Wizyta M.,odzyskane życie i pierwszy dobry dzień!

Cierpiałam… ostatnimi czasy bardzo cierpiałam. Do tego stopnia to było cierpienie, że nie mogłam żyć, nie mogłam bytować bez myśli o tym wszystkim, co się stało, powracały flash backi z najgorszych słów, które padły z jego ust… Wtedy czułam się okropnie! Gdzieś na przełomie tego cierpienia z miłości do niego pojawiła się myśl, by odejść od niego, albo przynajmniej powiedzieć mu jak bardzo cierpię i odejść,bo nie będę mogła tego znieść będąc z nim w kontakcie, gdyby w jego życiu znowu pojawiła się ona… któraś z jego kobiet. Nie mogłam już znieść tego cierpienia, tego, ze mi na nim zależy a w zamian mam tylko odtrącenie i odrzucenie.Kiedy nagle dowiedziałam się, że… przyjedzie do mnie M.! Tak, ten sam M. za którym tęskniłam cały okrągły rok, ten sam M. z którym spędziłam jedne z najcudowniejszych wakacji w moim życiu… Pomyślałam „jeszcze on mi teraz tu potrzebny”. Bałam się, nie wiedziałam co mam robić, ale musiałam jakoś to przyjąć… Ojciec wyrzucił go z domu, bo podobno poszedł do jakiejś dziewczyny na noc, kiedy miał z nim coś robić, ojczym przywiózł go tutaj, do rodziny i od tej pory mieszka tutaj. Muszę Wam powiedzieć, że wiedziałam, że nic z tego nie będzie.Nie nastawiałam się nawet na to… on ma teraz swoje życie, ja swoje, ale szczerze pozytywnie mnie zaskoczył swoim zachowaniem. Nie ma szkoły, rzucił ją gdy miał 18 lat, ma tatuaże na rękach ale dorósł, umie się zachować. Choć chyba nie zdaje sobie sprawy z tego, co się stało… kiedy zapytałam o samopoczucie powiedział, że wszystko jest dobrze, może dlatego, że było mu wstyd? Nie wiem. Nie gadałam z nim zbyt długo, zachowałam się tak samo jak on na wakacjach. Poszłam czytać notatki i zignorowałam go. Nic się między nami nie wydarzyło, zachowujemy się jak przystało, ale to już nie to. To już nie mój M. Cóż, może tak musi być? Nie liczyłam na nic z jego strony i dobrze mi z tym. Nie czekałam chyba już na nic tego dnia. Wiedziałam, ze muszę zostać sama… Przez to całe cierpienie tak mocne i silne chyba pogodziłam się ze stratą Top Guna. Choć myślałam, ze to nigdy nie nastąpi. Ten ból, który mnie przeszywał, był bardzo duży, szczególnie po ostatnich rozmowach, kiedy zostałam odrzucona w słowach, że „on nie wie, co mnie czeka, ale wierzy, że sobie poradzę, bo kto jak nie ja? Taka dziewczyna!”

W międzyczasie narobiłam trochę głupot, pisałam z paroma facetami, których poznałam w sieci, jeden nawet chciał związku, również był z organizacji militarnej, ale potem się wycofał, gdyż przeraziła go moja historia, nie chciał nikogo skrzywdzić znowu, z resztą był o 2 lata młodszy… Było mi trochę przykro, nie powiem, że nie, ale jakoś to przeżyłam. W międzyczasie pozałatwiałąm sobie dużo spraw uczelnianych, bardzo ważnych, wytyczając sobie ścieżkę do jakiejś tam kariery naukowej. Nie zauważyłam jednak tego…

W tym dniu natomiast, kiedy miał przyjechać już M. pogodziłam się ze swoją samotnością, z byciem samą, ze swoją historią, a może moją i Top Guna? Pogodziłam się z tym, że będę sama… Cóż, próbowałam poukładać sobie życie z mężczyzną, kolejny raz, nie wyszło, takie rzeczy się zdarzają, ten największy ból i rozpacz minęły. Flash backi jeszcze zostały i to one powodowały, ze mój nastrój był obniżony… ale pogodziłam się, że z tego nic nie będzie. Potem pojawiły się myśli, że przecież ustawiłam sobie sprawy z nauką, sprawy z praktyką, że przecież nie wszystko jest tak złe, mimo wszystko, mam spokój odnośnie studiów, mam spokojną głowę o to, co ze mną tam będzie… i zaczęłam to powoli doceniać.

