Świąteczne rozmowy i o dalszych podchodach słów kilka.

W Święta zawsze każdy ma trochę więcej czasu. Przynajmniej wśród tych, którzy święta spędzają w gronie rodziny. I tak, czasem przy świątecznych rozmowach można się czegoś dowiedzieć, tównież o tyh, o których nie słyszy się na co dzień bo albo nie chce się o nich słyszeć, albo dawno gdzieś ślad po nich zaginął. I tak było tym razem.Podczas pogawędek przy świątecznym obiedzie, dowiedziałam się co nieco o dalszych losach M., Małej, a także Pana Blond 🙂 Choć jakoś nie chciałam o nich zbyt dużo wiedzieć, szczególnie o M.

M. podobno rzucił szkołę, zaraz po osiemnastce i poszedł do pracy, na taśmę w jakiejś firmie produkcyjnej, robiącej części do samochodów. Zarabia po trzy tysiące i jak narazie go to cieszy. Chce się wyprowadzić od ojca.- Byłam w szoku muszę przyznać, nie dlatego, że okazał się tak samodzielny, ale, że postąpił tak bezmyślnie. Przecież on nie ma nikogo, a jeśli zdobyłby choć jakiś zawód, mógłby się już na dobre usamodzielnić. Próbowali go podobno przekonywać, ale nic nie mogą zrobić, gdyż nie ma argumentu. Fakty są takie, że wiele magistrów jest bezrobotnych, więc… tak lepiej… Nie ma argumentu. Nie wiem, czy on nie widzi, że nie ma osoby, która mogłaby mu pomóc za kilka lat? Mąż mamy pewnie by chciał, ale co on zrobi, skoro jest tak daleko? M. jest tam skazany na siebie samego, tylko. I choć kiedyś mnie wkurzył, to jednak nie życzę mu źle, ale jeśli dalej będzie tak postępował i nie myślał co będzie za kilka, kilkanaście lat to nie wiem, jak skończy się jego historia. Do tego te pieniądze, pewnie odbije mu szajba, jak to takiemu młodemu chłopakowi, skoro nie myśli o przyszłości, to jest to możliwe.

Pan Blond, który był jedną z dwóch rozrywek podczas pamiętnych wakacji, gdzie spotkałam Łapacza Krokodyli i całą wesołą trupę, i z którym całkiem fajnie się gadało podobno ostatnio przybył na jakieś spotkanie w większym gronie. Jakoś żyje, był taki jaki jest, ma dziewczynę, jakąś brunetkę.

Mała kończy szkołę i chcę iść na dietetykę albo na hotelarstwo. Hotelarstwo by jeszcze uszło, choć język trzeba znać, ale dietetyka? Zdziwiło mnie to. Ta jest mnóstwo biologii, chemii, matematyki. A skoro nie zna tabliczki mnożenia to może być kiepsko. Mama mówi, że nawet fajna z niej dziewuszka, jakoś tam próbuje sobie radzić. A to pójdzie na łyżwy, a to kupiła sobie lampkę do robienia paznokci to coś tam próbuje dłubać. Świat się jakoś kręci, choć każdy jakby poszedł w swoją stronę. Cóż, może dziwie się przyznawać, ale ja nawet się cieszę, że wyszło jak wyszło. Bo jakoś niespecjalnie czułam się w tamtym  całym towarzystwie. Żal mi chyb atylko relacji z M. Jakiś sentyment do niego mam, a może bardziej do tego fajnego czasu, jaki z nim spędziłam, do tych ciepłych i słonecznych wakacji. Wiem, że już nigdy prawdopodobnie go nie zobaczę, ze się zmienił i, że tematego M. już nigdy nie będzie, gdzieś zniknął, ale jednak w mojej pamięci, gdzieś głęboko jakoś został taki, jak był wtedy. Choć to dzieciak i teraz wiem to na pewno.

