten film, wyreżyserowany przez Jamesa Camerona, twórcę tak często pojawiającego się na ekranach hitowego melodramatu jakim jest „Titanic”… Powstał w dwutysięcznym dziewiątym, a z jego obejrzeniem zwlekałam bardzo długo. Dopiero pod wpływem pewnego teledysku zrealizowanego do piosenki Nightwish pt. „Ever dream” , kiedy to zobaczyłam malownicze widoki krainy, w której zamieszkiwał lud Na’vi, zdecydowałam się obejrzeć cały film, by móc zrozumieć teledysk. Obejrzałam więc cały, prawie trzygodzinny film, by móc inaczej spojrzeć na trzyminutowy teledysk, cóż… po prostu ja.

Jake jest weteranem, sparaliżowanym od pasa w dół, jeżdżącym an wózku. Kiedy był zdrowy, był „zwykłym żołnierzykiem”, jak często o sobie mawia. Przez przypadek, jego brat, będący naukowcem badającym planetę zwaną Pandorą, zostaje zadźgany nożem na ulicy, a Jake, posiadający takie samo DNA leci na Pandorę, w zastępstwie za brata. Na stacji badawczej znajdującej się na Pandorze, poznaje dwa obozy. Pierwszy, któremu przewodniczy dr Grace- badaczka, która napisała książkę o ludzie tubylczym, żyjącym na planecie- Na’vi, chcąca poznać zwyczaje tego ludu i badać go oraz pułkownika, który chce przesiedlić plemię by zdobyć cenny materiał , w postaci tworzywa zwanego unabtainium  znajdujący się  na planecie. Na stacji tworzone są tzw. avatary, wyglądem przypominające do złudzenia ciała tubylców, hodowane z DNA człowieka i tubylca, którymi steruje się znajdując się w specjalnie przygotowanej do tego kopule, łącząc się z avatarem za pomocą neuronalną. Kiedy Jake budzi się w postaci avataru, odkrywa, iż może chodzić, a nawet biegać, co jest dla niego ogromną radością. Jake, Grace i jeszcze jeden mężczyzna schodzą w postaci avatarów na Pandorę, by pobrać próbki, jednak podczas tej wizyty Jake odłącza się od pozostałych, będąc goniony przez drapieżnika zamieszkującego Pandorę. Nastaje noc i badacze muszą wracać do stacji, czynią to więc nie znajdując Jake’a. Ten natomiast przemierza samotnie  bujny las Pandory, jednak zostaje zaatakowany przez tamtejsze , drapieżne zwierzęta. Z pomocą jednak nadchodzi mu przedstawicielka plemienia Na’vi, córka ich wodza. Kiedy jednak chce gdzieś go zaprowadzić, Jake spada z drzewa i znajduje się pośród ludu Na’vi, który nie jest do niego przyjaźnie nastawiony. W dalszej części filmu dowiadujemy się bowiem, iż Na’vi wiedzieli o operacjach przeprowadzanych na ich planecie i nie byli z tego faktu zadowoleni,nazywając atakujących ich ludzi „ludźmi z nieba” ,choć chętnie uczęszczali do szkoły, która utworzyła na Pandorze Grace , by uczyć ich angielskiego. Na’vi zabierają Jake’a do swego plemienia  i dają się mu przekonać, iż jest niegroźny a przybył na Pandorę w celu uczenia się ich życia i patrzenia na świat. Pozwalają avatar-sequels-delayedmu więc zostać, a szamanka plemienia nakazuje by Neytiri, córka wodza, która uprzednio uratowała mu życie, uczyła go ich życia. Tak też się dzieje. Jake poznaje coraz to nowsze zachowania i zjawiska będące świętością dla plemienia Na’vi. Uczy się jeździć na dziwacznych koniach jakie posiadają Na’vi, a także latać powietrznymi stworzeniami. Poznaje także ich język oraz wierzenia… Dowiaduje się o świętym  dla Na’vi Drzewie Dusz oraz o Eywie- bogini Na’vi. Budząc się i zasypiając w kapsule, żyjąc jako avatar Na’vi oraz jako Jake, jeżdżący na wózku, były żołnierz, znajdujący się na stacji Pandory, powoli zaczyna zatracać się w świecie Na’vi. Staje się pełnoprawnym członkiem plemienia, a także zakochuje w Neytirii, tóra odwzajemnia jego miłość. Zostają więc parą. W tym samym czasie, upływają trzy wyznaczone miesiące, które pułkownik wyznaczył Jake’owi do namowy Na’vi na przesiedlenie się. Gdyż cenny materiał, jakiego poszukuje grupa znajduje sie właśnie pod Domowym drzewem Na’vi. Pułkownik wysyła więc roboty i bultożery, mające zniszczyć drzewa i spowodować, że Na’vi opuszczą to miejsce. Na stacji badawczej dochodzi do rozłamu, gdyż Grace nie chce dopuścić, by machiny pułkownika zniszczyły dom Na’vi i najcenniejsze dla nich skarby ukryte w lesie. Twierdzi, iż istnieje sieć pomiędzy korzeniami drzew, a Na’vi, z którego plemię korzysta. Pułkownik jednak nie godzi się z tym i chce siłą odebrać Na’vi cenny materiał, w postaci zburzenia ich domu, oraz tego co posiadają, a potem zabicia plemiania. Jake chce ostrzec plemie, jednak zostaje odłączony i wraca do swego prawdziwego ciała. Prosi jednak pułkownika, iż przekona Na’vi do puszczenia Domowego Drzewa, które ma zostać znisczone. Ci jednak biorą go za zdrajcę i nie słuchają. W tym samym czasie Domowe Drzewo Na’vi zostaje ostrzelane, a przerażeni Na’vi muszą uciekać. W pożarze ginie ojciec Naitiri, która nie chce kontaktować się z Jake’em. Uciekający lud Na’vi kierują się w stronę Drzewa Dusz, ich świętego miejsca. Tymczaem avatar Jake’a pada na ziemię, a cały badawczy zespół jest schwytany i uwięziony przez pułkownika. Z pomocą jednak przychodzi jedna z dziewczyn będacych w oddziale pułkownika, która nie chce już zabijać Na’vi i niszczyć ich domu. Uwalnia ona zespół Grace, w którym znajduje się Jake, jednak sama Grace zostaje ranna przy akcji ucieczki uwięzionych. Jake szybko znów staje się avatarem i pragnie udowodnić plemieniu, iż jest po ich stronie. Udaje mu się okiełznać stwora fruwającego w przestworzach, o którym opowiadała mu Neytiri, iż jest to niebezpieczny i potężny stwór, a okiełznać udało się go tylko pięć razy w ciągu trwania plemienia Na’vi. Ostatnim, ktoremu się to udało był dziadek jej dziadka. Jake przybywa do ludu Na’vi na czerwonym Toruku. Tak zostaje Toruk Makto- osobą ujeżdzającą Toruka. Przygotowuje też plemię Na’vi do walki z oddziałami pułkownika. Raniona Grace umiera, mimo tego, iż Jake zanosi ją do Eywii. Bogini Na’vi nie ratuje badaczki, a Jake poleca na’vi zebrać inne klany, by stanąć do walki z bultożerami i maszynami pułkownika. Rozpętuje się wojna i mimo wielkich strat, Na’vi, z pomocą dzikich zwierząt, których wolę poniekąd nagle zsyła im Eywia, za wcześniejszą prośbą Jake’a i Na’vi wygrywają wojnę. Niestety wielu z nich ginie, w tym nowy następca wodza- Tsu They. Ginie także avatar z drużyny Jake’a. Podczas ostatniej bitwy, jaka rozgrywa się pomiędzy Jake’em a samym pułkownikiem, kiedy robot pułkownika ma zabić Jake’a, Neytiri uwalnia strzałę, która zabija pułkownika. Niestety, Jake budzi się i dusi, gdyż jego mały barak badawczy do którego został przeniesiony uległ zniszczeniu, a do środka dostaje się mieszanka gazów, w której ludzie nie potrafią funkcjonować. Znajduje go jednak Naitiri i podaje mu maskę. Potem Jake zostaje wybrany przez umierającego Tsy They na nowego przywódcę plemienia. Jake zostaje w plemieniu Na’vi, z Neytiri i innymi, kiedy budzi się przyniesiony pod Drzewo Dusz, za sprawą Eywi tylko już  jako avatar…