Nazajutrz natomiast miałam ostatnie egzaminy, gdy je zdałam byłam bardzo zadowolna z siebie. Zaczęłam dostrzegać coś pozytywnego w tym wszystkim, zaczęłam dostrzegać inne sfery życia niż tylko faceci wokół. Byłam z siebie bardzo dumna! Mimo wszystko, mimo tego całego bólu i rozpaczy jaką miałam w sobie dałam radę zdać ostatnie egzaminy i zakończyć pozytywnie bardzo jeden kierunek studiów! A dodatkowo, to co się stało, bardzo mnie zadowoliło.  Poznałam pewnego Pana. Jeszcze nie wiem, jak go nazwę. Mianowicie, podszedł do mnie jeden chłopak, sam z siebie, ze starszej grupy na uczelni… Podszedł i powiedział mi, że wie, gdzie mieszkam, bo kiedyś mu mówiłam. Byłam bardzo zaskoczona, bo nie przypominam sobie, abym mu kiedykolwiek coś takiego mówiła, gdyż nigdy wcześniej z nim nie rozmawiałam… Zaczęliśmy rozmawiać o życiu, o byłych, o nauce. On się teraz broni więc opowiadał mi o przebiegu jego studiów na uczelni. Zapytał się gdzie mój kolega? ( Top Gun, bo przecież zawsze pewnie widział nas razem, jeżeli mnie obserwował wcześniej, a pewnie tak było), ale odpowiedziałam, że nie wiem. Nawet miło się z nim rozmawiało. Napisaliśmy egzamin, a później odprowadził mnie sam z siebie na przystanek… w ostatnim momencie wcisnęłam mu swój telefon, bo widziałam, że bardzo chciałby się ze mną jeszcze spotkać, ale nie wiedział, jak się ma o to zapytać. Więc zadziałałam pierwsza. Ma pisać, jak coś. Może napiszę, więc czekam. Przez ten cały czas czułam, że nie zasługuję na zainteresowanie, potem na miłość, na relację z nikim, moja wartość bardzo upadła… Tak wiem, powinnam ją oprzeć na sobie, nie na mężczyznach i to jest mój cel na terapię. Póki co tego jeszcze nie umiem, chyba…

A Top Gun… dałam mu czas, wiem, że dla niego czas płynie inaczej niż dla mnie… Nie wiem, czy kiedykolwiek to wszystko się wyjaśni, ale czuję się już lepiej. Dziś Top Gun miał wypadek, jechał 200 na godzinę  i wjechał w oko cyklonu, prawie go odwróciło… Cieszę się z moich własnych sukcesów i patrzę na swoje życie, nie czuję się już tak mocno w nim związana. Wczoraj dostałam też prezent z mojej pracy, za wkład jaki włożyłam w pomoc ludziom. Ucieszyło mnie to. Wczoraj był piękny dzień, dobry… pierwszy od 30 kwietnia dobry dzień… Nie przerażają mnie już tak zwykłe, codzienne czynności, nie mam już tak dużo flash backów, choć się zdarzają i wtedy momentami mi ciężko… Ale jest stabilnie i spokojnie. Cieszę się tym. No i czekam na wiadomość…

blushing-4213963_960_720

 

Świąteczne rozmowy i o dalszych podchodach słów kilka.

W Święta zawsze każdy ma trochę więcej czasu. Przynajmniej wśród tych, którzy święta spędzają w gronie rodziny. I tak, czasem przy świątecznych rozmowach można się czegoś dowiedzieć, tównież o tyh, o których nie słyszy się na co dzień bo albo nie chce się o nich słyszeć, albo dawno gdzieś ślad po nich zaginął. I tak było tym razem.Podczas pogawędek przy świątecznym obiedzie, dowiedziałam się co nieco o dalszych losach M., Małej, a także Pana Blond 🙂 Choć jakoś nie chciałam o nich zbyt dużo wiedzieć, szczególnie o M.

M. podobno rzucił szkołę, zaraz po osiemnastce i poszedł do pracy, na taśmę w jakiejś firmie produkcyjnej, robiącej części do samochodów. Zarabia po trzy tysiące i jak narazie go to cieszy. Chce się wyprowadzić od ojca.- Byłam w szoku muszę przyznać, nie dlatego, że okazał się tak samodzielny, ale, że postąpił tak bezmyślnie. Przecież on nie ma nikogo, a jeśli zdobyłby choć jakiś zawód, mógłby się już na dobre usamodzielnić. Próbowali go podobno przekonywać, ale nic nie mogą zrobić, gdyż nie ma argumentu. Fakty są takie, że wiele magistrów jest bezrobotnych, więc… tak lepiej… Nie ma argumentu. Nie wiem, czy on nie widzi, że nie ma osoby, która mogłaby mu pomóc za kilka lat? Mąż mamy pewnie by chciał, ale co on zrobi, skoro jest tak daleko? M. jest tam skazany na siebie samego, tylko. I choć kiedyś mnie wkurzył, to jednak nie życzę mu źle, ale jeśli dalej będzie tak postępował i nie myślał co będzie za kilka, kilkanaście lat to nie wiem, jak skończy się jego historia. Do tego te pieniądze, pewnie odbije mu szajba, jak to takiemu młodemu chłopakowi, skoro nie myśli o przyszłości, to jest to możliwe.

Pan Blond, który był jedną z dwóch rozrywek podczas pamiętnych wakacji, gdzie spotkałam Łapacza Krokodyli i całą wesołą trupę, i z którym całkiem fajnie się gadało podobno ostatnio przybył na jakieś spotkanie w większym gronie. Jakoś żyje, był taki jaki jest, ma dziewczynę, jakąś brunetkę.