Top Gun cały czas próbuję się jakoś do mnie dopchać. Ostatnimi dniami, jakoś to całe nasze pisanie i rozmowy zamieniły się w jawne podchody. Nie wiem, jak będziemy się czuli, gdy się znowu spotkamy, bo po tych tekstach jakie teraz do siebie wysyłamy, to może być dość dziwna sytuacja, tak się spotkać. Ale dałam sobie czas i możliwość na trochę luzu, nie zawsze muszę być pod kontrolą, mogę śmiać się i bawić. To takie dziwne, napisać jest dużo łatwiej niż powiedzieć, tak prosto w oczy… z emocjami na twarzy. Wczoraj, kiedy mi pisał coś na dobranoc, wypalił jeszcze, niby, w żartach, żebym „spróbowała z nim zamieszkać”… Na co ja napisałam, że muszę isć już spać i rozmowa się jakoś urwała samoistnie. Dziś pewnie znowu napiszę. Ciekawa jestem jak się ona potoczy dalej…

 

Noce pełne wrażeń i przygód… nie takich, jak się spodziewałam, ale jednak…

Wieczór… taki spokojny. Przyznaję, że dziś miałam dość ciężki dzień. Jakoś tak dużo wspomnień wróciło, dodatkowo przez przypadek otworzyłam jedno zdjęcie, którego nie powinnam była otworzyć. Potem rozbolała mnie głowa… Przeszło dopiero na jeździe, która przebiegła lepiej niż chciałam. Ostatnio załapałam świetny kontakt z koniem i tworzymy zgrany duet 😉 Pogalopowaliśmy sobie dziś ładnie 🙂 Teraz siedzę 20160825_121701 (2)sobie w moim małym, przytulnym pokoiku, umyłam włosy, opiłowałam i pomalowałam pazurki, jakoś tak mam ochotę się uspokoić. Więc pomyślałam sobie, że zajrzę na blog, popiszę sobie o pierdołach i pierdółkach 🙂 I przypomniało mi się podczas mycia włosów, że nic Wam nie pisałam o Małej, a o niej równie można napisać coś ciekawego i śmiesznego, choć lekko smutnego zarazem…

Przybywając na miejsce, podczas wyjazdu, kobietki miały pięcioosobowy pokój, bowiem każda płeć była w osobnym pokoju, bo, jak to stwierdzili, mnie z M. trzeba rozdzielić… Co dla mnie było śmieszne, ale pomimo protestów i śmiechu z mojej strony, postanowili. Później się nawet cieszyłam, że miałam osobny pokój. Było więc kilka łóżek, trzy pojedyncze i jedna wersalka, wąska co prawda. Pomyślałam więc, że wąską wersalkę zajmę ja, wraz z Małą. Małą lepiej mi przesunąć, gdyby w nocy się wierciła, czy odsunąć na bok, a z obcą całkiem osobą nic nie zrobię… Pierwszej nocy w ogóle nie mogłam zasnąć, bo targały mną różne myśli i zastanawiałam się, jak i czy w ogóle podjąć rozmowę z M. , który sam z siebie takiej chęci nie wyraża. Mała wierciła się, kręciła, spała bardzo niespokojnie, coś mruczała, ale wciąż spała bardzo twardym snem. Kiedy już zasnęłam snem płytkim, prawie czuwając, a zostało 3 godziny do pobudki, bo rano miałam umówioną jazdę w teren, nagle wybudziło mnie coś bardzo dziwnego. Leżałam plecami do Małej, twarzą do ściany, tak, żeby nikt nie widział smutku. Nagle usłyszałam głośne „Kici, kici!” Po czym nie zdążyłam się odwrócić, kiedy Mała z całej siły przyłożyła mi dłonią w policzek! Zupełnie nieświadomie. Zabolało. Odwróciłam się, przełożyłam jej rękę. Śpi nadal. Dziewczyny się pobudziły po tekście „Kici, kici! na cały głos, ale każda udaje, że śpią dalej… Po jakichś paru sekundach Mała siada na łóżku i zaczyna szukać picia. Odwracam się więc, żeby zapytać, czego szuka i co jest, łapie ją delikatnie za rękę, a ona w tym momencie się budzi! I zaczyna się niesamowicie szarpać i krzyczeć! Na prawdę dobrze, b3a8327f001ce50e4e5647deze na co dzień pracuję z końmi i nie panikuję w takich przypadkach. Bo w końcu ile razy koń, którego prowadziłam dostał paniki strachu i się szarpał? 😉 Trzymam ją dalej za rękę mocno, mówię, żeby się uspokoiła, że nic się złego nie dzieje… W końcu nie spadła z łóżka i przestała krzyczeć… Napiła się i poszła spać. Leżę dalej, spać mi się już chce, za chwilę trzeba będzie wstać. Dziewczyny nadal udają, że śpią… Ja też już przysypiam, po raz drugi tej nocy i nagle, niespodziewanie, Mała na spaniu wyciąga ręce, maca mnie po twarzy i słyszę „To ty, to ty?”. Zaraz przestaje. Odwracam się znowu, patrzę co się dzieje… Mała śpi w najlepsze. Za chwilę przytula mnie mocno ręką, kładzie nogę na moje udo i znów śpi… Przesuwam ją, ale za minutę jest to samo… Po którymś razie daję spokój. Przytula mnie, jak misia i śpi. Moje ciało drętwieje, przy którymś razie czuję, że zaczynam zjeżdżać z łóżka w szparę pomiędzy łóżkiem i ścianą…