„Avatar” jest skonsytuowany jak dobra bajka, opowiadająca o walce dobra ze złem, gdzie na końcu wygrywa dobro. Momentami fabuła filmu bywa bardzo naiwna, a całość przypominała mi historię Pocahontas, tym bardziej, że Na’vi są nawet podobni do Indian w niektórych zachowaniach. Jeżdżą też na koniach, strzelają z łuków…. kochają swoją krainę i chcą bronić jej przed odebraniem przez obcych, którzy weszli na ich teren. Wątek opowiadający o dziwnej, zakazanej miłości „obcego” przybysza Jake’a i córki wodza Naitiri też jest oklepany i pojawiał się już w wielu filamach. I choć wielu widzów może wzruszać, to jednak wydaje się zbyt pospolity i za dobrze znany. Mnie produkcja ta urzekła tylko dwoma rzeczami. Pięknymi, malowniczymi widokami i człowiekiem, który zatracił się w świecie „obcych” by zaznać szczęścia, którego nie miał na ziemi, wśród swoich. Kiedy Grace zapytała się, dlaczego przyleciał najedną z najniebezpiejszych planet i chce wziąć udział w niebezpiecznej misji odpowiedział, iż miał dośc tego, że nic nie może. Pragnienie wolności od kalectwa, a także poznanie uczuć, których wcześniej mu brakowało, przeniosły tego człowieka w inny świat, w inny wymiar. Jak sam stwierdził, wszystko się odwróciło, zdaję  się, że to jest tylko sen, a tamto to prawdziwe życie.