Mała kończy szkołę i chcę iść na dietetykę albo na hotelarstwo. Hotelarstwo by jeszcze uszło, choć język trzeba znać, ale dietetyka? Zdziwiło mnie to. Ta jest mnóstwo biologii, chemii, matematyki. A skoro nie zna tabliczki mnożenia to może być kiepsko. Mama mówi, że nawet fajna z niej dziewuszka, jakoś tam próbuje sobie radzić. A to pójdzie na łyżwy, a to kupiła sobie lampkę do robienia paznokci to coś tam próbuje dłubać. Świat się jakoś kręci, choć każdy jakby poszedł w swoją stronę. Cóż, może dziwie się przyznawać, ale ja nawet się cieszę, że wyszło jak wyszło. Bo jakoś niespecjalnie czułam się w tamtym  całym towarzystwie. Żal mi chyb atylko relacji z M. Jakiś sentyment do niego mam, a może bardziej do tego fajnego czasu, jaki z nim spędziłam, do tych ciepłych i słonecznych wakacji. Wiem, że już nigdy prawdopodobnie go nie zobaczę, ze się zmienił i, że tematego M. już nigdy nie będzie, gdzieś zniknął, ale jednak w mojej pamięci, gdzieś głęboko jakoś został taki, jak był wtedy. Choć to dzieciak i teraz wiem to na pewno.

Top Gun cały czas próbuję się jakoś do mnie dopchać. Ostatnimi dniami, jakoś to całe nasze pisanie i rozmowy zamieniły się w jawne podchody. Nie wiem, jak będziemy się czuli, gdy się znowu spotkamy, bo po tych tekstach jakie teraz do siebie wysyłamy, to może być dość dziwna sytuacja, tak się spotkać. Ale dałam sobie czas i możliwość na trochę luzu, nie zawsze muszę być pod kontrolą, mogę śmiać się i bawić. To takie dziwne, napisać jest dużo łatwiej niż powiedzieć, tak prosto w oczy… z emocjami na twarzy. Wczoraj, kiedy mi pisał coś na dobranoc, wypalił jeszcze, niby, w żartach, żebym „spróbowała z nim zamieszkać”… Na co ja napisałam, że muszę isć już spać i rozmowa się jakoś urwała samoistnie. Dziś pewnie znowu napiszę. Ciekawa jestem jak się ona potoczy dalej…

 

A teraz się śmieję, że trzeba było porządnego kowboja, żeby ujeździł moje emocje…

