Przykrości i twórczość…

Czas się zatrzymał… Tak przynajmniej mi się wydaję, nie pisałam tu długi czas… Robię coś innego. Wreszcie wzięłam się za pisanie esejów i wierszy, pokazywanie ich ludziom, to przyjemne, choć jak na razie przyciąga do mnie samych dziwaków… Nie wiem co mam takiego w sobie… Na dodatek niedawno pokłóciłam się z mamą, zwyzywała mnie bo do niej nie pisałam, nie słucham się jej i spotykam z chłopakiem, kiedy mam z nikim się nie spotykać, to było jeszcze wcześniej, teraz Soldier pojechał pilnować granic, więc siedzę sama w domu. Ona się ze mną pokłóciła… o niego…było mi bardzo przykro. Nie mogę tego zrozumieć. Kiedy wreszcie jestem szczęśliwa, kiedy matka powinna się cieszyć ze szczęścia swojego dziecka, ona się ze mną kłoci… Powiedziała mi, że mam się z nim rozstać i go nie przyjmować… Popłakałam się.

Za dwa dni porozmawiałyśmy już spokojniej… Wyjaśniłyśmy sobie dużo rzeczy, ale jeszcze nie wszystko, okazało się, że moja matka kompletnie nie ma pojęcia co mi zrobiła tym, że piła alkohol, że mnie nie wychowywała, że nie była przy nie kiedy dorastałam. Powiedziała mi, ze dziwi się nie, bo przecież ja nie miałam żadnych obowiązków. Zrobiło mi się też przykro… Myślałam, że to rozumie, ale jak widać nie… Podczas tej rozmowy wytłumaczyłam jej, ze relacja z Soldierem jest dla mnie ważna i nie zostawię go, bo ona sobie tego życzy… I pokazałam wiadomości, jakie do mnie pisze chłopak. O tym, że mnie kocha, o tym, że zawsze mogę na niego liczyć, o tym, że mnie nie zostawi, że dopiero przy mnie czuje, co to prawdziwe szczęście i jak to jest naprawdę się zakochać… Dopiero po tych wiadomościach odpuściła temat i nie dręczy mnie już wiadomościami o treści, że mam go zostawić i zakazać mu się zbliżać do mnie… Nie wiem dlaczego tak mówiła, nawet go nie poznała, bo kiedy chcieliśmy do niej jechać, zabroniła nam przyjeżdżać do niej , bo miała nieposprzątane…

5832_l2

Teraz jest już dobrze, jednak biorąc pod względy całość sytuacji, przykro mi, że tak się zachowała. Rodzina chłopaka wstawiła się za nim i powiedziała mi, że ma przeze mnie ich chłopak nie cierpieć. A moi rodzice? Jakby ich nie było. Poczułam się jakbym była sierotą, nawet nie chcieli go poznać… Wiem, ze Żołnierz nie jest taki, że zwraca na to uwagę, w końcu jak powiedział, ze mną będzie żył, nie z moją matką i ojczymem, ale mnie jest przykro i wstyd przed jego rodziną…  Chciałabym, aby było rodzinnie, ale to moje marzenia z dzieciństwa, które się już nie spełnią. Muszę zbudować swoją rodzinę, rodzinną i rozumiejącą swoje potrzeby…

Kwarantanna nie byłaby dla mnie w ogóle straszna, gdyż jestem typem introwertyczki, lubię mieć czas dla siebie i zająć się swoimi pasjami… O tyle, o ile przy tym mogłabym się spotykać z Żołnierzem… bo tylko on mi do szczęścia teraz potrzebny… Ale boję się, sama nie wiem… Pilnuje granic, jest w wielkiej grupie kolegów, może się zarazić… Boję się o niego, o siebie…

Z dobrych wiadomości zaś to, że kwarantanna mi… służy! Stworzyłam nowe miejsce w sieci, zaczęłam pisać poezję, obecnie szukam kogoś kto utworzyłby muzykę do moich słów… Ktoś coś?

A Wam jak mijają wiosenne dni?

 

 

Asertywność popłaca!

Pamiętacie, jak nas uczyli w szkołach, że trzeba być asertywnym? Trzeba też potrafić mówić „nie”, w słusznej dla siebie sprawie. I wszystko to jest prawdą, jak i zarówno ściśle wiąże się z dbaniem o swoje dobro, komfort fizyczny i psychiczny, jednak ostatni czas mojego życia pokazał mi, iż asertywność to nie tylko słowo, z zakresu tych,  których słyszeć nie lubimy. (Kto bowiem uwielbia sprzeciw? 😉

I znowu wrócić muszę do chyba już słynnego wpisu o obojętności, o którym tak często wspominałam w poprzednich notkach. Bowiem w tym wpisie nastąpiło coś, co poniekąd pozwoliło mi wyrwać się ze starych schematów działania. Zawsze kiedy dział się koło mnie konflikt, w który byłam bezpośrednio lub też pośrednio zamieszana, starałam się wyjaśniać, tłumaczyć, chciałam, aby osoba, która też bierze w tym udział Viele verschiedene Hände halten eine leere schwarze Tafelzrozumiała moje intencje, sposób myślenia, działania. Swego czasu bardzo mocno mi na tym zależało, więc wkładałam w to cały swój wysiłek i energię. Było we mnie też wewnętrzne przekonanie, że jeśli nie zostanę zrozumiana coś się zepsuje, coś utracę lub też coś się zakończy. Więc żyłam tak przez lata, w wewnętrznym przekonaniu, że muszę i chcę wyjaśniać coś ciągle ludziom dookoła mnie. W większości jednak uczynić się tego nie dało… Więc moje próby, starania i słowa spotykały się z murem.( Moja najbliższa rodzina ostatnio fixuje… No cóż, może to też wiek. Nie mam im tego za złe. ) Kiedy więc działania takie nie przynosiły rezultatu, czułam się niezrozumiana, samotna, opuszczona, czułam ewidentnie, że mam swój świat, który nie będzie zrozumiany i w pełni zaakceptowany…