„Awatar” to jak dla mnie opowieść o poszukiwaniu szczęścia w w kontekście naukowych badań i tego wszystkiego, co daje ludziom inny świat, odkrycia i nowości. Jake choć był tylko narzdziem w rękach wielkich naukowców i odkryć badawczych, znalazł to, czego brakowało mu by być szczęśliwym, wolnośc, miłość i akceptację. Ta choć banalna historia prostego żołnierza jakim był Jake, pokazuje świat pragnień zwykłego człowieka, których w tym kontekście nauka zdaje się nie widzieć? Stwierdzono, iż niektórzy widzowie popadli w depresję po obejrzeniu tego filmu, z powodu braku możliwości życia na pandorze. Film bardzo dobrze obrazuje zadawane sobie od XIX wieku pytanie… wciąż to samo… serce, czy rozum?  O niemożności pogodzenia tych dwóch kwestii na planecie zwanej Pandorą, w zamyśle Jamesa Camerona już wiemy, a jak się to ma w kontekście naszego, ziemskiego życia…?

Szczególny dzień!

Dziś jest dla mnie jakiś mój mały, szczególny dzień… Równo rok temu „poznaliśmy się” z Panem ze skrzydłami, właściwie to, zobaczyłam go po raz pierwszy na ekranie, a właściwie nawet nie jego, tylko jego imię i nazwisko. Nie będę tłumaczyć, po prostu- zobaczyłam. Odpisał mi coś, jakieś zdanie o regule logicznej. O dziwo, odpisał, bo nikomu wcześniej, ani później nie odpisywał. Oglądał moje zdjęcie…

Czuję, że na tym blogu przeoczyłam jakoś początek naszej znajomości. W zasadzie, nic tutaj nie wspominałam o naszych pierwszych spacerach po lesie, o rozmowach, o pierwszej kawie i o pierwszym buziaku, który był niekontrolowany i za który mój ukochany musiał się wstydzić przede mną. Miłe wspomnienia. Bardzo miłe, dla kogoś, kto przywiązuje wagę do posiadania takowej osoby „tylko dla siebie”. Muszę to nadrobić, zaległości na blogu w kwestii Pana ze skrzydłami.

Od ostatniego wpisu minęło trochę czasu, moje wątpliwości, cóż…poradziłam sobie z nimi. Pójście na studia, w ten cały zgiełk studentów i nauki dało mi nadzieję i choć czuję się zmęczona- poczułam się lepiej, zdecydowanie, poczułam, ze są ludzie, dla których są ważne również te tematy, które ważne są dla mnie i którzy to rozumieją. A nie od razu negują, więc poczułam swoją celowość i wzbił się we mnie jakiś zapał do pracy. Uznałam, że swoje potrzeby trzeba realizować. Poczułam się ważna, tak po prostu. Zwróciłam się też bardziej ku mojemu życiu i potrzebom. Czego wcześniej nie robiłam. Poczułam, że wraca do mnie moja wrażliwość, to wszystko- czego doświadczałam będąc młodszym człowiekiem, a czego mi bardzo brakowało w życiu od jakiś paru lat wstecz. Zajmując się jakimiś dziwnymi problemami, nie umiałam się skupić na życiu, a może „życie” wydało mi się po prostu za trudne, aby się na nim skupić, więc wolałam inną drogę? Nie wiem… W każdym razie dziś czuję się w miarę okej i cieszę się an kolejny zjazd na uczelni, choć ma on trwać 4 dni i być bardzo męczący… Pewnie uda mi się też zobaczyć z Panem ze skrzydłami. Bo od dwóch tygodni się nie widzieliśmy i bardzo mi go brakuje. Wczorajszego dnia też byłam na fajnym wydarzeniu kulturalnym, ale o tym już innym razem…

11987691_rozpromieniona-krolowa