Wiele się ostatnio dzieje, nie nadążam zapisywać, rozprawiać się z myślami, a już jest kolejna rzecz i kolejna, większość o dziwo pozytywnych! Moje życie się zmieniło… zrobiło duży obrót. Jak możecie nawet zauważyć, zmiany trwają, bo postanowiłam zmienić szatę graficzną blogu. I postanowiłam, że będzie weselsza, więc wybrałam zieloną 🙂 Żeby przypominała mi o dobrych chwilach. A w nagłówku mam moją nową ekipę 🙂 Fajna, prawda? 🙂 Ha ha 🙂 Chce mi się śmiać, to chyba dobrze! Zmiany, zmiany, zmiany… a wszystko zaczęło się od… obojętności. Całkowitej, nie wyuczonej, tylko obojętności z bezsilności wobec sytuacji. Przed obojętnością była jeszcze faza, że nie wiedziałam, kim jestem, nie wiem, czy może odczuliście to w moich poprzednich wpisach. Była obojętność, bardzo silna, obojętność wobec relacji, wobec moich bezproduktywnych starań. Wpis o obojętności był bardzo potrzebny i bardzo ważny, kiedy patrzę na to  z dzisiejszej perspektywy. To był całkowity, choć bardzo niepozorny początek mian. Wydawałoby się, że lecę w dół. Hm… może czasami trzeba zrobić dwa kroki w tył, a to one staną się jednym krokiem do przodu? Potem był szereg zmian, w myśleniu, zachowaniu, zastanawianiu, rozumieniu czy też niezrozumieniu, patrzeniu na świat, granicach. Czuję, że mój horyzont się przesunął na tyle, iż widzę na prawdę więcej, a przede wszystkim widzę siebie!  I choć może zabrzmi to dość egoistycznie, to czuję, że teraz… jestem ja! Zostawiłam cały świat, ten świat, którego ruszyć nie mogłam, a bardzo chciałam. I choć on nie drgnął z miejsca, nic znaczącego się w nim nie wydarzyło, to wydarzyła się rzecz zaskakująca i dla mnie całkiem nowa. Potrafiłam postawić siebie w centrum mojego życia. Fenomen! Nie zważając na to, jak zareagują inni, jak do tego ustosunkuje się matka, czy dziadkowie będą zadowoleni… Po prostu, ja i moje życie. Nigdy nie byłam egoistką, wręcz odwrotnie, szło mi na altruizm, wiec raczej nie obawiam się, że zapomnę o innych, ale nauczyłam się tego, że sama dla siebie mogę być ważna i dać sobie prawo do bycia zadowoloną i radosną, kiedy od dziecka uczono mnie, aby zamartwiać się problemami innych.  O poszczególnych zmianach jeszcze będę tu pisać, żeby sobie to wszystko poukładać w całość. Najważniejsze już napisałam, czuję się lepiej. Jakby coś ciężkiego, co wlokłam za sobą przed lata spadło mi z szyi. I teraz właśnie zastanawiam się, jakim cudem? O predyspozycjach psychicznych i pracy z samym sobą już wiem, mówili mi to kilka dobrych razy na terapii. Z resztą co się ostatnio działo na terapii też opiszę, bo myślę, że też opisania jest warte 😉 Terapia terapią, nie neguje jej nieskuteczności, być może przez jakiś czas miałam przeniesienia, ale wydaje mi się, że nie tylko terapeuci i ja mamy tu zasługi… Wiadomo, ja mogłam ze swoim życiem zrobić, co chciałam, chciałabym się dalej kisić w emocjach, mogłam to zrobić, przecież wolno mi, kowboj-drukarnia-czestochowawolno mi rozpaczać, wolno płakać, wolno się poddać. Cieszę się, że tego nie zrobiłam, ale nie zrobiłam tego, bo zobaczyłam coś, a właściwie kogoś, kto pokazał mi zupełnie inną, nową stronę życia, nową perspektywę, nowy horyzont… I choć sama musiałam to wykorzystać w pracy nad sobą, (choć myślę, że to dopiero początki), to jednak bez tej osoby byłoby mi bardzo ciężko i myślę, że nigdy nie osiągnęłabym takiego stanu „zrzucenia bagażu” w takim tempie.  To był moment, chwila, w zasadzie nawet nie pamiętam która! Dotarło do mnie, że może być dobrze, mogę się fajnie bawić, mogę mieć na coś wpływ, mogę układać swoje życie jak chce, mogę robić „co mi się podoba”, co kocham, mogę mieć własne cele, własne poglądy, mogę żyć tak, jak ja tego chcę. Poczułam się wolna, jakby nagle ograniczenia zniknęły, nawet w towarzystwie mojej Mamy, przy której zawsze jakoś czułam się spięta i odczuwałam presję, że muszę „trzymać fason”.  Miałam to totalnie gdzieś. Mam prawo być sobą 🙂 I zobaczyłam, że mogę być lubiana i akceptowana taka, jaka jestem, nawet przez gwiazdy jeździectwa, a nie przez M., który niczego tak naprawdę jeszcze nie osiągnął. Choć nie chcę tutaj zaniżać wartości, bo każdy z nas jest na swój sposób wyjątkowy, choć wyjątki od tej reguły też się zdarzają :-P, to myśle, że nie ma czego porównywać. M. jest na etapie imprez z grupą i tylko tyle na razie ma, no i wszystkie przegrane mecze w tym sezonie… Jeden zremisowany. Jeszcze dużo się musi nauczyć, jeśli chodzi o życie i zrobienie czegoś ze sobą w tym życiu. Ludzie, którzy niczego ze sobą nie chcą zrobić są… jak świnia. Co jej dasz, to zje, kiedy wypuścisz, to wyjdzie… żadnej charyzmy.

Teraz staram się przenieść to wszystko, czego nauczyłam się i czego doświadczyłam tam, w przeciągu paru dni na moje życie codzienne. Taki miałam plan i on zaczął się realizować, a może lepiej brzmi zaczęłam go realizować. Ha ha, przestałam sobie ciągle umniejszać, może chwalipiętą nie zostanę, ale miło czuć, ze coś zależy ode mnie. Sprawczość w życiu jest baaardzo ważna. Miałam to zaburzone i to mocno, teraz to widzę, ale dobrze, że to widzę i cieszę się z tego bardzo. Nie wiem, czy ktoś pamięta wpis pisany już jakiś czas temu pt. „Znaleźć coś, w co będę mogła uwierzyć”? Właśnie znalazłam! Jakoś nie do końca wierzyłam w to, co mówili do mnie na terapii, jakieś takie nierzeczywiste mi się wydawało. I pewnie było dla mnie, na tamten czas. A jak sama znalazłam to, w co wierzę , to uwierzyłam, że można inaczej… No tak, jak stwierdzili po pierwszych spotkaniach, trudny ze mnie przeciwnik i tak czy siak, zrobię po swojemu. Ważne, żeby efekty były podobne 🙂 Teraz się śmieję, ze trzeba było porządnego kowboja, żeby ujeździł, a właściwie zajeździł moje emocje. W rzeczywistości jestem bardzo wdzięczna temu chłopakowi, za to, ze mogłam zobaczyć życie z innej perspektywy i wykorzystać to dla siebie 🙂