W drugą noc dostałam kolanem w żebra, w trzecią musiałam ją całą przekładać, bo przyszłam dosyć późno, około drugiej w nocy, a Mała już spała, oczywiście na całej wersalce, więc nie miałam gdzie spać. W kolejną noc nie miałam gdzie dać nóg, a innym razem włożyła mi swoją nogę między uda, więc musiałam wyjąć swoją nogę i znów ją przesuwać… Raz by była spadła z łóżka.

Tak właśnie spędziłam piękne noce wyjazdu, kiedy w dzień zasuwałam po osiem razy tam i z powrotem… od domu do atrakcji…. Mała ma jakieś lęki, myślę, że nerwicę też, najprawdopodobniej przez to, co się w działo w rodzinie… Przez co mówi przez sen, wstaje, robi coś, a potem w ogóle nie pamięta tego. Kiedy jej rano opowiadałam, patrzyła na mnie ze zdziwieniem i niedowierzaniem.

A miałam tak się wyspać na tej podwójnej wersalce…

Dziwne teorie, Instagram i niecodzienna propozycja

Wstałam. Muszę przyznać, że spokojniejsza. Wczorajszy wpis na blogu pomógł coś poukładać, zadziwiające, ale prawdziwe. Dziś spałam do dziewiątej. Dziwi mnie to, bo zazwyczaj już o siódmej coś mnie budzi, coś wewnątrz mnie, co nakazuje poderwać się z łóżka. Przecież nie mogę przegapić kolejnego dnia. Kolejnego dnia smutku i gnębiących myśli? Dzisiaj jednak jest inaczej… Nie denerwuje mnie nawet hałas domowników, ich głośne rozmowy, czasami popierane absurdalnymi argumentami, których to argumentów nie trawię. Może to stan chwilowy, nie mniej jednak cieszę się nim.

Ostatnio doszłam do wniosku, że jeśli nie pozbieram się sama, chyba nikt nie będzie w stanie mi pomóc. Chodzenie na terapię też już powoli wydaje mi się być absurdalne. Słyszę tam teorię zupełne niezgodne z moimi odczuciami, a przecież do własnych odczuć mam pełne prawo, nawet, jeśli są one irracjonalne. Kiedyś podczas naszej korespondencji z Nietoperzem przeczytałam bardzo mądre zdanie, a mianowicie „Nie bój się tego, co czujesz.” I pomyśleć, że powiedział mi to z pozoru dość prosty chłopak…Z pozoru, bo myślę, że wewnątrz też jest nieźle emocjonalnie „pozytywnie pokręcony”. A zdanie to stało się moim takim małym mottem do przeżywania i odczuwania oraz sposobu zrozumienia tego, co czuję. Wracając do terapii, słucham tam o korzyściach ze zrobienia herbaty i tego, że ktoś może spokojnie poleżeć. No i powiedzieli mi, że mam w sobie depresyjność. Ależ tu na prawdę nie chodzi o herbatę!! To, że nie dostrzegam pewnych pozytywnych skutków w codzienności jest raczej związane z tym, co się działo we mnie i dzieje nadal i myślę, że trzeba by najpierw to uporządkować, a potem dopiero skupić się na tym, czy naturalna radość sama wróci, czy też nie i trzeba będzie poszukać innego rozwiązania. Czuję, że terapeuta mnie jednak nie rozumie i mogę sobie opowiadać, analizować…