Jednak, po kolejnej wymianie zdań z Mamą zrozumiałam, że zrozumiana nie będę i pojawiła się we mnie tak duża obojętność na to, jak zachowują się inni, że było to dla mnie doświadczeniem całkiem nowym, ale i bardziej przyjemnym niż obarczającym. O dziwo- nie czułam się winna, że to czuję. Jakkolwiek absurdalnie to nie zabrzmi. W zasadzie nie ma przecież emocji, które powinniśmy czuć, przez które powinniśmy się czuć winnymi… ale czasami takie poczucie winy towarzyszy niektórym emocjom. Nastała wtedy taka obojętność, iż nie miałam siły ani nie widziałam sensu tłumaczenia, wyjaśniania po raz kolejny, że widzę całą sprawę inaczej. Doszłam do wniosku, że każdy ma prawo do swojego zdania i niech tak zostanie.  Przestałam tłumaczyć, zabiegać o to, żeby mną a Mamą było dobrze. Zawsze to ja za wszystko przepraszałam, brałam podświadomie winę na siebie, żeby Mama nie czuła się źle. A tym razem po prostu tego w stosunku do niej nie zrobiłam. Nie zachowałam się jak dziecko, które było na tyle posłuszne, aby brać na siebie nie swoje winy i obciążenia. Po prostu… zamilkłam, myśląc sobie „Nie da się wytłumaczyć, nie będę tłumaczyć, bo to bez sensu.” O dziwo Mama sama, po raz pierwszy w życiu wyciągnęła pierwsza rękę do „zgody”, co było dla mnie całkiem nowym doświadczeniem.  Oczywiście, pogodzić się z nią pogodzę, w końcu to moja Mama, a i tak małe spięcia na przeciw tego, co jej wybaczyłam są niczym… ale chodzi mi tu o fakt samego zachowania.

Terapeuta był ze mnie dumny, w zasadzie wszyscy byli, a ja zobaczyłam, że nie muszę ciągle wszystkiego rozwiązywać, zabiegać, tłumaczyć… Jeśli się z tego zrezygnuje, życie na prawdę wyda się łatwiejsze, bo spada balast odpowiedzialności za myślenie wszystkich wokół.

Asertywność więc to nie tylko mówienie słowa „Nie” jasno i wyraźnie innym. To też powiedzenie słowa „nie” sobie, zrezygnowania z czegoś, ale w dobrym dla siebie interesie…

Poniżej wklejam pięć praw asertywności z forum.gazeta.pl, mogą się okazać przydatne 🙂

Pięć praw Fensterheima:

1. Masz prawo do robienia tego, co chcesz – dopóty, dopóki nie rani to kogoś innego.

2. Masz prawo do zachowania swojej godności poprzez asertywne zachowanie – nawet jeśli rani to kogoś innego – dopóty, dopóki Twoje intencje nie są agresywne, lecz asertywne.

3. masz prawo do przedstawiania innym swoich próśb – dopóty, dopóki uznajesz, że druga osoba ma prawo odmówić.

4. Istnieją takie sytuacje między ludźmi, w których prawa nie są oczywiste. Zawsze jednak masz prawo do przedyskutowania tej sprawy z drugą osobą i wyjaśnienia jej.

5. Masz prawo do korzystania ze swoich praw.

P.S. Do czwartego dodałabym jeszcze („Jeśli się da wyjaśnić, bo przedyskutować, a wyjaśnić, to dwa różne znaczenia”)

Myśli przy szklance herbaty układane…

Znowu siadam by napisać parę słów w tym miejscu. Zastanawiałam się kiedyś nad tym, czy nie dać któregoś ze swoich tekstów do oceny przez innych, na jakiś portal literacki… Dochodzę jednak do wniosku, że chyba nie mam siły na to, aby być oceniana i krytykowana. Nie chcę w tym momencie mojego życia. Dzisiaj znowu kiepski dzień. Źle się czuję… jakoś lepiej mi z myślą, że teraz przynajmniej to rozumieją. Ona to rozumie. Matka. A przynajmniej próbuje. Czy mój świat to ona? Chyba nie do końca… Chcę pobyć sama ze sobą, chyba tylko to się liczy dzisiaj. Nietoperz nie odpisuję, ale przestałam się nad tym zastanawiać, pewnie napisze kiedyś… może… Wysłał piosenkę, która mnie rozwaliła. czasem mam wrażenie, że jest bardzo podobny… Dziś chcę mieć blog, szklankę dobrej herbaty i swoje myśli. Taki zamiar. Nie mogę znaleźć miejsca dzisiaj, nawet w słowach…Spacer, moje wieści. Jest tyle rzeczy nienapisanych… które gdzieś chciałabym zawrzeć, emocje… Może to już czas na porządniejszy wpis, w końcu nic teraz nie będzie mnie ograniczać!