Są chwile, w których boję się, że wrócę  do starego marazmu. Ale to lęk… może wypływający z doświadczeń, trochę z predyspozycji. Na razie, o dziwo, trwam sobie na podobnym etapie zadowolenia i poczucia mojego, własnego celu. Jasne, są chwile, że ktoś popsuje mi humor i daje je sobie też przeżywać. Bo nie chcę znów popaść ze skrajności w skrajność, że teraz będę od siebie ciągle wymagać zadowolenia. Chyba nikt nie jest zawsze zadowolony… Są także chwile, kiedy przypominają mi się te dobre chwile z M. To była chyba druga osoba po Indianerze, z którą zżyłam się tak bardzo… Wtedy jest mi najzwyczajniej w świecie przykro. Czuję żal do niego, ale wiem, że on tego i tak nie zrozumie. A ja z kolei nie zrozumiem jego zachowania, a jeśli czegoś nie jestem w stanie zrozumieć, to lepiej nie poświęcać temu uwagi zbyt dużej, bo tylko nakręcę się w myśleniu. Po chwili te obrazy się przesuwają i znowu jestem tutaj, u siebie…

Z tego, co mi wiadomo, a wiadomo mi przypadkiem, bo nie interesuje się jego losem, ta historia może, może mieć jeszcze swój dalszy ciąg za jakiś ładny kawał czasu, bo przecież jesteśmy rodziną…  Ja na razie tego nie chcę, on niczego nie rozumie. I niech tak pozostanie na chwilę obecną. Pomyślałam sobie za to, że napiszę do chłopaków. Myślę, że jakaś miła wiadomość z gratulacjami byłaby na pewno miłym akcentem 🙂 Oni nawet nie wiedzą, co oni zrobili… Szczególnie jeden, o którym potem Mała rozgłaszała wieści, że jest „moim kowbojem”! Ale o kowboju  jeszcze może będzie 😉

A ja Was zostawiam z muzyczką i pędzę na jazdę 🙂 Takie mam ostatnio widoki, przez cały czas 🙂

Ktoś kiedyś mi powiedział, że coś się kończy, coś się zaczyna… Niezwykła przygoda czy zmiana na dłużej?

Żyję! To chyba najlepsze słowo, jakim mogłam określić swój stan podczas wyjazdu i po nim. Wcale nie z przyczyny całkowitego zagubienia… Dziwne, prawda? Wróciłam już parę dni temu, jednak jakoś odruchowo odkładałam pisanie na blogu. Mechanizm oporu, no cóż, w końcu pragnę napisać tu o paru baaardzo ważnych dla mnie rzeczach. Ten wpis jest dla mnie trudny, dlatego proszę o wyrozumiałość z Waszej strony, ale czytając komentarze i patrząc na Wasze sylwetki wierzę, że jej nie zabraknie. Na wstępie napiszę tylko, że ten wyjazd przynajmniej na chwilę obecną całkowicie zmienił moje życie i mnie…

Zapewne jesteście ciekawi jak wyglądał ciąg dalszy relacji z M. Przed wyjazdem dużo było we mnie lęku, obaw, że jeśli nie poskłada się ta relacja znowu zostanę sama, odrzucona, odtrącona, że nic nie będzie miało sensu. Na początku rozwiązywania całej, rocznej zagadki muszę przyznać, że wielu rzeczy się spodziewałam, ale nie spodziewałam się tego, co przeżyłam. Wiedziałam, że może być mu trudno, ciężko, że może nie umieć poskładać naszej relacji, rozmowy, słów i emocji, ale nie sądziłam, że cała sprawa będzie miała taki przebieg. Kiedy tam zmierzałam rano dnia pierwszego, zanim jeszcze go zobaczyłam czułam, że coś się we mnie gotuje. Kumulacja tęsknoty, niepewności, nowości… Przecież nie widziałam go tak dłużej ponad rok. Pierwsze spotkanie, jak to będzie, przytuli, pocałuje…? Kiedy już go zobaczyłam jakoś to wszystko opadło. Przyszedł, przytulił, było dobrze… Wstąpiła we mnie wiara w to, że może to wszystko poskładamy. jechałam tam z nadzieją, jednak po tym pięknym początku M. nie odezwał się do mnie ani słowa. Przez cały pierwszy dzień. Wiedziałam, że być może jest mu trudno, ale z moich obserwacji wynikało też, że świetnie się bawi w towarzystwie swojego wujka. Próbowałam nawiązać jakąś rozmowę wychodząc do niego przed sklep, kiedy reszta towarzystwa zajęta była zakupami, a on z synem koleżanki jego wujka stał na zewnątrz, ale on tylko wzruszył ramionami i „uciekł” do rodzinki… Zostałam sama z tym chłopakiem, nie będę przecież lecieć za gówniarzem. I chcąc nie chcąc nawiązała się dyskusja z panem Blond, któremu też nie wypadało mnie tam zostawić. O nauce, studiach, ludziach, psychologii… Po kilku minutach gadania „od słowa, do słowa” wywiązała się taka świetna rozmowa, że nie mogli nas z niej wyrwać, kiedy chcieli jechać w inne miejsce. Bowiem pan Blond był drugim kierowcą. Chłopak okazał się tak świetny, wesoły i chętny do rozmowy, że żałowałam, iż nas tylko odwozi, a nie zostaje na wakacje… Ale ta część jeszcze znajdzie swój dalszy ciąg.