Mała założyła Instagrama. Serwis jak serwis, tyle, że wypisuje tam z koleżankami różne rzeczy, w tym wulgarne. Chce abym sobie też założyła, a ja nawet nie wiem, co miałabym tumblr_o28s6lK4bj1r1thfzo1_1280tam dodawać i jak to działa. Wiem tyle, że to taka strona ze zdjęciami robionymi przez telefon, „z ręki”. A ja takich zdjęć raczej nie posiadam, owszem, mam chyba z milion zdjęć, ale bardziej profesjonalnych, nie robię selfii, zdjęć jedzenia czy innych takich. Nie wiem, czy takie lepsze zdjęcia też tam dodawać można i jaki to miałoby mieć odzew, skoro nie mam tam żadnych znajomych. Dodatkowo jest jeszcze jedna sprawa, która mnie paraliżuje… Insta ma Indianer! A ja nie chciałabym tego widzieć, oglądać… Odizolowałam się od tego, tak jest lepiej… Nie będę się rozwalać! Z drugiej jednak strony, przecież nie mogę pozwolić, żeby zniszczył mnie. Nie mogę się bać… Ma ktoś z Was może? Jeśli tak proszę o poradę. Pomyślałam sobie, że można by tam dodawać swoje złote myśli pod zdjęciami, jakieś społeczne obserwacje…Jest sens? . Bo w sumie gdybym to miała mogłabym widzieć co ona tam pisze, ewentualnie trochę ją hamować… Gdyż to dziecko praktycznie wychowuje się samo i choć nie moja w tym rola, żeby jej tłumaczyć, to może lepiej byłoby mi się z nią porozumieć w późniejszym czasie, gdyby przynajmniej podstawowe granice rozróżniała, a i tak koło mnie będzie całe życie gdzieś tam w przestrzeni.

Na razie zostałam sama, Nietoperz gdzieś wyjechał, na imprezy do kumpla. Pewnie znowu będą pić, może 10 butelek, może więcej… Zastanawia mnie czasami ile ci ludzie potrafią w siebie wlać? I dlaczego? Dlaczego rozumie on wszystko dookoła, ma swoje spojrzenie, a tego zrozumieć nie potrafi? To gówno. Wszystko jest przecież dla ludzi, ale nie w takich ilościach, tak myślę… Jednak i tak czuję, że jestem wobec tego bezsilna i nawet nie mam zamiaru znowu tłumaczyć, prosić… Przecież to jego życie, jego wybory, jego zdrowie… Tylko to dla mnie zadziwiające, że tego jednego „zła” nie potrafi zrozumieć… No cóż, całego świata nie uratuję.

Rano dziadek zaskoczył mnie swoją propozycją. Mianowicie chciał mnie zapoznać, z jakimś synem od faceta, który przywozi węgiel. Super! Lepszej propozycji dawno nie słyszałam! Na prawdę! Jeszcze tego mi potrzeba! Jak to stwierdził, to raczej rodzice zapoznają, więc jak jest okazja to czemu nie… Sama nie wiedziałam, jak mam mu to wytłumaczyć. Powiedziałam więc, że „oferta” mnie nie interesuje, bo to dawniej tak było, że rodzice zapoznawali, a ja muszę poznać, jakim ktoś jest człowiekiem, a nie dowiedzieć się tego, czy rąbie drzewo, czy nie… Właściwie, to przyznam, że propozycja by mnie nawet interesowała, w końcu dość mam już tej samotni bez ludzi z zewnątrz, ale nie w taki sposób…. Na pewno nie w taki…