Wracając do M. przeżyłam całkowity szok. Pan M. nie odezwał się do mnie ani słowem podczas całego wyjazdu! Dwa razy próbowałam nawiązać jeszcze rozmowę, która była durną rozmową…

– Co się z Tobą dzieje?
-Nic.
– Jak to nic? Nie odzywasz się, nie piszesz, nie ma z Tobą kontaktu.
Cisza, po czym -Zajęty swoimi sprawami.
– Aha. Czyli masz to wszystko w dupie!?
-Nie no, nie przesadzaj.
-Wiesz, w mim rozumowaniu, jak się kogoś lubi czy zna to można mieć mnóstwo swoich spraw, ale skontaktować się można, no chyba, że według Ciebie mam złe pojęcie relacji przyjaźni czy…
Po czym wstał i znowu odszedł, co odebrałam trochę jako odpowiedź „Nie truj już”.

Wiecie co, spodziewałabym się wszystkiego, ale tak chamskiego i lekceważącego zachowania od gówniarza, bo tak to trzeba nazwać, nie spodziewałabym się! Za tyle mojego zainteresowania…

Po tych kilku zdaniach rzuconych lekceważącym tonem i po obserwacjach, jak zachowuje się w stosunku do swojego dziadka, który zafundował mu wakacje, zabrał go, przywiózł, rodziny, zrozumiałam, że jemu nie zależy ani na mnie, ani na rodzinie. Dla niego liczy się teraz tylko dobra zabawa. Nie odpisywał, bo ma nas głęboko gdzieś. Nie mogłam placzace-oko.gifzrozumieć natomiast jakim cudem chłopak nad wyraz dojrzały, inteligentny i subtelny mógł się tak diametralnie zmienić…  Druga próba rozmowy też była niewypałem i zakończyła się takim samym zlekceważeniem, bo po moim zwróceniu uwagi na jego zachowanie się obraził… No tak, cała rodzina udaje, że nie widzi problemu, wszyscy go głaskają, a jedna księżniczka się odważyła postawić i powiedzieć prawdę. Jak to możliwe? Wielkiemu zawodnikowi pierwszej Ligi!

Gdybym miała określić jego zachowanie w kilku słowach, bo rozciągać tego nie będę, gdyż już nie mam na to siły napisałabym, że rozpieprzył wyjazd nie tylko mnie, ale całej ekipie. Ekipie, o której pisać już tutaj w szczegółach nie będę, ale dla mnie to była zgraja…. Jeden chciał pierdzieć i podpalać to, dziewczyny chodziły i śpiewały ona lubi pomarańcze, wódka i piwo to na porządku dziennym, choć nie mogę powiedzieć, pijani nie byli. Jednak we mnie osobiście to wywołuje lęk, jak powiedzieli na terapii, uzasadniony. W tym też pił M., któremu ekipa oficjalnie kupowała trunki. Fajnie! Poczułam się oszukana, bo przecież zapewniał mnie, że nie pije. Do tego, kiedy już siedzieliśmy przy tym piwie, (ja przy kawie) skompromitował się zupełnie, kiedy zaczął gadać coś o prezerwatywach. ( Chciał się nastolatek pochwalić, że słyszał o czymś takim…) i zrobił z siebie totalnego mówiąc okropnie ci**la w moich oczach, kiedy chwalił się, ile to on nie może wypić i w ogóle to fajne miejsce tu jest, ale zarąbiście by było, jakby on tu przyjechał z dziewczyną i ze swoją ekipą, z kumplami.

-Co ku**wa? Z kim? Pal sześć z kumplami, wiadomo, że młode to się chcę wyrwać, ale z  dz…??? To po jaką cholerę mówił, że mnie kocha i w ogóle? Ja do tych słów konkretnych podeszłam z dystansem, wiadomo, jak to jest w takim młodym wieku, ale przyznam szczerze byłam w szoku. Jeszcze w maju dawał jakieś jednoznaczne znaki, a teraz…

Ale powiedzcie sami, jakim głąbem trzeba być, żeby siedzieć z osobą, z którą się kiedyś miało „dobry kontakt”, widzieć, że chce porozmawiać, wyjaśnić i gadać takie rzeczy. Ja nie wiem, czy ta laska istnieje, czy tylko tak powiedział, szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie to już teraz… Ale cały wyjazd był pełen takich akcji, nie poznawałam go. To nie był M., którego znałam.  Zrozumiałam, że tamtego chłopaka już nie ma… Wiele robił demonstracji, fochów, był obojętny na wszystkich i wszystko, poza wujkiem i jego koleżanką, którzy robili mu śniadanie do łóżka, co dla mnie było kosmosem. Przecież sam mógł sobie  robić śniadania. Nie chciał się z nami bawić, chodzić, oglądać, nic go nie cieszyło, nie interesowało. To było coś w rodzaju – „Po co w ogóle zabraliście mnie na wiochę?” Wszyscy byli źli, z nikim nie gadał praktycznie oprócz wujka, który jest na jego poziomie intelektualnym, przynajmniej dla mnie… Gadali więc o bąkach, karuzelach, autkach… Wtedy też rozumiałam, że to jeszcze dzieciak, tylko nie wiedziałam znowu, jak to możliwe, żeby przez rok się cofnął w rozwoju? Moja pasja do koni również „oberwała”, właściwie pojechaliśmy tam oglądać najlepszych jeźdźców Polski, ale dla niego to było nic nie warte. Nie warte odrobiny zainteresowania. Chęci, żeby zobaczyć coś innego, nowego też w nim nie było. Potrafił leżeć dupą do góry przez cały dzień, dosłownie, kiedy myśmy chodzili, zwiedzali, jeździli w tereny na koniach. Nie witał się ze mną, nie mówił dobranoc, nie mówił nic w zasadzie…  Foch na wszystko. Fajnie, że nie wie nic, co na tych wakacjach się działo… A działo się dla mnie bardzo dużo!

Przez jego zachowanie w pierwszym momencie byłam w szoku, nie potrafiłam tego zrozumieć, czułam się odrzucona, pozostawiona sama sobie i widziałam, że ma mnie gdzieś, że w ogóle go nie obchodzę. Straciłam ostatnią nadzieję na w miarę bliską osobę, na kumpla, na przyjaciela, którym był kiedyś. Był też we mnie ogrom złości, kiedy widziałam takie zachowanie, ale wiedziałam, że przez swoją złość niczego mu nie wytłumaczę, to jeszcze dziecko. Przestałam tłumaczyć. Pamiętacie wpis o obojętności? To był dobry wpis. Przez pierwsze dni próbowałam zobojętnieć na jego zachowanie. A potem… potem wydarzyło się coś niesamowitego dla mnie…

Przyjechali kowboje! I w tym momencie stało się coś, o czym nigdy w życiu bym nie pomyślała! Właściwie to byli kaskaderzy konni, poprzebierani za kowboi. Jak wiecie mam w sobie dużo zamiłowania do Dzikiego Zachodu i tamtej kultury, koni, wolności i stepów. Czekałam więc na ich występy z niecierpliwością, chciałam choćby obejrzeć te cudne pokazy kaskaderki konnej najlepszych jeźdźców w tej dziedzinie w Polsce, a może nawet i w Europie. Chciałam choć mieć filmik, parę zdjęć… Wyszło trochę inaczej…

Zaprzyjaźniłam się z grupą najlepszych kaskaderów konnych w Polsce!! I poznałam tam człowieka, a właściwie to chłopaka, który zmienił całkowicie mój światopogląd! Myślę sobie, że on nie zdaje sobie z tego sprawy co zrobił, ale jestem mu bardzo wdzięczna! Gdyby nie on miałabym ciężkie wakacje…

Przy chłopakach całkowicie zapomniałam o wybrykach M. Oglądałam pokazy, jeździłam dyliżansem westernowym, dali mi swojego konia kaskaderskiego za 30 tysięcy do jazdy! Właściwie to właśnie ten  jeden mi dał…  a potem złapał się za ogon konia i jechał za mną 355c7568-fbf0-4328-a03e-f59588f2e006na butach. Cały czas śmialiśmy się i bawiliśmy! (W innym tego słowa znaczeniu niż piwo i impreza) Robiłam sobie z nimi zdjęcia, drugi dał mi swojego colta, podjechał na koniu, przytulił do zdjęcia, śmiał się. Potem tańczyli do Bonanzy, wygłupiali się ze mną… Najlepsi jeźdźcy Polski i najlepsi kaskaderzy! Którzy mogliby powiedzieć „odejdź małolato, robimy show i wyjeżdżamy”, bo to naprawdę są gwiazdy w tym środowisku jeździeckim. Oni mają tysiące, grają w filmach, jeżdżą za granicę… Rozmawialiśmy o koniach, o pokazach, samej kaskaderce konnej. Ludzie się gapili, co dziewczyna z kwiatem we włosach robi w grupie kowboi? Zdjęcia mi robili 🙂

I wtedy właśnie, dzięki chłopakom zrozumiałam bardzo ważną kwestię, mianowicie, że ja też mogę być fajna, lubiana, mogę się dobrze bawić, moja pasja też może być czymś, może być moim sposobem na życie, a jeśli ktoś tego nie lubi czy nie chce, to jest jego problem. M. tak samo zlekceważył ich pokazy, styl życia, choć on nie zdaje sobie sprawy ile ci ludzie włożyli w to serca, wysiłku i, że poświecili temu swoje życie.  I choć wiem, ze im na M. nie zależało, tak jak mnie, to jednak… mieli się załamać? No nie… Raczej pójść w swoją stronę. I ja chyba z nimi zrobiłam to samo! Co dla mnie było kosmosem, przecież tak tęskniłam za M. Nagle jakoś potrafiłam się zdystansować i zostawić tę sprawę. Nie chcę nikogo poniżać, dyskwalifikować na początku, ale zobaczyłam, że ja nie muszę zabiegać o względy M., który tak naprawdę jest jeszcze dzieciakiem i szajba mu odbija na razie i tak naprawdę nic jeszcze w życiu nie osiągnął, mogę porozmawiać z człowiekiem, który ma tytuł mistrza w kaskaderce konnej. Mogę się z nim świetnie bawić… I może mnie polubić osoba na prawdę wartościowa, przynajmniej w sporcie. Ale sądzę, że jako ludzie też są wartościowymi osobami, chce im się ze wszystkimi porozmawiać, pokazać, wytłumaczyć, powygłupiać się. Choć mogliby unieść się pychą. M. mnie zlekceważył, a ja zamiast się zamknąć w pokoju i płakać poczułam, że mam grupę ( I to jaką!)  i cel, nie czułam się samotna, a moja pasja też może być sposobem na życie, radość, samorealizację… Na razie w tym nurcie tkwię i o dziwo nadal nie czuję się samotna, choć skończyła się ważna dla mnie relacja… Nie myślę jakoś o M., choć czasami wracają dobre wspomnienia. Nie potrafię zrozumieć, jak do tego doszło, ze tak bardzo się zmienił. Ale, jeśli czegoś nie zrozumiem, to po co się nad tym głowić i rozwalać emocjonalnie? Może kiedyś zrozumie swoje postępowanie, ale to już jakby jego sprawa. Zmieniłam sobie jakby „przynależność”  do pewnej grupy i dobrze mi z tym. Może tych ludzi już nigdy nie spotkam, może nigdy już nie zobaczę, ale i tak myślę, ze było warto spędzić z nimi tych kilka dni i zobaczyć życie z innej perspektywy. Ach, gdyby codziennie można przeżywać takie przygody byłoby wspaniale 🙂 Grupa wariatów, wspaniałych jeźdźców, zapaleńców i życzliwych, mądrych ludzi. W szczególności jakoś tak wyszło, znów przez przypadek, że najbardziej złapałam kontakt z jednym, najmłodszym i najładniejszym jako facet… Muszę przyznać, że specyficzna uroda w typie południowym, ale dziewczyny się kleiły, ale on jak nie chciał to się nie bawił. Super był po prostu! To właśnie z nim się najlepiej bawiłam i jeździłam na jego koniu, a on się cały czas do mnie śmiał i uśmiechał. Czy to na pokazie batów, czy na pokazach kaskaderskich 🙂 A w rozmowie momentami był taki lekko speszony, jak się na niego spojrzałam… Ha ha czułam się w jego towarzystwie tak dobrze i radośnie, jak mało kiedy! Przemiły i sympatyczny. I w wieku może 20 kilka lat… Bez smartfonów, fejsbooków, ciągłego kontaktu ze znajomymi… Chłopak, który potrafi w dzisiejszych czasach żyć swoim życiem, swoją pasją, swoimi celami… Właśnie w nim zobaczyłam, że są jeszcze tacy pozytywni wariaci, którzy potrafią żyć swoim życiem i nie patrzeć na modę, trendy, nie podpisywać się pod większość. Normalnego chłopaka w takim wieku zobaczysz dziś na ulicy z telefonem w ręce, jego widziałam na ulicy, na koniu, z coltem w ręce… To samo pokolenie… I powiem Wam, że dużo złapałam właśnie takiej siły do życia, realizowania siebie, tego swojego zakręcenia w tym, co kocham. Dzięki niemu znowu czuję, że mi się chcę! Że mam na coś wpływ i, że chce mi się być z ludźmi. Co jest fenomenem, bo przecież po kolejnym „odrzuceniu” powinnam się wyizolować. Jest właśnie totalnie na odwrót. Zostawiłam tą relację, czasem mi jej szkoda, ale wiem, że nie mam już do kogo tam wracać, bo mojego M. tam nie ma. Jestem wolna i sama, ale mam tysiąc pomysłów, planów, chce mi się wyjść do ludzi, chce mi się wstać, żeby dalej realizować swoją pasję. Próbuje przenieść tę pozytywną energię na moje życie, po części chyba mi się to udaje… 🙂

Tutaj filmik z pokazów. Oglądajcie do końca, na końcu lepsza część mojej ekipy. W zasadzie cała ta ekipa moja, bo chłopaki ale pod koniec moja moja ekipa, przyjezdna 😉 Może wyłapiecie, o którego kowboja mi chodzi 🙂 Obstawiajcie 🙂

Dziękuję Wam kochani za przeczytanie mojego przydługaśca 🙂 Postaram się w najbliższym czasie pogalopować po Waszych blogach i zostawić ślad 🙂

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zabezpieczony: Może nie powinnam się łudzić…-Odchodząc przytul mnie raz jeszcze…

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło: